Opowiadania grupowe - forum Depesza

Opowiadania grupowe

Nie jesteś zalogowany na forum.

#11 2019-11-10 00:38:48

Angelue
Admin.
Windows 7Chrome 78.0.3904.97

Odp: Laevheim

Coen Brekhus

igP7jsl.pngCoen rozejrzał się po wnętrzu swojego domu rozważając całą tę wyprawę od strony logistycznej. Trudno było powiedzieć, jak długo miałoby go nie być, a wiedział, że dom pozostawiony nawet na tydzień bez ogrzewania i odśnieżania, zostanie zasypany pod grubą warstwą śniegu.
Nie był pewny, czy w ogóle miałby powrócić. Właściwie… nic go tu nie trzymało oprócz tego, że znał okolicę na tyle, by móc w niej funkcjonować praktycznie samowystarczalnie. Lubił polować, a to można było robić wszędzie tam, gdzie były dzikie zwierzęta. Z kolei z całą pewnością nie lubił tutejszych ludzi. Tak naprawdę tylko bezsens podejmowania tak ogromnego wysiłku jak wydostanie się z tej lodowej trumny sprawił, że jeszcze tego nie zrobił.

Wyciągnął wszystkie kosztowności, jakie udało mu się uzbierać przez te wszystkie lata. Część była rodzinnymi pamiątkami, co do których losu nie podjął jeszcze ostatecznej decyzji. Nie czuł do nich specjalnego sentymentu, więc przeczuwał, że po prostu schowa je gdzieś w domu. Poza tymi drobiazgami o wartości raczej sentymentalnej, udało mu się uzbierać nawet dużą sumę pieniędzy. Sprzedaż futer i mięsa były w tym rejonie dochodowym interesem. Szybko sobie przekalkulował, co należałoby zrobić z tymi pieniędzmi. Od tego postanowił zacząć.

***

igP7jsl.png- Interesuje mnie najsilniejszy z tych na sprzedaż - podkreślił Brekhus, przyglądając się krytycznie chudemu wałachowi.
igP7jsl.png- To jedyny ujeżdżony. Z reszty korzystamy - odburknął właściciel - może pójść za 500 srebrnych.
Gdy położył dłoń na łopatce zwierzęcia, te w odpowiedzi się odwinęło, na co mężczyzna był zmuszony się odsunąć. Coen uniósł brew sceptycznie.
igP7jsl.png- 350. Nie wydaje się ani silny, ani ujeżdżony.
igP7jsl.png- 450. To kawał konia. Wytrzymuje przy małych ilościach paszy.
igP7jsl.png- O, to widać, że za dużo nie je - odparował Coen - 400.
Właściciel podkręcił wąsa spoglądając na konia, który wyraźnie zaczynał się nudzić tak stojąc w jednym miejscu i dawał temu wyraz podgryzając uwiąz.
igP7jsl.png- Stoi - zgodził się niechętnie.
Uścisnęli sobie dłonie na znak zawartej umowy.

igP7jsl.pngDo karczmy Brekhus zaszedł w towarzystwie objuczonego zakupionymi towarami nabytku, odprowadzany przez córkę właściciela stajni. Mieli w dzieciństwie okres, gdy trzymali się szczególnie blisko - póki jej ojciec nie zakazał ich znajomości. Od tego czasu ich znajomość polegała na wymienianiu spojrzeń w tych rzadkich momentach, gdy znajdowali się w pobliżu siebie. Coen słyszał, że miała wkrótce wyjść za mąż. Teraz jedynie szli obok siebie, rozmyślając nad wszystkimi niewykorzystanymi i przemilczanymi szansami.
igP7jsl.png- Wyprowadzasz się? - spytała w końcu cicho dziewczyna odgarniając z rumianej twarzy grzywkę.
igP7jsl.png- Mam być przewodnikiem - wyjaśnił krótko młodzieniec przywiązując konia przed karczmą. Pogładził go po boku. Pod grubą warstwą sierści można było wyczuć palcami żebra wyraźnie odznaczające się spod cienkiej skóry. Wolał skupić się na tym, niż spojrzeć dziewczynie w twarz.
igP7jsl.png- Wrócisz?
W odpowiedzi jedynie wzruszył ramionami.

***

igP7jsl.pngFarida nie było w karczmie. Najwyraźniej postanowił napawać się rozmaitymi atrakcjami dostępnymi w tej jakże rozwiniętej kolebce kultury - a może po prostu chował się w swoim pokoju przed wścibskimi i mało przyjaznymi spojrzeniami miejscowych. Coen podszedł do kontuaru odprowadzany spojrzeniami tutejszych stałych gości i zamówił szklankę mocnego alkoholu. Wokół panował szum rozmów przetykany nutami muzyki. Otrzymał mocną whisky prawie natychmiast - w szklance o wątpliwej czystości. Zamieszał alkohol z namysłem, przyglądając się bursztynowym refleksom igrającym w płynie, po czym umoczył w nim usta. Wokół niego zrobiło się nieco luźniej, co szczególnie mu nie przeszkadzało. Dał znak barmanowi, by się nachylił.
igP7jsl.png- Wynajmuje u was pokój ten nowoprzybyły obcokrajowiec? Ciemna skóra, wąsaty. Mocny w gębie.
Barman czyścił szklankę bez słowa brudną szmatką spoglądając na niego z beznamiętną miną. Coen dopiero po chwili zrozumiał, o co mu chodzi. Położył na blacie srebrną monetę, na co dostał odpowiedź w postaci krótkiego skinięcia głową.
igP7jsl.png- Chciałbym, żebyś coś mu przekazał - zaczął Coen kładąc na blacie kolejną monetę. W tym momencie usłyszał, jak otwierają się drzwi karczmy. Odwrócił się, by sprawdzić, kto to. O wilku była mowa.
Opróżnił szklankę jednym haustem i zabrał z blatu obie monety zanim barman zdążył zareagować, po czym ruszył w stronę obcego. Jeśli obcy był zaskoczony jego widokiem, nieźle to ukrył pod zawadiackim uśmiechem. Oczywiście znów gapił się nie tam, gdzie w odczuciu Coena powinien.
igP7jsl.png- Gotów do podróży?
igP7jsl.png- O świcie. Wyjdźcie północną ścieżką, tam do was dołączę - odparł krótko Brekhus.
igP7jsl.png- Brzmi tajemniczo - skwitował mężczyzna. Coen nie dał się podpuścić. Nie było sensu mu tłumaczyć, że jego dom akurat znajduje się po drodze w kierunku Kryształowych Gór, ani że planuje poczynić pewne przygotowania w związku z tym, iż szybko nie zamierzał tu wracać.
igP7jsl.png- Lepiej wykorzystywać dzień do podróży w tych okolicach - wyjaśnił zamiast tego - macie własne zapasy? - Upewnił się na koniec.
igP7jsl.png- O to się nie martw. Coś jeszcze, panie przewodniku?
Coen pokręcił głową czując, że wyczerpał zasób wypowiedzianych słów na najbliższy tydzień. Ulotnił się z karczmy bez słowa pożegnania.
igP7jsl.pngPowrót do domu minął mu zaskakująco szybko na grzbiecie konia. Było coś radosnego w tym oderwaniu nóg od ziemi. Co prawda, w tym tempie zimno znacznie bardziej niż zwykle dawało się we znaki, ale w końcu nie było potrzeby mozolnego przekopywania się przez śnieg. Sam sobie się dziwił, że nie postanowił sprawić sobie czterokopytnego wcześniej. Może i ten był wychudzony, ale z dźwiganiem obecnego ciężaru radził sobie całkiem nieźle. Coen nie mógł się powstrzymać przed entuzjastycznym poczęstowaniem zwierzęcia pieszczotami. Ten nie wydawał się specjalnie tym przejęty.

