Opowiadania grupowe - forum Depesza

Opowiadania grupowe

Nie jesteś zalogowany na forum.

#11 2018-05-22 14:58:41

Faworek
Faworek wrocławski ziemniakiem natarty
WindowsChrome 66.0.3359.181

Odp: Beyond Realm

Przepraszam...? Halo...? Ja tu chciałam... Ja tu chciałam jeszcze wbić. Tak na chama.

QoGO5rg.jpg
wemEvtV.png

Syjamskie matki swoich synów i córek nigdy nie nawołują po imieniu. Każde dziecko po urodzeniu dostaje chue-len, przezwisko, które ma chronić je przed złymi duchami, aby te nie chciały przejąć nad nimi kontroli. Chue-len wprowadza duchy w błąd, dlatego o dzieciach, które się kocha, mówi się, że są brzydkie, grube, dziwne, podobne do świni albo żaby. Dzięki temu złe duchy myślą, że nie są one warte ich uwagi i odchodzą.
W domu generała Chaophraya przywilej nadawania każdemu jego potomkowi chue-len miała jego pierwsza żona. Thepkassattri była nazywana przez nią Looknam - larwa komara. Chue-len dziewczynki nie podobało się jedynie jej matce, która po kryjomu, kiedy przesiadywały tylko we dwie, mówiła do niej Nin, co znaczyło czarny szafir.
Pierwsza żona, dowiedziawszy się o tym, pewnego poranka podczas rodzinnego posiłku w ogrodzie przywołała Looknam na kolana, zaczęła głaskać ją po głowie i tonem nasączonym słodkim jadem żmii mówiła tak głośno, by słyszała to matka dziewczynki: "Popatrz, Looknam, wszyscy bardzo cię kochamy. Nie chcemy, żeby porwały cię złe duchy. To dlatego wołamy wciąż: Chodź, Looknam! Chodź do nas, Looknam! Nie oddalaj się, Looknam. Chronimy cię. Ten, komu się to nie podoba, najwyraźniej cię nie kocha. Gdybym wiedziała, kim jest ta osoba, spytałabym ją dlaczego. Mam nadzieję, że nie powiedziałaby nam, że jest jej obojętne, czy Looknam zostanie porwana przez duchy." Matka Looknam nie odpowiedziała wtedy. Pozwoliła szydzić pierwszej żonie, ponieważ wiedziała, że ta kobieta nie umie uszczęśliwić się w inny sposób. Tego samego dnia po tym zdarzeniu zaniosła wraz z córką kosz podarków, aby zostawić je w sala phra pum, ich rodzinnym schronieniu dla duchów. Kiedy udekorowały miniaturowy domek girlandą kwiatów i ułożyły pod jego dachem grona langsatu i owoce durianu, matka Looknam powiedziała do córki: "Nie bój się duchów, Nin. Kiedy one patrzą na twoje szafiry czarne i połyskujące, widzą oczy generała. Te oczy sprawią, że złe duchy odejdą, a dobre duchy przyjdą, aby być ci przychylne."
Looknam posłuchała matki. Nigdy więcej nie bała się duchów i z każdym dniem pozwalała zmniejszać dystans temu, który patrzył na nią z daleka od zawsze. Kiedyś uciekała, widząc go w pobliżu - przybrał wizerunek kobry, więc nie umiał zrobić dobrego, pierwszego wrażenia. Wierzyła, że przychodził, by ją porwać. Teraz cierpliwie czekała na dzień, kiedy dowie się, kim był duch i czemu był przy niej, a kiedy to się stało - kiedy wreszcie poczuła delikatne muśniecie świadomości oplatające się wokół jej dłoni - nadała duchowi imię Lamai, co oznaczało: ta o miękkiej skórze, opiekuńcza osoba. Chciała go tak nazywać, bo każde syknięcie brzmiało jak przyrzeczenie wiecznej przynależności. Proponował jej układ polegający na troszczeniu się o siebie wzajemnie, nietykalny związek pozbawiony tęsknoty za bliskością drugiej duszy i ich nierozdzielność.
Looknam czekała na Lamai cały miniony czas tego życia. Nie była w stanie dłużej za nim tęsknić.
Więc się zgodziła.

Z biegiem lat dom generała Chaophraya zaczął pustoszeć. Jego synowie wyjeżdżali do europejskich państw, aby przyjmować wykształcenie w elitarnych szkołach. Pozostały w nim jego żony, nałożnice i córki jeszcze zbyt młode, aby opuścić dom ojca. Jego samego widywano tam również rzadziej. Wiele podróżował wraz z królem. Kiedy wracał, przywoził drogie prezenty swojej rodzinie. Pewnego dnia z jednej ze swych podróży powrócił nie tylko z podarkami. Przywiózł ze sobą mężczyznę. Brytyjskiego kupca o imieniu Hugo Wellington. Generał pokazywał mu posiadłość, zabierał go na wycieczki po Syjamie, palił z nim cygara i pił zachodni alkohol, prowadząc długie rozmowy w obcym języku. Z czasem, czekając na powrót generała, zaczęto czekać również na powrót pana Wellington. Zawsze przebywał u nich dwa tygodnie. Zdarzył się czas, kiedy przed upływem czternastu dni Looknam usłyszała, że ma wyjechać wraz z nim do Anglii jako jego żona.
Wyjąc z rozpaczy upadła matce do stóp. Pytała, za co ojciec ją karze, dlaczego taka jest jego wola i czym go uraziła. Matka odrzekła jej wtedy: "Nie możesz tu zostać, Nin. Tu nie ma dla ciebie już dłużej miejsca, dlatego namówiłam twojego ojca, by oddał cię temu mężczyźnie." Jej słowa otrzeźwiły jej myśli, każąc jej się zastanowić, dlaczego miała ubolewać nad decyzją generała.
Służba spakowała jej rzeczy w ciężkie kufry, które zostały posłane przodem do Anglii. Przed wyjazdem sporządzono administracyjne formalności, aby Looknam nie opuszczała domu z obcym mężczyzną jako niezamężna panna. Nie było tradycyjnej ceremonii. Pan Wellington nalegał, by odbyła się ona w Londynie. Tak też ustalono.
W Londynie dziewczyna dowiedziała się, że została zapisana na uczelnię Madame Kingsley, gdzie miała nauczyć się mówić płynnie po angielsku oraz poznać historię i kulturę kraju swojego męża. Pana Wellington mogła widywać co weekend, o ile nie był wówczas w podróży, ażeby mógł doglądać jej postępów w nauce. Czuła się jak jeden z jego towarów, którymi handlował - inwestycją, która miała mu przynieść większe korzyści, choć starał się jej okazywać dobroć, pokazać łagodność i emitował naturalną pogodnością. Nie ufała mu. Nie wiedziała, czy jego zachowanie jest szczere, czy to jedynie te europejskie konwenanse, ale póki czuła obecność Lamai u swego boku, nie potrzebowała się tego dowiadywać. Lamai był ukojeniem jej strachów, nadzieją i przyjacielem. Niczego więcej nie musiała mieć, by czuć się bezpieczną. W jego towarzystwie mogła zdobywać nawet Anglię.

