Opowiadania grupowe - forum Depesza

Opowiadania grupowe

Nie jesteś zalogowany na forum.

#1 2019-05-31 21:53:42

Angelue
Admin.
Windows 7Chrome 74.0.3729.169

Space Jam

everspace_01.jpg

KLujbIH.pngWiek XXIV. Ludzkość w końcu przekonała się, że nie jest w tym wszechświecie sama - obcy nawiązali z nią kontakt, gdy najwyraźniej uznali, że ich cywilizacja dojrzała dostatecznie do poszerzenia horyzontów - a może po prostu stwierdzili, że ludzie samodzielnie doszli w swych destrukcyjnych zapędach zbyt daleko, by wciąż ich pozostawiać samym sobie i pozwalać na dokonywanie dalszych szkód, mających skutki sięgające znacznie dalej niż Układ Słoneczny. Unia Intergalaktyczna - sprzymierzająca już kilkanaście zaawansowanych cywilizacyjnie gatunków istot - przyjęła ludzkość pod swoje skrzydła, nadając im prawa i zakazy obowiązujące wszystkich. Ludzkość skwapliwie przyjęła daną im szansę licząc na rozwiązanie palących problemów - przeludnienia, zaśmiecenia Ziemi i wciąż wiszącej nad wszystkimi groźby III wojną światową. Pojawienie się znacznie potężniejszego gracza sprawiło, że zasady "gry o władzę" zupełnie się zmieniły. Wyglądało na to, że tylko współpraca mogła dać wszystkim  satysfakcjonujące zwycięstwo - rzecz niecodzienna dla tak lubiącego rywalizację gatunku jak ludzie.

vadim-sadovski-d50.jpg?1494967487

KLujbIH.pngUnia Intergalaktyczna rozciąga się na Drogę Mleczną i okoliczne, mniejsze galaktyki - takie jak Obłoki Magellana. Reprezentują ją wybrani przedstawiciele wszystkich członkowskich narodów, a za swój główny cel obrała ich zrównoważony rozwój, a także ochronę ich interesów i terytoriów. UI chroni też cywilizacje słabiej rozwinięte - które nie weszły jeszcze w fazę poznawania kosmosu - zakazując wszelkich kontaktów z takowymi do czasu, aż same zaczną szukać odpowiedzi między gwiazdami. Rasy nienależące do Unii najczęściej były znane ze swojej agresji lub nieprzestrzegania humanitarnych praw, dlatego też granice UI - zwłaszcza te od strony Obłoków Magellana - nie należały do najspokojniejszych miejsc w Grupie Lokalnej Galaktyk. Ostatnimi czasy stało się szczególnie niespokojnie - kosmiczne kolonie, zamieszkałe przez setki tysięcy mieszkańców, znikały nie pozostawiając za sobą ani śladu w przestrzeni. Niektórzy sądzili, że któraś z obcych cywilizacji skonstruowała broń naprawdę masowej zagłady, a inni, że kolonie jakimś cudem przenosiły się do równoległych wszechświatów, o istnieniu których było wiadomo od dłuższego czasu, ale między którymi podróże nie były możliwe. Oficjalnie.

1*s9ijZ6m4ZepDfb5UoyZQQA.jpeg

KLujbIH.pngNa jednej z takich, zapomnianych przez wszystkich, kolonii dokowała załoga wyrzutków - sami zapomniani, wyklęci przez swoich, marzący o lepszym jutrze. Nawet nie śnili o ogromie kłopotów, które powoli acz nieubłaganie zmierzały w ich stronę.

Mapa Grupy Lokalnej Galaktyk

https%3A%2F%2Fblogs-images.forbes.com%2Fstartswithabang%2Ffiles%2F2018%2F03%2Flocal-group.jpg


Dziwne, u mnie działa.

Offline

#2 2019-05-31 23:13:11

Arbalester
Szeryf Depeszy
MacintoshSafari 604.1

Odp: Space Jam

2WhWiry

0VtVjXZ.png

d633228cffbacf9cfc1e7824c32a6dae.jpg

When you get sad, you run - straight ahead and you keep running forward no matter what.
There are people in your life that who are going to try to hold you back, slow you down, but you don’t let them.
Don’t you ever stop running, don’t ever look behind you.
There is nothing for you behind you. All that exists is what's ahead.