***


igP7jsl.pngNiebo jaśniało już na wschodzie zwiastując rychły wschód. Coena ze snu wyrwało ciche rżenie jego nowego konia. Nie przywykł do obcych hałasów w okolicy swego domu, więc wyrwał się ze snu z nagłym poczuciem niepokoju. Potrzebował dobrej chwili, by jego umysł przetworzył wydarzenia dnia wczorajszego i poukładał sobie obecny stan rzeczy. Spakowane zapasy i zwinięte w rulon futro ibrisa leżały koło drzwi wyjściowych stanowiąc swoiste zakotwiczenie w obecnej sytuacji Coena. Pozostawało mu przygotować się do rychłego odjazdu. W pierwszej kolejności wygasił piec, by dopilnować procesu jego stygnięcia zanim wyruszy w drogę. Wyłożył siano dla konia i zaczął ładować na niego pakunki korzystając z faktu, że zwierzę grzecznie stało przy jedzeniu. Wciąż nie opuszczał go niepokój o stan domu. Nie obawiał się zasypania go przez śnieg - to akurat było nieuniknione - ale martwił się to, czy nie zostanie splądrowane. Chodziło mu to po głowie dłuższą chwilę, do czasu, aż jego spojrzenie nie padło na kości, które pozostały po wypatroszeniu ibrisa. Tknęło go dziwne uczucie, że wie co robić. Jego klienci jeszcze nie przybyli, więc miał jeszcze chwilę.
igP7jsl.pngWłaśnie wieszał w drzwiach dziwaczny amulet z kości, który skonstruował, gdy usłyszał ciche rżenie konia dające znać, że nie są tu sami. Gdy się odwrócił, zobaczył zbliżających się Farida i górujące nad nim dwie sylwetki - kobiety i osiłka. Już z daleka było widać, że kobieta jest Svahildranką. Była... piękna. Odwrócił wzrok poczuwszy się nieco niepewnie. Wszedł więc do domku po futro dla Farida, żeby się czymś zająć. Gdy wrócił na podwórze, Farid już gładził po głowie konia - a koń próbował przyszczypnąć mu rękaw.
igP7jsl.png- Wspaniała bestia. - stwierdził mężczyzna. Brekhus nie był pewien, czy to ironia, czy po prostu jego akcent, więc zrobił to, co w takich sytuacjach uważał za najodpowiedniejsze - nie odpowiedział.
igP7jsl.png- Jak się zwie? - spytał mężczyzna. Coen odchrząknął poprawiając futro na ramieniu. Nie myślał nad tym. Koń to koń. Męczyła go ta rozmowa.
igP7jsl.png- To koń - odburknął jedynie. Widział jak na twarzy mężczyzny wykwitał uśmieszek, ale postanowił nie dawać się podpuścić.
igP7jsl.png- Futro dla ciebie. Przyda się w górach - stwierdził i zanim mu je wręczył, dodał krótko - zapłata teraz.
Nie było gwarancji, że wszyscy przetrwają tę podróż. Tak czy siak, nie zamierzał być stratny w żaden sposób. Mężczyzna pokiwał głową wciąż z tym uśmieszkiem. O dziwo bez komentarza sięgnął po pieniądze.
igP7jsl.png- Nie macie koni? - spytał Coen chowając je przy swoim wierzchowcu.
igP7jsl.png- Damy sobie radę. Ruszamy? - tym razem odezwała się kobieta. W zasadzie - nie przedstawili się sobie nawzajem. Brekhus uznał, ze będzie jeszcze wiele okazji poznać się nawzajem. Bez dalszych dyskusji wsiadł na konia i zerknął w kierunku domu ostatni raz. Coś się zmieniło. Biła z niego niepokojąca atmosfera. Z niego, albo raczej z amuletu wiszącego nad drzwiami. Nie był pewny, czy tylko on to poczuł, ale koń ruszył bez żadnej dodatkowej zachęty, a kobieta odezwała się:
igP7jsl.png- Ten amulet to taka tutejsza tradycja?
Coen nie odpowiedział od razu, zastanawiając się, co właściwie ma powiedzieć.
igP7jsl.png- Niezupełnie - odparł jedynie po czym pospieszył lekko konia mając nadzieję, że nie będzie musiał się konfrontować z kolejnymi pytaniami.
Góry rozpościerały się przed nimi na horyzoncie nieprzyjaźnie.


Dziwne, u mnie działa.

