Opowiadania grupowe - forum Depesza

Opowiadania grupowe

Nie jesteś zalogowany na forum.

#31 2018-12-04 23:04:07

Arbalester
Szeryf Depeszy
Windows 7Chrome 70.0.3538.110

Odp: Kumple

eRLBsYl.png

tumblr_inline_pdoj3xlWIu1r8jbqm_75sq.gif
Ever had one of them days wish you woulda stayed home
Run into a group of niggas who gettin' they hate on
You walk by
They get wrong
You reply then shit get blown
Way outta proportion
Way past discussion
Just you against them, pick one then rush 'em
Figure you get jumped, yeah that's next.
They don't wanna stop there now they bussin'
Now you gushin', ambulance rushin'

KLujbIH.pngNie zdążył jeszcze ochłonąć po tym, co odwaliła Vi, a wróciła do nich Ava, cała w skowronkach. Wyglądało na to, że dzisiaj miał robić za opiekuna, jak trzy czwarte swojego życia. Zerknął na Nate'a, na co ten wzruszył ramionami; brat martwiący się o siostrę. Może to jakaś męska przypadłość, pomyślał, odprowadzając dziewczynę na zewnątrz. Jak tak teraz o tym pomyślał, to właściwie za każdym razem, kiedy jeszcze byli w związku, opiekowali się sobą na przemian. Oboje mieli swoje demony, a nad nimi ciężko zapanować.
KLujbIH.pngWieczór był jeszcze chłodny, ale nosił w sobie woń zapowiadającą nieuchronnie nadchodzące lato i koniec roku szkolnego. Zaciągnął się tym zapachem, wymieszanym z dymem papierosowym wydychanym przez grupkę nastolatków obok. Chciałby mieć już to wszystko za sobą; zakończyć szkołę, przeskoczyć do momentu, kiedy matka zrobi coś głupiego i znów odejdzie, te zgrzyty z bratem. Przydałby mu się pilot do życia. Kiepski tydzień? Pomiń scenę. Nudne lekcje? Przewiń. Zjebałeś swoje życie? Cofnij. Leżysz na polu z ukochaną dziewczyną u boku? Pauza.
KLujbIH.pngZ zamyślenia wyrwały go podniesione głosy. Imprezę zostawili już kawał drogi za sobą, a z jakiegoś powodu pod latarnią zebrała się grupa osób z imprezy. Rozpoznał ich bez problemu - brat Vi, ten sam, co go jeszcze niedawno gonił, wraz ze swoimi dwoma pryszczatymi kolegami, bez których chyba nie wystawiał nosa za drzwi, a w drugim "obozie" Brandon, też z ich szkoły w towarzystwie dobrego przyjaciela Justina, Jensona. Człowiek mózg i największy krętacz, jakiego Gary znał. Dyrektor mógłby znaleźć kokainę w jego plecaku, a on by mu wcisnął, że to cukier puder na dodatkowe zajęcia z pieczenia. Co za dziwna zbieranina. Normalnie by się nimi nie przejął zupełnie; zwłaszcza, że nadal był na celowniku Iana.
KLujbIH.pngTyle że jeden z pryszczatych nagle jednym ciosem powalił Jensona na ziemię i nawet gdyby nie włączył się w to Brandon, o którym posiadał względnie neutralną opinię - co już było czymś - to przez sam wzgląd na więzy chłopaka z Justinem Zane włączyłby się do bójki. Chłopak wystarczająco się nacierpiał i Gary stosował tu zasadę: twój przyjaciel jest moim przyjacielem.
KLujbIH.pngAva odwróciła się do niego, natychmiast wyczuwając, co się święci. Spochmurniała na widok jego błyszczących oczu i niecierpliwie przebierających placów. Puściła dłoń kuzynki, by wycelować w niego palcem. Bliźnięta patrzyły na to pytająco.
KLujbIH.png- Gary, nie.
KLujbIH.pngOtworzył usta, by zaprotestować, więc powtórzyła dosadniej, jak do psa:
KLujbIH.png- Nie.
KLujbIH.pngAle on już czuł wytwarzaną przez ciało adrenalinę, rozpływającą się po członkach. Widział też, że z Jensonem dopiero z trudem podnoszącym się z ziemi, Brandon jeden na trzech dryblasów nie miał szans. Przeprosił ją miękko, choć wcale nie żałował tego, co miał zrobić. Jeszcze nie wtedy. Nie, wtedy zawładnęła nim euforia tuż po wymierzeniu pierwszego ciosu. Gdzieś na tyły jego świadomości przedarły się najpierw proszące, a potem wściekłe nawoływania Avy i oburzony głos Ann, ale utonęły wraz z pierwszą upuszczoną kroplą krwi. Strupy na kostkach pękły. To się szarpnęli, to kopnęli. Pryszczaci mieli sporo siły, ale już mniej sprytu w walce. Udało mu się uskoczyć, a w tym czasie Jenson warknął coś do Iana, na co ten wyłożył mu tak siarczystego kopniaka, że Gary aż się wzdrygnął. Chłopak gruchnął przerażająco o ziemię, a Zane zobaczył siebie w tysiącach podobnych sytuacji. Wymierzył rywalowi cios kolanem w udo i pchnął go, a zyskawszy na tym czas, spojrzał uważniej na Jensona. Chyba stracił przytomność. Nie mógł jednak do niego podejść, bo Ian rzucił się na niego i był trudniejszym przeciwnikiem od swojego koleżki. Jak zamachnął się pięścią na jego żebra, w sekundę padł kolanem na wilgotny asfalt, z trudem łapiąc oddech. Brat Vi dla odmiany doskoczył do Brandona.
KLujbIH.png- Jenson! - zawołał z niemałym problemem. Zbliżył się do niego, nie prostując się. - Jenson?
KLujbIH.pngChłopaki przeszli dla odmiany na potyczki słowne, co chyba tchnęło odwagą w Avę, bo podbiegła do Gary'ego, bardzo blada. Miała duże oczy, duże źrenice i nie wiedział, czy to ze strachu czy używek.
KLujbIH.png- Gary, on się nie rusza.
KLujbIH.png- Po takim ciosie każdy byłby nieprzytomny - odpowiedział trochę agresywnie, bo jej niepokój i strach natychmiast udzieliły się jemu, choć jeszcze nie potrafił określić ich źródła. - O co ci chodzi? Lepiej odejdź, bo...

tumblr_inline_pdoj3xlWIu1r8jbqm_75sq.gif
While all around you the buildings sway
You sing it out loud, who made us this way?
I know you're bleeding but you'll be okay

KLujbIH.png- Widziałam, jak walnął o krawężnik... - przerwała mu drżącym głosem.
KLujbIH.pngŻołądek wywrócił się Zane'owi na drugą stronę. Kazał Avie się cofnąć, a sam ukląkł przy Jensonie. Nie do końca zarejestrował ciszę, jaka wokół zapadła ze wszystkich stron. Delikatnie dotknął głowy w miejscu, gdzie teraz widział zlepione włosy. Cofnął rękę. W świetle latarni zabarwiła się krwistą mazią. Chłopak wziął głębszy oddech, krzywiąc się natychmiast z bólu przez obtłuczone żebra. Nie przeszkodziło mu to jednak w nachyleniu się nad nieprzytomnym. Nie czuł ani nie słyszał oddechu. Podobnie z biciem serca.
KLujbIH.png- Sprawdź puls - szepnęła słabo ruda, ale Gary pokręcił głową.
KLujbIH.png- To nic nie da. - Euforię i adrenalinę spychały na drugi plan panika i przerażenie. - Dzwoń po karetkę.
KLujbIH.png- Hej, Ian! Wracaj tutaj! - Brandon zawołał za uciekającym bratem Vi, ale na darmo. - Co za chuj!
KLujbIH.pngWszystkie oczy skierowane były na Zane'a. Marlowe wyjęła komórkę. Próbowała coś w niej wystukać, aż wreszcie powiedziała, że padła jej bateria. Racja. Nathan podszedł do Brandona i stanowczo coś mu przekazał, na co tamten wyjął z kurtki telefon. Wykręcił numer ratunkowy.
KLujbIH.png- Nie żyje?
KLujbIH.pngNate wypowiedział na głos to, co wszystkim kołatało się w głowach. Nikt mu nie dał odpowiedzi.
KLujbIH.png- Pomóż mu - zwrócił się Brandon do Gary'ego. - Idę po auto. Musimy stąd pryskać.
KLujbIH.pngGary'emu zapaliła się w głowie czerwona lampka. Jeśli Jenson faktycznie nie żyje, nie mogli go w żadnym wypadku powiązać z tą sprawą. Za dużo ryzykował. Mogli mu odebrać brata. Mogli całkowicie rozbić mu rodzinę i życie, chociaż przecież to nie on go zabił.
KLujbIH.pngZabił.
KLujbIH.pngTo słowo zdawało się ciąć ostrzem przez jego umysł i ciało, pozbawiając je rozsądku i ciepła. Nim zupełnie by go zmroziło, nachylił się nad chłopakiem. Splótł palce obu dłoni, przyłożył je do piersi ofiary... i zamarł. Nie wiedział, co dalej robić. Chociaż tyle razy to ćwiczył, wykuwał informacje, teraz miał pustkę w głowie.
KLujbIH.png- Trzydzieści na dwa.
KLujbIH.pngZane uniósł wzrok na Avę, która teraz kucnęła przy nim. Wyraz jej twarzy zmienił się, był bardziej zdecydowany, choć nadal blady.
KLujbIH.png- Trzydzieści ucisków, dwa oddechy.
KLujbIH.pngPo drugiej stronie ulicy zatrzymał się Brandon. Czekał. Ava liczyła. Gary uciskał.
KLujbIH.pngW oddali zawyły syreny.


2tlGTsD
"Art, the ability to make it, gives meaning to sadness in a way that many aren’t able to experience.”

Offline

#32 2019-03-01 16:21:36

Angelue
Admin.
Windows 7Chrome 72.0.3626.119

Odp: Kumple

Bernard Hudson
tumblr_m1zdo5a0Ur1r3we0y.gif
Can't see your body moving
Don't leave the party dying
(They call it lonely digging )

KLujbIH.pngWszystko spierdoliło się koncertowo.
KLujbIH.png- Kurwa, kurwa mać. Kurwa - Brandon mamrotał bezwiednie bębniąc palcami o kierownicę do rytmu nieprzyzwoicie pozytywnego D.A.N.C.E lecącego w radiu. Czuł, że ten utwór na stałe wryje mu się w mózg jako tło do całej tej sytuacji. Było w tym coś okrutnego i beznamiętnego. Jebany Jenson, który nie umiał przetrwać chwili bez prowokowania kogokolwiek. Jebany Fisher i jego pryszczate przydupasy. Gdyby nie Zane, mogłoby się skończyć jeszcze gorzej. A może - gdyby się nie wtrącił - obaj dostaliby bęcki, ale przynajmniej Jenson nie byłby... Chuj wie. Wycie syren w oddali wyrwało go z tego gorączkowego przetwarzania wydarzeń sprzed chwili. Gary wciąż próbował pomóc, podczas gdy pozostała dwójka durnowato się gapiła i robiła zbędny hałas. Hudson wiedział, że nie ma nawet co rozważać odjechania bez nich - nie miał pewności, czy wszystkiego by nie wyśpiewali, gdyby policja ich przyskrzyniła. Przygazował i zamrugał światłami ostrzegawczo. To ich chyba otrzeźwiło, gdyż zerwali się na równe nogi i w pośpiechu załadowali się na tylne siedzenie. Wycie syren stawało się coraz głośniejsze. Brandon zgasił światła i wycofał samochód za zakręt. W samą porę, gdyż z domu wyszła kolejna młodzież. Nie potrzeba im było większej ilości świadków.
Muzyka wciąż grała wypełniając ciszę pomiędzy nimi.
KLujbIH.png- Musimy się gdzieś schować - stwierdził Hudson zawracając zręcznie i wciąż po ciemku.
KLujbIH.png- Musimy zgarnąć moją siostrę - odezwał się Nataniel - zadzwonię do niej - stwierdził i natychmiast wybrał numer do siostry.
KLujbIH.png- Nie dzwoń - odezwał się gwałtownie Brandon. Miał okazję poobserwować parę rozpraw, w których brał udział jego ojciec - nauczyło go to, że jednym z największych i najgłupszych błędów, gdy chciało się ukryć swoją lokalizację, było dzwonienie - macie powłączane lokalizacje w telefonach?
Wszyscy zgodnie potwierdzili. Trudno było im mieć to za złe - to było raczej normalne.
KLujbIH.png- Wszystko jedno. Dzwoń.