Wojna. Kiedyś to słowo nie miało żadnego znaczenia. Rodzice często rzucali nim podczas rodzinnych spotkań, kiedy to dyskutowali o polityce. Dziesiątki pokoleń temu część naszej rasy musiała przenieść się na sąsiednią, bliźniaczą planetę Lagoleię, naszej rodowitej Yalvirii. Lata temu „nasi” ludzie, z Lagolei, rozpoczęli tworzenie własnych praw, bardziej liberalnych od pierwotnych, przyniesionych z Yalvirii. Nastroje zaczęły się zaostrzać, kiedy nasza planeta podjęła kroki ku niepodległości. Kontrakt wiążący nas z Unią wisiał na włosku, coraz częściej dało się zaobserwować agresywne ruchy, początkowo pojedynczych grup, później rosnących w siłę. Cierpieli niewinni ludzie, cierpiała gospodarka i polityka zewnętrzna. Sankcje uderzyły mocno w obie planety.
Miałam wtedy piętnaście lat, starszego brata i dwie siostry i młodszego braciszka, którego matka wyciągała z domu płonącego od niegasnącej substancji. Umierała pół dnia, ciężko walcząc o życie, ale ostatecznie przegrała. Miejscami skóra stopiła jej się do kości. Nie było dla niej ratunku. Uratowany Seshuan został oszpecony, ale przetrwał i miał się dobrze te dwa lata temu, kiedy ostatni raz się z nim kontaktowałam.
Nawet wtedy wojna jeszcze nie „wybuchła. Nadal tliła się drobnym płomieniem w kontrolowanym środowisku, nad którym tańczyli politycy obu planet, każdy z kanistrem benzyny. Kto pierwszy opróżni go na palenisko? Jak daleko są w stanie się posunąć? Jak bardzo jesteśmy gotowi do obrony i ataku? Okazało się, że niewiele. Uświadomiła nam to bomba, zrzucona w rok moich osiemnastych urodzin na stolicę Alyki. Trzydzieści procent ludności udało się ewakuować. Pięć procent znajdowała się poza nią. Sześćdziesiąt pięć zostało unicestwionych.
Wszyscy garnęli się do walki, nawet ci, którzy nie mogli ani nie powinni. Ojciec się zgłosił. Moje starsze rodzeństwo. Wielu moich przyjaciół nie ukończyło nauki, by wesprzeć walkę. Ja chciałam jednak robić to lepiej i później moje wykształcenie z inżynierii okazało się niezbędne przy szpiegostwie, w którym uczestniczyłam. Ciężkie, stresujące, krwawe lata. Miało być tylko gorzej. Toczyliśmy się w dół zbocza ku zagładzie i nikt nawet nie spodziewał się ujrzeć wzgórza.
Wpadłam w pułapkę. Żałośnie prostą. Mechanizm, który pozwalał moim nogom pędzić z prędkością do dwustu kilometrów na godzinę nie był kompletny. Nie obejmował całego ciała. Rozpiętą metalową linę zauważyłam w ostatniej chwili. Uchyliłam się, ale odcięło mi rękę w połowie ramienia. Ból nie dotarł od razu. Najpierw straciłam równowagę. Sto kilometrów na godzinę, łupnęłam o gruz. Głowa była chroniona, reszta ciała niewystarczająco. Uszkodzony kręgosłup pozbawił mnie władzy w nogach. Widziałam, jak po mnie szli. Krzyczałam z całych sił, nie pamiętam, czy z bólu czy o pomoc. Mój krzyk niósł się przez opuszczone budynki. Jeden z nich był bliżej, z perwersyjną radością zacisnął mi dłonie na gardle. Byłam pewna, że oderwie mi głowę od reszty ciała. Na skraju świadomości usłyszałam strzały, ciężar mężczyzny przygniótł mnie, wywołując falę potwornego bólu, a ten pociągnął za sobą błogie omdlenie.
Dzień później znajdowałam się w szpitalu. Nie potrafili nic pomóc z moim bezwładem nóg, ale obiecali odzyskać moją rękę. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że mieli na myśli stworzenie nowej, a nie zszycie własnej. Nie byłam ani pierwszą, ani ostatnią potrzebującej mechanicznej, sprawnej protezy.  Wojsko zasilało mnóstwo takich jak ja. Okaleczonych. Proces gojenia jednak trwał długo, a łączenie z maszyną bolesne i miałam się za najbardziej przeklętą osobę na tej planecie. Nogi radziły sobie wraz ze starym mechanizmem, ale przestały cokolwiek odczuwać. Ciepło. Zimno. Dotyk. A głos? Cały czas myślałam tylko o tym, że nie zaśpiewam już więcej z siostrami. Zamontowali mi roboczy syntezator mowy, skrzeczący jak nienaoliwiona maszyna.
Złapaliśmy ważnego informatora. Mieli zainstalować mój urządzenie pozbawiające wolnej woli, ale najpierw musiało ono do nas dotrzeć. Podczas tych dni oczekiwania skontaktowali się ze mną wrogowie. Świetnie szyfrowane, ukryte połączenie. Chcieli ode mnie lokalizacji ich jeńca w zamian za życie każdego z mojej rodziny. Pokazali mi zdjęcia ze swoimi tajniakami, czającymi się jak cień za moimi najbliższymi. Nagranie, jak jeden z nich podaje mojej siostrze napój, a ona bierze go niedbale i bez zastanowienia pije. Uśmiech. Nie wątpiłam, że zdołają do tego się posunąć. Straciłam już matkę i nie mogłam stracić nikogo więcej. Starałam się zatrzeć za sobą jak najwięcej śladów, przekazując im informację, ale rok później okazało się, że niewystarczająco.
Mówiono, że osiągnęliśmy kompromis, ale to gówno prawda. Straciliśmy wiele, a później poświęciliśmy jeszcze więcej dla porozumienia. Okrzyknięci jeszcze niedawno bohaterami narodu, stali się przestępcami, skazywanymi na śmierć lub wygnanie. Ważne osoby rozpływały się w powietrzu, tracąc za sobą jakikolwiek ślad. Unia dawno się od nas odcięła. Lagoleia podnosiła się z kolan, ale ogromnym kosztem, ekonomicznym, ale przede wszystkim moralnym. Dawne idee uległy wypaczeniu, tragicznie umniejszając dopiero co przebytej wojnie wartości.
W ten sposób i wylądowałam na odludnej stacji badawczej w czarnej dupie kosmosu. Zdawałam nic nie warte raporty pod groźbą śmierci. Któregoś dnia zbrzydło mi takie życie i uciekłam przy pierwszej okazji, licząc w sercu na to, że kiedyś wrócę do ojczyzny i do mojej rodziny, a wojna znów stanie się lekkim słowem podczas obiadowej dyskusji, a nasz świat będzie taki, o jaki walczyliśmy.

2Wi7AfA

DOq5TkQ.jpg


2tlGTsD
"Art, the ability to make it, gives meaning to sadness in a way that many aren’t able to experience.”

Offline

#3 2019-05-31 23:32:55

Angelue
Admin.
Windows 7Chrome 74.0.3729.169

Odp: Space Jam


d66l99s-e6866d2a-9e3e-4c1e-8df6-7aaedc905bec.gif?token=eyJ0eXAiOiJKV1QiLCJhbGciOiJIUzI1NiJ9.eyJzdWIiOiJ1cm46YXBwOjdlMGQxODg5ODIyNjQzNzNhNWYwZDQxNWVhMGQyNmUwIiwiaXNzIjoidXJuOmFwcDo3ZTBkMTg4OTgyMjY0MzczYTVmMGQ0MTVlYTBkMjZlMCIsIm9iaiI6W1t7InBhdGgiOiJcL2ZcLzE5NDgyMzQ4LTZiMjktNDVkMS1hOTIxLWEyMDdiOTUxOWVmZlwvZDY2bDk5cy1lNjg2NmQyYS05ZTNlLTRjMWUtOGRmNi03YWFlZGM5MDViZWMuZ2lmIn1dXSwiYXVkIjpbInVybjpzZXJ2aWNlOmZpbGUuZG93bmxvYWQiXX0.-uKshIdF33vRgSJjKHr6dXxR5_vh8X9cVlWnviQOnPs
0UkaExj.png
iLHl1ko.jpg?2