Offline

#12 2020-01-21 04:00:14

Faworek
Pochwalony Faworek Depeszek
WindowsChrome 79.0.3945.117

Odp: Laevheim

WOI7Fqj.png

W pierwszych słowach, które rozpoczynały opowieść o siostrach Khanya, podkreślano, że dziewczyny nie chcą rozmawiać o przymusie rozstania, bo doskonale wiedziały, że kompromis, który pozwoliłby im wciąż żyć razem, a jednocześnie zadowoliłby obie, był trudny do osiągnięcia. Nie chciały poruszać tego tematu nawet wtedy, kiedy zdawały sobie sprawę, że Noraoi wykorzysta podróż do Ra'var, aby opuścić granice Lecheoye i zaginąć bez śladu. Migały się od decydującej konfrontacji, choć powinny były ustalić, jakie decyzje podejmą - czy Siyo ruszy wraz z siostrą czy będzie stać przy swoim wyborze - i jakie kłamstwa będzie musiała opowiadać o zniknięciu Noraoi, żeby ukryć jej dezercję, jeśli wybierze drugą z opcji. Nie robiły tego, bo bały się usłyszeć, że spełnienie własnych celów jest ważniejsze niż możliwość bycia razem. Spodziewały się, że powiedzenie tego głośno zaboli dużo bardziej niż podejrzewanie, że tak właśnie wygląda prawda.
Lecz kiedy doszło wreszcie do chwili, którą usilnie starały się odłożyć w czasie, ich kłótnia toczyła się właśnie w ten sposób:
- Czemu nienawidzisz tak swojego życia? - spytała Siyo - Sama je wybrałaś, uciekając z domu, więc co ci w nim nie odpowiada? Mamy tu przecież wszystko, czego nam potrzeba. Ja nie chcę tego zostawiać.
- Co niby mamy? Otwórz oczy, Siyo. Nic tutaj tak naprawdę nie jest nasze. Nic w ten sposób nigdy nie osiągniemy, a kiedy pewnego dnia nasze ciała osłabną i przestaniemy być potrzebne, pozbędą się nas przy pierwszej dogodnej okazji. Jeśli patrzysz na zbiorowisko tych ludzi jak na rodzinę to...
- To co? - Siyo weszła Noraoi w słowo. - Wbiją mi nóż w plecy, bo nie łączą nas więzy krwi? A czy ludzie, z którymi takie więzy nas łączyły, potraktowali cię lepiej? Nie? Więc na jakiej podstawie  stawiasz osądy? Naszej biologicznej rodzinie również zależało bardziej na pieniądzach.
- Właśnie! - Noraoi nie dawała za wygraną. - Z grona ludzi, którzy chcieli na mnie zarabiać trafiłam w grono, które nie robi nic poza tym! Nic się nie zmieniło, choć wcześniej przynajmniej robiłam to, co lubię. Siyo, nie bawi mnie życie jako pasożyt czerpiący z bogactw innych ludzi. Nie czujesz tego samego?
- Nie. To jedyne, co potrafię. Ciebie rodzice nauczyli złotnictwa. Ze mną nie chcieli popełniać drugi raz tego samego błędu. Nie byłam nikomu potrzebna zanim pojawił się Raywarin. Przyprowadził mnie tutaj, gdzie ludzie dostrzegli mnie i poświęcili mi czas, abym mogła stać się tacy jak oni.
- Owszem. I teraz obie jesteśmy jak te tresowane małpy, które znoszą właścicielom daktyle.
Siyo przemilczała komentarz siostry.
- Więc mam rozumieć - kontynuowała Noraoi - że jeśli postawię ci ultimatum: nowe życie ze mną albo obecne życie pozbawione szans na nasz kontakt to bez chwili zastanowienia wbijesz mi nóż w serce i wybierzesz rozłąkę?
- Nie. Będę zastanawiać się nawet dwie chwile, jeśli miałoby cię to pocieszyć. Dlatego nie każ mi wybierać już dziś. Potrzebuję czasu.
- Zadanie zaczyna się za cztery dni. Tyle wystarczy?
- Mam lepszą propozycję i wiem, że kochasz mnie na tyle, by na nią przystać.
- To ciekawe, co mówisz...
Noraoi podważyła pewność siebie, jaką Siyo ukryła w swym stwierdzeniu. Niesłusznie, ponieważ zgodziła się na plan siostry. Jeśli miały być to ich ostatnie dni razem, nie było powodów, aby nie zrobić Siyo chociaż tyle przyjemności.
Kolejne cztery doby upłynęły im szybko, choć dni w Lecheoye są zwykle gęste i jak miód lepią się do wskazówki zegara, walcząc ze swym końcem długimi zachodami słońca.  Spędzały je na przygotowaniach do wypadu w góry. Raywarin zamówił dla nich ciepłe odzienia, aby okryły się przed panującym tam mrozem, a one same zbierały wiedzę na temat korzystania z ram i obrazów teleportacji, ponieważ miało to być ich środkiem transportu, które zaprowadzi je prosto do wnętrza świątyni, oszczędzając im czas i trudy podróży na nogach.
Reywarin prezentował im metodę teleportacji przez lustra o bliźniaczych ramach - jedno stało na ten czas w jego domu, a drugie u Mogorosiego. Zasada teleportacji z wykorzystaniem obrazu różniła się delikatnie od tej poprzez obrazy, ale były na tyle zbliżone, że oswojenie się z jedną miało im pomóc w swobodnym skorzystaniu z drugiej. Siyo była tym podekscytowana. To było dla niej coś świeżego, nietypowego i zabawa w skoki między miejscami bawiła ją jak nowa zabawka. Noraoi zdążyła znudził się tym po trzech pierwszych próbach, ale przyjemność sprawiało jej patrzenie na radość siostry.
W chwilach wolnych od przygotowań Siyo próbowała obmyślić sposób, aby zniechęcić Noraoi do jej decyzji. Noraoi natomiast witała w różnych domach, odwiedzając ludzi i spłacając zaciągnięte kiedyś długi. Nie chciała zostawiać niedokończonych spraw na barkach Siyo. Robiła to, gdyby jej młodsza siostra decydowała się zostać, choć Noraoi miała nadzieję, że Siyo nie będzie umiała się z nią pożegnać. Możliwe, że opisy ich ostatnich kłótni nie były tego dowodem, ale obie dziewczyny były ze sobą zżyte. Były niczym nieszczęścia, które chodzą parami. Nawet los, przypadek ani przeznaczenie nie pomyślały nigdy o rozdzieleniu takiej pary na stałe.
Każdy wieczór w ciągu tego czasu spędziły w posiadłości Raywarina, choć działo się to niby przez zbieg okoliczności. Sięgały po jego plansze do gry i namawiały go do wspólnej potyczki różnymi zakładami: czasem to zakład decydował, czy mężczyzna z nimi zagra, a czasem to gra była zakładem.
Potem Noraoi zaczynała szykować kolację dla całej trójki, rozgaszczając się w jego kuchni. Raywarin rozpoczynał wtedy opowieść - mówił o swoich przygodach, które przeżył samemu będąc jeszcze byle złodziejaszkiem, albo opowiadał historie innych państw Śródziemia oraz legendy o bogach i o obdarzanych przez nich magów. Siyo potrafiła zasnąć w ich trakcie. Jeśli tak się nie działo, mężczyzna po kolacji śpiewał ballady niczym kołysankę, po której najedzona i utulona błogim pozorem rodzinnej atmosfery, kładła głowę na poduchach, odpływając. Zostawiali ją wtedy w ciszy, by mogła spokojnie odpoczywać, a sami brali butlę z winem i siadali w ogrodzie, rozmawiając. Kiedy byli sami, Noraoi mówiła prawdę. Nauczyła się, że okłamywanie Raywarina nie ma celu. Orientował się, kiedy próbowała i kolejnymi pytaniami zapędzał ją w kozi róg i zmuszał do przyznania się do nieszczerości.
- Ayene - zwrócił się do niej, nazywając ją imieniem nadanym jej przy narodzinach. Porzuciła je, aby rozstać się z przeszłością i nie lubiła, gdy było przywoływane. Raywarin wiedział o tym, ale podobno lubił jej pierwsze imię. Uważał, że pasuje do niej lepiej niż obecne. Noraoi miała jednak wrażenie, że zwracał się nim w jej kierunku, aby przypomnieć, że ma nad nią przewagę, znając te warstwy jej osobowości, które chciała zatuszować.
- Ray - odpowiadała, mszcząc się za jego nawyki. Nie życzył sobie, by jego imię było zdrabniane.
- Nie złościsz się za to, że zmusiłem was do przyjęcia misji? - zapytał.
- Nie. Przywykłam, że szantażem i groźbą przypominasz nam, kto ustala zasady współpracy.
Noraoi wpatrywała się w odbicia roślin na tafli basenów, przy których przesiadywali. Ogród Raywarina był bujnie obsadzony różnego rodzaju palmami i krzewami. Rosły w swego rodzaju dzikim chaosie, ciasno, w intymnej roślinom bliskości, stykając się liśćmi, dzieląc się cieniem i wodą. Nie spotykało się takich miejsc w Lecheoye. Tutejsi ludzie nazwaliby to miejsce zaniedbanym, ponieważ uwielbiali harmonię i wyraźny podział, więc w większości ogrodów każda roślina rosła tam, gdzie jej na to pozwolono, lub podkasała korzenie i musiała szukać innego miejsca dla siebie.