Ann zdołała już ładny kawałek przejść. Wokół nie było żywej duszy, jedyne hałasy jakie się rozlegały, dobiegały ich z miejsca imprezy. Dziewczyna usiadła na jedynym wolnym miejscu, obok Brandona. Wyglądała na wściekłą.
KLujbIH.png- W porządku z tobą? - spytał Nathaniel kładąc troskliwie dłoń na jej ramieniu.
KLujbIH.png- Dziękuję Nat, przeszłam sama całe pół kilometra - warknęła dziewczyna odsuwając się od niego.
Jej brat bliźniak nic już więcej na to nie odpowiedział. Miał niewyraźną minę, jak wszyscy zresztą. Nikt nie miał ochoty się wtrącać w kłótnię tej dwójki, by stanąć po stronie któregokolwiek z nich. Annys po chwili nerwowym ruchem wyłączyła radio. Brandon miał już coś powiedzieć, ale zadzwonił do niego jego kumpel, Rufus. Dał znak wszystkim, by byli cicho. Musiał go dać na głośnomówiący, by mieć obie ręce wolne w trakcie jazdy.
KLujbIH.png- Stary, gdzie ty jesteś? Gliny tu niedługo będą.
KLujbIH.png- No nie pierdol. Jak to? - Brandon bez większych problemów wszedł w rolę tego mało poinformowanego.
KLujbIH.png- Nie wiesz? Brandon, na jakiej ty kurwa planecie żyjesz? Karetka przyjechała do kogoś, jakiś wypadek i teraz wzywają gliny. Stary, ja tu mam pakę towaru, powiedziałeś, że mnie stąd zgarniesz, gdy impreza się skończy. Gdzie ty żeś do cholery polazł? - w jego głos wkradły się nutki paniki.
KLujbIH.png- Weź ty się odpierdol. Nie ma mnie na imprezie. Gdy zobaczyłem, jak zaciągasz tą laskę by pobzykać, stwierdziłem, że się zwijam. Miałeś roznosić towar, a nie bzykać laski. Wiesz, że nie chciałem tam, kurwa, być. - Czuł, jak go zalewa fala agresji - to były raczej emocje, które uderzyły w niego z opóźnieniem po tym wszystkim związanym z bójką, a nie wywołane obecną rozmową. Tak zazwyczaj wyglądały jego rozmowy z Rufusem. Durny gnojek, który nie byłby taki mocny w gębie, gdyby nie miał za plecami swoich kumpli, z Brandonem włącznie. A jednak, nadal ze sobą trzymali.
KLujbIH.png- To był pomysł Jensona, z tego co pamiętam, to się zgodziłeś pomóc za kasę. Swoją drogą, widziałeś go? Nie mogę się do niego dodzwonić.
Wszyscy zdawali się zestresować jeszcze bardziej. Brandon postanowił zmienić temat.
KLujbIH.png- Rufus. Na chuj do mnie dzwonisz? Nie odbiorę cię z imprezy. Zostaw sobie swoje pieniądze.
KLujbIH.png- Ty gnoju. Dasz mi się chociaż skitrać u ciebie w domu? Mam do ciebie blisko.
KLujbIH.png- Nie ma mnie w domu.
KLujbIH.png- To gdzie ty do kurwy nędzy jesteś?
KLujbIH.png- Nie twój pierdolony interes.
KLujbIH.png- Stary, jak mnie złapią, wyśpiewam na ciebie wszyściuteńko. Naprawdę nie wiem, co może być tak ważne, że ciężko ci ruszyć ten jebany zad.
KLujbIH.png- Dobra! - Brandon niemalże wrzasnął - schowaj się na razie u nas w garażu. Zapasowe klucze masz pod wężem ogrodowym. Przywitaj się z Bobbym zanim przejdziesz przez płot, lata dzisiaj luzem po ogródku. Żeby wiedział, że to ty i ci nogi nie upierdolił, czy coś.
KLujbIH.png- Nie można było tak od razu?
KLujbIH.png- Nie, bo jak cię moi starzy znajdą, będzie za dużo pytań. Więc bądź cicho i spieprzaj stamtąd, gdy tylko się uspokoi. Nara - burknął zezłoszczony i się rozłączył, zanim Rufus mu cokolwiek odpowiedział.
KLujbIH.png- Powiedział, że wzywają gliny - odezwał się Gary głucho.
KLujbIH.png- Wiem. Musimy stąd spieprzać. Nie wiem jak wy, ja potrzebuję alibi. Propozycje, gdzie jechać?
Annys nie odpowiedziała nic próbując wyczytać z ich twarzy, co się stało. Nathaniel nie zgłaszał się na chętnego, tak samo Gary.
KLujbIH.png- Możemy do mnie - zaoferowała się w końcu Ava - i tak nie chcę być dzisiaj sama w domu.


KLujbIH.png- Stań tutaj. Ochroniarz może to zgłosić, jeśli zauważy, że jesteś pod wpływem i prowadzisz auto - poinstruowała go Ava. Brandon posłusznie poszedł za jej wskazówkami. Dziewczyna wyraźnie się stresowała czymś więcej, niż samą bójką. Z kolei Gary wydawał się być jakiś nieobecny.
KLujbIH.png- Ava, co jest? - zaniepokoił się Nathaniel.
KLujbIH.png- Wszędzie jest monitoring i... boję się, że to może być na naszą niekorzyść - wyjaśniła słabym głosem.
Brandon nie odpowiedział od razu, rozważając wszystkie opcje. Wiedział, że i tak nikomu nie udowodnią, że cały ten czas byli u Avy. Nathaniel chyba doszedł do tego samego wniosku, gdyż powiedział to, co Brandon pomyślał:
KLujbIH.png- Wydaje mi się, że już wszystko jedno. Tak jak z tą lokalizacją w telefonie.
KLujbIH.png- Ale my nic nie zrobiliśmy. No nie? - wyglądało na to, że szukała w nich pocieszenia.
KLujbIH.png- Powiecie w końcu, o co chodzi? - spytała Ann łagodnie. Wyglądała na zmartwioną ich stanem, ale wyraźnie nie chciała ich dobijać.
KLujbIH.png- Na razie może wejdźmy do domu, co? - Odezwał się znienacka Gary - na pewno wyglądamy tu podejrzanie.
Wszyscy zgodnie wyładowali się z auta.
KLujbIH.png- Wejdźmy tyłem. Nie wiem, czy ochroniarz was wpuści, gdy was zobaczy - stwierdziła Ava wysuwając się na przód grupki. Brandon postanowił zostać z tyłu, by mieć oko na Gary'ego. Wciąż był jakiś dziwny. Nie uszło jego uwadze też, że Ann nerwowo złapała brata za rękę. Wyglądało na to, że papużki-nierozłączki znowu miały ćwierkać razem.
Ava wyjrzała niepewnie za róg. Najwyraźniej ochroniarz nie patrzył, gdyż pociągnęła za sobą Ann, a wraz z nią Nathaniela. Przeszli pospiesznym krokiem na schody, na których już nie byli widoczni. Brandon szturchnął Gary'ego, by się ruszył. W tym momencie usłyszeli kichnięcie i coraz głośniejsze kroki przemieszane z szuraniem. Teraz to Gary zaczął szturchać Brandona, by się wycofał, co ten oczywiście zrobił. Ochroniarz się zatrzymał w pewnym momencie. Gdy usłyszeli dźwięk wydmuchiwania nosa, nieco się rozluźnili. Hudson poczuł, że mimowolnie poprawił mu się humor z powodu tej całej sytuacji. Gdy usłyszeli, że ochroniarz wyszedł na chwilę przed budynek, pobiegli cicho w stronę schodów. Brandon miał okazję, by rzucić okiem na ochroniarza. Moment w którym jego wyobrażenie zderzyło się z rzeczywistością, był co najmniej konfundujący. W głowie wyrysował mu się obraz 20-paroletniego osiłka, a okazało się, że był to chudszy mężczyzna w średnim wieku. Poczuł się niemalże oszukany. Ochroniarz nie wydawał się być specjalnym zagrożeniem.
KLujbIH.png- Unikaliśmy takiego chuchra? - Szepnął do Avy, która szukała w torebce kluczy.
KLujbIH.png- Możesz poprężyć muskuły w lepszym momencie? - Odszepnęła dziewczyna przeszukując nerwowo torebkę - cholera, nie mogę znaleźć kluczy - dodała z niepokojem.
KLujbIH.png- Ava, no nie pierdol - syknął Gary.
KLujbIH.png- Jak to nie możesz znaleźć? - szepnął Nathaniel zerkając nerwowo w stronę schodów. Brandon sam zaczął czuć supeł w żołądku. Miał nadzieję, że to koniec wypraw na dziś.
KLujbIH.png- Nie wiem, kurwa. Co mam ci odpowiedzieć?
KLujbIH.png- Uspokójcie się - wtrąciła Ann łagodnie chcąc troszkę uspokoić wszystkich. Mogła się tak zachowywać, skoro nie wiedziała, co się stało, pomyślał kwaśno Brandon.
KLujbIH.png- Jak mam się uspokoić, kiedy... Jezu, mam - Ava westchnęła z ulgą wyciągając w końcu klucze i wpychając je do zamka.
KLujbIH.png- Ja pierdzielę. Wy i te wasze torebki - mruknął Brandon pod nosem. Zamilkł pod miażdżącymi spojrzeniami Ann i Avy.
Gary wszedł do środka pierwszy i po prostu padł na kanapę. Ava w milczeniu wyjęła alkohol z barku i sobie nalała wina.
KLujbIH.png- Idę pod prysznic - oświadczyła krótko, odpalając im przy tym Netflixa. Nathan nalał Ann także wina, samemu decydując się na wódkę z sokiem. Brandon sam się obsłużył nalewając sobie po prostu kieliszek. A potem drugi. W trakcie wypijania uświadomił sobie, że okropnie piecze go warga. Gdy jej dotknął, na palcach zostało mu trochę krwi. Bolało go już po bójce, ale sądził, że to zwykłe stłuczenie, bez krwawienia - a jednak. w odbiciu telefonu wyglądało na to, że usta nieźle mu spuchły i dolna warga pękła wyglądając przez to jak śliwka. Zakładając, że śliwki krwawią. Uznał, że zmyje to, gdy Ava wyjdzie z łazienki i wcisnął się na kanapę koło Gary'ego, który odmówił "poczęstunku". Hudson często skakał po chatach kumpli, więc nie miał problemów z zachowywaniem się w obcym mieszkaniu jak u siebie w domu. Włączył pierwszy reklamowany przez Netflix serial i utkwił z nosem w telefonie. Koło ucha przelatywała mu relacja z wieczora, którą Nathan zdawał swojej siostrze. Ann siedziała z podkulonymi nogami słuchając brata z uwagą.
KLujbIH.png- Jak w garażu? - napisał do Rufusa na messengerze.
KLujbIH.png- Twój pies mnie obserwuje - otrzymał niemal natychmiastową odpowiedź. Przewrócił mimowolnie oczami.
KLujbIH.png- Nic ci nie zrobi. Wokół spokój?
KLujbIH.png- Nie. Brzmi, jakby dopiero rozkręcali dyskotekę.
Brandon wysłał mu tylko w odpowiedzi emotkę z pięścią. Zastanawiał się przez dobrą chwilę, co dalej - i co się właściwie wydarzyło. Cała rozmowa z Fisherem wróciła do niego jakby przewinięta na kasecie. Bójka, ciosy w przyspieszonym tempie, ciśnienie w głowie i głuche dudnienie w uszach. Satysfakcjonujący opór, jaki stawiła szczęka jednego z pryszczatych jego kłykciom. Ta nieprzeparta chęć złapania któregoś za głowę i pchnięcia go na spotkanie ze słupem lampy ulicznej. Jenson w zwolnionym tempie przewracający się na ziemię. Ta nieznośnie długa chwila czekania, aż wstanie i jeszcze bardziej nieznośny moment uświadomienia sobie, że tego nie zrobi. D.A.N.C.E. grające mu w głowie. Ciężko było mu określić własne emocje w tej chwili. Nie czuł smutku jako takiego. Wciąż do niego cała sytuacja nie docierała i bardziej po prostu nie wierzył w to, że w ogóle miała miejsce.
KLujbIH.png- Co robisz? - Gary wyrwał go z zamyślenia. Podniósł się z kanapy do pozycji półleżącej i teraz miał doskonały widok na ekran telefonu Brandona, na którym widniał kontakt do Jensona.
KLujbIH.png- Hm? Nie wiem. Myślałem, żeby... Udawać, że próbowałem się z nim skontaktować czy coś. Gorzej, gdy ktoś odbierze - wyjaśnił bez wgłębiania się w przyczynę tych rozważań. Gary nawet tego nie skomentował. Hudson odchrząknął. Nie chciał wyjść na mięczaka, ale...
KLujbIH.png- Uważasz, że przeżył?
Gary w odpowiedzi potrząsnął głową i położył się z powrotem. Ciężko było stwierdzić, czy to była odpowiedź przecząca, czy odmowa odpowiedzi.


Dziwne, u mnie działa.