KLujbIH.pngSłużba w wojsku od pokoleń była tradycją w rodzinie Conwayów. Ashton - tak jak jego ojciec, dziadek i pradziadek - również wstąpił do wojska. Został pilotem, jednym z bardziej obiecujących ludzkich pilotów swojego pokolenia. Lubił swoją pracę - ten dreszcz emocji, wiarę we własne umiejętności i zadowolenie po powrocie z każdej z misji. Miał swój statek - Buzzard - będący niemalże przedłużeniem jego układu nerwowego. Był członkiem zgranej ekipy, będącej młodziakami - jak on. W walce działali niczym jeden organizm.
KLujbIH.pngCiągłe wystawianie się na celownik prędzej czy później musiało mieć swoje konsekwencje. Buzzard skończył z podziurawionym kadłubem w gromadzie Ruprecht 106. Na miejscu zginął kapitan i dwóch świetnych strzelców. Odłamki poraniły sporą część załogi łącznie z Ashtonem. Pole strukturalne dało czas ewakuować się części z nich do magazynu, uszczelniając na krótką chwilę ubytki w kadłubie. Conway był w jednej z tych gorszych sytuacji - strzały podziurawiły także kokpit, z którego nie zdołał się wydostać przed rozładowaniem już i tak przeciążonych akumulatorów. Jedną z kulek dostał prosto w klatkę piersiową. Nie pamiętał niczego później z tamtych wydarzeń - obudził się dopiero w placówce medycznej - straszliwie osłabiony i przykuty do łóżka. Leżał w bliskim sąsiedztwie z garstką ludzi ze swojej ekipy, którzy pozostali przy życiu. Od nich dowiedział się, co wydarzyło się później - podczas, gdy załoga schroniła się w magazynie na amunicję, go wciągnął do kapsuły ratunkowej mechanik, Scott. Sam wyszedł z tego prawie bez uszczerbku. Stary, fartowny drań. Mimo pozornej wesołości, na wszystkich ciążyło poczucie dojmującej żałoby i przerażającej świadomości, jak mało brakowało, by pustka wyssała życie także z nich. Do służby wróciła już tylko czwórka z nich.
Ashton wyszedł z tego z paskudną blizną na klatce piersiowej i trwałym urazem serca, które pod wpływem chwilowej ekspozycji na niskie ciśnienie po prostu spuchło - gdy wróciło do normalnych wymiarów, okazało się, że nie pracuje już jak należy.
Dużo się zmieniło w jego podejściu do życia po tym wypadku. Miało na to wpływ poznanie ludzkiej fizjoterapeutki - Abby. Nigdy wcześniej nie miał takich uczuć względem drugiej osoby. Ich relacja miała czas zacieśnić się w trakcie jego długiej rekonwalescencji  - w końcu oboje postanowili zamieszkać razem - jeśli los da - na Ziemi.
Tymczasem zostały już podjęte działania mające przygotować go i jego statek - Buzzard 2.0 - do dalszej służby.
Nie chciał już tam wracać - do tej wszechobecnej pustki, przerażająco ogromnych ciał niebieskich i jeszcze gorszej świadomości, że byle zbłąkany w przestrzeni pocisk jest w stanie ich zabić - planował pracować na tyle, by zwróciły się koszta dostosowania statku do pilota z rozrusznikiem serca. Nie chciał wywoływać strat. Dodatkowy grosz na nowy start z partnerką u boku także miał się przydać.
Nigdy by nie podejrzewał, że zwyczajny patrol na granicach Unii może zmienić wszystko.
Natknęli się na swobodnie dryfujący statek wysyłający sygnał S.O.S. w regularnych odstępach czasu. To było podejrzane, ale nie mogli przecież pozostawić go samemu sobie. Gdy tylko się zbliżyli, statek otworzył do nich ogień. Udało im się przedrzeć przez śluzę magazynu. Byli świetnie zorganizowani.
KLujbIH.pngDokonali egzekucji na całej załodze. Ciało za ciałem padały bezwładnie na posadzkę w rozbryzgach własnej krwi. Ashton słyszał krzyki swoich kolegów po fachu po dziś dzień, gdy tylko wracał myślami do tamtego strasznego dnia. Sam nie był w stanie nic z siebie wydusić. Pamiętał tę gulę w gardle i niebezpieczne ciepło w klatce piersiowej, które generował rozrusznik próbując unormować rytm rozszalałego serca. W momencie, gdy poczuł chłód lufy z tyłu głowy, zamknął oczy, próbując myślami znaleźć się przy Abby. Chwila trwała nieznośnie długo. Nie rozumiał nic a nic z tego, co obcy mówili - ich język nie był zaprogramowany w jego przetworniku mowy. Gdy jeden z nich szarpnięciem podniósł go na nogi, prawie przewrócił się z powrotem. Siłą posadzili go z powrotem w kokpicie i gestami nakazali podążanie za statkiem, którym zwabili go i nieżyjącą już załogę.
Szybko zrozumiał, co uratowało mu życie - jego umiejętności pilotowania tak nowoczesnego statku, jakim był Buzzard 2.0. Nie musieli długo go namawiać do tego, by działał dla nich. Wystarczyło umieszczenie w kokpicie nadajnika, który stale ukazywał współrzędne jego ukochanej - Abby. Nie musieli znać swoich języków, by nawzajem się rozumieć.
Ich taktyka była prosta i zarazem cwana. Udawali, że są w potrzebie - posługując się wizerunkiem Ashtona. Niczego nieświadome ofiary zbliżały się z zamiarem pomocy, który ostatecznie zawsze okazywał się być dla nich zgubny. Podszywając się pod ludzki statek potrafili zapuścić się głęboko w rejony Unii Intergalaktycznej - nawet na granice Drogi Mlecznej. Ashton świadom tego, jaka jest stawka, biernie pilotował statkiem. Odcięty od wszystkiego w kokpicie, łatwo mógł ignorować to, co się działo poza nim.
Sytuacja nie była prosta - ale Conway w miarę skutecznie odcinał się emocjonalnie od tego, co działo się wokół niego - do czasu. Moment, w którym zobaczył w odbiorniku twarz jednego ze swoich starych kompanów rozbił ten cały pozorny spokój na kawałki. Nie mógł oglądać śmierci kolejnej ważnej dla niego osoby. Spieprzył całą akcję po całości. Statek, który piraci chcieli napaść, wycofał się wzywając posiłki, a im pozostało salwować się ucieczką.
KLujbIH.pngZabili w odwecie Abby.
Układ, w którym pracowała, nigdy nie był specjalnie chroniony. Znajdował się na obrzeżach Unii, a medyczne placówki miały dość otwartą politykę przyjmowania obcych. Zmusili Ashtona do oglądania na nagraniu na żywo jak jej twarz z miło uśmiechniętej zmienia się w zaniepokojoną - by błysnąć na sekundę paniką w momencie, gdy  lufa znalazła się centymetry przed jej oczami.
KLujbIH.pngTego dnia przestał mieć cokolwiek do stracenia. Już wcześniej stracił reputację i zaczął być ścigany na terenie UI - mylnie uznany za dezertera i pirata. Niedługo później uciekł na pokładzie Buzzarda 2.0 poprzysięgając im rychłą zemstę.


Dziwne, u mnie działa.

Offline

#4 2019-06-01 11:49:23

Dolores
Kucyponek Jednorogi
MacintoshSafari 604.1

Odp: Space Jam

GsM1ghR.png6928d71ed50630fa2b1458b3b2f63c70.jpg
AM I NOT HUMAN?

Czasem miewam problemy z zaśnięciem. Wtedy kładę się, zamykam oczy i pamięcią wracam do pierwszego z moich wspomnień. Dryfuję w zbiorniku wypełnionym gęstą cieczą. Jest ciemno, a wysoko nad moją głową tli się blade światło, które ujawnia zielono-brunatny kolor otaczającego mnie płynu. Nie słyszę żadnych dźwięków z zewnątrz. Jedynie bicie własnego serca, krew pulsującą w moich skroniach, chrzęst kości przy każdym poruszeniu. W tym wspomnieniu czuję się spokojnie i bezpiecznie. W zbiorniku wypełnionym gęstym płynem nic nie może mi się stać, nikt nie może mnie skrzywdzić. Jeszcze się nie narodziłam, choć wszystkie moje narządy już się w pełni wykształciły. Powoli zaczynam mutować. Czuję kiedy moje tkanki zmieniają swoją strukturę, ale jest to delikatne i chwilowe - zaraz wracają do swojej pierwotnej formy. To moje szczęśliwe wspomnienie. Jedno z nielicznych takich.

Narodziłam się na planecie Uxor, swego czasu dźwięcznie nazywano ją zadupiem galaktyki, ale teraz już mało kto o niej pamięta. Nie chcę nikomu odświeżać pamięci moimi opowieściami, dlatego oficjalnie pochodzę z Ziemii.


Ja pierdolę, ale ameby.