Lala w pigułce

1. Pochodzi z Syjamu, gdzie woła się ludzi po ich przydomkach. W domu rodzinnym wołali na nią Looknam.
2. Jej cunari ma postać kobry. Nazywa go Lamai.
3. Do szkoły trafiła z woli męża - Hugo Wellingtona, przyjaciela jej ojca, który chce, aby jako jego żona poznała język i kulturę brytyjską.


Próżno ich sypkie zatrzymują śniegi
i lodem wzdęte odpychają brzegi.
Przeszli zawady, bo miłość szła wprzódy,
zmiatała śniegi i topiła lody

Offline

#12 2018-07-12 23:29:10

Faworek
Faworek wrocławski ziemniakiem natarty
WindowsChrome 67.0.3396.99

Odp: Beyond Realm

Zi2xOMh.png

Angielskie służące ze skupionymi minami na twarzach zmagały się z ilością materiałów, które Looknam kazano ubrać na dzisiejszy wieczór. W międzyczasie jej guwernantka powtarzała jej nazwy poszczególnych części ubioru: długa koszula, halka, pantalony i gorset.  Każde słowo Looknam musiała powtórzyć poprawnie, by nauczycielka mogła przejść do dalszych nauk. Nie było im końca i nie było nadziei na przerwę. Jeżeli nie uczono jej słownictwa, przedstawiano zasady gramatyki. Pomiędzy tym wpajano jej znajomość manier, a dla odpoczynku opowiadano o historii Europy. Zdawano sobie sprawę, że Looknam nie zna większości słów, którymi do niej mówiono, jednak pan Wellington wymagał, by miała kontakt z językiem niezależnie od tego, czy go rozumiała. Nikt jednak jeszcze nie wymagał, by udzielała swój głos. Była na etapie powtarzania, naśladowania. Imitatio, tak nazywano to w łacinie. Jej też miała się wkrótce zacząć uczyć, czymkolwiek była. Nikt nie zwracał uwagi na natłok zmian, informacji i wymagań, które na nią nałożono. Ich obowiązkiem byłą ją z tym zapoznać - jej obowiązkiem było to przyswoić. Jednak angielski sposób nauki męczył ją nie przez swój ciężar, lecz przez oschłość. W Syjamie świata uczono poprzez śpiewanie, taniec i zabawy. W jej kraju nauka była przyjemnością. Dla ludzi tutaj była ambicją, wielką wartością, której nieposiadanie wiązało się z wystawieniem na śmieszność w towarzystwie. 
Śmieszność. Straszono ją tym słowem, ale Looknam nie widziała w nim nic okropnego. Czemu obawiano się zostać powodem dla cudzego uśmiechu? Czy to źle sprawiać, że inni się śmieją? Pan Wellington uwielbiał się śmiać wraz z generałem Chaophraya. Ich roześmiane głosy często niosły się po tafli stawu w ogrodzie. Skoro robił to z taką ochotą, śmiech nie mógł być to dla Anglików niczym złym. W czym więc tkwił problem ze śmiesznością?
- To prezent od pani męża, pani Wellington - rzekła guwernantka, gdy służba wyciągnęła z pudeł suknię wieczorową.
- Ty podziękujesz dla mojego imienia, panu Wellington? - Wykrztusiła z siebie Looknam, przywodząc na twarz kobiety delikatne rozbawienie.
- Myślę, że pan Wellington ucieszy się bardziej, gdy zrobi to pani osobiście.
Suknię opięto na Looknam ciasno, każąc jej powtarzać: atłas, berta, koronka Valenciennes, falbany, haft i tulipany. Te ostatnie wyglądały pięknie na pobłyskującym materiale o barwie chmur. Zdobienia było jedyną rzeczą, która podobała jej się w jej stroju. Był niewygodny, ciężki i krępował ruchy.
Zawołano fryzjera, który na jej głowie podniósł i utrefił jej włosy w ciężki kok. Ozdobiono ją biżuterią. Dopięto broszki, klamry, świeże kwiaty. Kazano założyć rękawiczki zakrywające prawie całą rękę. W dłoń wciśnięto wachlarz ze strusich piór. Wsunięto na stopy trzewiczki. Zlecono jej poćwiczyć ukłony i subtelne ukrywanie spojrzenia za wachlarzem, a po tym zaprowadzono wraz z guwernantką na salony, gdzie ochoczo oddawano się tańcom przy dźwiękach orkiestry.
Looknam nie szła tam, by zaznać zabaw wieczoru. Miała obserwować, zapamiętywać, wyciągać wnioski - poznać europejski sposób zachowań podczas karnawałów.  Lamai dotrzymywał jej towarzystwa bez chwili przerwy. W Syjamie potrafił odejść na jakiś czas - miał swoje sprawunki, z którymi musiał się zmierzyć. Odkąd wyjechali z domu, on nie luzował uścisku na jej skórze. Czuł, że Looknam potrzebuje jego obecności, wsparcia, otuchy i dawał jej to, bo tego dotyczyła ich umowa. Otulał jej ramiona, otwierając swój kaptur co dłuższą chwilę. Wiedząc, co potrafi rozbawić jego Looknam, starał się rozluźnić jej spięcie.