Offline

#33 2019-03-07 12:06:08

Dolores
Kucyponek Jednorogi
MacintoshSafari 604.1

Odp: Kumple

ava10.png

- Idę pod prysznic - obwieściła, niespecjalnie przejmując się czy jej wiadomość została w ogóle zarejestrowana przez kogokolwiek.
W tym momencie chciała tylko zmyć z siebie wydarzenia tego wieczora i pobyć przez chwilę sama. Leżący w umywalce Lucyfer przyglądał się jej bacznie jak zamykała cicho drzwi łazienki, odstawiała wino na podłogę i zrzucała z siebie wszystkie elementy garderoby. Z rzuconej na ziemię niedomkniętej torebki wypadł rozładowany telefon, błyszczyk i kuleczki folii aluminiowej wielkości orzechów włoskich, z kieszonki koszulki wypadła plastikowa torebeczka z kolorowymi tabletkami. W tym momencie to już nie miało znaczenia. Uparcie dążyła do swojego celu jakim było wejście pod prysznic i zmycie z siebie tego wieczora. Zamknęła się w kabinie prysznicowej i puściła gorącą wodę licząc na to, że po tym się nieco uspokoi. Przyniosło to zgoła odmienny skutek. Wraz z wodą płynącą na jej głowę z deszczownicy, wspomnienia uderzyły w nią niespodziewaną falą. Jak nagłe tsunami w brzeg spokojnej azjatyckiej wysepki. Kiedy byli w tamtej uliczce wszystko zdawało się takie surrealistyczne, jakby oglądała film w zwolnionym tempie, nie znajdowała się w samym centrum wydarzeń. Dopiero teraz, w zaciszu własnej łazienki, dotarło do niej co się stało. Zdarzenia przemykały przed jej oczami jak slajdy prezentacji w PowerPoincie, które ktoś ustawił zdecydowanie zbyt szybko. Klęczała przy zakrwawionym ciele. Krew była na jej rękach, na ubraniu. Było jej zimno. Teraz? Wtedy? Wspomnienia mieszały się z tymi sprzed lat. Kolory były przejaskrawione, zbyt kontrastowe. Jasna, rażąca wręcz krew. Ciemna sylwetka. Ktoś krzyczał. Ktoś biegł. Serce Avy zaczęło bić zdecydowanie szybciej. Jej oddech był krotki i urywany. Umarł? Przecież nie mógł umrzeć. To nie mogło się zdarzyć. To nie fair, żeby kolejny raz ktoś umierał na jej rękach. To nie może być prawda. Nie może! Prawda? Prawda...? Dłonie Avy zaczęły drżeć, po chwili drżały też ramiona i dolna warga. Cały świat znajdował się daleko. Był odległy, nierealny. Jakby przez moment już jej nie dotyczył. To nie mogła być prawda...
Zakręciła wodę w prysznicu i oparła się plecami o chłodne kafelki. Kilka razy zamrugała oczami, jakby chciała tym odgonić koszmarne wydarzenia tych dwóch nocy, ale nie mogła. Zsunęła się po kafelkach i usiadła w brodziku, przyciągając rękami nogi do brzucha. Siedziała w wodzie czerwonej od resztek krwi. Ciężko jej było oddychać, a żołądek podchodził jej do gardła. Wolną ręką otworzyła drzwiczki prysznica i pozwoliła chłodniejszemu powietrzu dostać się do środka tej niewielkiej przestrzeni. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę z tego, że cały czas płacze. Próbowała dławić histeryczny szloch, a Lucyfer przyglądał się jej zaciekawiony z dywanika. W koncu kot podjął próbę dostania się do właścicielki. Stanął jedną łapą w mokrym jeszcze brodziku i natychmiast ją otrzepał, ale później dzielnie wszedł wszystkimi czterema i podszedł do Avy. Zaczął ocierać się łebkiem o jej mokre udo. Podrapała kota za uchem i w tym momencie ktoś zapukał do drzwi łazienki.
- Wszystko okej? - usłyszała przytłumiony glos Annys.
Nim odpowiedziała, wzięła głęboki oddech, by się trochę uspokoić.
- Tak! - starała się, by głos jej nie zadrżał. - Zaraz wyjdę.
To był moment, w którym Ava uznała, że powinna wrócić do rzeczywistości. Owinęła się w ręcznik i pozbierała swoje rzeczy, by któryś ze zwierzaków się do nich nie dobrał. Zanim wróciła do reszty nieco się ogarnęła w swoim pokoju, a kiedy pojawiła się znów w salonie wyglądała jak nowonarodzona. Stanęła przy wyspie kuchennej i spojrzała po wszystkich zebranych z troską. Weszła w tryb mamusi. Z tego nie było już odwrotu.
- Ktoś jest głodny? - spytała przeczesując palcami wilgotne włosy i obróciła się w stronę lodówki.
Zapadła cisza, jakby wszyscy oceniali czy są w stanie cokolwiek przełknąć. Tylko leżący dotychczas w kącie Rocky zerwał się na równe łapy i szczeknął. W końcu odezwał się Brandon:
- Nie, ale masz energetyka?
Ava zatrzymała się wpół obrotu i wbiła piorunujące spojrzenie w chłopaka.
- Ty chyba sobie żartujesz...
Już chciała go zbesztać, że łączenie energetyków z taką ilością alkoholu (i zapewne innych substancji psychoaktywnych) mogło doprowadzić do jakiegoś wstrząsu, zawału, czy innych strasznych rzeczy, o których przeczytała kiedyś w internecie, ale zauważyła ranę na wardze Brandona. Bez słowa zaczęła szperać w szafkach, gdy inni przyglądali jej się bez słowa.
- Co ty robisz? - odezwał się w końcu Nathan, wchodzący właśnie do pokoju, prawdopodobnie z papierosa.
- Nic, nic - odpowiedziała mechanicznie, otwierając kolejne szuflady.
W końcu podeszła do reszty z tubką Tribioticu w ręce i wcisnęła się między chłopaków na kanapę. Bez słowa chwyciła Brandona za podbródek i nałożyła mu trochę maści na ranę. Chłopak zmarszczył brwi, ale nic nie powiedział. W tle pobrzmiewał tylko cicho jakiś głupi serial. Grupa kobiet w kolorowych kominiarkach próbowała obrobić sklep. Ava wstała. Znów zaczęła krążyć po pokoju, przeglądać szafki. Dwa razy wymieniła wodę w miskach zwierzaków. Kiedy sięgała po nie po raz trzeci, ktoś położył jej ręce na ramionach.
- Ava, uspokój się.
- Gary, kurwa, nie mogę... - odwróciła się ze łzami w oczach. - Nie mogę - niemal szeptała. - Ciągle mam go przed oczami. Ja pierdolę.
Usiadła przy wyspie kuchennej i schowała głowę w przedramionach. Chyba nawet pies wyczuł panującą atmosferę, bo nie merdał już wesoło ogonem, a ułożył się przy stopach Annys.
- Potrzebujemy alibi - zarządził w końcu Brandon.
Wszyscy spojrzeli na niego jakby nagle oznajmił, że jest kosmitą i przybył ocalić ziemię przed Megatronem.
- Mnie tam nawet nie było! - Harperówna uniosła ręce w obronnym geście.
- I uwierzą ci na piękne oczy? - rzucił kąśliwie jej brat.
Ava przetarła resztki łez z policzków i spojrzała po wszystkich.
- Ma rację - kiwnęła głową w stronę Hudsona. - Na piękne oczy nikt nam nie uwierzy, potrzebujemy potwierdzenia, że nas tam nie było. Pomysły...?


Ja pierdolę, ale ameby.

Offline

#34 2019-05-27 21:09:46

Arbalester
Szeryf Depeszy
Windows 7Chrome 74.0.3729.169

Odp: Kumple

eRLBsYl.png

Waves come crashing over me but I just watch 'em
I just watch 'em
I'm under water but I feel like I'm on top of it
I'm at the bottom and I don’t know what the problem is

KLujbIH.pngByło beznadziejnie, bardziej niż po najgorszym zjeździe. Ciało krzyczało nie tylko z przemęczenia, ale i bólu. Głowa od alkoholu, gardło z pragnienia, obite żebra, na nowo otwarte rany na dłoniach. Powinien do większości z tych odczuć przywyknąć, ale tej nocy wszystko nieznośnie się spotęgowało. Ryk samochodu, lampy uliczne, zdenerwowane głosy przyjaciół. Strach, unoszący się gęstą mgłą jak jesień na polach. Zdawał się wnikać przez jego skórę, tłuszcz, wżerał się w kości, przejmował chłodem i wspomnieniami. Ten dźwięk, gdy czaszka łupnęła o krawężnik. Ciepła krew zmieszana z włosami, pokrywająca dłonie. Opór klatki piersiowej pod naciskiem, a potem dziwny chrzęst i większa swoboda.
KLujbIH.pngZacisnął mocno powieki, leżąc na kanapie, aż kolory zatańczyły w ciemności. Krwawe kolory.
KLujbIH.pngJęknął z bólu, podnosząc się na nogi. Drżały mu dłonie, kciuk spuchł. Nic nie powstrzymało go jednak od pójścia do pokoju Avy i wzięciem zioła oraz bletki na jednego skręta. Wrócił do pokoju. Chwycił leżącą luzem kartkę na szafce. Na stoliku kawowym rozkruszył zioło, dosypał tytoniu z papierosa ze swojej paczki w kieszeni. Do połowy opróżnioną fajkę zawinął i schował z powrotem. Kątem oka obserwował, jak Ava kręci się po pomieszczeniu, próbując zająć czymkolwiek ręce. On tymczasem skończył jointa. Zatknął go za ucho i podszedł do przyjaciółki, chcąc ją uspokoić, choć nie potrafił zastosować tego nawet wobec siebie.
KLujbIH.png- Nie mogę - szepnęła. - Ciągle mam go przed oczami.
KLujbIH.pngOdsunął się, zwalczając chęć parsknięcia jej w twarz. Ona go widziała? Na litość boską, stała z boku! Nikt nie będzie jej nawet podejrzewał, że zabiła chłopaka. Nie to co Gary z jego przeszłością i tłem rodzinnym. Stanie się wrogiem numer jeden. Zniszczą jego, a pewnie i jego rodzinę. Chciał wrzasnąć na dziewczynę, ale zamiast tego otworzył drzwi na balkon i zasiadł na miękkim fotelu. Drżącą ręką odpalił skręta i szybko, mocno zaciągnął się dymem, jakby zioło miało zaraz zniknąć z bletki, zostawiając tylko rozczarowanie. Słyszał, że dyskutowali o tym, jak rozwiązać problem, ale nie potrafił zmusić się do czynnego udziału. Koniuszki palców zamrowiły go delikatnie.
KLujbIH.png- Gary, stary? Może zainteresujesz się bardziej tematem, biorąc pod uwagę, że w tym bezpośrednio uczestniczyłeś?
KLujbIH.pngZane spojrzał na Brandona nie do końca przytomnie. Rozbolała go głowa. Wstał chwiejnie, ruszył do salonu. Zgasił peta w doniczce, kierując się do łazienki. Zdążył paść na kolana, nim nieprzetworzone resztki wylały się z jego wnętrzności do muszli klozetowej. Wyglądało na to, że zioło wcale nie pomogło, w przeciwieństwie do wymiotowania. Przemył miętowym płynem do płukania usta, a w salonie powitała go Ava z kubkiem śmierdzącej herbaty.
KLujbIH.png- Wolę kawę.
KLujbIH.png- Wiem.
KLujbIH.pngWziął w dłonie gorące naczynie. Warga mu lekko zadrżała, gdy spojrzał na przyjaciółkę.
KLujbIH.png- Stracę rodzinę - szepnął i patrzył, jak w jej oczach pojawiało się nagle zrozumienie, jak docierało, co to wszystko mogło oznaczać dla niego. Otworzyła usta w zamiarze pocieszenia, ale żadne słowa nie mogły przynieść teraz najmniejszej otuchy.
KLujbIH.png- Co on bredzi? - odezwał się Brandon.
KLujbIH.pngAva spiorunowała go wzrokiem, ale Gary usiadł obok niego na kanapie bez żadnej reakcji. Podczas gdy reszta wróciła do dyskusji nad wersją wydarzeń, jaką mieliby przedstawić w przypadku przesłuchiwania przez policję, Zane oglądał swój rosnący w oczach kciuk lewej ręki. Zrobił się siny. Po pół godzinie zażartych dyskusji zaproponował:
KLujbIH.png- Może powinniśmy po prostu pójść na policję i powiedzieć prawdę, nim przyjdą Fisher z bandą i naopowiadają kłamstw?
KLujbIH.png- Świetny pomysł - parsknął z sarkazmem Brandon. - Na pewno nam uwierzą, skoro byliśmy najebani i naćpani. Idealni świadkowie.
KLujbIH.pngNie potrafił się zdenerwować. Zasmucić. Widział przed sobą ciemność w tunelu i w duchu pogodził się ze wszystkim, co miało nadejść. Gotowy na wszystko, co najgorsze, w końcu całe jego życie to niekończąca się historia paskudnych wydarzeń. Może wszystkim byłoby łatwiej bez niego. Matce, która zostałaby z ojcem. Bratu, który miałby pełną rodzinę. Ojcu, który nie wpadłby w alkoholizm. MJ, która nie musiałaby się o niego martwić. Świat cały czas dawał mu do zrozumienia, że do niego nie należał. Może należało dać mu to, czego od niego oczekiwał. Zniknięcie. Żadnych więcej trosk, problemów, nerwów, bólu. Tylko błogi spokój.

Skoczył w morze ciemne i mordercze.
Ześliznął się po taflach cienia.
Miał ciężkie serce.
Nie musiał przywiązywać kamienia.

Z głębi wody ukłonił się światu.
Minął sepie, piękną i szkaradną.
I spoczął na dnie wśród kwiatów.
Z takim sercem idzie się
na dno.

KLujbIH.pngPatrzył tępo w stolik kawowy, dopóki leżący na nim telefon nie rozjaśniał od nowej wiadomości. Syknął, próbując go chwycić obolałą ręką, zwróciwszy tym samym na siebie uwagę Jona i Brandona.
KLujbIH.pngWszystko w porządku? Słyszałam, że był wypadek na imprezie. Nic ci nie jest?
KLujbIH.pngZacisnął mocno powieki, czując jak łzy spływają mu po policzkach. Ktoś przyłożył lodowaty worek do jego dłoni. Drugą powoli wystukiwał wiadomość do MJ.
KLujbIH.pngTak
KLujbIH.pngmi
KLujbIH.pngprzykro
KLujbIH.png- Co piszesz?
KLujbIH.pngŚwieże słowa zostały wykasowane.
KLujbIH.png- Będziesz musiał pójść na prześwietlenie z tym - odezwał się cicho Nate, puszczając wolno jego rękę.
KLujbIH.pngJestem u Avy. Porozmawiamy jutro.
KLujbIH.pngWysłane. Otarł twarz rękawem.
KLujbIH.png- Zdajecie sobie sprawę, że Fisherowie mają hajs na najlepszych prawników? I z tego co mi wiadomo, jego chłopaki mają czyste kartoteki.
KLujbIH.pngTato, dlaczego nie wynajmiemy prawnika? Jak mamy znaleźć Russella...
KLujbIH.pngGary. Nie możemy. Ja nie mogę. Mogę stracić też ciebie.
KLujbIH.pngPomyślał o swojej karierze rowerzysty ekstremalnego. O wszystkich krajach, jakie chciał zwiedzić. Z nimi. O egzotycznych restauracjach, do których mógłby ich zabierać. O przeprowadzanych z nim wywiadach.
KLujbIH.pngTo ostatnie najwyraźniej tak czy inaczej go czekało.
KLujbIH.png- Nie mogą nikogo z nas skazać bez dowodów.
KLujbIH.png- Kojarzycie sprawę z '89, biegaczka w Central Parku? Wtedy też nie mieli dowodów.
KLujbIH.png- To nie Ameryka. I teraz jest inaczej.
KLujbIH.png- Czyżby? Mojego kuzyna uwalili na najdłuższy możliwy wyrok, bo podpadł nieodpowiedniej osobie.
KLujbIH.pngNigdy nie dogadywałeś się z mamą i teraz wszystko jest w porządku i tata się z mamą też dogaduje, a ty tylko się denerwujesz!
KLujbIH.png- Powinniśmy trzymać się prawdy, na wypadek gdyby jednak pojawiły się jakieś dowody.
KLujbIH.png- I nikt z was nie nagrał zdarzenia?
KLujbIH.png- Mój telefon się rozładował...
KLujbIH.png- Myślę, że byliśmy zajęci czym innym. Raczej nie spodziewaliśmy się, że będziemy potrzebować dowodu chroniącego nas przed oskarżeniami o morderstwo.
KLujbIH.pngSłowo zawisło w powietrzu ciężko, zamykając usta wszystkich na dłuższy czas. Morderstwo. Zdawało się, że będzie chrzęszczało w ustach, kiedy się je wypowie, ale przechodziło przez nie bez problemu. Gary położył się na kanapie i skulił. Poprawił lekko poduszkę pod głową.
KLujbIH.png- Jestem za prawdą - mruknął tylko od siebie, nim pozwolił sobie zasnąć.