Offline

#5 2019-06-06 19:12:05

Angelue
Admin.
Windows 7Chrome 74.0.3729.169

Odp: Space Jam

Breckett
0d9be728992d5decbeb7211c3658a86e.jpg

Life is a highway and it's mighty fucking long
Full of twists and turns so you know shit's gon' go wrong


dbyi4yq-6d9609d5-7ee3-4e79-8edf-6661be7f12f3.gif?token=eyJ0eXAiOiJKV1QiLCJhbGciOiJIUzI1NiJ9.eyJzdWIiOiJ1cm46YXBwOjdlMGQxODg5ODIyNjQzNzNhNWYwZDQxNWVhMGQyNmUwIiwiaXNzIjoidXJuOmFwcDo3ZTBkMTg4OTgyMjY0MzczYTVmMGQ0MTVlYTBkMjZlMCIsIm9iaiI6W1t7InBhdGgiOiJcL2ZcL2JmYzk1ZWZkLWNkYWEtNGM2Mi1iYjMzLTRjNDU4YWQwOGU1NlwvZGJ5aTR5cS02ZDk2MDlkNS03ZWUzLTRlNzktOGVkZi02NjYxYmU3ZjEyZjMuZ2lmIn1dXSwiYXVkIjpbInVybjpzZXJ2aWNlOmZpbGUuZG93bmxvYWQiXX0.3v7RrUBs7v6rXr_szICJK43soJka_W1Tg20G9OKvTw0

KLujbIH.pngCi, którzy znaliby obie tożsamości Brecketta, mogliby zwać go hipokrytą, ale po pierwsze - wcale nie uważał, by nim był, a po drugie - nikt nie znał jego obu tożsamości. Z jednej strony był emerytowanym funkcjonariuszem sił antyterrorystycznych, a z drugiej oferował swoje usługi ochroniarza  na Epicentrze - kolebce szarej strefy - tym, którzy dobrze płacili i nie wzbudzali jego antypatii. Miał swoje twarde zasady - nie ochraniał głupków, nie otwierał ognia do stróżów prawa, nie ujawniał swojej tożsamości w pracy i  przyjmował pieniądze jedynie po dobrze wykonanej robocie. Czyli prawie zawsze. Te zasady przysporzyły mu łatkę "honorowego bandyty", którego na początku próbowano oszukać (po paru niezbyt skutecznych razach zaprzestano tych prób) - ale też szybko zaczął być traktowany jako godny zaufania spec. Zdawałoby się, że miał bardzo wąski zakres usług, ale nic bardziej mylnego - chronił jednych "złoczyńców" przed innymi "złoczyńcami" najczęściej w trakcie różnych biznesowych spotkań, a tych nigdy nie brakowało. Czasem zdarzało mu się przyjąć zlecenie  od stałego klienta na szybkie sprzątnięcie kogoś. Wiedział, że balansuje na granicy praworządności (a właściwie stoi nad nią okrakiem), ale uważał, że właściwie przyczynia się do poprawiania warunków w tutejszym środowisku - wspierając "mniejsze zło" i z wielką chęcią wypleniając to "gorsze zło".
KLujbIH.pngPrzyczyna takiego wyboru ścieżki życiowej była banalnie prosta - dla pieniędzy. Nawet nie dla siebie - nie potrzebował ich w życiu tak dużo - a dla syna i wnuczki, wobec których czuł, że jest im coś winien. Nie uczestniczył za bardzo w życiu syna - ani on, ani jego zmarła żona. Oboje poświęcili się swoim karierom nie zauważając, że syn - Sulvan - ich potrzebuje. Zajmowali się nim głównie dziadkowie - teraz, gdy był już dorosły, sam nieświadomie powielił schemat rodziny, w jakim dorastał, przez co jego latoroślą - Gianą - zajmował się głównie Breckett - będący już u schyłku swojej kariery. Syn niechętnie przyjmował jego pomoc, z kolei wnuczka go uwielbiała. Do tego stopnia, że planowała pójść w jego ślady i wstąpić do sił antyterrorystycznych - po raz kolejny ku niechęci Sulvana. Breckett przyklaskiwał jej planom - po czasie dopiero uświadomiwszy sobie, że próbował w ten sposób zrekompensować oczekiwania co do syna - czasem po cichu "wspomagając" jej karierę bez jej wiedzy. W wyniku pewnych zdarzeń i czynników przestała jednak chodzić w tereny i poprzestała na pracy za biurkiem. Od tego momentu wszyscy zaczęli robić dobre miny do złej gry - Sulvan musiał ukrywać zadowolenie z takiego obrotu sprawy, Giana udawała, że to była całkowicie jej decyzja, a Breckett udawał, że jej wierzy. Naturalną koleją rzeczy, ich relacje się rozluźniły i każdy zajął się swoim życiem.


Dziwne, u mnie działa.

Offline

#6 2019-12-09 22:50:37

Angelue
Admin.
Windows 7Chrome 78.0.3904.108

Odp: Space Jam

Ja wiem, trzecia postać.

T1MwNPV.png?1
Surprise, I'm in the same time
Beneath the same sun
Oh man you cut me to size
5903c8d2ab1e4fc3e212f9869581d6fe.jpg

    Epicentra była jednym z jego przystanków, na którym postanowił zarzucić kotwicę. Był tutaj płotką - zajmował się szmuglowaniem towarów z granic Unii na zlecenie tutejszych mafii. Która go zatrudniła, dla tej zdobywał kontrabandę. Łatwo przystosowywał się do panujących wokół niego warunków. Po trochu była to zasługa realiów, w jakich przyszło mu dorastać, lecz późniejsze życie także skutecznie mu pokazało, że może i był karaluchem ale też - jak każdy karaczan - był trudny do wytępienia. Od zawsze parał się robót, które nie szły zgodnie z literą prawa Unii Intergalaktycznej. Każda uchodziła mu płazem - aż do tej najpoważniejszej.
    Zapukał do drzwi apartamentu przebrany w strój konserwatora powierzchni płaskich.
    - Sprzątanie.
    - Nie zamawiałam dziś sprzątania - rozległ się głos zza drzwi.
    - W takim razie proszę podpisać odmowę.
Kobieta ruszyła w kierunku drzwi komentując coś pod nosem. Timothy wyjął broń z tłumikiem i wycelował prosto w judasza. Najwyraźniej była na boso, gdyż nie było słychać jej kroków, lecz gdy podeszła do drzwi, przez szparę przy podłodze można było zauważyć cień. Staggs nacisnął spust czując tylko chwilowe spięcie mięśni, które zmusiło go do przymrużenia oczu. Broń nie była całkowicie bezdźwięczna, ale głuche uderzenie ciała o podłogę wydało mu się i tak głośniejszym dźwiękiem. Jeszcze głośniejszym było kliknięcie klamki od drzwi prowadzących na korytarz, na którym się znajdował. Z zaskoczenia nie zdążył schować broni. Miało nikogo nie być w okolicy. Ktoś zawiódł. Ochroniarz miał świetny refleks, podczas gdy Timothy nie miał gdzie uciec. Skończyło się przestrzelonym kolanem
    Sprawa potoczyła się szybko. Oskarżenie było kwestią formalności. Do więzienia trafił na krótko. Zaledwie po paru tygodniach został poinformowany o anulowaniu wyroku. Przy nim wypełniali dokumentację mówiącą o wypuszczeniu. Myślał, że to zasługa zleceniodawców.
Pamiętał to niejasne ukłucie niepokoju, gdy wyprowadzono go z więzienia i przetransportowano na pokład statku kosmicznego. Właśnie zniknął z rejestrów.