Raywarin  wzruszył ramionami, nie ukazując wyrzutów sumienia.
- Nawyki zawodowe.
Dziewczyna zanurzyła dłoń w wodzie, wabiąc doń ryby mieszkające w basenie.
- Kiedyś ich nie miałeś.
- Nie znałaś mnie wtedy.
- Opowiedz mi o tym.
- Co chcesz usłyszeć konkretnie? - wymruczał Raywarin niskim głosem. Nie dziwiła się, że Siyo zasypiała, wsłuchując się w niego.
- Chcę wiedzieć, jak stałeś się złodziejem.
Mężczyzna marszczył chwilę czoło, dopierając słowa.
- To historia podobna to twojej. Próbowałem coś osiągnąć i zauważyłem szansę na to, przybierając imię Raywarin.
- Kim byłeś wcześniej?
- Tym, kim jestem dziś. Zmienił się wyłącznie dźwięk, który sprawia, że widzisz mój obraz w swych myślach.
- Czuję się oszukiwana, gdy spławiasz mnie ogólnikami. Tak jakbym błądziła we mgle, goniąc za błędnym ognikiem.
Noraoi wyjęła rękę z wody, gdy kaczki podpłynęły w jej stronę. O ile zabawa z rybkami, skubiącymi palce była przyjemna, o tyle walka z twardymi dziobami ptaków nie było tym, co lubiła. Wytarła dłoń o udo, ale na spoconej, wilgotnej skórze nie został po tym odznaczający się ślad.
- Nikt nie zmusza cię, byś za nim biegała - odparł, zaglądając jej w oczy. - Właściwie nawet nie powinnaś tego robić.
- Wiem, ale czerpię przyjemność, robiąc niepoprawne rzeczy.
Noraoi zabiło mocniej serce, gdy odważyła się na te słowa, ale reakcja mężczyzny ją rozczarowała. Raywarin uśmiechnął się jedynie i odwrócił głowę. Wzruszyła więc ramionami. Tak, jak on kilka minut temu i dodała:
- Nawyki zawodowe.
Zaśmiał się szczerze i donośnie, a dalsza ich rozmowa kończyła czwarty dzień. Następnego ranka miały być gotowe do zadania.
Spakowały w torby okrycia, które miały założyć przed teleportacją. Gdyby zrobiły to teraz, zagotowałyby się. Czekała na nich droga przez skropiony upałem, piaszczysty teren wzdłuż rzeki. Ich celem było miasto Lahbabi. W tamtejszej bibliotece wisiał obraz, przez który miały przejść.
Raywarin wypożyczył dla nich wierzchowce i odprawił je bez dłuższych ceregieli. To miała być szybka wyprawa. Nie później  niż jutro wieczór powinny być z powrotem.
Podróż konno minęła im bezproblemowo poza tym, że doskwierał im skwar i upał, przed którym nie dało się schować nawet na moment. Cienie dachów i drzew zostały w mieście za sobą, ale identyczne rzeczy z pewnością mogły znaleźć również w Lahbabi, więc nie pozwalały zwierzętom na zmniejszanie tempa. Wynagradzały im to krótkimi postojami, podczas których pozwalały im zanurzyć pyski w nurcie rzeki. Same również zmywały sól ze swoich czół i warg.
Kiedy dotarły do celu, wynajęły w stajni boksy, po czym znalazły zacieniony plac pod altaną, na którym przeżuły kilka pajd chleba, popijając wodą. Siyo nie potrafiła usiedzieć zbyt długo w miejscu, więc zaczęła okrążać miejsce, przyglądając się ustawionym tam rzeźbom i zdobionym donicom. Skakała po schodkach, które prowadziły do ciągnącego się niżej, płytkiego kanału i machała wioślarzom przepływającym obok na łodziach trzcinowych. Zanim wybrały kierunek biblioteki, spacerowały jeszcze ulicami miasta. Wykorzystywały okazję, aby zachłysnąć się odrobiną nowego otoczenia - trasami, których jeszcze nie znały i zaułkami pozbawionymi znajomych twarzy. Potem stanęły przed bramą biblioteki. Weszły do środka głównym wejściem, jak zwykli obywatele, ponieważ prawo skorzystania z ksiąg miał tu każdy. Wewnątrz ujrzały biel łukowych sklepień i zieleń liści, które porastały filary i balustrady antresoli. Przechodziły przez kolejne ażurowe bramy i mijały coraz więcej fontann, rozglądając się po ścianach w poszukiwaniu obrazu. Znalazły go w jednej z czytelni schowanych na północnej stronie budynku. Na zmianę czatując, ubrały dodatkowe warstwy odzienia. Gdy były gotowe, Siyo chwyciła siostrę za dłoń i zwróciły się twarzami do malowidła, które przedstawiało ich cel w Kraju Północy. Właściwie na obrazie nie było nic poza szarymi skałami obsypanymi białymi plamami - Raywarin nazywał je śnieg. Jakkolwiek niemądrze brzmiało to słowo, śnieg był żywiołem, którego podobno nie powinno się bagatelizować.
Gdzieś wśród skał i śniegu na obrazie rysowała się również ogromna, kamienna brama pomiędzy dwoma pilnującymi ją posągami. Noraoi zmrużyła oczy, próbując dojrzeć ich szczegóły, ale nagle jej wzrok padł na sylwetkę kobiety, która wyłoniła się zza dolnego brzegu ramy. Zwrócona plecami do dziewczyn kierowała swe kroki do bramy, walcząc z siłą targającymi nią powiewami wiatru. Nagle zatrzymała się, odwróciła i przeszyła Noraoi parą dwubarwnych oczu - jedno było fioletowe, drugie zaś czarne. Kobieta zwróciła się z powrotem ku wejściu do świątyni i zniknęła w jego cieniu, a Noraoi zrozumiała, że wymieniła spojrzenie sama ze sobą.
- Widziałaś to? - szepnęła przerażona, ale nie dostała odpowiedzi. Jej brak uzmysłowił jej, że nie czuje na skórze uścisku dłoni Siyo. Gwałtownie przekręciła głowę w stronę, gdzie powinna stać, ale jej młodsza siostra zniknęła. Tak samo jak wnętrze czytelni wraz z biblioteką. Noraoi stała wśród gęstej, otumaniającej ciemności otaczającej ją z każdej strony. Nie wiedziała, czy może się ruszyć. Nasłuchiwała jakichkolwiek  dźwięków, które mogły być wskazówką, co się dzieje. Miała poczucie, że ten stan nie był naturalny. Teleportacja przez lustra nie wiązała się z takimi skrzywieniami świata realnego.
- Obróć się - usłyszała znajomy głos za plecami. Wykonała polecenie i znów ujrzała kobietę z obrazu. Ujrzała siebie. Ją. Była otoczona łuną blasku, której granice rozpływały się w ciemności niczym w mleku.
- Czym jesteś? - zapytała Noraoi.
- Dumą - odpowiedziała sobie. Kobieta odpowiedziała. To odpowiedziało. Nie poruszało ustami, a mimo to Noraoi wiedziała, że słowa pochodzą od niej. Od tego.
- Gdzie jest moja siostra?
Duma milczała, ale podeszła bliżej, stając przed Noraoi w odległości dwóch palców.
- Tylko ja ci zostałam.
- Gdzie ona jest? - powtórzyła Noraoi, bardziej donośnie.
Duma zrobiła kolejny krok w przód i przeszła przez ciało Noraoi. Żołądek dziewczyny zacisnął się, szarpnęły nią torsje, padła na kolana i zwymiotowała. Duma zniknęła, a przed Noraoi pojawiły się drzwi. Podniosła się, stękając i szarpnęła za klamkę, wpuszczając przez nie wiatr, światło słońca i chłód. Po chwili niczym dmuchawce zaczęły przez nie leniwie wypływać białe, maciupeńkie gwiazdki. Złapała kilka w dłoń ale każda topiła się pod wpływem ciepła i pozostawiała po sobie ledwie kroplę wody. Nagły powiew wdmuchnął za jednym razem cały ich kosz i rozrzucił po ziemi, tworząc z nich delikatny puch u jej stóp.
To śnieg, pomyślała Noraoi. Udało się. Jestem w Ra'var.
Przeszła przez drzwi. Wiatr się wzmógł. Świszczał jej w uszach, ciął chłodem po policzkach i problemem było wziąć oddech przez nos. Zmrużyła oczy, bo gwiazdki w szaleńczym tańcu próbowały  zamienić się w jej łzy, ale spomiędzy powiek widziała przed sobą białą ścianę, a na niej dwa cienie zbliżające się do niej w zawrotnym pędzi. Spojrzała w bok i dostrzegła Siyo. Chciała zrobić krok w jej kierunku, by chwycić jej dłoń, ale pod stopami zabrakło jej gruntu. Dopiero wówczas zorientowała się, że grunt leży przed nimi, a one lecą twarzą w dół prosto w ramiona zamarzniętej ziemi. Nim zetknęła się z powierzchnią, zdążyła jedynie osłonić ramieniem głowę, ale lądowanie okazało się miękkie. Zamiast uderzenia, poczuła jak się toczy. Śnieg pod nią zaczął robić się ciężki. Chociaż mógł to być również śnieg na niej - nie potrafiła już określić, gdzie znajduje się góra, a gdzie dół. Ciężar śniegu nie pozwalał się jej ruszać, a jego wszechobecność - oddychać. Znów nie wiedziała, gdzie jest Siyo i poczuła się z tym fatalnie. Miała ją pilnować i chronić, a jedyne co mogła zrobić to przekląć swą bezradność.