Guwernantka skierowała się wraz ze swą podopieczną na sofy ustawione w miejscu z doskonałym widokiem na grono tańczących jak i osoby dyskutujące przy stołach. Najpierw zaczęła opowiadać jej o tańcu. Niewiele poza tym ogółem zdołała zrozumieć Looknam z jej słów. Nosił nazwę Quadrille i polegał przede wszystkim na chodzeniu i skinieniu. Prawdę powiedziawszy, gorsety i płaty materiałów sukien nie dawały kobietom możliwości na większy zakres ruchów tanecznych. Wyglądał na wymyślony po to, aby Anglicy mogli wstać czasami od stołu i skończyć niewygodną rozmowę. W Syjamie taniec miał większe znaczenie. Ich taniec był sztuką. Dzięki niemu ukazywali dzieje historii, sposób, w jaki żyli i swoje legendy. Tworzyli przy tym cykle opowieści i nieśli je radośnie w świat, podzwaniając radośnie dzwonkami zdobiącymi barwne stroje. Tańcząc, mogli oddawać cześć duchom albo królowi. W tym przedstawieniu każde wygięcie palca, ustawienie stopy i skinienie głową miało znaczenie. Nic nie mogło tam być przypadkowe. W chodzeniu w rytm muzyki, które tak uwielbiali Anglicy, tego nie było, ale w pewien sposób ten typ zabawy też miał swój urok.
Nauczycielka Looknam zdążyła zwrócić jej uwagę na subtelność zachowań dobrze wychowanych dam, które mówiły wyraźnie, ale śmiech swój wyrażały nie nazbyt donośnie, a potem przeprosiła dziewczynę i odeszła, rozglądając się. Lamai odczuł ulgę jaką poczuła Looknam. W głębi serca miała serdecznie dość tej kobiety, choć skrywała to równie zgrabnie jak nosek za piórami wachlarza.
- Nie możemy chyba nazwać żadnego z obecnych tu panów dżentelmenem, skoro żaden jeszcze nie postanowił dotrzymać pani towarzystwa i mimowolnie pozwalają siedzieć pani samej - Looknam spojrzała na dziewczynę, która stanęła przed nią, obdarzając ją przy tym czarującym, dystyngowanym uśmiechem. Looknam zaskoczona nagłym zaproszeniem do rozmowy, otworzyła usta jak mała, dusząca się rybka.
- Ja... Ja nie mówię dużo po angielsku - wydukała.
Powinna była powiedzieć dużo czy dobrze? Jak brzmiało płynnie w ich języku? Z pewnością pomieszała słowa w tej formule, ale nie szkodzi. Dziewczyna nadal stała przed nią i nie śmiała się, a więc Looknam wciąż jeszcze nie miała śmieszności.
- Przepraszam najmocniej. To było niegrzeczne z mojej strony - Uspokoiła Looknam - Nazywam się Isabella Craig.
Looknam zamarła. Miała dwie możliwości na przedstawienie się. Jedną z nich było podanie nazwiska męża. Służba jej męża nazywała ją panią Wellington, ale w niej wciąż jeszcze nie urosło przekonanie do angielskiego sposobu nazywania ludzi. Idąc za drugą możliwością, mogła wypowiedzieć swoje chue-len, ale w Anglii miała szansę skończyć raz na zawsze z looknam, larwą komara.
Nie bój się, Nin, zachęcił ją głos w głowie i posłuchała go.
Nigdy więcej nie chciała słyszeć o Looknam. Teraz miała być Nin, panią Wellington.
- Możesz mówić mi Nin.
- Dobrze. Mam nadzieję, że uda nam się zaprzyjaźnić - Odparła -  Przyznam się, że podeszłam do ciebie, ponieważ nie mogłam oprzeć się widokowi kobry.
Nin otworzyła szerzej oczy.
- Przepraszam?
- Twój wąż. Jest piękny.
- Widzisz on?
Do tej pory nie znała nikogo, komu udało się dostrzec Lamai. Ludzie nie mieli wiedzy, że prześlizgiwał się za Nin do sypialni, jadł z nią posiłki i bawił w ogrodzie. Podejrzewała, że jej matka potrafiła się z nim porozumieć, ponieważ Lamai lubił chować się w jej towarzystwie. Jednak matka nigdy nie przyznała się, by umiała go ujrzeć.
- Bardzo wyraźnie. Gdybyś miała chęć...
Za sylwetką panny Craig, w odpowiedniej odległości ukazującej szacunek, pojawiła się postać guwernantki.
- Pani Wiellington, mam polecenie zaprowadzić panią do pani męża.
- Pan Wellington być tutaj? Dlaczego? - Looknam z wrażenia zapomniała poprawnych form odmiany poznawanego języka.
Kobieta nie odpowiedziała na pytanie.
- Proszę pójść ze mną.
Nin zerwała się z miejsca. Przeprosiła niemo pannę Craig, skłoniła się delikatnie i odeszła w ślad nauczycielki. 