2tlGTsD
"Art, the ability to make it, gives meaning to sadness in a way that many aren’t able to experience.”

Offline

#35 2019-08-21 15:42:17

Faworek
Pochwalony Faworek Depeszek
WindowsChrome 76.0.3809.100

Odp: Kumple

nRKlonr.png

Wnętrze pokoju wyglądało jak gabinet Albusa Dumbledore'a. Takie przynajmniej miała skojarzenia - tam też było dużo książek, pełno drewnianych antyków i portretów. Dyrektor jej szkoły nie dysponował magiczną różdżką, czaderską brodą do kolan, ani płonącym ptakiem przeciwko morderczym gadom, ale w zamian miał świecące żarówki, laptopa i łapkę na muchy.
Machnął sobie nawet pięterko z parą eleganckich foteli i ławą. Tam też było dużo drewna. Właściwie wszędzie miał dużo drewna. Nawet sufit był drewniany i udekorowany tymi kwadratowymi wyżłobieniami. Meblościanki miały ozdobne łuki i kolumienki. Sam kominek był upstrzony płaskorzeźbami czy jakkolwiek to się nazywało - Ethel gówno obchodziło nazewnictwo. Wiedziała za to, że cały ten gabinet jest ładny, drogi i z klasą.
Amanda z Chase'em dawno zaczęliby karuzelę żartów na ten temat.
Fotel, w którym siedziała był miękki, miał piękne, pikowane oparcie i masę bajeranckich gwoździ zdobiących brzegi. Ethel opierała o nie łokcie, palce łącząc w piramidkę. Nieobecny wzrok wbijała w deseń w kratę na zakładkach spódnicy swojego mundurku i myślała, że któryś z kosmyków zaplecionych w schludny warkocz został ściągnięty za mocno, ale poza tym jest jej teraz bardzo wygodnie i przyjemnie. Nuciła w myślach tekst piosenki, od której od rana nie mogła się uwolnić i czując na twarzy ciepłe promienie słońca, spadające przez okno do gabinetu, nabierała ochoty na lody - o smaku słonego karmelu zwłaszcza.
Żeby nie myśleć o słodyczach, zaczęła przyglądać się fotografii wiszącej naprzeciw niej. Mężczyzna zaglądający zza ram był całkowicie niepodobny do tego, który siedział teraz wraz z nią i jej ojcem, choć był tą samą, lecz młodszą osobą. Dzieliło ich nie tylko piętnaście lat (co obliczyła z podpisu pod zdjęciem), ale również aura, jaką emanowali.
Postać ze zdjęcia miała wciąż czarną, starannie zaczesane włosy, które siwizna dopiero przyprószała. Jej policzki rozciągał szeroki uśmiech i nawet dwuwymiarowość nie przeszkadzała jej w okazywaniu tej dumy, jaką czuła, przyjmując tytuł dyrektora Kingswood School.
Człowiekowi przed nią przybyło zmarszczek pod oczami, a błyszczący czubek głowy ujmował mu powagi od jego prezencji tak, jak okulary dodawały mu dziadkowego uroku. Nadal emanował dumą, jednak był to już rodzaj osiągniętego poważania i szacunku wobec autorytetu, jakim się stał. Zgubił jednak ten optymizm. Teraz wyglądał jakby miał krzyknąć "Zabieram sto punktów Gryffindorowi!"
Ethel wiedziała, że to wina sytuacji. Jeszcze dwa dni temu, mijając się na korytarzu, przybiliby ze sobą piątkę i wymieniliby komplementy. Wiedziała, że teraz też z chęcią by to zrobił - widziała to w jego oczach, nie zdawało się jej - ale nie wypadało tego robić, kiedy pan Grand oglądał właśnie urywek rozpowszechnionego na szkolnym forum filmu, na którym widać jak jego córka rżnie się z nauczycielem geografii w szkolnej bibliotece; na którym słychać jak prosi go, żeby nazywał ją swoją dziwką i wbijał się mocniej, a on spełnia jej życzenia.
Nawet jej wydawało się bardzo nie na miejscu mówić o nowej, eleganckiej spince do krawata albo o udanym projekcie samorządu szkolnego, kiedy po gabinecie rozchodziły się pożądliwe jęki Ethel doprawione o pikantne komentarze wyrywające się z ust pana Patel. Po słowach: "Będę cię pieprzyć jak zwykłą szmatę. Lubisz to. Przyznaj się grzecznie." dyrektor uznał, że dość się nasłuchali i zatrzymał odtwarzanie.
Między obecnymi zastygła pełna niezręczności o napięcia cisza, a w głowie Ethel enty raz tego dnia zabrzmiał pierwszy wers piosenki:
"I rule the world from my sweat pants"
To ona nagrała film. Ona również spod fałszywego numeru przesłała go dziewczynie, która jej nienawidziła i z chęcią wykorzystała możliwość do upokorzenia Ethel w całej szkole, rozpowszechniając go dalej.
To Ethel wyłożyła swoją własną godność i wstyd na srebrnej tacy i pozwoliła posiekać je jak świniaka. Zrobiła by to kolejny raz, jeśli miało to pomóc uciec z tej szkoły, a mimo to czuła jak mimo wszystko jej policzki zaczynają płonąć.
- Za rozprzestrzenianie mediów ilustrujących czynności seksualne grozi wyrokiem do dwóch lat pozbawienia wolności - Odezwał się Will Grand - Wpisuje się to w formę nadużyć psychologicznych, przemocy i wykorzystywania seksualnego. Termin jest również używany wobec osób szukających tym sposobem zysku lub rozgłosu. To jawny akt cyber-przemocy. Daje pan pozwolenie na to w swojej szkole?
- Wciąż szukamy osoby, która opublikowała materiał w internecie - Dyrektor odpowiadał tonem sugerującym, że oskarżenia za sytuację wysuwane w jego stronę obchodzą go szeroko bokiem - co nie wyklucza, że materiał stanowi również dowód na popełnienie wykroczenia określonego w statucie szkoły. Jako placówka szczycąca się doskonałą renomą oraz promująca dyscyplinę nie dopuścimy, aby osoby odpowiedzialne za nieegzekwowanie zasad pozostały bezkarne. Przykro mi, lecz w drodze decyzji, muszę nałożyć odpowiednie sankcje. Za nieprzestrzeganie statutowych zasad zachowania godzące w...
- Chciałbym porozmawiać z panem w cztery oczy - Przerwał mu pan Grand.
Ethel uniosła nieśpiesznie wzrok w stronę ojca, który nie raczył nawet kiwnąć w jej kierunku.
Była dla niego niczym smród unoszący się w powietrzu i czekał na przewietrzenie pokoju. Dziewczyna nie potrzebowała przetłumaczenia tego na uprzejmość. Nim dyrektor zdążył opanować rosnące w nim oburzenie po przerwaniu mu wywodu w pół zdania i poprosić ją, aby zostawiła ich samych, wstała z krzesła i wyszła. Zza drzwi nie słyszała żadnych krzyków. Pan Grand nigdy nie pokazywał, że emocje mogłyby go ponieść.
Pół godziny później jej ojciec wybył z gabinetu z pogardą emanującą od jego postawy. Drzwi zostawił otwarte na rozcież, a Ethel stojąc na korytarzu mogła posłać dyrektorowi ostatnie spojrzenie, w którym obojętność powoli zmieniała się w wyraz małego, osobistego triumfu. Po tym ruszyła za ojcem. Dogoniwszy go, usłyszała:
- Wydalili cię. Spakuj się. Jak nie pojawisz się za pół godziny przy samochodzie, będziesz wracać sama.
"I got a bitchin' collection of headbands"
Nie potrzebowała takiego zapasu czasu. Ethel liczyła na to, że jej ociec uniesie się honorem i nie zechce odwoływać się od decyzji tych skamielin z rady pedagogicznej, więc spakowane walizki czekały u stóp jej łóżka od wieczora poprzedniego dnia. Will nie musiał jednak o tym wiedzieć. W milczeniu znaczącym zgodę na ten układ Ethel rozdzieliła się z ojcem na dziedzińcu. Pan Grand zmierzył w stronę parkingu, a ona pobiegła do akademika. Chciała opuścić to miejsce jak najszybciej. Rok pomiędzy murami Kingswood mogła porównać do przymusowych wakacji w placówce dla czubków, gdzie nikt nie był skory zauważyć, że terapia zrobiła już, co mogła i czas pogratulować sobie nawzajem postępów, pożegnać się z uśmiechem i rozejść z honorem. Nie pasowała tu, ale nie miała żalu do nikogo, że nie zostało do dostrzeżone.
Na początku swojej kariery w tej szkole była zdeterminowała, by stać się jednym z tych dzieci szczęścia - nieświadomym, w jakie gówno można wdepnąć, gdy nie uważasz, gdzie idziesz. Skrycie błagała o zarażenie się ich umysłowym pokrzywdzeniem, bo jej własne doprowadzało ją na skraj wykończenia. Starała się więc, wykazywała, przyswajała wiedzę i moralne nauki. Udzielała się w życiu szkoły i była gotowa stać się wzorem do naśladowania. Zamiar ten w jej wykonaniu brzmiał niczym samobójstwo - oznaczało to wyparcie Ethel, którą była. Sam Werter nie powstydziłby się podobnych konkluzji. On również posądzał się o popadanie w szaleństwo. Jemu nie dawała spokoju miłość do Lotty, jej - poczucie winy wobec Amandy. On skończył z kulką i krwotokiem, a ona w Kingswood.
Werter zyskał wieczny spokój, a Ethel po kilku miesiącach dowiedziała się, że zmiana sposobu życia pomaga w rozplątywaniu myśli - nie ich usunięciu.
Różnica polegała na tym, że Ethel nie była ciotą jak Werter i nie zamierzała przyznać braku wyjścia z sytuacji. Wyjście istniało, ale nie w Kingswood.
Śpiesząc przez korytarze budynku, mijała grupki studentów, które milkły nagle, gdy odprowadzały ją dalej krytycznymi spojrzeniami, by następnie zwyzywać ją od łatwych szmat tak, by usłyszała.
Opuszczając szkołę, nie żegnała się z nikim. Jej koleżanki zerwały z nią kontakt po opublikowaniu filmu. Robiły to, co od nich wymagała etykieta - wypędziły aferzystkę. April, współlokatorka Ethel i najbliższa osoba tutaj, rozumiała, dlaczego Ethel to zrobiła. Obraziła się jednak, ponieważ o całym jej planie dowiedziała się dopiero, kiedy nagranie obiegało szkołę. Myślała, że Ethel wie, że może jej ufać i zwierzać się ze wszystkiego. Nie mówiąc jej o romansie z nauczycielem pokazała, że nie są ze sobą do końca szczere. Ich przyjaźń nie przetrwała tej próby.
Amanda wybaczała Ethel gorsze rzeczy.

guess, who's back

- "Okazali kompletny brak szacunku do granic pomiędzy nauczycielem a studentem." Tak mi powiedział ten kutasiarz pierdolony - Warknął Will, opadając ciężko na fotel w salonie rezydencji Grandów. Ada w międzyczasie sięgnęła po szklankę i nalała doń wody dla męża.
- Nie mów tak. Zrobił, co mu kazali - Sprzeciwiła się cicho ojcu.
- O! Stań teraz w obronie jego reputacji, aniołku. Szkoda, że nie pomyślałaś o nim z taką ogromną czułością wcześniej, kiedy pieprzyłaś się z jego pracownikiem w jego placówce. Równie szkoda, że nie zechciałaś wziąć z niego przykładu, skoro tak go uwielbiasz, i nie zrobiłaś, co ci, do kurwy nędzy, kazali.
Will Grand nasączył jadem swoje słowa, ale nie krzyczał. Nigdy nie krzyczał. Kiedyś nie umiał podnieść głosu na swoją ulubioną córkę. Później, kiedy zaczęła sprawiać problemy i zawód, zaczął tak okazywać, że jest mu obojętna, a jej próby zwrócenia na siebie uwagi takim zachowaniem nie pozwolą osiągnąć jej celu.
- Robiłam to, co kazało mi serce - Odpyskowała, starając się, aby brzmiało to jak prawda.
Mina pana Granda wyglądała jakby ukąsiła go żmija.
- Dlaczego mi to robisz?
- Tu nie chodzi o ciebie. Kocham Oscara i nie przeszkodzicie nam w naszej miłości.
Nic do niego nie czuła. Ostatecznie okazał się dobrym kochankiem, ale w dalszym ciągu był tylko narzędziem, które potrzebowała wykorzystać. Nie mogła tego przyznać na głos. Gra pozorów przed rodzicami była lepszym rozwiązaniem niż szczerość. Jednocześnie zaczynała ją bawić.
- Gówno wiesz o miłości.
Ethel nie odpowiedziała.
- Jesteś rozczarowaniem - Włączyła się matka, a potem rozmowa zlała się w jedną, płynną, szarą masę i brzmiała jak każda poprzednia:
Nie mogę na ciebie patrzeć.
Zawiodłaś mnie.
Wszystko, za co płaciłem...
Spierdolisz sobie życie.
Znała te słowa na pamięć. Równie dobrze mogłaby ich wyręczyć i przeprowadzić rozmowę ze sobą sama, chociaż szkoda było jej na to śliny. Te sformułowania dawno przestały robić na niej wrażenie. Nie widziała też sensu na nie odpowiadać, bronić się przed nimi czy kłamać, że się poprawi, więc podstawowy pakiet pogróżek wyczerpał się stosunkowo szybko, nie mając pola do rozwoju.
- Jeżeli to już koniec na dziś - rzekła, przerywając ciężką ciszę wiszącą coraz niżej nad ich głowami - to pójdę rozpakować walizki.
- Nie rozgaszczaj się - odparł pan Grand - Daję ci tydzień na znalezienie mieszkania.
- Co ty mówisz? - Wyszeptała pani Grand z przerażeniem w głosie. Przenosiła szeroko otwarte oczy z męża na córkę, a kolor powoli odpływał z jej twarzy.
Ethel zatrzymała się w miejscu. Miała wrażenie, jakby z rozbiegu wbiła się w ścianę, a uderzenie wypchnęło całe powietrze z jej płuc.
Nie potrafiła powiedzieć, co dziwiło ją bardziej - decyzja ojca czy reakcja matki. Nigdy nie posądziłaby jej o posiadanie granic w tłamszeniu.
- Mam dosyć dawania ostatnich szans - Will w dalszym ciągu kierował słowa do córki, pomijając zapytanie żony - Ethan w twoim wieku miał zagwarantowane miejsce na Harvardzie. On przyniósł mi chlubę. Ty przynosisz problemy. Ale to twój wybór. Jeżeli chcesz, niech tak wygląda twoje życie. Ja jednak nie będę za nie płacić. Za tydzień nie chcę cię widzieć w moim domu.
- Zgoda - Odparła Ethel. Jej ociec kiwnął głową kilka razy i z kamiennym wyrazem twarzy wyszedł, żeby zamknąć się w swoim gabinecie. Ada nie podniosła się z sofy. Spuściła wzrok, a jej twarz schowała się za czarną taflą ułożonych równo włosów. Ethel miała wrażenie, że matka zaczęła potężny spór wewnętrzny. Nie miała jednak zamiaru wykorzystywać tego i prosić o pomoc w zmienieniu zdania ojca. Głęboko w środku czuła się jak po egzekucji - jej głowę przyciśnięto do pnia, a kat spuścił na jej szyję ciężki topór, który precyzyjnie rozdzielił czaszkę od karku. A Ethel cieszyła się z tego powodu, bo odcięli tylko imitację: ciężką, męczącą, sztuczną maskę, którą sama zrobiła, żeby ich oszukać. Teraz jej truchło wyrzucą do kanału wraz z innymi śmieciami, a tam będzie mogła na nowo zbudować sobie nową głowę tak, by wyglądała jak tylko ona sama zechce. Nie mogło spotkać jej większe szczęście w tym momencie.
Dziewczyna wzięła kurtkę i wyszła z domu, trzaskając drzwiami. 