Próżno ich sypkie zatrzymują śniegi
i lodem wzdęte odpychają brzegi.
Przeszli zawady, bo miłość szła wprzódy,
zmiatała śniegi i topiła lody

Offline

#13 2020-01-23 21:47:43

Arbalester
Szeryf Depeszy
WindowsChrome 79.0.3945.130

Odp: Laevheim

tumblr_inline_pdoj47LrAf1r8jbqm_75sq.gifv

igP7jsl.pngNajpierw rozbrzmiał róg. Jego niski dźwięk zmącił taflę basenu, na którego krawędzi siedziała. Przez prawe ramię widziała zamek, liczne zdobne wrota prowadzące do strzelistych wież i przestrzennych dziedzińców. Śnieżnobiałe kamienie pokrywała siatka błękitnych żył sidru, oplatając całą budowlę i emanując chłodnym światłem, w przeciwieństwie do widoku, jaki miała po lewej. Promienie słoneczne rozświetlały gęste chmury, barwiąc je żywym złotem i skrząc, jakby obsypano je drobnym pyłem. Miejscami pokrywały je liliowe cienie świata poniżej, nadając im głębi, a odejmując boskości, przypominając, że przestrzeń nie kończyła się na nich.
igP7jsl.pngMachnęła bezwiednie nogą, ciągnąc za sobą jak pędzlem smugę świetlistych chmur, która za chwilę zniknęła. Dźwięk rogu zaś rozbrzmiał ponownie, wraz z niecierpliwymi, głośnymi krokami na posadzce tarasu. Nie musiała tam spoglądać by wiedzieć, kogo niosło w jej stronę. Nie miało to związku z jej darem; tej kulawej nogi nie dało się z nikim pomylić. Udawała jednak, że niczego nie słyszy, jedną stopą wirując w powietrzu, a drugą spuszczając do ciepłej wody, wzrok zaś utrzymując w złocistym krajobrazie.
igP7jsl.pngZawołał ją po imieniu, nie szczędząc tytułów. I w tym przypadku nie zdawała się na dar, by odgadnąć, w jakiej przybył sprawie. Odwlekając nieuniknione, z gracją ześlizgnęła się do wody. Towarzyszył temu plusk tak subtelny, jakby z taflą zderzyła się pojedyncza kropla. Lekkie, zwiewne szaty natychmiast namokły, nabierając ciężaru. Dryfowały jak macki meduzy, wijąc się, oplatając wokół jej kończyn. Często zastanawiała się, czy taki widok mógł zbrzydnąć. Dla niej złociste chmury już dawno straciły swój urok.
igP7jsl.pngWynurzyła się tuż pod jego stopami. Cofnął się w popłochu, kiedy ona lekko wskoczyła na mozaikę. Ten obraz na kaflach był jedynym, którego nie miała ochoty rozbić. Nie opowiadał historii, ani nie przedstawiał nikogo, prezentował krajobraz miejsca, za jakim gorąco tęskniła. Wiele jej odebrano, ale wspomnienia tamtych wzgórz zostaną na zawsze z nią.
igP7jsl.pngOdchrząknął, spojrzeniem uciekając jak najdalej od jej ciała, obnażonego przez przejrzysty materiał. Ich strach bawił ją i złościł jednocześnie. Wiedziała, że wybierani są tacy nie bez powodu, a przecież było tylu odważniejszych, wyzywających, zabawniejszych. Bardziej rozrywkowych. Wybrani zaś snuli się jak cienie - bynajmniej nie przez skrytość czy ciche stąpanie. Stawali się nikim, zaledwie cieniem swych dawnych dusz po przybyciu w to miejsce. Gdy się nad tym zastanowiła, ogarnęła ją żałość; być może lepiej, by ciekawsze dusze nie marnowały tu żywota.
igP7jsl.png- Matka chcę cię widzieć, Strażniczko Czasu.
igP7jsl.pngDawniej kochała, kiedy tak się do niej zwracano. Nadawano jej kolejne tytuły, a każdy następny wspanialszy od poprzedniego. Zagarniała je z dumą ramionami, a gdyby mogła, nosiłaby je wytatuowane na piersi, ramionach, wszędzie.
igP7jsl.pngPóźniej została przez Czas, którego była rzekomą strażniczką, zweryfikowana i tej próbie nie podołała. Teraz rozpościerała się przed nią druga szansa - wąską ścieżką z różanych kolców. Wymagała wielu poświęceń i śmiałych kroków, ale czuła się już gotowa na ich podjęcie.
igP7jsl.png- Przekaż Matce, że zobaczy mnie na uczcie. - Woda kapała cicho z jej ubrań, tworząc pod nią coraz większą kałużę. Do czarnej skóry połyskującej w porannych promieniach słońc, lepiły się śnieżnobiałe włosy. Oczy, bez widocznego zarysu tęczówek czy źrenicy, wymusiły na słudze spojrzenie.
[...]