Próżno ich sypkie zatrzymują śniegi
i lodem wzdęte odpychają brzegi.
Przeszli zawady, bo miłość szła wprzódy,
zmiatała śniegi i topiła lody

Offline

#13 2018-07-16 21:37:45

Raika
Użytkownik
WindowsChrome 67.0.3396.99

Odp: Beyond Realm

cantilena.regular.png

      Chociaż Ophelia była w stanie przewidzieć zachowanie ojca, nadal ją raniło. Jej matka praktycznie w ogóle się nie odzywała, zapewne pod naciskiem męża, więc ich córka była zdana na siebie. Przy niestabilnych mocach i wiedzy, że zawiodła rodzinę, de Villiers była w ciągłym stresie. Mogła przenieść się do świata astralnego w każdej chwili, nawet z towarzystwem. Jeśli już o nim mowa, we dwójkę stanęli przy jednym  obrazów, zdobiących korytarz. Przedstawiał piękną kobietę otoczoną jej damami dworu. Jako jedyna miała tak kosztowną suknię. Wyszywany drogimi kamieniami materiał, sugerował jej wysokie urodzenie. Twarz miała pobawioną emocji, jednak nie to zwróciło uwagę Ophelii. Swój wzrok skupiła na namalowanym, obok stóp głównej kobiety, lisie. Domyślała się, że był to jej cunari. Już od jakiegoś czasu się nad tym zastanawiała, jednak dopiero teraz skierowała spojrzenie na autorce. Nie była zadowolona z tego, że dostrzegła tam męskie imię i nazwisko. Wiedziała, że obrazu nie mógł namalować żaden mężczyzna. Nie mieli pomocy, a co za tym idzie, nie widzieli cunari. Musiał więc przypisać sobie talent swojej żony, córki albo kobiety, którą objął prywatną opieką. Nie podobało jej się to, a obraz stracił cały swój czar.
      - Księżna Kettelburn, znana z tego, że otaczała się osobami, które nigdy jej nie zdradziły. Musiała być więc naprawdę niesamowitą kobietą. – Ciszę przerwał młodzieniec, przypominając Ophelii, że była w jego towarzystwie. Delikatnie się od niego odsunęła i z gracją ukłoniła, łapiąc rąbka sukni balowej.
      - Nazywam się Ophelia de Villiers – przedstawiła się spokojnym, ciepłym głosem, nie ujawniając ani swoich uczuć, ani myśli dotyczących dzieła sztuki, któremu do tej pory się przyglądali. Bardzo mocno starała się ukryć zażenowanie z powodu sytuacji, w której mężczyzna zastał ją z ojcem. – Dziękuję Paniczowi za udzieloną pomoc. – Dopiero teraz podniosła na niego swój wzrok. Młodzieniec ujął jej dłoń i również się ukłonił.
      - To zaszczyt Panienkę poznać – pocałował wierzch jej dłoni i wyprostował się z sympatycznym uśmiechem. Ophelia się rozluźniła, opleciona jego spokojną i miłą aurą. – Nazywam się William von Houten.
      - Paniczu von Houten, nie jestem pewna, czy Księżna Kettelburn była niesamowitą osobą.
      - Skąd takie przekonanie, Panienko de Villiers? – Zapytał wyraźnie zaintrygowany tokiem myślenia, jaki obrała jego rozmówczyni. Ją to z kolei skrępowało, ponieważ przypomniała sobie, że nie powinna nikomu wspominać o swoich umiejętnościach, nawet jeśli w szkole nie była jedyną osobą, która je przejawiała. Przecież nie mogła powiedzieć o cunari kobiety, które reprezentowało dosyć negatywne cechy. W zasadzie to one zaprowadziły ją na stos. Została spalona za czary jako jedna z pierwszych kobiet na świecie. Według domysłów dziewczyny, posiadała moc związaną z wykrywaniem kłamstw i oszustw, bądź omamianiem ludzi. To dzięki niej otaczała się tylko takimi ludźmi, którzy byli jej ślepo lojalni.
      - Widzi Panicz tego lisa u jej stóp? – Ophelia wskazała stworzenie, które smacznie spało u boku swojej pani. – Wielu malarzy zawiera w swoich dziełach symboliczne uosobienie negatywnych cech osób w taki sposób, aby nie zostało to nagannie odebrane. Lisy reprezentują spryt, przebiegłość, podstęp i przede wszystkim kłamstwo. Wydaje mi się, więc, że autork… - odchrząknęła, zauważając swój błąd i niepewnie spojrzenie mężczyzny. - … autor chciał tym pokazać, że Księżna Kettelburn była fałszywą osobą.
      - Nie uważa Panienka, że to są naprawdę poważne oskarżenia? O zmarłych nie powinno się źle mówić. – Ophelia spuściła skrępowana wzrok, ale nie zamierzała wycofywać się ze swoich słów. Wiedziała o czym mówiła.
      - To fakty wyczytane z jej rodowej księgi Paniczu von Houten, nie całkowicie moje przekonania. – Mężczyzna zamyślił się na chwilę, mrucząc cicho i intensywnie wpatrując w kobietę.
      - A jakie wierzę, według Panienki, jest moim uosobieniem? – de Villiers przełknęła ślinę zaskoczona i trochę przestraszona. Nie wiedziała, jak miała mu powiedzieć, że nie była w stanie określić zwierzęcia uosabiającego mężczyzn, ponieważ takie nie istniały. Oni nie mieli mocy, więc i nie posiadali cunari.
      - Nie jest… - Miała zamiar powiedzieć, że nie była w stanie tego zrobić, ponieważ za krótko się znali, ale właśnie wtedy zakręciło się jej w głowie. Zachwiała się na nogach i zaczęła ciężko oddychać, a jej ciało płonąć, jakby miała bardzo wysoką gorączkę. Bardzo dobrze znała ten stan. Jej dusza właśnie próbowała oddzielić się od ciała, wbrew jej woli. Chciała to jakoś powstrzymać, ale jej uwagę zwróciło głośne szczeknięcie. Zaniepokojona spojrzała w kierunku mężczyzny i dostrzegła dużego psa tuż przy boku Williama. Cunari? Zanim zdołała się nad tym zastanowić, zwierzę zniknęło, ale jej stan się nie poprawił. Miała ochotę wskoczyć do lodowatego jeziora, żeby zgasić ten wszechogarniający żar. Czuła jak jej pobudzona moc promieniuje na całe ciało.
      - Panienko, wszystko w porządku? – głos młodzieńca dochodził do niej z oddali. – Panienko?
      - Po… Potrzebuję wody… - wydukała przez zaschnięte usta.
      - Zaraz przyniosę, proszę się nie ruszać. – William z jakiegoś powodu musiał się nią zaopiekować. To uczucie tak mocno go popędzało, że czuł się, jakby w tym momencie było jego obsesją. Nie podejrzewał, że Ophelia go odesłała głównie po to, aby z trudem podejść do najbliższych drzwi, otworzyć je i zamknąć się w tym pomieszczeniu. Nie chciała być przyłapana, więc musiała się ukryć, bo nie była pewna, czy się uspokoi. Bardzo mocno się na tym skupiała, niemal boleśnie przyciągała swoją duszę z powrotem do ciała, kiedy ta ulatywała coraz dalej. To była dla niej istna tortura, ale po naprawdę wielkim wysiłku dała sobie radę i  osunęła się plecami po drzwiach. Zaczęła łapać powietrze i chociaż słyszała nawoływania von Houtena, nie odpowiadała na nie. Przeczekała aż mężczyzna się oddali i dopiero wtedy opuściła pokój, kierując się w stronę Sali balowej. Musiała porozmawiać z Isabellą, bo było tylko coraz gorzej. Należało się przyznać do mocy i poprosić o pomoc, bo już coraz mniej sobie radziła z tymi atakami. Na szczęście kobieta stała samotnie przy jednym ze stolików, więc niepewnie do niej podeszła.
      - Panienko Craig? – Kiedy kobieta na nią spojrzała musiała dostrzec jak strasznie blada się zrobiła. Miała jasną cerę, ale teraz wyglądała jak śnieg. – Myślę, że potrzebuję Panienki pomocy… - spuściła wzrok zawstydzona, bo to był dla niej naprawdę ciężki temat.