Próżno ich sypkie zatrzymują śniegi
i lodem wzdęte odpychają brzegi.
Przeszli zawady, bo miłość szła wprzódy,
zmiatała śniegi i topiła lody

Offline

#36 2020-04-04 21:47:17

Dolores
Kucyponek Jednorogi
WindowsChrome 80.0.3987.149

Odp: Kumple

ava10.png

Minęły trzy dni. Żadnych informacji o chłopaku z imprezy. ...Jenson? Jensen? Nie za bardzo pamiętała jego imię, ale była pewna, że obraz jego twarzy na zawsze wyrył się w jej pamięci. Te trzy dni były pełne oczekiwania i napięcia. Ava wzdrygała się na każdy dźwięk domofonu czy wibrację telefonu. Doszło nawet do tego, że kiedy Alicia z głośniejszym brzdękiem postawiła koło niej talerzyk z croissantem, dziewczyna z krzykiem podskoczyła na krześle i wylała na siebie szklankę soku.
- Ava! - krzyknęła matka.
- Mamo! - krzyknęła Ava. - Muszę się przebrać...
Nic więcej nie mówiąc zeszła z krzesła i ruszyła w stronę łazienki. Już po drodze zaczęła odpinać guziki koszuli lepkimi palcami. Była już niemal tylko w bieliźnie, gdy doszła do łazienki. Zamknęła za sobą drzwi z trzaskiem i wrzuciła ubrania do pralki, nie patrząc nawet czy jest pusta. Ostatnie dni spędziła w dziwnym transie. Docierała do niej tylko część informacji. Wiedziała, że powinna się rano przemieścić z łóżka pod prysznic, zgarnąć coś do jedzenia, wejść do auta, pojechać do szkoły...

Głośny klakson na chwilę wyrwał Avę z letargu. W bocznym lusterku widziała czyjąś opaloną i owłosioną rękę z wyciągniętym środkowym palcem. Odwdzięczyła się tym samym, po czym wcisnęła gaz do dechy i opuściła skrzyżowanie. Do szkoły dojechała stosunkowo wcześnie. Trochę dzieciaków kręciło się po parkingu, zostało też parę wolnych miejsc. Ava zgrabnie wcisnęła swoją Mazdę między lekko pordzewiałego Jeepa a błyszczące czarne BMW, zasunęła dach, zablokowała drzwi i wrzuciła kluczyk do swojej czarnej torebki na długim pasku, przez którą przerzuciła też krótką kurtkę z ciemnozielonego zamszu. Po paru krokach wyrosła przed nią ławeczka, a na niej Annys nakładająca na usta delikatny błyszczyk. Marlowe stanęła w pół kroku, kuzynka spojrzała na nią i uśmiechnęła się. Krewniaczki powitały się całuskami w policzki, a później splotły palce dłoni ze sobą i tak ruszyły do środku budynku, przyciągając spojrzenia niektórych uczniów. Zauważywszy to, Ava ukradkiem dopięła jeden guzik błękitnej koszuli, pod którą błyszczało kilka minimalistycznych złotych łańcuszków.
- Gdzie Jonathan? - rzuciła, jednocześnie sprawdzając coś w telefonie.
Blondynka nieznacznie wzruszyła ramionami.
- Nie wiem, gdzieś zniknął jak tylko dotarliśmy.
Ruda skinęła głową. Jej telefon zawibrował, a na górze ekranu pojawiło się powiadomienie o nowej wiadomości z zablokowanego numeru. Wiem co zrobiłaś na imprezie... Stanęła w pół kroku. Zmarszczyła brwi, a jej usta wykrzywiły się w nieładnym grymasie.
...co zrobiłaś na imprezie...?
Co...?
Ktoś położył zimną dłoń na jej ramieniu odzianym jedynie w cieniutki wiskozowy materiał. Ava wydała z siebie dziwny pisk i rzuciła telefonem w tajemniczą osobę.
- Marlowe! - krzyknął Gary, który z trudem zdążył złapać telefon w ostatniej chwili i teraz otwartą dłonią przyciskał go do swojego brzucha.
- Gary, Jezu, ja pierdolę... - wysapała Ava i zabrała swojego iPhone'a z jego ręki. - Przepraszam. Kurwa, wystraszyłeś mnie.
Ruda zrobiła gest, jakby chciała potrzeć dłonią twarz, ale w pół ruchu uświadomiła sobie, że zaledwie przed wyjściem nałożyła makijaż. Zamiast tego przeczesała palcami włosy i nerwowo poprawiła materiał koszuli przy stójce. Annys spojrzała na nią przechylając głowę w bok, po czym pokiwała powolnie, jakby w zamyśleniu. Avie przeszło przez myśl, że wygląda trochę jak te zabawkowe pieski ruszające głowami. Swego czasu wszyscy mieli takie pieski w samochodach i Ava miała za złe swoim rodzicom, że nigdy nie pozwolili jej takiego postawić w ich. Może teraz powinna sobie takiego przykleić do deski w Mazdzie...?
- Wybaczcie, jestem ostatnio przewrażliwiona. Z resztą... wiecie. - Marlowe oparła się plecami o chłodną ścianę i rozejrzała się po korytarzu. - Słyszeliście coś już? Bo ja w zasadzie nic, przez cały weekend nic, trochę mnie to dobija - uniosła spojrzenie na sufit, jakby tam miały być zapisane tajemnice wszechświata.

[Jeszcze nie wiem czy to już koniec, czy tu coś jeszcze dopiszę xD]


Ja pierdolę, ale ameby.

Offline

#37 2020-04-06 14:01:44

Faworek
Pochwalony Faworek Depeszek
WindowsChrome 80.0.3987.149

Odp: Kumple

nRKlonr.png

Ethel dopalała nerwowo trzeciego papierosa w ciągu piętnastu minut, nie mogąc ustać w jednym miejscu. Wiedziała, że wygląda podejrzanie. Jak gwałciciel, włamywacz, albo zamachowiec, którego ostatnie resztki rozsądku próbują odciągnąć ją od zamiarów popełnienia zbrodni. Była pewna, że musi się przemóc, jak i tego, że chce to zrobić - szykowała się na to przez cały czas podczas pobytu w Kingswood - ale teraz, wpatrując się w dom Pearson'ów bała się, co się stanie, kiedy wreszcie odważy się zadzwonić do drzwi.
Szary gołąb zaczął dreptać wokół niej. Widząc, że dziewczyna non stop unosi coś do ust, liczył na dar w postaci okruchów. Nie pozwalał się odgonić, gdy tupała i machała ręką.
Gasząc peta, zganiła samą siebie: Widzisz jak nisko upadłaś? Ten skrzydlaty szczur ma większe jaja niż ty, Grand. On nie boi się próbować. On wie, że nagroda za odwagę jest lepsza niż głodowanie podczas ucieczki. Nie bądź pizdą. Zrób to wreszcie.
Wsadziła ręce do kieszeni kurtki, wzięła głęboki wdech i wyszła zza zakrętu, kierując się szybkim marszem do furtki. Póki pchało ją do przodu samozaparcie, nie zatrzymywała się. Prawie wbiegła na ścieżkę prowadzącą pod drzwi domu i niczym ścigana zadzwoniła pośpiesznie dzwonkiem. Serce biło jej w piersi z taką siłą, że regularne echo obijało się o jej czaszkę, nie pozwalając zatrzymać ani jednej myśli na dłużej. Zastanawiała się, kto stanie naprzeciw niej. Miała nadzieję, że będzie to Chase. O matko, tak bardzo chciała, żeby był to Chase. Istniałyby wtedy choć małe szanse, że zechce ją wysłuchać i nie obrzuci jej z góry na dół spojrzeniem wywołującym poczucie winy. Jeśli drzwi otworzy Amanda, prawdopodobnie trzaśnie nimi, nie pozwalając Ethel powiedzieć czegokolwiek. Gdyby rzuciła przy tym kilka klątw i przekleństw, byłby to akt miłosierdzia z jej strony - pokazałaby, że jeszcze jest w stanie obdarzyć Grand jakimkolwiek słowem. Dodatkowo Ethel wiedziałaby dzięki temu, że jej przyjaciółka żyje. Ostatecznie przywitać mógł ją jeden z rodziców rodzeństwa, a wówczas ani Chase ani Amanda pewnie nie dowiedzieliby się nawet, że Ethel tu była. Zawsze uważali, że ich znajomość z Grand ma na nich zły wpływ i tolerowali ją tylko ze względu na rodziców Ethel oraz ich udziałowców. Po całej sytuacji z pewnością radośnie dali im szlaban na spotkania z nią, a wykorzystawszy okazje, dorzucili do tego karę na domowe odwiedziny pozostałych znajomych.
W drzwiach stanęła młoda kobieta, trzymając na rękach małe dziecko. Chłopiec w jej ramionach wyglądał jak skóra z niej ściągnięta. Kobieta miała kruczoczarne włosy związane w roztrzepany już kok i jasne, niebieskie oczy. Ubrana była w męską, szarą koszulkę i zielone legginsy. Wyglądała na przyzwoitą osobę, choć stanęła boso w progu. Z uprzejmym, ale zdezorientowanym uśmiechem zapytała w czym może pomóc.
Ethel nabrała wody w usta i zamachała szczęką jak ryba. Wyjęła dłoń z kieszeni i nerwowym ruchem zagarnęła włosy za ucho. Przyszykowała się na każdy scenariusz rozwoju sytuacji, ale nie na to, że otworzy jej ktoś obcy.
- Yyy... Czy zastałam może państwo Pearson? - Zapytała wreszcie, odzyskawszy głos.
Na twarz kobiety wpłynął wyraz politowania.
- Przykro mi, nikt taki tutaj nie mieszka. Może pomyliłaś numery domów?
- Nie. Nie pomyliłam. Wie może pani, co stało się z poprzednimi właścicielami domu?
Kobieta zawahała się na moment, otaksowała Ethel wzrokiem, ale ostatecznie coś w wyrazie twarzy nastolatki skłoniło ją do mówienia. Może była to tylko desperacja, a może były to towarzyszące jej smutek i żal.
- Nigdy ich nie poznałam. Pośrednik, który pokazywał nam dom powiedział, że pozbywają się go, ponieważ wyjeżdżają na stałe do Chin.
- Rozumiem - odparła Ethel, a jej ramiona momentalnie opadły w dól. Rozluźniły się, jednak nie był to akt spływającej ulgi. Raczej nagłego zawiedzenia - Dziękuję. Do widzenia.
Szkrab w ramionach matki, słysząc pożegnanie, wyjął palce z ust i pomachał niepewnie plecom Ethel, kiedy ta zawracała z powrotem ku ulicy.
Kiedy zniknęła za żywopłotem z pola widzenia kobiety, zaczęła biec. Rozpędzała się coraz szybciej i szybciej, nie szczędząc nóg ani płuc. Biegła przed siebie, nie wiedząc dokąd zmierza, bo wszystkie jej plany na to, co zrobi po powrocie do Bristolu, właśnie runęły w posadach. Już zawsze będzie wypominać sobie, że straciła szansę, aby naprawić to, co zrobiła podczas swoich urodzin. Będzie pluła sobie w brodę, że nie dowie się, co dzieje się z tymi, których skrzywdzenia tak żałowała. Nie znajdzie Pearson'ów i nie usłyszy, że ma wypierdalać, zniknąć z ich życia raz na zawsze.
Tak miał wyglądać finał. Finał tego, na czym kiedykolwiek jej w życiu zależało tak mocno, że aż serce ją przez to bolało.
Oczywiście, że nie chciała pozwolić, by ta historia skończyła się w ten sposób, ale co mogła zrobić? Nie mogła ruszyć do Chin i próbować szukać ich wśród prawie półtora miliarda ludzi. To było niewykonalne.
Zimne łzy zaczęły sunąc po jej policzkach. Ethel zatrzymała się, bo rozmazały jej widok na to, co miała przed sobą. Starła je kciukiem, próbując złapać oddech. Doszła szybkim marszem pod przystanek autobusowy i kucnęła pod znakiem. Miała ochotę bić o niego głową, kopać, trząść i rzucać nim, aż zrobiłaby by sobie od tego krzywdę, ale wiedziała, że głupie wyładowywanie swojej bezradności niczego nie zmieni i nie pozwoli jej odzyskać przyjaciół.
Ethel uniosła nagle głowę, kiedy w jej umyśle zabrzmiał nagle głos nadziei.
A może jednak?
Sprawdziła godzinę na ekranie telefonu. Dochodziła dziesiąta.
Potem zerknęła na rozkład odjazdów. Za kwadrans miał podjechać autobus, który zabierze ją pod jej starą szkołę.
O ile nie spierdolił na wagary, Gary Zane był właśnie na lekcjach i Ethel zamierzała odnaleźć go i wyrwać mu z gardła siłą lub po dobroci jakiekolwiek informacje o Pearson'ach, jeśli je znał.