    Miesiące po wypisaniu z więzienia zlewały mu się w ciąg nieokreślonych wspomnień. Nie został wypuszczony na wolność. Trafił do placówki naukowej, gdzie testowano implanty cybernetyczne. Pozostał jedynie numerkiem - H218. Pamiętał ten nieprzerwany ból i dyskomfort ciała odrzucającego coraz to kolejne niedopracowane implanty. Nie pozwalano mu spać dniami, by testować implanty mające stymulować pracę mózgu. Parę razy próbował je sobie wyrywać czy też atakować osoby znajdujące się w jego zasięgu. Każdy taki wyskok zostawał przyjmowany bez słowa uwagi, jedynie dokonywano starań, by więcej nie miał okazji tego powtórzyć. Z biegiem czasu stał się na tyle apatyczny, że przestano go traktować jako zagrożenie. I to był ich błąd.
    Położyli go na stole operacyjnym. Zazwyczaj go unieruchamiano jeszcze przed podaniem narkozy, ale tym razem było inaczej. Chirurżka układała na stole potrzebne jej przyrządy, podczas drugi naukowiec męczył się z rozplątywaniem aparatu do znieczulenia. H218 poczuł wyrzut adrenaliny, gdy sobie uświadomił okazję.
Chirurżka odwróciła się słysząc charczenie. Zobaczyła swojego kolegę po fachu zaciskającego dłonie na własnej szyi. Spomiędzy palców tryskała mu krew. Miała świetny refleks - zdążyła zrobić unik przed pierwszym atakiem obiektu, ale na tym jej szczęście się skończyło. Musiał działać szybko. Miał wrażenie, że parę razy stracił przytomność, gdy odkręcał trzęsąsymi się rękami kratkę włazu wentylacyjnego. Mimo ogólnego otępienia miał przebłyski strategicznego myślenia. Wiedział, że pierwszym miejscem, gdzie będą go szukać, będą stacje dokowania statków kosmicznych. Uciekł z placówki na pokładzie bezzałogowej śmieciarki.

3maAycY.jpg?1

    Minęło już trochę lat od tamtych wydarzeń. Rany - zarówno fizyczne jak i psychiczne - zarosły pod bliznowatą tkanką ironicznego humoru. Mógł całkowicie się załamać lub podnieść na nogi i żyć dalej. Nie rozumiał do końca, co się stało z jego ciałem i czego po nim oczekiwać, nie wiedział też czy przebywanie na terenie Unii Intergalaktycznej jest dla niego bezpieczne. Niczym karaluch wciskał się w najbrudniejsze i najmniej spodziewane miejsca, by przetrwać.


Dziwne, u mnie działa.

Offline

#7 2019-12-25 22:30:41

Angelue
Admin.
Windows 7Chrome 79.0.3945.88

Odp: Space Jam

T1MwNPV.png?1

    Światła migały w rytm energicznej muzyki wyrażanej ciałami tancerzy na parkiecie. Timothy należał do tych tłoczących się przy barze. Bezustannie zerkał w tłum popijając niespiesznie swojego drinka. Nie przyglądał się tańczącym, choć co niektóre istoty szczególnie zwracały na siebie uwagę. Nie był tutaj dla przyjemności. Słyszał o pewnym gościu próbującym załatwić po cichu sprawę na rzecz Unii Intergalaktycznej i od tego czasu starał się mieć na oku jego działania. Staggs zajmował się szmuglowaniem towarów przez oczka siatki Granicznej Straży Intergalaktycznej. Jedynym powodem, dla którego się nie zgłosił osobiście do Unijnego Trojana - jak go w myślach nazywał - była chęć jak najdłuższego pobytu w swoim obecnym miejscu stacjonowania, a tacy jak ten typ nie byli mile widziani na Epicentrze.
    Teraz siedział przy stoliku i rozmawiał z dwoma osobnikami. Timothy bardzo chciał się znaleźć bliżej nich, by podsłuchać ich ustalenia, ale nie było żadnej naturalnej okazji, by się tam zbliżyć na wystarczająco długą chwilę. Wolał się też nie zbliżać, gdyż siedział tam Xegitherrianin, a ci słynęli z ponadprzeciętnie dobrej pamięci. Timothy nie chciał być kiedyś posądzony przez niego o szpiegowanie.
Z tłumu pomachała mu humanoidka, z którą się umówił. Ku jego zaskoczeniu miała na sobie obcisłą sukienkę, którą zdecydowanie określiłby jako ludzką. Można było to określić czymś zaskakującym, gdyż humanoidka była *Sentirianką* - jej ciało pokrywały bardzo wrażliwe włoski czuciowe z powodu których unikała pełniejszych ubrań. Widocznie przed dzisiejszym spotkaniem postanowiła zainteresować się tym, co podoba się ludziom i znalazła informacje o figurze klepsydry. Timothy’emu ten gest wydał się niezwykle . Odmachał jej uśmiechając się po czym przypomniawszy sobie zwyczaje jej ludu przymrużył oczy na powitanie. Odpowiedziała tym samym. Miała znacznie większe i wyrazistsze oczy.
    - Ach, tutaj jesteś. Nigdy nie widziałam cię tańczącego - zagadnęła go podchodząc bliżej. Przewyższała go o głowę.
    - Jeśli mocno mnie upijesz, być może będziesz miała okazję - zażartował Staggs prowadząc ją do stolika. Usiadł tak, by mieć Trojana i jego gości na oku. Tak naprawdę tylko po to zaprosił na tę randkę koleżankę z pracy. Dziwnie by wyglądał kręcąc się tak wokół bez żadnego celu.
Sentirianka złapała go za dłoń mrużąc oczy. Timothy znów musiał sobie przypomnieć, że to był jej sposób na wyrażanie uśmiechu. Podskórnie czuł, że nie był to szczery, beztroski uśmiech. Szybko przeszła do rzeczy.
    - Szukają cię. Zaraz tu będą.
Timowi żołądek się zacisnął. Kto? Unijni naukowcy? Czyżby nosił w sobie zbyt drogie części, by tak po prostu mu odpuścili? Z jednej strony poczuł niesamowity wyrzut adrenaliny, a z drugiej jego umysł stał się dziwnie jasny, przejrzysty i spokojny. A więc to tak. W końcu dostał odpowiedź na swoje pytanie: szukali go. Jednak nie mógł nigdzie zagrzać miejsca na dłużej. Teraz powstawały dalsze pytania - jak go znaleźli? Miał w sobie jakiś chip?
    - Staggs. Myślą, że to ty jesteś wtyką. Że to przez ciebie ginęły dostawy z ostatnich miesięcy - dodała z naciskiem Sentirianka.
Timothy spojrzał na nią nierozumiejącym wzrokiem. Miał wrażenie, jakby przetwornik mowy przestał prawidłowo tłumaczyć mu jej słowa i docierały do niego tylko niejasne zlepki obcych mu zgłosek. Jednak wciąż nic nie było jasne.
    - Nie obchodzi mnie, czy to byłeś ty. Zdrajców spotykają paskudne rzeczy. Lepiej udaj się do łazienki i nie wracaj tu do mnie. Wiesz co robić. Tylko nie żegnaj się zbyt wylewnie, żeby nie wyglądało to podejrzanie - poinstruowała go Sentirianka pieszcząc subtelnie jego przedramię. Tim nachylił się do niej odwzajemniając się tą samą pieszczotą. Musiał myśleć i działać szybko.
    - Dziękuję. To jest tak miłe, że pasowałoby do fabuły jakiegoś ludzkiego filmu romantycznego. Znajdę jakiś i ci pokażę przy najbliższej okazji.
    - Musicie mieć śmieszne te filmy, jeśli w tak czuły sposób mówicie sobie, że idziecie do toalety.
Tim uśmiechnął się w odpowiedzi.
    - Pozwól, że pójdę ulżyć pęcherzowi - odparł szarmanckim tonem głosu.
    - Najgorsza. Randka. W całej galaktyce.
Staggs ruszył w stronę łazienek z wciąż błąkającym się uśmiechem pod nosem. To spotkanie miało być tylko wymówką, by nie wyglądać podejrzanie w trakcie szpiegowania Trojana, ale najwyraźniej wyszły z tego dodatkowe korzyści. Zaczął planować drogę ewakuacji z klubu. Mógł z niego wyjść przez główne wejście albo przez zaplecze - w tym celu musiałby wejść za bar, co raczej nie przeszłoby niezauważone. Uznał, że i tak sytuacja nie jest taka beznadziejna, gdyż ma więcej niż jedno wyjście z niej. W tym momencie w jego głowie zapaliła się czerwona, ostrzegawcza lampka. Przecież z łazienki jest tylko jedno wyjście - to, którym się do niej wchodziło. To musi być zasadzka. Mafia, dla której oficjalnie pracował, musiała się zorientować, że działa na rzecz Organizacji zwalczającej zorganizowaną przestępczość na Epicentrze. Zatrzymał się przed drzwiami do łazienki czując jak oblewa go zimny pot. Uśmieszek spełzł mu z twarzy. Ktoś go zepchnął na bok, próbując się dostać do toalety przed nim. Staggs błyskawicznie podjął decyzję o opuszczeniu lokalu przez główne wejście. Zaczął sobie torować drogę przepychając się przez tłum. Klął na siebie, że nie przekupił ochrony przy bramkach i dał sobie odebrać broń. Nie było czasu upominać się o jej zwrot. Bez niej czuł się nago i bezbronnie.
Wyjście z klubu zajęło Timowi dość dużo czasu, gdyż kluczył w większych grupkach tańczących - dla własnego bezpieczeństwa. Przed wejściem stała długa kolejka oczekujących na wpuszczenie. Staggs starał się nie ulec złudnemu poczuciu bezpieczeństwa. Cały czas czuł ciarki na ciele mając wrażenie, że ktoś ma go na muszce. Głupotą byłoby wracać do zajmowanego przez siebie lokalu. Oto jak z łowcy stać się zwierzyną, przeszło mu przez myśl. Na twarzy wykwitł mu mimowolnie krzywy uśmiech.
    - Będziemy musieli porozmawiać o tym z resztą.
    - Myślę, że przyjmą to z pocałowaniem ręki. Ile można siedzieć w tej dziurze?
    - Hej. Mi odpowiada ta dziura.
Staggs obejrzał się za rozmówcami, których słowa wyłapał mu przetwornik. Już sam akcent jednego z rozmówców zdradzał, że to Xegitherrianin. Towarzyszyła mu kobieta - prawdopodobnie ludzka. Timothy uświadomił sobie, że to ta dwójka towarzyszyła Trojanowi, którego śledził. Nie trzeba było dokonywać specjalnie dogłębnej analizy sytuacji, by wiedzieć, że szkoda byłoby odpuścić taki trop, który sam się wpychał pod nogi. I tak nie mógł wracać do siebie.