Offline

#14 2019-04-14 22:06:52

Arbalester
Łoś Przewodnik
Windows 7Chrome 73.0.3683.103

Odp: Beyond Realm

PrVJvLE.png

igP7jsl.png- Wyszykowałaś się wreszcie? Nie wiem, czemu muszę na ciebie czekać.
igP7jsl.pngPercy siedział przy biurku w ich wspólnym pokoju. Ciężką głowę podpierał na pięści, walcząc z przymykającymi się powiekami. Poprzedniego dnia mieli wyczerpujący mecz z Akademią Oksfordzką. Wytrwali zawodnicy, ale zabrakło im motywacji. Potem jeszcze parę szklaneczek przemyconej whisky z chłopakami i pożegnał się z większością nocy. Teraz marzył tylko o łóżku.
igP7jsl.png- Pasuje mi ten kapelusz?
igP7jsl.pngBlunt zmusił się do rozwarcia szerzej oczu i sprawienia pozorów oceniania wyglądu Francisa. Wiedział, która odpowiedź zapewni szybsze wyjście na bal.
igP7jsl.png- Nie. Wyglądasz śmiesznie.
igP7jsl.pngFrances zmarszczyła nos w bardzo dziewczyńskiej manierze. Rzuciła melonik na swoje posłanie, naciągnęła kamizelkę i skinęła na współlokatora. Dziewczyna może i nosiła męskie ciuchy, ale tempo ich zakładania zdecydowanie dawało świadectwo jej żeńskiej naturze. Starając się nie okazać irytacji po swojej twarzy ani postawie, Percy wyprzedził ją w progu i sam poprawił swój ubiór. William polecił uszyć mu najlepszej jakości surdut. Percy osobiście na tym się nie znał i mało go to obchodziło, ale nosił się i prezentował, jakby było to wdzianie godne samej królowej.
igP7jsl.pngKorytarzem przemknęła w panice spóźniona dziewczyna, ciągnąc za sobą poły wzorzystej sukni. Pewnie wszystkie jej koleżanki już tańcowały ze swoimi partnerami na ten wieczór.
igP7jsl.png- Pospiesz się, bo nie zdążymy na toast - ponagliła go Frances, wyprzedzając o parę kroków.
igP7jsl.pngPercy spiorunował wzrokiem jej plecy.
igP7jsl.png- Twoja bezczelność nie zna granic.
igP7jsl.png- Całe szczęście, bo by mnie tu nie było. - Odwróciła głowę w jego stronę, częstując cwaniackim uśmiechem. Jej uwagę jednak zaraz odwróciły kolejne dwie spóźnialskie, chichoczące do siebie porozumiewawczo.
igP7jsl.png- Nie chciałabyś pochichotać z nimi? - zapytał uszczypliwie.
igP7jsl.png- I porzucić wspaniałe towarzystwo twoje i Malcolma? Ależ za nic.
igP7jsl.pngNie umknęła mu wyraźna ironia w jej głosie, ale puścił to mimo uszu. Usłyszawszy głosy, zerknął za siebie, kiedy doszli do skrzyżowania korytarzy przed główną halą. Jedna z nauczycielek stała przed drzwiami gabinetu wicedyrektora i rozmawiała z nim samym. Ona mówiła spokojnie; wnioskując z gestykulacji, musiała mu coś tłumaczyć. On trzymał obie dłonie złożone na sławetnej rzeźbionej lasce i kiwał głową do jej słów.
igP7jsl.pngFrances syknęła na Blunta ponaglająco, obawiając się, że ta właśnie wysoko postawiona w hierarchii dwójka odnotuje za moment ich spóźnienie. Czym prędzej odwrócił się więc na pięcie i wbiegł za nią po schodach, u ich szczytu natychmiast przybierając dystyngowaną pozę i chłodne, ale przystępne spojrzenie. Francis mrugnął do niego na pożegnanie, nim wtopił się do grupki dziewcząt, wywołując zaraz salwy śmiechu. Percy obserwował z bezpiecznego dystansu, jak chłopcy proszą swoje partnerki na ten bal do tańca, a potem płyną z nimi na środek sali i snują się do, trzeba przyznać, pięknej muzyki. Wyglądało to zjawiskowo - zdecydowane kroki chłopców, mknące po podłodze i w powietrzu suknie dziewcząt - choć Percy'emu przypominało i tak teatr. Chwyciwszy ze stołu przekąskę, skierował się ku grającemu zespołowi, pozwalając im się porwać gdzieś poza te cztery ściany, poza uczelnię, poza kraj. Miał już odlatywać z planety, ale znajomy podszedł do niego, poruszając temat obecności rodziców.
igP7jsl.png- Mogłoby się obejść bez tych wizyt - stwierdził Blunt, mając na względzie oddanie ojczyma wobec pracy i to, jak wiele czasu mu ona pochłania. - Czym tu się popisywać? Zdolnością tupania po podłodze? - Wywrócił ostentacyjnie oczami, jednocześnie zastanawiając się, gdzie podziewał się William.
igP7jsl.png- Pewnie szczekałbyś inaczej, gdybyś umiał tańczyć - parsknął Remy, upijając łyk napoju, jak gdyby to była najlepsza whisky pod słońcem.
igP7jsl.pngKącik ust Percy'ego powędrował ku górze, a pięści zaświerzbiły. Zbył jednak szukanie guza przez kolegę wymownym milczeniem, zwiastującym kłopoty w przyszłości. Obaj zostali rozproszeni ze swoich gierek wejściem dyrektorki na podwyższenie. Za nią zaraz ustawił się wicedyrektor, a potem reszta kadry profesorskiej. Trzymali już w swoich dłoniach kieliszki z szampanem. Tymczasem kelnerzy rozdawali na srebrnych tacach ten sam trunek dla gości. Chłopcy wzięli swój przydział, skupiając całą uwagę na osobach prowadzących tę uczelnię. Madame Kingsley zawsze roztaczała wokół siebie aurę szacunku i niepodważalnego autorytetu, wobec którego każdy się poddawał. Jakkolwiek Percy stronił od kobiet, nie wykluczało to podziwiania ich - nawet jeśli obiektami jego podziwu padały niekoniecznie pozytywne cechy.
igP7jsl.pngDyrektora wygłosiła niekrótką przemowę, a po ostatnich słowach wzniosła wysoko kieliszek.
igP7jsl.png- A teraz wznieśmy toast! - zawołała z werwą, wywołując salwę oklasków. - Za kolejne pokolenia w naszej Akademii oraz te dające już świadectwa naszemu poziomowi nauczania. - Madame upiła jeden, krótki łyk szampana, po którym opróżniła szkło do sucha.
igP7jsl.pngPercy zrobił dokładnie to, co ona. Szampan smakował wyśmienicie i musiał być mocny, bo natychmiast zakręciło się chłopakowi w głowie. Zmarszczył brwi. Remy mielił ozorem obok niego, ale Blunt za bardzo zaaferowany był nierównym rytmem swojego serca. Miał już rozglądać się za krzesłem, by przysiąść, kiedy mięsień skurczył się boleśnie. Percy chwycił się za koszulę, wystraszony, ale serce biło znów zwyczajnie. Coś jednak się zmieniło. Panowała cisza.
igP7jsl.pngOdwrócił się do kolegi, przed chwilą jeszcze paplającego, ale ten trwał bez ruchu jak kamienny posąg. Percy rozejrzał się i zauważył, że większość gości zastygła w czasie, poza kilkunastoma uczniami i kadrą profesorską. Dostrzegł Frances, posyłającą mu pytające spojrzenie, zdezorientowanego Malcolma. Pomyślałby, że to jakieś przedstawienie na pograniczu sztuki i dowcipu, gdyby nie to zoo. Znikąd pojawiły się na sali najróżniejsze zwierzęta - wydra, wilk, wąż... Czuł się jak w cyrku.
igP7jsl.png- Percy. Na zewnątrz wyglądasz jeszcze brzydziej, niż wewnątrz.
igP7jsl.pngBlunt opuścił wzrok, by dojrzeć źródło tego zachrypłego, warkoczącego głosu. Musiał spojrzeć aż pod swoje nogi, gdzie siedział... mały niedźwiedź?
igP7jsl.png- Rosomaka nie widziałeś? Strata pieniędzy Williama na twoją naukę.
igP7jsl.pngRosomak wydawał się obruszony, tymczasem Percy zaczynał myśleć, że być może zaspał na przyjęcie.