Kierowca pędził ciasnymi uliczkami tak, jakby nie chciał ujrzeć jutra. Hamował ostro i trąbił na całą resztę uczestników dróg.
Autobus śmierdział ludźmi; potem tych, którzy nie wiedzieli, czym jest dezodorant, a używanie go było najwyraźniej umiejętnością zarezerwowaną dla wybitnych jednostek; pierdami egoistycznych szumowin i alkoholowym wyziewem bezdomnego siedzącego na końcu wozu. Szyba, przy której siadła Ethel była optakana. To znaczy okupana. Przez ptaka. To było doskonale absurdalne dopełnienie całokształtu komunikacji miejskiej.
Dziewczyna dawno nie korzystała z autobusów. Przez niecały rok siedziała jak w więzieniu zamknięta w elitarnej szkole, a zanim tam trafiła, woził ją Chase, lub inny jeleń, do którego wystarczyło wypiąć cycki i zamachać rzęsami, aby zrobił to, o co się poprosiło.
Trasa do szkoły zajęła dwadzieścia minut łącznie ze spacerem od przystanku pod płotek oddzielający dziedziniec szkoły od ulicy. Ethel przysiadła na nim, sięgając do kieszeni po fajki, ale w tym samym momencie zza rogu wyjechał radiowóz. Ethel powstrzymała się, czekając na to, by policja zniknęła za zakrętem kolejnej ulicy, ale pojazd skręcił na parking szkoły i zaparkował tam. Wysiedli z niego dwaj barczyści mundurowi i poszli w stronę głównego wejścia budynku odprowadzani wzrokiem wszystkich uczniów, którzy ich zauważyli.
Ktoś najwyraźniej dał się przyłapać na wciąganiu w szkolnej łazience.
Od czasu jak Ethel przeniosła się do Kingswood, budynek jej starej szkoły nie zmienił się wcale. Cegły, ozdobione strugami ściekającej z dachu brudnej wody i pozostałościami po niedoczyszczonych chuligańskich podpisach, wciąż niezmiennie stały na swym miejscu. Nad wejściem wisiała niebieska tabliczka z napisem Ashton Park School. Rzędy kwadratowych okien przedstawiały gromady uczniów ganiających się po szkolnych korytarzach. Na betonowym dziedzińcu nowe twarze, jak i te, które kojarzyła z widzenia, popisywały się deskorolkowymi trikami. Na trawniku na środku placu kilkanaście pierwszoroczniaków, które według Ethel wyglądały wciąż zbyt gówniarsko jak na licealistów, pozowało do zdjęcia klasowego robionego przez sekretarkę szkolną. Wszędzie panował nieład i nieporządek, który pobudzał do życia każdą publiczną szkołę.
- Widzisz to? To Ethel Grand. Co ona tu robi? - Usłyszała przed sobą.
Odwróciła głowę w kierunku głosu, dostrzegając przechodzącą obok grupkę dziewczyn. Ethel zmierzyła je wzrokiem, przez co większość z nich speszyła się, przyśpieszyła, unikając kontaktu, ale jedna z nich zatrzymała się na wprost Grand. Poprawiła pasek plecaka na ramieniu i odpowiedziała Ethel równie wyzywającym spojrzeniem. Ethel kojarzyła ją. Nazywała się Vivienne Fisher i chodziły za nią niepochlebne plotki.
Gdyby jednak Ethel miała ufać wszystkiemu, co słyszy z ust innych, musiałaby fundamentalnie zmienić zdanie na swój własny temat .
- Zgubiłaś się? - Zagadała Ethel, chcąc ją onieśmielić.
- Nie, za to ty owszem - odpyskowała jej dziewczyna, ale zaraz potem zmieniła ton na łagodniejszy - Słyszałam, że wysłano cię do prywatnej szkoły. Wracasz jednak na stare śmieci?
- Nie twój interes. Spierdalaj do swojej szkolnej ławeczki.
- Myślę, że powinnaś zmienić ton. Nie masz już obok swoich przydupasów, którzy cię obronią.
Na wspomnienie Pearson'ów w Ethel się zagotowało. Była gotowa pchnąć Fisher na ziemię i przeciągnąć ją twarzą po betonie, ciągnąc ją za włosy.
- No i? Naślesz na mnie swoich gorylich braci?
- To była przyjacielska rada. Nie groźba - odparła Vivienne i zaczęła się oddalać.
- Poczekaj! - Krzyknęła za nią Ethel, zeskakując z płotka - Wiesz gdzie znajdę Gary'ego Zane'a?
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
- Szukaj na stołówce.
Racja. Że też sama o tym nie pomyślała.
Zanim postanowiła wejść do szkoły, zapaliła jeszcze raz. Dopiero po tym okrążyła budynek i od strony boiska, tylnym wyjściem wdarła się do środka.  Dotarła do stołówki, unikając styczności z nauczycielami, którzy mogliby zadawać niewygodne pytania, o to czy jest studentem tej placówki, albo co tutaj robi, skoro wiedzą, że zmieniła szkołę na początku roku szkolnego.
Nie znalazła tam Zane'a, ale wpadła na Riley King, która chodziła z nimi do klasy. Ethel przewróciła oczami, odpowiadając zbywającymi kłamstwami na dawkę ciekawskich pytań na temat jej powrotu. W zamian za to Grand poprosiła znajomą o pomoc w odnalezieniu Zane'a. W ten sposób obie znalazły się pod salą matematyczną wraz z resztą kolegów ze starej klasy, którzy w pierwszej chwili zamilkli na widok Ethel. Wielu z nich słyszało przeróżne, prawdziwe i zmyślone plotki o tym, co stało się na jej urodzinach niecały rok temu i o tym, gdzie zniknęła ona oraz Pearson'owie. Nikt nie wiedział zapewne, co teraz myśleć i jak zareagować.
Ona również milczała, odnajdując w tłumie Zane'a stojącego obok Avy Marlowe i dwójki białych klonów. Zanim ktokolwiek odważył się rzucić w nią masą pytań, po co wróciła, Grand zawołała do chłopaka:
- Musimy pogadać, Zane.
Gary wydawał się blady, jakby ujrzał ducha niechcianej przeszłości.
- Kto to? - Szepnął jeden z klonów do rudej.
- Szczerze nie mam ochoty z tobą o czymkolwiek gadać - odpowiedział Gary.
- Nie obchodzi mnie to. Jeśli nie porozmawiamy teraz, pójdę do twojego domu i będę tam na ciebie czekać. - Ethel założyła ręce na piersi.
- Ja pierdolę... - Westchnął wkurwiony Zane, ale ruszył z miejsca. Minął Ethel na korytarzu, każąc jej iść za sobą. Zatrzymał się piętro niżej, niedaleko drzwi do męskiej łazienki.
- Czego chcesz? - Warknął, patrząc na nią z góry.
- Informacji - odparła stanowczo bez owijania w bawełnę. Zaraz potem opuściła głowę i wyglądała o wiele mniej pewnie - Byłam pod domem Pearsonów. Już do nich nie należy. Ich numery telefonu są nieaktywne. Żadne z nich nie odczytuje moich wiadomości na Facebooku...
- Dziwisz się im? - Przerwał jej chłopak.
- Nie. Rozumiem to, ale przyjechałam po to, żeby naprawić to, co zjebałam. Chcę chociaż spróbować do nich dotrzeć. Chcę wiedzieć, czy dadzą mi szansę, czy każą wypierdalać na zawsze.
Ethel podniosła wzrok. Zane wcale na nią nie patrzył i wyglądało na to, że również jej nie słuchał. Wpatrywał się ze skupioną miną w obraz za jej plecami. Dziewczyna podążyła za jego spojrzeniem, zaglądając za siebie. Na końcu korytarza stała dorosła kobieta w średnim wieku ubrana stosunkowo elegancko jak na finansowe możliwości pedagogów. Dyskutowała z kimś, kto skrywał się przed ich spojrzeniem za zakrętem. Zaraz potem kobieta ruszyła w kierunku Ethel i Gary'ego, a idąc w jej ślady, zza zakrętu wynurzyli się ci, z którymi rozmawiała - para policjantów. Ci sami, których dziewczyna widziała wcześniej.
- Kurwa - sapnął Zane, ale gdy odwróciła się, by zapytać, o co chodzi, jego już nie było. Ledwo dostrzegła jego buty, które znikały za zamykającymi się drzwiami męskiej łazienki.
Nie miała zamiaru zakończyć na tym rozmowy, więc wbiła do ubikacji wraz z nim.
- Co jest, kurwa? - Naburmuszył się jakiś chłoptaś, który lał do pisuaru w momencie, gdy tam wkroczyła - To męski kibel.
Ethel otaksowała go niechętnie wzrokiem.
- Patrzyłam częściej na cudze kutasy niż ty patrzysz codziennie na własnego. Jak się wstydzisz swojego kikutka to wypierdalaj stąd w podskokach - skwitowała, wskazując mu sugestywnie wyjście.
Facet nie umył nawet rąk. Zapiął rozporek i wyzywając ją od szmat, naprędce opuścił pomieszczenie. Została sama.
- Wyłaź, Zane. Nie skończyłam jeszcze - zawołała w stronę jedynej zamkniętej kabiny. Ta otworzyła się zamaszyście z  głośnym uderzeniem. Gary stanął w jej progu, obrzucając Ethel gniewnym spojrzeniem.
- Słuchaj, mam w dupie, po co tu jesteś i jeszcze głębiej mam to, czego ode mnie chcesz. Mam wystarczająco własnych, kurwa, problemów, więc weź swój pierdolony egocentryzm i odpierdol się ode mnie.
Ethel uniosła ręce w obronnym geście.
- Zluzuj. Zrobię to. Daj mi tylko namiary na Amandę i Chase'a, a potem taplaj się w swoim szambie ile tylko zechcesz.
- Szukaj w Chinach - Gary praktycznie wypluł te słowa - Zadowolona?
- Niezadowolona - Ethel nie odpuszczała - Potrzebuję konkretów.
- Czy ty nie potrafisz tego zrozumieć? Twój móżdżek jest zbyt mały, żeby to pojąć? Oni nie chcą mieć z tobą do czynienia. Wycięli cię z życia. Przeliterować ci to?
- Obejdzie się - Ethel pomyślała, że najwyższy czas zmienić taktykę. Skoro prosta prośba nie wystarczała, musiała zagrać Zane'owi na emocjach - Myślałam, że rozumiesz, jak to jest, kiedy żałujesz, że coś się stało tak bardzo, że nie potrafisz myśleć o niczym innym jak o cofnięciu tego.
- Och, może jeszcze się rozpłaczesz? - Gary przewrócił oczami - Potrzebujesz do tego ramienia czy poradzisz sobie sama?
Stwierdził najwyraźniej, że wystarczająco długo krył się w łazience i może już zakończyć toaletowe rozmowy, bo zaczął iść z powrotem w stronę wyjścia. Ethel zastąpiła mu drogę całą sobą i przytrzymała go za ramiona, choć gest ten nie robił większej różnicy. Gdyby chciał, mógłby ją stratować bez najmniejszego wysiłku.
- Powiedz mi chociaż, czy oboje żyją. Powiedz, czy wiesz, jak się mają, co robią, czy jest im bez nas lepiej. Proszę cię... Powiedz mi cokolwiek.
Zaczęło drapać ją w gardle. Ostatnie słowa wyszły z jej ust bez problemu, ale brzmiały tak, jakby ktoś złamał każde w połowie i wypuścił takie kulawe.
To było pierwsze proszę wypowiedziane kiedykolwiek przez Ethel w obecności Gary'ego. Musiało zrobić to na nim choć minimalne wrażenie, ponieważ chłopak zsunął jej ręce powoli, delikatnie, mówiąc:
- Nie wiem, co z nimi. Zerwali kontakty z wszystkimi i rozpłynęli się. Wiem, że wyjechali. Wyjechali przez ciebie. To twoja wina. Wszystko zjebałaś, Grand.
Głos Gary'ego nie ukazywał już złości. Wydawał się smutny - na wskroś przeszyty smutkiem i tęsknotą. Jego również musiał dręczyć wyjazd Pearson'ów. Nawet jeśli zdołał się z tym jakiś czas temu pogodzić, Ethel wracała teraz i rozdrapywała stare rany na nowo.
Nie. Rana to za mało. To było coś wartego wiele więcej. Równie dobrze mogła odciąć mu dłoń, wrzucić ją w jezioro i mówić, że niczego nie pragnie bardziej niż przyszyć mu ją ponownie. Zrobiłaby to, gdyby tylko miał ją przy sobie.
Tak czuł się Gary. Ona czuła się tak samo.
Pozwoliła mu się minąć i pozostała sama w łazience. Nie potrafiła zaprzeczyć prawdzie wypowiedzianej przez chłopaka. Choć pragnęła nie być odpowiedzialna za tę sytuację, nie mogła się tego wyprzeć.
Gdy wychodziła ze szkoły, jej telefon zaczął wibrować. Wyjęła go z tylnej kieszeni spodni, żeby ujrzeć na wyświetlaczu imię i zdjęcie brata. Odebrała.
- Cześć, duże E.
- Cześć, małe E - usłyszała głos Ethana - Właśnie skończyłem rozmawiać z mamą. Powiedziała, że wróciłaś wcześniej do domu.
- Wiesz jak to jest. Stęskniłam się za własnym łóżkiem.
Ethan roześmiał się, wiedząc, że to kłamstwo. Matka z pewnością opowiedziała mu wszystko. To, że ojciec wyrzucał ją z domu, prawdopodobnie również już wiedział. Ethel domyślała się, że dzwonił właśnie w tej sprawie.
- Za Hamletem też się stęskniłam. Jak się trzyma? - Ethel pragnęła zmienić temat, lecz tym razem nie kłamała. Nie widziała swojego psa odkąd wyjechała do akademika. W międzyczasie dowiedziała się, że Ethan zabrał go do swojego domu w Ameryce, ponieważ ojciec nie miał zamiaru zajmować się darmozjadem i zapowiadał, że uśpi go lub odda do schroniska.
- Cały i zdrów. Phoebe denerwuje się, kiedy wkrada nam się w nocy do łóżka, ale poza tym uwielbiają się nawzajem. Czasami jestem już nawet zazdrosny. Chyba zaczęła go kochać mocniej niż mnie. - Ethan pozwolił sobie na opowiedzenie kilku anegdot o tym, jak Hamlet poprzestawiał porządki w ich wspólnym życiu, ale zaraz potem szybko wrócił do tego, po co dzwonił - Posłuchaj, wiem już, co postanowił ojciec i myślę, że to dobra okazja, żebyś wreszcie przyleciała mnie odwiedzić. Pokazałbym ci wreszcie dom, poznałabyś Phoebe, zobaczyłabyś Hamleta, wyściskałbym cię w końcu porządnie, zorganizowałbym ci twój własny pokój...
- Ethan...
- Rozmawiałem już o tym z Phoebe - Ethan nie pozwolił sobie przerwać - Tak właściwie to był jej pomysł. Mówi, że z chęcią pozna wreszcie moje małe E. Co ty na to? Kupię bilet last minute. Najpóźniej pod koniec tygodnia będziesz siedzieć już w samolocie.
- To cudowny pomysł. Rany, to byłoby piękne, ale...
- Tak?
- Ale chcę chociaż spróbować być samodzielna. Chcę zobaczyć, czy dam radę. Muszę wreszcie coś udowodnić. Sobie i innym. Nie gniewaj się na mnie, ale póki co, zostanę tu.
- Jakbym mógł? Jestem nawet trochę dumny, słysząc te słowa - odpowiedział jej głos w słuchawce - Pokaż, co potrafisz, mała. Pamiętaj tylko, że jeśli będziesz czegokolwiek potrzebowała, czegokolwiek, jestem obok. Dzwoń o każdej godzinie każdego dnia. Zrobię wszystko, żeby ci pomóc, a zaproszenie jest bezterminowe.
- Dzięki, duże E. Jesteś cud-chłopak - Ethel prawie uśmiechnęła się do ekranu.
- Wiem przecież.