7kzbLo8.png
The blue planet

igP7jsl.png- Czuję, że pytanie ciśnie ci się przez zęby. Wyrzuć to z siebie.
igP7jsl.pngSidrif obserwowała, jak Farid opiekał wędzone mięso wysoko nad płomieniami i nie mogła powstrzymać się od osądzającego spojrzenia. Nie spodziewała się, że to dostrzeże, bo wszyscy skupili się przy ogniu, zaś ona usadowiła u wylotu jaskini, rozkoszując smaganiami mrożącego wichru. Nie, żeby jej to jakkolwiek przeszkadzało. Jego opinia ani trochę jej nie obchodziła.
igP7jsl.png- Chyba nie muszę tego werbalizować - odparła, odwracając głowę i wpatrując się w śnieżne krajobrazy, choć nie takie same, to już bliższe jej ojczyźnie.
igP7jsl.png- Słuchaj. - Mężczyzna westchnął teatralnie. - Wiem, że jesteś chodzącą bryłką lodu, ale niektórzy potrzebują ludzkiej temperatury do funkcjonowania, a ciepła strawa rozgrzewa.
igP7jsl.png- Skoro tak mówisz... Człowieku.
igP7jsl.pngNie pozwoliła jeszcze dać się ściągnąć do rzeczywistości. Jej myśli odleciały daleko ku załodze Shoenar; zastanawiała się, czy dalej próbują dostać się tutaj i kiedy w końcu się poddadzą. Ufała swojej załodze - położyłaby swe życie na szali, mając ich za swymi plecami. Jednak zaufanie to nie to samo co wiara, a Sidrif nie wierzyła, by nie napotkali któregoś dnia przeszkody na tyle uciążliwej lub przerażającej, by zrezygnowali z samobójczego pościgu za nią.
igP7jsl.pngW sercu znów zaognił się gniew na wspomnienie zerwanego przez nich kontaktu, by uniknąć wysłuchania rozkazu. Nie chciała, by tutaj przybywali. W tej krainie nie mogli istnieć jako załoga Shoenar, a przecież to spoiło ich ze sobą. Rekrutacja na dzień dobry, wyprawa na obiad, palenie zmarłych na kolację. Wspólne bitwy, blizny, łzy i śmiech. Razem wznosili kufle piwa do świętowania i razem bili w żałobne bębny. Kiedy kłótnie zaostrzały się niebezpiecznie, wchodzili między ujadające wilki. Wybaczali sobie błędy, ale nie zapominali ich, by się z nich uczyć. Poczynając od jednostki, stworzyli zgodny organizm, któremu przyświecał jeden, wspólny cel. Chwała. Sława. Mieli zapisać się na wieczność w księgach Diamentowej Iglicy. Artefakty, jakie by zdobyli, przybliżyłyby im boskie wrota na wyciągnięcie ręki. A potem... Nie zastanawiali się, co dalej. Na to, wydawało im się, przyszedłby jeszcze czas. Kim zaś byliby w Vanhildrze? Niechcianymi obcymi, naukową ciekawostką, elementem do wyzysku? Jaka przyszłość ich tutaj czekała? Uzależnienie się od żywiołu wody, uczenie fachu na nowo? Zebranie ludzi, bo na pewno tylko garstka poświęciłaby swój dom, by podążyć za kapitanką. Zaufanie - ale nie wiara.
igP7jsl.pngJeśli miałaby spojrzeć prawdzie w oczy, przyznałaby prawdziwy powód, dla którego nie chciała tu swych najbliższych towarzyszy i nie był to lęk o ich bezpieczeństwo.
igP7jsl.pngSidrif nie chciała okazać się niekompetentna.
igP7jsl.pngDługo i ciężko pracowała, by wybić się w tej grze, wspinała się uparcie po drabinie, ćwiczyła i studiowała nocami, obserwowała pilnie za dnia, a teraz nagle zasady się zmieniły. Mało tego, została wplątana w boski spisek. Nie znała jeszcze żadnych szczegółów, ale już włosy jeżyły jej się na karku. Zetknęła się raz z ich prawdziwą mocą i magią, z ich skrzywionym żywotem i historią; nie była już po tym taka sama. Tak jak bitwy, i to spotkanie zostawiło na niej bliznę, wyjątkowo głęboką, choć niewidoczną. To ona zsyłała na Sidrif koszmary w nocy, budząc ją spoconą, przerażoną, roztrzęsioną, jakby znów stała się małą dziewczynką, kryjącą się pod pokładem statku ojca, wyczekującą chwili, gdy bandziory wyłamią drzwi i zamordują ją brutalnie. To przez tamtą bliznę wciąż czuła na sobie niewidoczne oko, śledzące każdy jej ruch, ostrożnie teraz ważony, obawiający się przeszłości zapisanej pod stopami. Została złamana, tak jak łamie się zwierzęta, by były posłuszne.
igP7jsl.pngŚwiadomość załogi obserwującej jej upadek, byłaby kolejnym ciosem, tym razem prosto w serce i dumę - ostatni bastion, jaki jej pozostał. Trzymała się niej jak tonący deski. Jeśli z klęczek, na które padła, ma się teraz modlić, to zrobi to tylko po to, by w odpowiednim momencie się wybić i uderzyć ze zdwojoną siłą, nawet jeżeli będzie to ostatnia rzecz, jaką zrobi.
igP7jsl.pngDlatego nienawidziła ich za podjęcie decyzji za nią. Nienawidziła tego, jak mocno tęskniła za ich głosami, jak bardzo oczom brakowało ich widoku, a oni w jednej chwili odebrali jej to wszystko. Uświadomiła sobie, że uzależniła się od swojej załogi. Nie planowała tego, wręcz wypierała. A jednak stało się.