2JyT7mY
"Do not pity the dead, Harry.
Pity the living, and, above all, those who live without love.”

Offline

#15 2019-04-15 11:58:04

Dolores
Kucyponek Jednorogi
MacintoshSafari 604.1

Odp: Beyond Realm

b9e5f169fc6fd5cd2abfd62fdeb9dfd1.jpg
Esmée Rosalia Carter

Od zarania dziejów, w każdej szkole jest taka osoba. Zwykle jest to młoda dziewczyna, jedna z uczennic. Zwraca się na nią uwagę już w pierwszym momencie po przekroczeniu bram gmachu danej szkoły. Bije od niej swego rodzaju majestat i siła. Jest na ustach wszystkich. Suka przy władzy. Zawsze wygląda tak samo, może różnic się szczegółami, jak kolor włosów, odcień skóry czy wzrost, ale za każdym razem posiada zestaw cech charakterystycznych dla tego gatunku: figura modelki, bogaty tatuś i/lub mamusia, nos zadarty tak wysoko, że zaraz zaczepi nim o żyrandol i charakter tak okropny, że gdyby ktoś spróbował dotknąć jej duszy, to żrący kwas wyżarłby mu dziurę w ręce. Esmée posiada to wszystko, a nawet więcej. Pochodzi z wielopokoleniowego rodu, jej przodkowie dorobili się już za czasów Columba na handlu z dalekim wschodem. Pan Carter, ojciec Esmée posiada kilka fabryk pod Londynem, pani Carter całymi dniami leży i pachnie. Sama Esmée jest prześliczna - jej korzenie sięgają nie tylko daleko w czasie ale i przestrzeni, egzotyczną urodę zawdzięcza matce urodzonej w kolonii brytyjskiej w Indiach - jej skóra ma delikatnie oliwkowy odcień, długie włosy układają się w kuroczoczarne loki, a czekoladowe są oczy duże i otoczone wachlarzem gęstych czarnych rzęs. Jej niepowtarzalna uroda przyciąga wzrok, ale paskudny charakter sprawia, że kto tylko odważy się na nią spojrzeć lub - co gorsza - odezwać, zaraz wbija wzrok w czubki swoich pantofli i przez kilka najbliższych dni boi się go podnieść.
Często bywa, że dziewczęta mają jakiś powód, by zachowywać się tak okropnie. Jakieś zdarzenie z przeszłości, które pozostawiło na ich duszy tak dużą skazę, że już nigdy nie były takie same. Ale nie Esmée. Ona już od samego początku była suką, już jako dziecko ciągnęła liczne nianie za włosy i rzucała w nie kawałkami owoców, które miała zjeść na deser. Nauczycieli Esmée zmieniano częściej niż jej rękawiczki i żaden nie potrafił wytrzymać dłużej niż kilka tygodni. Jednak zdarzały się momenty, gdy Esmée zachowywała się niczym aniołek. Była potulna jak baranek i choć nieco rozkojarzona, to bardzo grzeczna. Ładnie zjadała wszystkie owoce, uśmiechała się pięknie i dygały jak prawdziwa dama. Ale nigdy nie trwało to długo. A Esmée zdawała się zupełnie nie pamiętać okresu, gdy zstępował w nią anioł prosto z niebios. Innym razem natomiast Carterówna potrafiła wpadać w prawdziwy szał. Była jak dzikie zwierzę i nic nie potrafiło jej zatrzymać. Nikt nie wiedział skąd biorą się te wahania nastrojów u młodej Esmée. Aż do momentu, gdy trzynastoletnia wówczas dziewczyna siedziała przed lustrem i czesała swoje długie włosy. W pewnym momencie coś odwróciło jej uwagę, spojrzała w stronę okna, na gałęzie uderzające o szybę, ale jej lustrzane odbicie nadal wpatrywali się w profil jej twarzy. W pierwszym momencie wystraszyła się. Zimny dreszcz przebiegł jej po plecach i miała ochotę uciec z krzykiem ze swej sypialni. Przerażająca Esmée z lustra wpatrywała się w realną Esmée oczami, które świeciły niezdrową żółcią i uśmiechała się szeroko, ale niepokojąco. Realna Esmée cofnęła się kilka kroków, zacisnęła palce na oparciu krzesełka, z twarzą pobladłą jak u trupa. A złowieszcze odbicie Esmée zaczęło wychodzić z lustra.

Po tym zdarzeniu wszystko zdawało się wrócić do normy. Choć nic nie było już normalne.


Ja pierdolę, ale ameby.