Próżno ich sypkie zatrzymują śniegi
i lodem wzdęte odpychają brzegi.
Przeszli zawady, bo miłość szła wprzódy,
zmiatała śniegi i topiła lody

Offline

#38 2020-04-30 12:00:24

Arbalester
Szeryf Depeszy
MacintoshSafari 605.1.15

Odp: Kumple

jxI8DbU.png

KLujbIH.pngNikogo nie widział przez resztę weekendu. Udał się tylko do znajomego, by opatrzył jego kciuk. Nie skomentował tego słowem. Brakowało mu pewnie już energii, tak jak Gary’emu na tłumaczenie się. Spędził resztę wolnego zamknięty w pokoju, żywiąc się tym, co Felix mu podsunął pod drzwi, nikogo nie przyjmując, ani MJ, ani brata. Do żadnej pracy nie poszedł, wyautowany kontuzją, na rower bał się wsiąść, nie będąc do końca sprawnym, zresztą nawet nie miał ochoty go dosiadać. Chciał tylko spać, pomagały w tym zasunięte zasłony, pogrążające pokój w półmroku. Czas płynął obrzydliwie wolno pomiędzy przewracaniem się z boku na bok i jawą przeplataną snem. Ranek zlewał się z wieczorem, doba nie dzieliła się na pory. Okna miał uchylone, wiatr chłodził jego półnagie ciało, ściskające kołdrę. Telefon rozjaśniał się regularnie bladym światłem, ale nie miał ochoty na niego patrzeć, więc ostatecznie go wyciszył. Ignorował nieśmiałe pukania, aż przyszedł poniedziałek.
KLujbIH.pngNie spał, kiedy rozbrzmiał budzik. Choć nie wykonał najmniejszego ruchu przez cały weekend, brakowało mu sił, by wstać. Przejrzał pobieżnie SMS-y, jakie otrzymał w tym czasie i odpisał twierdząco na pytania, czy się dzisiaj zjawi.
KLujbIH.pngDo pokoju wkradło się pasmo światła, kiedy Russ bez zaproszenia otworzył drzwi. Uwiesił się klamki, jakby to było jedyne, co trzymało go przy ziemi.
KLujbIH.png- Wstajesz? - zapytał cicho, niepewnie.
KLujbIH.png- Tak.
KLujbIH.png- Mama robi… - urwał na moment, niepewny, czy powinien o niej wspominać. Musiał mieć wyrzuty sumienia po ostatniej ich kłótni. - Robi śniadanie. Jajko, kiełbaski, boczek, fasolka…
KLujbIH.png- Zaraz zejdę.
KLujbIH.pngKiedy tylko zsunął nogi na podłogę, małe ciałko zderzyło się z nim z impetem, a chude rączki oplotły wokół niego. Russell pociągnął nosem raz i drugi. Gary poczuł się paskudnie. Wyplątał ramię spod brata i pogłaskał go po głowie.
KLujbIH.png- Przepraszam.
KLujbIH.png- To ja przepraszam. Nie powinienem był ci mówić takich rzeczy. - Serce mu się ścisnęło, ale mówił dalej: - Masz prawo, by cieszyć się obojgiem rodziców. Nie chciałem ci w to wchodzić.
KLujbIH.png- Nie gniewasz się?
KLujbIH.pngRuss patrzył na niego szklistymi oczami. Oto osiągnął kolejne dno - doprowadził brata do płaczu. Myślał już, że niżej nie był w stanie upaść.
KLujbIH.png- Oczywiście, że nie - zapewnił go, choć nie potrafił zmusić się do uśmiechu.
KLujbIH.png- Powiem mamie, że zjesz.
KLujbIH.pngPodczas gdy Russell popędził na dół, Gary powoli się ubierał. Nie do końca zastanawiał się nad tym, co robił. Mechanicznie wybrał dżinsy i koszulkę, w łazience przemył twarz, ale nie uczesał się, ani nawet nie poświęcił chwili, by się sobie przyjrzeć.

Oh, hush, my dear, it's been a difficult year
And terrors don't prey on
Innocent victims

KLujbIH.pngSpodziewał się, że do tego momentu poczuje się nieco przytomniejszy, bardziej obecny, ale wciąż odnosił wrażenie, jakby jego umysł wyrwano siłą z głowy i puszczono luzem, by wałęsał się po świecie, miotany wiatrem. Organizm walczył z chęcią schowania się z powrotem pod kołdrą, a wróceniem do żywych i akcji. Ostatkiem sił zmusił się do chwycenia plecaka i bez sprawdzania jego zawartości, zszedł na parter. Rodzina zebrała się w kuchni. Rebecca gazetą rozganiała czarny dym znad tego, co prawdopodobnie miało zostać smażonym boczkiem, a Felix śmiał się niekontrolowanie. Russ jęczał z rozczarowaniem. Gary nie widział miejsca dla siebie w tej scenie, choć matka go zobaczyła i wyciągnęła ku niemu rękę, by dołączył. Brat złamał w dłoniach marchewkę, a jemu zrobiło się słabo. Pokręcił głową i wyszedł bez pożegnania. Nie mógł znieść tego zachęcającego uśmiechu, tej ułudy, kłamstwa miłości.
KLujbIH.png- Gary!
KLujbIH.pngNie chciał, ale odwrócił się. Felix porwał go w objęcia, unosząc go nad ziemię, jak kiedy był dzieckiem, choć już nie tak wysoko. Ściskał go boleśnie mocno, obite żebra i rany zakrzyczały ogniście, nic jednak z siebie nie wydusił poza stęknięciem. Ojciec pachniał spalenizną, świeżym praniem i kremem po goleniu. Te trzy tak różne od siebie zapachy zawsze z nim utożsamiał. Tak pachniał jego rodzic.
KLujbIH.png- Wiesz, że cię kocham, synu?
KLujbIH.pngGłowa Gary'ego jak film odtworzyła wydarzenia z tamtej nocy, klatka po klatce, cios po ciosie. Wzbierające w nim obrzydzenie do samego siebie mogło zaraz znów wylać się falą mdłości. Nie mógł mu odpowiedzieć.
KLujbIH.png- I wiedz, że cokolwiek by się nie działo, zawsze możesz zwrócić się do mnie. Jestem tutaj, wysłucham. Nienajlepszy egzemplarz ojca, ale nim zawsze będę. Twoim rodzicem. Nic tego nie zmieni. Rozumiesz?
KLujbIH.png- Tato, to boli.
KLujbIH.pngPuścił go natychmiast, lekko zasapany i czerwony z wysiłku. Patrzył na niego wyczekująco.
KLujbIH.png- Dzięki - szepnął chłopak, odwracając się na pięcie.
KLujbIH.pngNie biegł na przystanek, choć prawie. Nogi pragnęły jak najprędzej zabrać go z dala od wylewności ojca, od wstydu, jaki rósł w nim z każdą następną deklaracją. Nie mówiłby tak, gdyby wiedział o wszystkim. Gary próbował zagłuszyć te słowa muzyką w słuchawkach, ale dla odmiany w busie nagle przypomniały mu się kolejne, wypowiedziane przez poprzedniego dyrektora. „Chcę cię tylko prosić, byś wytrwał tę końcówkę i dopilnował, by reszta też się utrzymała”. Był śmiertelnie chory, a jego największym zmartwieniem w ostatnich dniach szkoły okazała się grupka gówniarzy, zatruwających mu wcześniej rezydenturę. W dodatku Gary go zawiódł. Wszystkich zawodził. Był chodzącym rozczarowaniem. Zastanawiał się, czy to tak Ethel i Pearsonowie czuli się zawsze przy swoich rodzicach, czy ułatwiało im to nienawidzenie ich. Gary nienawidził swojej matki, a za każdym razem, gdy pozwalał temu uczuciu urosnąć, jak pieczonemu chlebowi, zżerało go to od środka. Jednocześnie strach ścinał go z nóg na myśl, że mógłby opuścić gardę, spróbować z nią, tylko po to, by znów zniknęła i zabrała ze sobą jeszcze więcej.
KLujbIH.pngPójście do szkoły pomogło. Nigdy by się tego nie spodziewał, ale stanięcie tam, gdzie stawał tyle razy, zobaczenie znajomych twarzy, wykonywanie znanych czynności, wymagających choć odrobinę skupienia - ściągało go to na Ziemię. Spotkał się z resztą, ale poza krótką zgodą, by mówić prawdę, nie poruszali tematu imprezy, co dawało mu fałszywe poczucie spokoju. Nie słuchał na historii, zbyt zajęty rozpamiętywaniem słów dyrektora i tym, co zrobił i co jeszcze nadal mógłby zrobić. Na jakiś pokrętny sposób, wzmocniło to jego wyciszenie emocji. Wmawiał sobie, że uda mu się opanować sytuację, poradzi sobie. Robił to tyle razy wcześniej.
KLujbIH.pngA potem natknął się na Ethel. W zasadzie "natknął" to nieodpowiednie słowo, bo ona go szukała. Doskonale wiedział, w jakim celu. Dziwiło go jedynie, że zajęło jej to tyle czasu. Bał się tego spotkania, bo długo dochodził do siebie po tamtych wydarzeniach i tym, co działo się potem. Żal, gniew, frustracja, tęsknota - to wszystko kotłowało się w nim wtedy i wciąż nie wyparowało, jedynie zostało przykryte, jak tapeta świeżą warstwą farby. Niby ukryte, ale nie tak, jak powinno. Ethel przyszła ze swoimi długimi pazurami i zaczęła zdrapywać to, co kosztowało go mnóstwo wysiłku. Przyszła ze swoimi smutnymi oczami, łamiącym się głosem, aż zapragnął nią potrząsnąć, wrzasnąć, żeby wzięła się w garść, zostawiła go w spokoju. Wreszcie to z siebie wyrzucił, razem z całym jadem, jaki się ugotował wraz z emocjami, kisnącymi te miesiące pod przykryciem. Powiedział za dużo, zbyt ostro, ale pomimo beznadziejnej formy czuł, że miał rację.
KLujbIH.pngMieć rację nie poprawiło mu humoru. Ani to, że mijając na korytarzu jedną z nauczycielek, kazała mu ona stawić się w gabinecie dyrektorki. Ruszył tam jak na skazanie - co naprawdę mogło go czekać. Sekretarka zaprosiła go do środka z przelotnym, nieobecnym uśmiechem. Ręce ze stresu spociły mu się tak, że w pierwszym momencie dłoń ześlizgnęła mu się po klamce. Starał się uspokoić szalejące serce, ale na próżno. Nie potrafił zebrać się na odwagę, by wejść. Jego dylemat rozwiązały drzwi, które otwarły się do wewnątrz, a w progu stanął zaskoczony, znajomy mu policjant. Prędko odzyskał rezon.
KLujbIH.png- Gary Zane. Dzień dobry. Sierżant Copper i posterunkowy Kovisch.
KLujbIH.pngGary wymamrotał coś, co miało również oznaczać "Dzień dobry".
KLujbIH.png- Właśnie ciebie szukaliśmy. Chcielibyśmy, żebyś złożył zeznania na komisariacie. Prosimy o to wszystkich, którzy byli na imprezie w piątek. Bo brałeś w niej udział, tak? [data i adres]?
KLujbIH.png- T-tak, ale... Na komisariacie? - zapytał, denerwując się na siebie za zachrypnięty głos. - Dlaczego tam? Widziałem, że rozmawialiście z niektórymi tutaj... Sir - dodał naprędce.
KLujbIH.pngObok mężczyzny stanął drugi, z niższym stopniem. Miał minę co najmniej niezadowoloną, ręce skrzyżowane na piersi w obronnym geście. Obaj zerknęli przez ramię na dyrektorkę, która z kolei wyglądała, jakby powstrzymywała problemy gastryczne. Odwrócili się znów do chłopaka.
KLujbIH.png- Chcemy przeprowadzić rozmowy na spokojnie, nie zabierając już szanownej dyrektorce więcej czasu.
KLujbIH.pngGdyby Gary nie był tak zajęty wycieraniem spoconych dłoni o spodnie, może zauważyłby niesmak pomiędzy mundurowymi, a kobietą w średnim wieku ze szczurzym pyszczkiem, od niedawna dyrektorką jego szkoły. Ruszył pierwszy. Mocne buty na grubej podeszwie skrzeczały za nim na linoleum. Choć na jego nadgarstkach nie podzwaniały kajdanki, czuł je na sobie, tak samo jak spojrzenia uczniów. Szeptali między sobą, dyskutowali. Nagle coś przecięło powietrze ze świstem tuż przed jego nosem. Gruby podręcznik huknął o podłogę i sunął, aż zatrzymał się pod stopami dwóch dziewczyn po drugiej stronie korytarza. W jednej chwili Gary oprzytomniał; poderwał głowę jak węszący pies, ale nie dało się ocenić, kto rzucił książką. Za to zobaczył parę nienawistnych spojrzeń, tak jakby został wydany już wyrok, a on okazał się winny morderstwu nastolatka.
KLujbIH.pngPo plecach Gary'ego przebiegł dreszcz. Ostatkiem sił zwalczył impuls, by rzucić się do ucieczki. Przecież to był jego pomysł, by wyznać prawdę, bo będzie ona po ich stronie. Powtarzał to sobie cały weekend: nie mogło stać się nic złego, bo starali się ratować kolegę. Do samego końca, nawet kiedy jego oczy przestały widzieć. Nie zrobili nic złego. Powtarzał to raz za razem, aż niemal uwierzył. Teraz wszystko wydało mu się śmieszne i bezsensowne - cała pewność siebie, jaką próbował zbudować, rozsypała się niczym domek z kart. Lekki podmuch zniweczył ją doszczętnie. Omal nie roześmiał się rozpaczliwie.
KLujbIH.pngPrzed głównym wejściem stała MJ. W rękach, przyciśnięte do piersi okrytej białą koszulą, trzymała kurczowo zeszyty. Pnące się w górę słońce rozświetliło jej włosy złocistą aureolą, okalając bladą, piegowatą twarz. Duże brązowe oczy rozszerzyły się ze zdumienia na jego widok. Pełne usta, pociągnięte bladym błyszczykiem, skrzącym się drobinkami, rozchyliły się, jakby chciały o coś zapytać. Minęli ją zaledwie o wyciągnięcie ręki. Obejrzał się przez ramię ze ściśniętym sercem, ale ona już odwróciła się i wbiegła do budynku. Zobaczył tylko rudoblond fale i miętowy trampek znikające za zakrętem. Przygryzł wargę, aż poczuł w ustach metaliczny smak. Posterunkowy Kovisch otworzył mu drzwi w niebiesko-żółtą kratę. Na dachu samochodu nie musiał migać kogut, by przyciągać wszystkie spojrzenia na dziedzińcu.
KLujbIH.pngZrobiło mu się słabo. Przypomniał sobie, że nie zjadł śniadania. W brzuchu zaburczało mu boleśnie, ale wsiadł bez słowa do środka. Metalowa krata oddzielała go od policjantów siedzących z przodu. Znów poczuł się uwięziony, co wywołało z kolei falę frustracji na samego siebie. Próbował przemówić sobie do rozumu, ale niewiele to pomogło. Copper rzucił mu pokrzepiający uśmiech do lusterka wstecznego, od którego chłopaka tylko zemdliło. Skupił się na przesuwającym się obrazem za oknem.