Stampede

igP7jsl.pngNa jej głowę zsunęła się kapka śniegu. Strząsnęła ją z siebie i zerknęła w górę. Małe grudki spadały na szorstką powierzchnię jaskini. Pozostali nie zwrócili na to uwagi, ale Sidrif wstała, tknięta złym przeczuciem. Wyszła na pożarcie smagań wichru. Osłoniła dłonią twarz i wbiła wzrok gdzieś daleko w górę. Zmrużyła oczy, bo dostrzegała tylko białą mgłę.
igP7jsl.pngChwilę zajęło jej zorientowanie się, że to nie źle widzące oczy, ale sunąca ku nim lawina. Szybka ocena sytuacji wystarczyła, by podjęła decyzję. Rzuciła się do wnętrza jaskini i zabrała swój lichy dobytek. Może ich jaskini nie zasypałoby po brzegi, ale śnieg od powierzchni może ich oddzielić na wiele metrów. Nie zamierzała polegać na obcym mężczyźnie, którego siły magii ani zdolności jej kontrolowania nie znała. Znajdowali się w dolinie, w możliwie najgorszym miejscu.
igP7jsl.png- Wychodzimy, jazda, jazda! - jej krzyk poniósł się wzmocniony po jaskini, podrywając wszystkich na nogi. Patrzyli się na siebie, mocno zdezorientowani. - Jak nie chcecie zostać pogrzebani żywcem, to BIERZCIE DUPY W TROKI!
igP7jsl.pngKolejny raz nie musiała powtarzać. Farid rzucił resztki mięsa w palenisko, jego tragarz zadziwiająco zwinnie porwał bagaże, a Coen już czekał na zewnątrz. Wskazał kierunek ich dalszej wędrówki, ale nie prowadził. Sidrif przewyższała ich obu znacznie, swobodniej przedzierała się długimi nogami przez hałdy śniegu, przyzwyczajona do tych warunków. Nad zbitą śnieżną skorupą zebrała się gruba warstwa świeżego śniegu; spadł w zaledwie parę godzin. Nic dziwnego, że zerwała się lawina. Lata bez skrzydeł, uderza bez dłoni, widzi bez oczu...
igP7jsl.pngDobiegł ich już hałas zsuwającego się ku nim ciężaru. Chmura zbliżała się w zastraszającym tempie. Mięśnie paliły już z wysiłku, podobnie jak płuca, zmrożone mroźnym powietrzem. Przed nimi rysowało się zejście na skalną półkę, a po stronie przeciwnej do zbocza... pustka. Jakby gigantyczna pięść dawno temu sięgnęła między te góry i wyrwała z nich garść kamieni, zostawiając poszarpane ostrza. Wyobraziła sobie, jak lawina ścina ich z nóg i niesie tam daleko, na dno...
igP7jsl.pngPróbowali oddalić się od jej źródła,a el wciąż znajdowali się w jej zasięgu. Sidrif traciła nadzieję. Nie wiedziała już, czy lepiej zatrzymać się, czy ryzykować porwanie na półce... Usłyszała krzyki, więc odwróciła się. Coen wołał coś do Farida i gestykulował gwałtownie przy tym. Ale to nie stąd...
igP7jsl.pngZwalniając, spojrzała znów w górę i dostrzegła coś. Ciemne punkty pojawiające się i znikające wśród bieli. Pędziły prosto na nich, dwie sylwetki. Rif na sekundę zacisnęła powieki i znów zmierzyła się z przepaścią. Stanęła na jej skraju. Była głęboka, a miejscami spod śniegu wyzierały zabójcze kikuty skał. Zdawała sobie sprawę, że spadek terenu z góry zawsze budził większe przerażenie, niż w rzeczywistości powinien. To nie pionowa ściana, powtórzyła kilka razy w myślach. Zrobiła jeszcze kilka kroków naprzód, by towarzysze mogli do niej dołączyć. Sekundę potem z wrzaskiem spadło na nią ciało, pociągnęło ją za krawędź. Przez moment znajdowała się w niebycie, w przestrzeni bez gruntu, odruchowo zamykając oczy. Próbowała machać skrzydłem, ale nie mogło jej unieść. Plecami zderzyła się ze zboczem, łopatka łupnęła o kamień, obracając ją w drugą stronę, ból pobiegł wzdłuż kręgosłupa. Tuż przed tym, jak przykryła ich śnieżna pościel, zobaczyła pod sobą nicość.