0UkaExj.png
d66l99s-e6866d2a-9e3e-4c1e-8df6-7aaedc905bec.gif?token=eyJ0eXAiOiJKV1QiLCJhbGciOiJIUzI1NiJ9.eyJzdWIiOiJ1cm46YXBwOjdlMGQxODg5ODIyNjQzNzNhNWYwZDQxNWVhMGQyNmUwIiwiaXNzIjoidXJuOmFwcDo3ZTBkMTg4OTgyMjY0MzczYTVmMGQ0MTVlYTBkMjZlMCIsIm9iaiI6W1t7InBhdGgiOiJcL2ZcLzE5NDgyMzQ4LTZiMjktNDVkMS1hOTIxLWEyMDdiOTUxOWVmZlwvZDY2bDk5cy1lNjg2NmQyYS05ZTNlLTRjMWUtOGRmNi03YWFlZGM5MDViZWMuZ2lmIn1dXSwiYXVkIjpbInVybjpzZXJ2aWNlOmZpbGUuZG93bmxvYWQiXX0.-uKshIdF33vRgSJjKHr6dXxR5_vh8X9cVlWnviQOnPs
Ain't no sunshine when she's gone
It's not warm when she's away

    - Ash, kochanie. Pobudka - Conway poczuł, jak pod jego podkoszulek wkradają się delikatne, chłodne dłonie. Uchylił jedną powiekę. To Abby pochylała się nad nim muskając włosami jego twarz. Mężczyzna uśmiechnął się leciutko łapiąc jedną z jej dłoni, po czym musnął ją ustami. Czuł, jej drugą dłoń schodzącą coraz niżej. W kabinie buczało jak zwykle, gdy chodziły silniki statku. Na skórze wyszła mu gęsia skórka - po trochu z podniecenia, ale też z powodu jej wciąż chłodnych rąk. Umysł Ashtona dryfował leniwie na pograniczu świadomości. Nie musiał o niczym rozmawiać. Mogli tak leżeć całą wieczność. Było mu dobrze.
    - Ash - głos Abby znów przerwał przyjemną ciszę. Brzmiał jakby spod niego przebijały inne głosy. Mężczyzna nie zdążył nawet poczuć, zdziwienia, gdy...
    - Conway, do jasnej cholery! Musimy ratować statek! - Krzyk przełożonego jego oddziału wyrwał Ashtona z półsnu. W brzuch uderzyło go coś ciężkiego - to był hełm z podłączoną do niego maską tlenową. Conway nałożył ją sprawnymi ruchami rozglądając się przy tym za Abby. Dziewczyny nigdzie nie było.
    - Czekasz na specjalne zaproszenie?!
W głębi statku rozległy się strzały i krzyki. Ashton wybiegł z sypialni uświadamiając sobie jednocześnie, że nie ma przy sobie żadnej broni. Gdy tylko o tym pomyślał, kopnął niechcący obrzyn, który dziwnym trafem znalazł się pod jego nogami. Podniósł go pospiesznie z podłogi. Hełm znacznie utrudniał mu widoczność. Od strony mostka wciąż docierały do niego odgłosy strzelaniny, więc pobiegł w ich stronę. Sytuacja wyglądała beznadziejnie. Scott, ich mechanik, trzymał się za brzuch próbując oddawać strzały. Spomiędzy palców wyciekała mu krew. Połowa załogi leżała martwa. Nie było czasu na emocje.
    - Ashton! Pomóż mi! - to był krzyk Abby. Conway wystrzelił raz jeszcze w kierunku napastników, dziwnym trafem przypominających mu gang obcych, którzy go wykorzystywali do napadów, po czym pobiegł w głąb statku kierując się głosem Abby. Korytarze ciągnęły się w nieskończoność. Nieoczekiwanie w oddali usłyszał krzyk Abby i strzał. Wszystko jakby się zatrzymało.
    - Abby! - wrzasnął czując panikę. Nie zdążył zrobić nic więcej, gdyż znienacka targnął nim wybuch. Wszystko zaczęło wyć i latać. Wypadł w przestrzeń kosmiczną. Mógł tylko patrzeć jak oddala się od wraku Buzzarda. Wokół panowała przeraźliwa cisza. Ashton krzyknął robiąc bezwiednie wymachy, jakby chciał dopłynąć z powrotem do statku. Po chwili przejmującej ciszy dotarło do niego, że wszystko przepadło. Mógł tylko dryfować w przestrzeni kosmicznej bez celu. Pozostał mu w dłoni jedynie obrzyn. Po chwili namysłu przyłożył go oburącz do hełmu na wysokości swojego czoła. Zamknął oczy dysząc ciężko, po czym nacisnął spust i...