KLujbIH.png- Pozwól mi najpierw z nim porozmawiać, dobrze? Znam jego ojca.
KLujbIH.pngDo Gary'ego nie docierały słowa sierżanta. Martwym wzrokiem wodził za krzątającymi się po posterunku policjantami i policjantkami. Większość sprawiała wrażenie zajętych swoimi sprawami, zadaniami. Niektórzy snuli się, jakby na coś czekali. Może na takich jak on, aż się złamią, w pokoju z weneckim lustrem i mikrofonem pod stołem. Nikt nie zwracał uwagi na przestraszonego, poobijanego nastolatka, siedzącego na krześle, jakby odliczał czas na stracenie. Mimowolnie przemknęło mu przez myśl, czy ścięcie głowy było natychmiastową śmiercią, czy też jakieś nerwy przez chwilę jeszcze działały odruchowo, jak u robaków. Może gdyby słuchał uważniej na lekcjach biologii, to by wiedział. Na wielu lekcjach nie uważał. Tydzień temu by się tym przejął, ale teraz straciło to dla niego znaczenie. Biologia nie przyda się w więzieniu, kiedy posadzą go za morderstwo.
KLujbIH.pngŻołądek znów wykonał fikołek. Drzwi obok zaskrzypiały.
KLujbIH.png- Wejdź, proszę.
KLujbIH.pngSunąc jedną nogę za drugą, wkroczył do niewielkiego pomieszczenia. Zerknął na boki. Żadnego weneckiego lustra. Mimo woli poczuł ukłucie rozczarowania.
KLujbIH.png- Usiądź, porozmawiajmy.
KLujbIH.pngPolicjant zaczął recytować formułki, które Gary'emu jednym uchem wpadały, drugim wypadały. Był zbyt skupiony na licznych rysach na blacie w miejscach, gdzie sam trzymał teraz dłonie. Nieskute. Rozsunął je, by zaraz złożyć na kolanach. Bawił się jednym z wielu zamków na spodniach. Błądził spojrzeniem, skutecznie omijając siedzącego przed nim mężczyznę. Na ziemię sprowadziło go niecierpliwe westchnienie.
KLujbIH.png- Młody chłopak stracił życie. Jak wiesz. Liczę na twoją współpracę. Chciałbym to szybko zamknąć, by rodzina zaznała spokoju. Pomożesz mi?
KLujbIH.png- Ja... - Gary urwał. Nie potrafił wykrztusić słowa.
KLujbIH.png- Potwierdzasz, że około godziny pierwszej trzydzieści wyszedłeś z imprezy w domu Penhallowów?
KLujbIH.png- Ja... Nie jestem pewien, która była godzina... Trochę wypiłem... - znów zamilknął, zestresowany.
KLujbIH.png- Spokojnie.
KLujbIH.pngGary po raz pierwszy spojrzał policjantowi w twarz. Miał miękkie rysy, niemal damskie, a oczy brązowe i duże, trochę jak MJ. Czoło przecinały mu trzy mocne zmarszczki, wokół oczu i ust stres wydrążył ścieżki w skórze. Wydawał się zmęczony, nie jak po nieprzespanej nocy, ale jak ktoś, kto za dużo widział i pragnął wypoczynku od życia. Zane czuł się teraz podobnie. Jego szalejące serce uspokoiło się nieco.
KLujbIH.png- Wydaje mi się, że to było po pierwszej, nieco później, ale przed drugą na pewno. Wyszliśmy na pewno przed drugą - powtórzył, zyskując nieco pewności w głosie.
KLujbIH.png- Kto był z tobą?
KLujbIH.png- Moi przyjaciele - odpowiedział odruchowo, starając się zdusić poczucie, jakby ich zdradzał, sprzedawał.
KLujbIH.pngCopper uśmiechnął się lekko, znużony.
KLujbIH.png- Jakie nazwiska? Mów swobodnie, nikogo o nic nie oskarżamy na razie, staramy się zebrać informacje.
KLujbIH.png"Na razie" zabrzęczało Gary'emu w głowie jak wściekła osa, ale wymienił Avę, Nathana i Annys. Nim się zorientował, opowieść wylała się z niego jak silna rzeka po zerwaniu tamy. Starał się pamiętać o tym, by wspomnieć o tym, jak Annys poszła dalej, o rozładowanym telefonie, przez co nie zadzwonili od razu na policję, o ucieczce Fisherów i podtrzymywaniu pracy serca. Umknął mu szczegół obecności Brandona na miejscu. Głos zaczął mu drżeć, kiedy wspomniał o trzasku, jakby złamał żebro Jensona.
KLujbIH.png- Ja próbowałem... Nie chciałem, żeby... - zapowietrzył się na moment, na chwilę, by odgonić łzy cisnące się do oczu, a potem zrobił długi wydech. - Myślałem, że może uda mi się go utrzymać przy życiu, nim przyjedzie karetka. Nie chciałem zrobić mu krzywdy. - Nagle naszła go straszliwa myśl i zbladł śmiertelnie. - To nie przeze mnie...? Czy żebro przebiło mu płuca? Czy ja...?
KLujbIH.pngDostrzegł pewien błysk w oczach sierżanta, którego nie potrafił zinterpretować. Mężczyzna wyprostował się na krześle.
KLujbIH.png- Przykro mi, ale nie mogę zdradzać takich szczegółów - oznajmił krótko i kontynuował przepytywanie: - Mówisz, że czekaliście na przyjazd karetki, ale gdy zjawiła się na miejscu, nikogo nie było.
KLujbIH.png- Bo odeszliśmy, kiedy się zbliżyła. Byliśmy pijani, zdezorientowani... Baliśmy się. Proszę mi powiedzieć. - Spojrzał na policjanta błagalnym wzrokiem, tak słaby, że mógłby zaraz zemdleć. - Jak to może się skończyć? Mój brat...
KLujbIH.pngNa dłuższą chwilę zapadła cisza. Gary widział, że sierżant bardzo chciał powiedzieć coś pokrzepiającego. Znał jego ojca. Niejeden raz zgarniał go z ulicy, kiedy zasnął pijany na ławce. Rozmawiał z matką. Któregoś razu razem z Felixem, podrzucił mu lizaka. Miał wiśniowy smak. Wtedy nad tym się nie zastanawiał, ale teraz nie potrafił zrozumieć, dlaczego zdarzało mu się osobiście eskortować obcego mu pijaka. Nie sądził, by policjanci kłopotali się tym na co dzień.
KLujbIH.pngCopper westchnął. Nie zamierzał go oszukiwać.
KLujbIH.png- Jeżeli wezmą was pod lupę, to nie za dobrze. Ty jesteś już pełnoletni, ale opieka społeczna może zainteresować się twoim bratem. Twój ojciec wiele razy wylądował na izbie wytrzeźwień. Dlatego, Gary, bardzo cię proszę, jeśli jeszcze coś sobie przypominasz...
KLujbIH.pngGary odezwał się cicho.
KLujbIH.png- Słucham?
KLujbIH.png- Czy Fisherów ktoś weźmie pod lupę? - powtórzył z nutą złości w głosie.
KLujbIH.png- Braci Fisher nikt na imprezie nie widział. Nikt...
KLujbIH.png- Oczywiście, że nie - przerwał mu chłopak. - Bo zazwyczaj kręcą się tylko w okolicy, żeby...
KLujbIH.pngZamilknął gwałtownie. Nie sądził, że zarzucanie Fisherom handlu narkotykami w tej sytuacji to dobry pomysł. A przynajmniej nie bezpieczny. Zasunął szarpnięciem zamek, dłonie wcisnął głęboko w kieszenie. Żyła na skroni pulsowała mu gwałtownie, kiedy złość spłynęła po jego ciele. Żądał sprawiedliwości.
KLujbIH.png- Czy chcesz coś jeszcze powiedzieć?
KLujbIH.pngPokręcił gwałtownie głową. Jedyne, czego chciał, to jak najszybciej się stąd wynieść.
KLujbIH.png- Dobrze. Gary?
KLujbIH.pngZ niechęcią spojrzał znów na sierżanta. Jego ciemne oczy przepełniała pewność, której chłopakowi brakowało.
KLujbIH.png- Obiecuję ci, że zrobimy wszystko, by dojść do tego, co zdarzyło się naprawdę.
KLujbIH.pngGary skinął. Nie wiedział, czy policjant próbował go pocieszyć, czy też zastraszyć. Wiedział jedynie, że pragnął całym sercem, by to spełnił.


KLujbIH.png- Nie będzie trochę za zimno? - Annys objęła się ramionami, lekko drżąc.
KLujbIH.png- Wzięliśmy koce. - Gary wskazał torby ze zawiniątkami. - Te po prawej mają piknikową podszewkę, czy coś. Tak mówiła Ava.
KLujbIH.pngNathan rozejrzał się wokół, szukając wzrokiem kuzynki.
KLujbIH.png- A gdzie ona jest?
KLujbIH.png- Diabeł ją poniósł...
[...]

[tu będą tylko pierdoły z posiedzenia. Jak ktoś chce pisać następny dzień, czy przeskok, droga wolna. W ciągu dnia lub dwóch powinien wystąpić świadek zajścia, potwierdzając zeznania ich grupy, a skupiając uwagę na braciach Fisher. Będzie spokój do momentu procesu.]


2tlGTsD
"Art, the ability to make it, gives meaning to sadness in a way that many aren’t able to experience.”

Offline

Użytkowników czytających ten temat: 0, gości: 1
[Bot] CCBot

Stopka

Forum oparte na FluxBB

Darmowe Forum
zieloneimperium - swparafiaoliwii - icw - skycraft - ararauko