Offline

#16 2019-08-22 13:42:56

Faworek
Faworek wrocławski ziemniakiem natarty
WindowsChrome 76.0.3809.100

Odp: Beyond Realm

Zi2xOMh.png

Guwernantka kazała Looknam podążać za sobą i nałożyła tempo, nie zważając na jej dużo niższy wzrost ani na utrudnienia, z którymi walczyła młoda pani Wellington  w ramach przyzwyczajania się do pantofli i sukni uszytych w europejskim stylu. Od jej niewygody ważniejsze było to, że pan Wellington czekał. Przemierzały więc korytarze szkoły, których zakamarki rozświetlało szafirowe światło księżyca. Dzisiejszej nocy świecił równie mocno jak złota tarcza słońca, a jego promienie, wpadając przez ogromne, łukowe okna, sprawiały pozór dużo bardziej boskich i tajemniczych niż te, które widywała w Syjamie. Wydawało się, że w Anglii nawet księżyc mają zupełnie inny: bardziej zdeterminowany, silniejszy i większy. Zupełnie jakby tutejsze duchy skryły się w jego świetle, uciekając od sztywnych i wyniosłych mieszkańców tych ziem. Nawet bogactwa ludzi o twarzach bladych jak piasek nie były wstanie nakłonić, aby wróciły.
Jej opiekunka zatrzymała się przed portalem prowadzącym do ogrodów i parków szkolnych i pouczyła ją zanim wyszły:
- Pamiętaj, pani Wellington, aby skinąć na powitanie panu Wellington. Miej na uwadze również dobroć, którą okazuje, dobroduszność i cierpliwość.
Z pewnością uszczęśliwisz go, jeżeli okażesz, że je doceniasz.
- Nie wiem tylu słów - Zmartwiła się. Guwernantka westchnęła z pobłażaniem, zakładając ręce.
- Proste "Dziękuję za wszystko, co pan zrobił" na początek wystarczy, pani Wellington - Podsumowała, po czym otworzyła drzwi i wyprowadziła Looknam na taras. Na jego drugim końcu szerokie, marmurowe schody prowadziły do fontanny na placu, przy którym krzyżowały się główne aleje parku. Przy rozbryzgującej wodzie stał pan Wellington, wpatrując się w fasadę gmachu. Widząc ruch kątem oka, spojrzał prosto na przybyłe kobiety.  Nieśpiesznie ściągnął melonik z głowy, czekając aż przemierzą one stopnie. Jego dłonie skrywały rękawiczki, tak samo jak jej. W drugiej dłoni trzymał szpicrózgę (te słowa przedstawiła jej następnego dnia nauczycielka). Na sobie miał strój, którzy nosili dzisiejszego wieczoru również inni mężczyźni na przyjęciu. Nazywali to tutaj frakiem.
Guwernantka zatrzymała się na metr od pana Wellingtona i skinęła mu z szacunkiem. Looknam poszła w jej ślady, a on odwdzięczył się pełnym klasy ukłonem.
- Dziękuję pani, pani Rowley - rzekł mężczyzna, a kobieta w odpowiedzi skinęła raz jeszcze, tym razem na pożegnanie, i oddaliła się, zostawiając małżeństwo same.
Looknam stała z opuszczoną głową. Wiedziała, że Anglicy nie odbierali tego gestu jako oznaki szacunku, lecz skrytości i skrępowania, ale nie potrafiła przełamać nawyków zdobytych w domu ojca.
- Czy podoba cię się prezent ode mnie, moja pani? Wyglądasz w nim pięknie.
- Jestem wdzięczność za niego - Odpowiedziała, próbując powtórzyć sobie słowa guwernantki. Hugo Wellington uśmiechnął się szeroko, trzęsąc ramionami. Dziewczyna zdała sobie sprawę, że jego radość wywołała, przywołując swoją śmieszność. Chciała paść na kolana, bijąc czołem o podłogę i przepraszać, ale jej sukienka, krepując ruchy, przypominała, że nie może tego zrobić - Przepraszam.
- Moje uczucia zostały skalane tylko i wyłącznie poczuciem winy wobec samego siebie, ponieważ pozwoliłem właśnie damie przepraszać mnie, choć nic złego nie uczyniła. Czy wybaczysz mi, pani, mój brak wyczucia?
Looknam nie zrozumiała wszystkich słów. Miała wrażenie, że jej mąż próbuje uczyć ją, do czego prowadzi śmieszność. Nie wiedziała, co powinna odpowiedzieć. Nikt nie powiedział jej jeszcze, w jaki sposób stracić śmieszność, kiedy ona już przyjdzie.
- Dziękuję za wszystko, co pan zrobił - Zacytowała nagle słowa nauczycielki.
- Chciałbym móc zrobić więcej - rzekł po chwili, w której uporczywie wpatrywał się w jej twarz - Powiedz mi, proszę moja pani, czy czujesz niedostatek czegokolwiek. Moją przyjemnością jest spełnić każde twoje życzenie. Nie wahaj się więc prosić o co zechcesz.
Looknam miała ochotę krzyczeć, że chce wrócić do Syjamu, że nie podoba się jej ten szary smutny kraj, do którego została przywieziona. Pragnie odzyskać to, co miała zanim przyjechała do Anglii, nawet gdyby miała zostać za to wybatożona i nosić świadectwo hańby przyniesionej rodzinie. Chciała płakać, ale wiedziała też, że stąd nie ma już dokąd wrócić. Po tym jak wyszła za mąż, zabrano jej prawo do przekroczenia progu domu ojca jako jego córka.
- Czuję się zamknięta w pokoju. Życzę sobie mieć więcej czasu na zewnątrz. Pod słońcem.
- Zrobię, co w mojej mocy, żeby spełnić twoje życzenie - skłonił się - Nie mogę zaprzeczyć, że zauroczyła mnie niekonwencjonalność twojego życzenia. Angielskie damy w prezentach dostają zazwyczaj materialne upominki: biżuterię, nakręcane zabawki albo dzieła sztuki.
- Ja mam wszystko, kogo mi trzeba.
Hugo Wellington zamyślił się, marszcząc brwi. Na twarzy miał wypisane przyzwyczajenie do uszczęśliwiania ludzi drogimi, namacalnymi skarbami.
- Czy jest coś w Syjamie, za czym tęsknisz?
Looknam ten jeden raz postanowiła być szczera sama ze sobą.
- Wszystko, ale uszczęśliwi mnie sala phra pum.
Pan Wellington zdawał się zadowolony, znajdując w końcu rzecz, którą mógłby zadowolić swoją młodą żonę.