    - ...budź się, to tylko sen.
    - Aaach! - Ashton zerwał się gwałtownie do pozycji siedzącej uderzając przy tym głową w twarz dziewczyny siedzącej przy nim.
    - Ała! - pisnęła przyciskając dłonie do nosa.
To nie była Abby, a Gravity. Mężczyzna potrzebował chwili, by ogarnąć umysłem, co się dzieje. Wciąż ciężko dyszał i czuł, że jest cały spocony. Żadne silniki statku nie chodziły. To był tylko kolejny, paskudny sen. Wciąż znajdowali się na Epicentrze. On, Grav, Luan i Breckett. Nikt więcej.
    - Grav, przepraszam. Wszystko w porządku? - zwrócił się do dziewczyny. Delikatnie złapał ją za nadgarstki próbując dojrzeć w jakim stanie jest jej nos. Ciekła jej krew, ale wyglądało na to, że nic nie jest złamane.
    - Zagoi się - wybąkała dziewczyna nosowym głosem.
    - Wiem. I tak przepraszam - powtórzył Conway prowadząc ją do łazienki. Wyjął z szafki apteczkę, by zrobić jej zimny okład.
    Siedzieli w apatycznej ciszy w pomieszczeniu multimedialnym. Nigdy nie mieli zbytnio okazji, by zasiadać tu razem całą grupą. Ashton ze swoim byłym oddziałem lubili tu spędzać razem czas. Stare, dobre czasy.
    - Nadal cię dręczą koszmary? - spytała Gravity. Wydawała się zmartwiona. To było nawet miłe.
    - Taak, wciąż. To głupstwo - bąknął Ashton. Czuł potrzebę pójścia pod prysznic, cokolwiek, byleby pobyć sam. Nie chciał z nią o tym rozmawiać. Jak dotąd z nikim o tym nie rozmawiał.
    - Długo już ich nie ma?
    - Będą już z dwie godziny. Myślisz, że to mogła być pułapka?
    - Oboje są profesjonalistami. Jeśli będą z tego kłopoty, to chyba z nich się wykaraskają - odparł spokojnie mężczyzna.
Taką w każdym razie miał nadzieję.
    Szum ciepłej wody spływającej po jego ciele zdawał się oczyszczać mu umysł z przykrych myśli. Na pierwszy rzut oka funkcjonował normalnie - rozmawiał z pozostałymi, uśmiechał się, żartował. Starał się nie myśleć o wszystkich bliskich, których utracił. Abby, jego załoga…  Z przyjaciół pozostała mu garstka ocalałych z czasów Buzzarda 1.0 - tych, którym stan zdrowia nie pozwolił na powrót do służby. I tak nie mógł się skontaktować ani z nimi, ani nawet z własnymi rodzicami. Był w końcu uznany za kryminalistę i z tego powodu go poszukiwano na terenie całej Unii. To była kolejna rzecz, która go dręczyła. Fakt, że rodzina i pozostali mu bliscy uważają go za przestępcę, a on nawet nie ma jak się z nimi skontaktować, by upewnić się, że nie wierzą w to wszystko, czy choćby sprawdzić, jak się trzymają. Niewola - bo ciężko mu to było inaczej nazwać - także odcisnęła na nim swe piętno. Nie lubił znajdować się w zamkniętych pomieszczeniach. Czuł potrzebę noszenia przy sobie broni. Nie przepadał też za momentami, gdy ktoś próbował go zaskoczyć, nawet jeśli było to w dobrej wierze. Z tego wszystkiego najgorszy był fakt, że nie wiedział, co począć ze sobą i swoim życiem bez bliskich.
Wyszedł spod prysznica jeszcze bardziej przygaszony, niż był wcześniej. Z głosów w głębi statku wywnioskował, że Luan oraz Breckett już wrócili. Ku swemu zaskoczeniu, odczuł sporą ulgę, że ich słyszy.
    Rechot Brecketta dało się słyszeć już z daleka.
    - Twierdził, że szuka jakiegoś tam… Heh, artefaktu. To brzmiało jak abstrakcja i na mój gust gościu jest pomylony.
    - Grav nie pytała cię o twoją opinię, a o to, co proponował - zgasiła go Luan.
Ashton wszedł do kuchni, w której wszyscy właśnie się gnieździli.
    - Dobrze, że już jesteście - rzucił niby to od niechcenia - no więc co proponował?
    - Lepiej usiądź, bo to niezła historia. Facet potwierdził, że jest z Unii. Twierdzi, że szuka na Epicentrze kogoś do bardzo nieoficjalnej misji zbadania technologii jakiejś zaginionej cywilizacji w gromadzie Palomar 4 - odpowiedziała Luan. Wydawała się spokojniejsza niż zwykle. Ashton nauczył się już, że tak zachowywała się, gdy była do czegoś zdystansowana.
    - Aha. I dlaczego nas to ma interesować? - spytał Ashton krzyżując ręce i opierając się o blat.
    - Mam mówić, czy wolisz mi czytać w myślach? - zripostowała Luan na co Ashton uniósł ręce w przepraszającym geście. Dziewczyna podjęła wypowiedź z powrotem:
    - Ponoć ta technologia mogła sprawić, że ta cywilizacja zniknęła. Ten facet podejrzewa, że ma to coś wspólnego z… równoległymi światami i mówi, że to temat, który interesuje unijnych naukowców. I że może zapewnić amnestię w UI w zamian za pomoc.
Breckett prychnął przewracając oczami. Ashton z kolei wpatrywał się w Luan próbując wyczytać z jej twarzy, czy traktuje to poważnie.
    - Podsumowując - mamy polecieć w konkretne, opuszczone miejsce, poszukać informacji o jakimś… sprzęcie, dostarczyć mu to i w zamian otrzymujemy amnestię? - upewnił się. Naprawdę starał się nie zabrzmieć sceptycznie, choć to wszystko na jego gust rozłaziło się w szwach.
    - Coś takiego.
    - A co jeśli tego czegoś tam nie będzie? - spytała Gravity.
    - O to samo spytałem - parsknął Breckett.
    - Wtedy mamy spróbować znaleźć jakiekolwiek ślady tej cywilizacji i określić dokładne współrzędne opuszczonej planety - odparła Luan.
    - Nie wiem, czemu Luan wciąż nie powiedziała najlepszego - Breckett nie wytrzymał i się wtrącił - w tej gromadzie grasuje sobie czarna dziura i jest to praktycznie pewne, że oddziałowuje na układ gwiezdny i samą tę ich planetę. Zaburza grawitację, wywołuje anomalie… Po prostu dobitnie pokazuje nam to, dlaczego Unia - jeśli ten gość faktycznie jest z Unii…
    - Pokazał przecież swój identyfikator, możemy to sprawdzić - wtrąciła Luan wzruszając ramionami.
    - … dlaczego osobiście się tym nie zajmie, a wysyła na miejsce odpowiednio zdesperowane jelenie.
Ashton słuchał ich wymiany zdań w milczeniu. Parę lat temu nieźle by się uśmiał, gdyby usłyszał taką propozycję. Teraz faktycznie czuł się zdesperowanym jeleniem. Rozsądek podpowiadał mu, że to głupota i zwykłe szaleństwo, ale z drugiej strony… tkwili na Epicentrze już od paru tygodni z zepsutym statkiem próbując zarobić na zniszczone części lub chociaż znaleźć je na wysypisku. Starał się nawet nie myśleć o ponownym spotkaniu z rodziną, żeby się nie rozkleić.
    - Może… zanim podejmiemy ostateczną decyzję, dajmy sobie czas na przemyślenie tego i potem wrócimy do tej dyskusji? Macie jakiś kontakt do tego osobnika? Napęd skokowy nadal jest niesprawny, a bez niego nigdzie nie ruszymy.