NaudiR

igP7jsl.pngMogła oddychać. Odepchnęła śnieg od twarzy i wzięła kolejny, niepewny wdech. Panika prędko wkradła się do serca; machała rękami i nogami jak tonący w morzu. Nie była pewna, czy dobrze się kieruje, ale wydawało jej się, że dostrzegała jasność powierzchni. Odgarniała z trudem śnieg, aż jej dłoń nie natrafiła na opór. Próbowała się podciągnąć na zewnątrz, ale było jej wyjątkowo ciężko. Na powietrzu zorientowała się, dlaczego - obca kobieta przyczepiła się do jej pleców.
igP7jsl.png- Zejdź ze mnie - warknęła, wstrząsając ciałem, by chwilę potem to ciało wstrząsnęło nią. Skrzywiła się, sięgając prawą dłonią do lewego ramienia. Materiał ubrania rozciął się, podobnie jak jej skóra. Nie była pewna, czy jej kość również się nie uszkodziła. Większy ból sprawiało skrzydło, które bez wątpienia zostało złamane.
igP7jsl.png- Siyo? Siyo!
igP7jsl.pngDamski głos niósł się po dolinie. To najwyraźniej ruszyło pasażera, bo dziewczyna drgnęła i po chwili zaczęła odsuwać się od Sidrif jak najdalej.
igP7jsl.png- Kim jesteś?
igP7jsl.png- Kim ja jestem? Pchnęłaś mnie prosto na skałę! - syknęła Rif w odpowiedzi.
igP7jsl.pngNieznajoma trzęsła się z zimna, blada. Jasne oczy wypełniało zdezorientowanie i strach. Nie dziwiła jej się; serce Sidrif także nadal nie mogło się uspokoić po tym zdarzeniu. Nie potrafiła wyjść z szoku, że przeżyła. Nagle jednak jej myśli zaprzątnęło co innego - towarzysze podróży. Wstała obolała i rozejrzała się wokół. Zadziwiające, jak niewiele różnił się teraz krajobraz. Wydawałoby się, iż powinien przypominać pobojowisko, scenę jak plaża po sztormie. Po prostu przybyło więcej śniegu.
igP7jsl.png Niedaleko dostrzegła czyjeś szmatki. Z trudem tam podbiegła i poczęła odgarniać śnieg. Wkrótce odkopała twarz Coena. Uderzyła go parę razy w policzki, próbując ocucić. Nim zdążyła sprawdzić oddech, oprzytomniał nagle, siadając gwałtownie. Rozglądał się w ten sam sposób, co przed chwilą tamta nieznajoma. Sidrif podniosła się znów z klęczek, starając się wypatrzeć Farida. Do poszukiwań wkrótce dołączył i Coen, ale powoli tracili nadzieję i energię. Udało im się jedynie znaleźć martwą szkapę Brekhusa, który w pewnym momencie poddał się i zabrał za przerabianie zwierzęcia jucznego na źródło mięsa. Sprawczynie wypadku lawinowego, jak mniemała Rif, odnalazły się i stały teraz, obejmując się ciasno, jakby na coś czekały.
igP7jsl.pngByć może świadom widowni, Farid odnalazł się głośno i wyraźnie, kiedy spod warstwy śniegu wystrzeliła kolumna wijącego się ognia. Iskry jak z pocieranych kamieni rozsypały się wokół z wesołym trzaskiem, wytapiając dziury w białej pokrywie. Wreszcie spośród tych czerwonych języków wyłoniła się postać ciemnoskórego mężczyzny z wyjątkowo chmurną miną. Stąpał wściekle w ich kierunku, co dawało dość komiczny efekt. Tego człowieka nie stworzono do panujących w Ra'varze warunków. Przypominał domowego kota wrzuconego do wody lub rybę szamoczącą się na brzegu.
igP7jsl.png- Znaleźliście mojego tragarza?
igP7jsl.pngPokręcili jedynie głowami. Choć nie czuła wyziębienia, Sidrif i tak ogarniało coraz większe zmęczenie i widmo uśnięcia w śniegu, nim dotrą do schronienia, stawało się dla niej coraz bardziej realne. Farid tymczasem kręcił się w miejscu wokół wyczarowanego przez siebie ognia i klął wniebogłosy i rozpaczał nad straconym dobytkiem. Stracone życie niewiele zdawało się go obchodzić. Za to źródło ciepła przyciągnęło dwie kobiety, co dla odmiany przykuło uwagę mężczyzny.
igP7jsl.png- Zbliżcie się, wystarczy dla wszystkich - zachęcił je z szarmanckim uśmiechem, a kobiety bez dalszych zachęt podeszły i wyciągnęły ochoczo ręce do płomieni. - Jak się tu znalazłyście?
igP7jsl.pngSpojrzały po sobie, próbując porozumieć się bez słów. Przez fałdy futra Sidrif dostrzegała w ich rysach podobieństwo, choć na pierwszy rzut oka różniły się znacząco. One również lustrowały ich trójkę, oceniając. Ich wzrok zatrzymał się dłużej na Svalhildrance.
igP7jsl.png- Jestem Noraoi - przedstawiła się ta z dwukolorowymi oczami, wołająca wcześniej "siyo". Sidrif spięła się, dostrzegając ten detal. Dwie barwy oczu oznaczały dwulicowość. Uważała to za ludowe baśnie, dopóki nie przekonała się o tym na własnej, sinej skórze. - A to moja siostra, Siyo. Trafiłyśmy tutaj przez portal... Obraz.
igP7jsl.png- Zrzucił nas z powietrza i grunt natychmiast usunął nam się spod stóp - wtrąciła prędko białowłosa siostra. - Myślałyśmy, że już po nas... Na moment się wynurzyłyśmy, a wtedy...
igP7jsl.png- Proponuję - przerwał stanowczo Brekhus - byśmy opowieści zostawili na później, jeśli chcemy dożyć ich finału. - Zwrócił się potem do Noraoi, którą, zapewne tak jak Rif, uznał za roztropniejszą: - Próbujemy dostać się do Grimsgilu. Podejrzewam, że wy też, bo to jedyna wioska w tej okolicy.
igP7jsl.png- Pójdziemy gdziekolwiek, byle jak najszybciej skryć się przed tą pogodą. - Noraoi skinęła głową.
igP7jsl.png- Na dalszą drogę lepiej zgasić ogień; nie chcemy przyciągnąć kolejnych kłopotów. - Coen rozejrzał się wokół, jakby nagle wywęszył krwiożercze bestie. Na twarzach każdego z nich, bez wyjątku, odmalował się niepokój. - Czy wszyscy się zagrzali?
igP7jsl.pngTylko Sidrif powstrzymała się od twierdzącego skinienia. Nie marzła, ale ścinająca się teraz z powrotem woda, którą roztopił ogień Farida, okraszała ją warstwą lodu, sztywną i drapiącą. Zeskrobywała ją z siebie paznokciami, gdy wznowili marsz. Bardzo szybko zachód zmienił się w zmierzch, a teraz po niebie rozsypywały się kolejne gwiazdy. Wiatr ustał, przegoniwszy najwyraźniej już wszystkie chmury, jakie chciał, odsłaniając gołą, granatową perzynę nieba. Rif zapatrzyła się w ten widok, wyobrażając sobie Shoenar, sunącą gdzieś tam wysoko, na pełnych żaglach. Farid zrównał z nią krok.
igP7jsl.png- Czy tam niebo jest inne? - zapytał, a w jego melodyjnym głosie brzmiała czysta ciekawość, więc odpowiedziała:
igP7jsl.png- Tak. Jest bardziej.
igP7jsl.png- Bardziej jakie? - Zerknął na nią, marszcząc brwi.
igP7jsl.png- Po prostu... Bardziej. - Nie wiedziała, jak mu to wytłumaczyć. - Bardziej intensywne. Przestrzenne. Większe. Jego barwy utrzymują się dłużej i jest ich więcej, a gwiazdy święcą mocniej. Sam wiatr może cię ponieść.
igP7jsl.png- A co jeśli spadniesz?
igP7jsl.png- Nic. - Wzruszyła ramionami i natychmiast skrzywiła się boleśnie. Miała nadzieję, że rana nie była poważna. - Po prostu spadasz.
igP7jsl.png- Nie ma dna? Lądu na samym spodzie?
igP7jsl.png- Nie ma dna, ani sklepienia. Spadasz, aż na coś trafisz - dryfującą wyspę, drapieżne istoty niżu. Wielu próbowało to zbadać, ale nikomu nie udało się wrócić, by swą historię spisać.
igP7jsl.png- To musi być niesamowite.
igP7jsl.pngRif spojrzała na Farida, pewna, że kpił sobie z niej, ale jego twarz aż jaśniała podekscytowaniem i fascynacją. Uśmiechnęła się, przyznając mu rację.
igP7jsl.pngZ każdym kilometrem zwalniali kroku, świeży śnieg coraz bardziej utrudniał im posuwanie się naprzód. Sidrif zdrętwiały plecy. Temperatura nie tylko spowolniła krwawienie, ale też ścięła ranę; mimo tego wciąż odczuwała ból. Skrzydło próbowała trzymać przy sobie - na szczęście mogła nim nadal dość swobodnie poruszać - ale wiatr znów się wzmagał i szarpał nią, wywołując kolejne fale bólu. Starała się traktować to jako momenty wybudzenia, bodziec zachęcający do dalszej wędrówki. Coen polecił jej, by ukryła magią skrzydło, kiedy zbliżą się do wioski, a właśnie w oddali dostrzegli światła. Kolejne zasoby cennej energii ulatniały się, ale nadzieja na ciepłą strawę i spoczynek zagrzewały, by się nie poddać.
igP7jsl.pngZbliżywszy się, dostrzegli niewielką łunę ognia i ciemny dym, wznoszący się ku niebiosom.
igP7jsl.png- Chyba odbywa się pogrzeb. To dobrze. - Coen poprawił juki na obolałym ramieniu i wyjaśnił: - Ludzie będą spokojniejsi.
igP7jsl.pngWeszli pomiędzy surowe, niewysokie domy z kamienia, a podmuchy wiatru natychmiast ustały. Drogi wydeptano, więc nie musieli już dłużej przedzierać się przez hałdy śniegu; ich nogi dziwnie lekko stąpały teraz na przód, pozbawione oporu. Gdzieś dalej dochodziło beczenie owiec, ale wokół ani duszy. Skierowali się ku miejscu, gdzie ogień barwił pobliskie budowle pomarańczowym blaskiem i skąd dochodziły pieśni, niskie groźne i wysokie rzewne. Tuż przed tym, jak zza zakrętu wyłonił im się płonący stos pogrzebowy, głosy ucichły. Kobieta zakładała mężczyźnie na ramiona gęsto plecione okrycie w barwach brązu i błękitu. [...]
igP7jsl.pngWtedy dopiero dostrzeżono przybyszów. Głowy odwróciły się zgonie ku nim, nieufne i czujne. Mężczyzna w dostojnym płaszczu zbliżył się do nich i wycharczał pytanie; po raz kolejny pomimo znajomości języka, Sidrif nie potrafiła zrozumieć wypowiadanych przez tutejszych słów.
igP7jsl.pngCoen skinął głową z szacunkiem, a reszta podążyła jego śladem. Odezwał się czystym językiem ravarskim, jakiego i Sidrif się uczyła.
igP7jsl.png- Wybaczcie nam przerwanie tak ważnej uroczystości. Szukamy noclegu i strawy, zaledwie na jedną noc. Rano znikniemy z brzaskiem. Oczywiście zapłacimy.
igP7jsl.pngNa potwierdzenie swych słów uniósł juki i pokazał końskie mięso. Mężczyzna, najwyraźniej tutejszy przywódca, wydał z siebie niski pomruk, podczas gdy za nim zapanowało poruszenie. [...]

[...]


2tlGTsD
"Art, the ability to make it, gives meaning to sadness in a way that many aren’t able to experience.”

Offline

Użytkowników czytających ten temat: 0, gości: 1
[Bot] CCBot

Stopka

Forum oparte na FluxBB

Darmowe Forum
skycraft - staszic-2000-f-rpg - ararauko - popelnej - zieloneimperium