- Możesz spodziewać się prezentu po moim powrocie. Akurat jutro wyruszam w podróż. Właśnie to jest powodem mojego przybycia tutaj. Przyjechałem się pożegnać.
- Jak daleko pana nie będzie?
- Jeszcze tego nie wiem - Odparł, po czym ujął jej dłoń i złożył na jej wierzchu delikatny pocałunek - Możesz być jednak pewna, moja pani, że z momentem mojego powrotu w granice Anglii, moje serce pchać mnie będzie do ciebie.
Looknam poczuła, jak krew dudni jej w uszach. Nie była pewna, czy słuch lub rozum jej nie myli, lecz miała wrażenie, że z ust pana Wellington usłyszała wyznanie miłosne. Nie wiedziała, jak powinna zareagować, aby nie obrazić jego uczuć. Miała jednak ochotę wyrwać swą dłoń i odsunąć się od niego. Z każdym słowem, brzmiącym jak kłamstwo traciła zaufanie. Bo jakim sposobem jego zapewnienie miało być prawdą? Ich małżeństwo było interesem prowadzonym przez niego i jej ojca. W tej inwestycji nie było miejsca na uczucia. Przynajmniej jeszcze nie teraz - nie, gdy nie znali się, bo nie potrafili zrozumieć nawzajem swoich mów; nie, gdy żyli oddzieleni oceanem, po którym on podróżował, i murem szkoły, w której ona przebywała; nie, gdy ich małżeństwo nie zostało w dalszym ciągu należycie poznaczone.
Jej kąciki ust uniosły się, rozświetlając twarz delikatnym uśmiechem.
- Moja pani, czy nauczono cię do tego czasu walca?
Dziewczyna potwierdziła skinięciem.
- Czy uczynisz mi więc tą przyjemność i pozwolisz mi towarzyszyć ci w tańcu?
Nie miała wyboru odpowiedzi. Wrócili więc na bal, a krocząc do sali bankietowej, pan Wellington opowiadał o planach na najbliższy weekend, który będą mogli spędzić razem. Looknam starała się słuchać, ale nie potrafiła skupić się na jego słowach. W jej uszach rozbrzmiewał syk Lamai, który brzmiał ciepło jak pochwała. On był dumny, że jego dziewczynka staje na wysokości zadania i nie pozwala sobie na słabość łez. Nawet sprowokowana rozmową o rodzinnym kraju.
Niespodziewanie dotarło do niej, że wokół zrobiło się cicho. Zniknęły dźwięki muzyki obijające się o ściany, gwar tworzony przez liczne rozmowy, a nawet wiatr przestał świszczeć, wdzierając się przez szpary okien. Spojrzała na mężczyznę obok. On również, dużo wcześniej niż ona, wyczuł panujące milczenie. To było powodem, dla którego przestał mówić i dla którego marszczył teraz brwi. Gestem nakazał jej milczenie.
Stanęli pod drzwiami sali balowej i nasłuchiwali. Lamai wciąż syczał i wił się wokół niej, ale jego ruchy były nerwowe i impulsywne. On również nie wiedział, co się dzieje. Spłynął z jej ramion na podłogę i wkradł się do sali.
Ich uszu doszły nagle czyjeś słowa:
- Żądam wyjaśnień!
- Skandal! To szkoła opanowana przez diabła!
- Proszę każdego z państwa o uspokojenie nerwów. Wyjaśnię wszystkie niewiadome i odpowiem na każde pytanie, o ile wystarczy nam na to czasu. Obecny stan rzeczy został spowodowany, aby odszukać wśród uczniów naszej uczelni elitarne jednostki, które od tej chwili rozpoczną naukę panowania nad swymi wyjątkowymi zdolnościami magicznymi. Spodziewam się, że dla niektórych z państwa dzisiejszego wieczoru może brzmieć to absurdalnie, ale nikt, kto stoi tu przytomny, nie byłoby w stanie słuchać mnie teraz, gdyby nie istniała ku temu przyczyna, którą jest skrywana przez niego magia.
Lamai wysunął się z powrotem, owinął się wokół jej kostek i sprawiał wrażenie, jakby próbował ją namówić, aby weszła do sali. On wyczuł okazję, aby więź między nimi mogła stać się silniejsza. On pragnął przyznać się, że istnieje i przebył ocean dla tej chwili.
- To absurdalne. Natychmiast opuścisz tę szkołę - Szepnął pan Wellington wyraźnie obruszony - Nie. Mylę się. To nie szkoła. To cyrk.
Lamai syknął zniecierpliwiony.
Pan Wellington chwycił jej dłoń, próbując wycofać się z dala od tego, czego nie potrafił pojąć. Looknam stawiła jednak opór.
- Przykro mi - Rzekła - Jestem taka, jak oni.
Szarpnęła za wrota, zwracając tym uwagę wszystkich zebranych wewnątrz. Nie. Nie wszystkich. Większość z biesiadników zawisła w przestrzeni niczym kamienne posągi. Sala jednak wypełniła się zwierzętami, które wydawały się rozkojarzone i zagubione, choć żadne z nich nie przejawiało agresji.
- Chcę się uczyć - Oświadczyła - Mój przyjaciel ma imię Lamai. Chcemy razem się uczyć.
Podeszła bliżej grona nauczycieli, którzy nie zastygli w czasie. Ich wzrok z niej, przeskoczył nagle na to, co czekało za jej plecami - pana Wellingtona. Zza ramienia jednego z pedagogów wystrzeliła nagle puchata kulka i popędziła w stronę jej męża. Okrążyła go kilka razy, a z każdym jej susem kolana pod panem Wellingtonem miękły, aż ten osunął się na podłogę. Kulka wróciła na miejsce, z którego wyskoczyła, prezentując się teraz jako ruda, zwinna wiewiórka.
- Sprawimy, że pan Wellington nie będzie zamartwiać się wspomnieniami tej chwili - Rzekła nauczycielka, której głos słyszała wcześniej zza drzwi - Ciebie i twojego przyjaciela natomiast witam serdecznie wśród elitarnej grupy Madame Kingsley. Mam nadzieję, że reszta naszych wyjątkowych uczniów pójdzie za twoim przykładem.


(szeptem) To jest ta scena, w której dajecie nogę.


Próżno ich sypkie zatrzymują śniegi
i lodem wzdęte odpychają brzegi.
Przeszli zawady, bo miłość szła wprzódy,
zmiatała śniegi i topiła lody

Offline

Użytkowników czytających ten temat: 0, gości: 1
[Bot] CCBot

Stopka

Forum oparte na FluxBB

Darmowe Forum
ciemnastrona - motna - counter-strike - partylife - multipoland