***

Próba włamania. Baczność. Próba włamania.
    Conway zerwał się z łóżka na równe nogi łapiąc za broń przy łóżku. Wszystkie światła alarmowo migały na czerwono w rytm wciąż rozlegającego się komunikatu. Naprędce naciągnął na siebie spodnie i wyszedł na korytarz po uprzednim upewnieniu się, że nie znajdzie się na linii strzału żadnego intruza. Przy wejściu usłyszał ciężkie kroki Brecketta oraz czyjś krzyk:
    - Nie strzelaj!
    - Dobra, mam ptaszka. Wyłączcie to cholerstwo - zakomunikował Xegitherrianin.
Ashton zobaczył, że Luan ruszyła w kierunku kokpitu, by wyłączyć alarm, więc sam poszedł w stronę wejścia na statek. Za nim podążyła Gravity, również uzbrojona. Breckett stał w przejściu celując z broni w intruza, który ostrożnie trzymał ręce na widoku w geście kapitulacji. Był człowiekiem o śniadej skórze. Wydawał się być w dobrej formie fizycznej i z tego powodu Ashton doszedł do wniosku, że intruz mógł mieć w przeszłości coś wspólnego z wojaczką.
    - Nie szukam kłopotów. Szukam schronienia - stwierdził bardzo spokojnie. W tym samym momencie światła przestały migać i komunikat o próbie włamania się wyłączył.
    - Przed dalszą rozmową cię zrewiduję - zakomunikował Breckett, po czym ruszył w stronę intruza po upewnieniu się, że Ashton przejął go na muszkę. Widać było, że dbanie o bezpieczeństwo było jego chlebem powszednim. Mężczyzna bez słowa protestu pozwolił się przeszukać. Gdy Xegitherrianin skończył, skinął reszcie załogi głową na znak, że jest czysto. Conway niechętnie opuścił broń.
    - Szukasz schronienia? - podjęła Gravity.
    - Tak. Mogę zapłacić.
    - Skąd mamy mieć pewność, że to nie pułapka? - wtrąciła Luan nieufnie.
    - A ktoś was szuka? - mężczyzna zdawał się tym mocno zainteresować.
    - Nie twój pieprzony interes - warknął Ashton znów podnosząc broń i wywołując tym lekkie poruszenie wśród obecnych - jakby się przestraszyli, że strzeli. Mężczyzna uniósł wyżej ręce mimowolnie kuląc głowę.
    - Dobra, słuchajcie. Nie jestem w stanie wam nic udowodnić, więc po prostu mówię jak jest. Szukają mnie Epiquodzi. Pilnują swoich doków ze statkami, więc nawet nie mam jak się stąd zwinąć.
    - Epiquodzi? To tutejsza mafia, nie mieszajmy się w ich politykę. To nie nasza sprawa - stwierdził Breckett ściszając głos.
    - Z  nami i tak nie odlecisz, mamy niesprawny napęd skokowy - dodała Gravity przejętym głosem. Ashton zerknął na nią wymownie gromiąc ją spojrzeniem za zdradzanie prywatnych informacji. Obcy od razu się uczepił tej informacji.
    - Mogę wam pomóc zdobyć sprawny napęd skokowy. Zapłacę wam z góry za przechowanie i wypuszczenie na innej stacji lub planecie. Jestem dobrym nawigatorem, jeśli to też wam się przyda. Znam tutejsze okolice i patrole unijnej straży granicznej. Opłaca wam się. Po prostu… proszę - wydawał się naprawdę mocno zestresowany całą tą sytuacją.
Cała czwórka popatrzyła po sobie niepewnie. Już pomijając głosy ich sumień, mieli rzadką okazję zdobyć w łatwy sposób pieniądze i napęd skokowy - o ile to nie była pułapka. Breckett miał minę, jakby już wiedział, jaką decyzję podjęli.
    - Mamy cię na oku. Wchodź - oznajmił w końcu Ashton.
    - Ruchy, zanim ktoś to zobaczy - warknął Breckett rozglądając się po okolicy czujnie. Nikogo wokół nie było.
    - Dlaczego uznałeś, że włamanie się to dobry pomysł? - spytała Luan niemal równocześnie z Gravity, która z kolei zagadnęła:
    - Jak się nazywasz?
    - Timothy Staggs - odparł przybysz ze słabym uśmiechem. Na to pierwsze pytanie jakoś postanowił nie odpowiadać.


Dziwne, u mnie działa.

Offline

#8 2019-12-30 00:55:47

Arbalester
Szeryf Depeszy
WindowsChrome 79.0.3945.88

Odp: Space Jam

0VtVjXZ.png

igP7jsl.pngBreckett nie zamykał ust w drodze powrotnej, przez cały czas rozwodząc się nad "tą głupią propozycją", abstrahując od ich sytuacji, nawiązując do innych, ale wciąż wracając do pierwotnej. Kpina zdawała się bulgotać w jego żyłach, zmuszając go do tego złośliwego słowotoku. Zerkał co jakiś czas na Luan, bo zazwyczaj stawała do niego w opozycji z paletką do odbijania konwersacyjnej piłeczki, tym razem jednak milczała jak zaklęta, jedynie wydając z siebie czasem mruknięcie na stworzenie pozorów poświęcania uwagi słowom kolegi. Rozumiała jego sceptycyzm i gdyby nie jej własna historia, przyznałaby mu rację. W zasadzie cały czas walczyła ze sobą, by kiwnąć głową i powiedzieć - tak, to prawda. Nie powinniśmy tego się podejmować. Bała się uwierzyć w taką szansę, a ten drobny strach powodował jednocześnie, że kiełkowała w niej cicha nadzieja, szepcząca zdradziecko, by spróbowała. Nie trzeba było wiele, by pozwoliła sobie na wielkie ryzyko, jeśli w rezultacie mogłaby wrócić do rodziny.
igP7jsl.pngRodzina. Wyrwał się z jej piersi niekontrolowany oddech, przykuwając uwagę Brecketta.
igP7jsl.png- To co o tym myślisz?
igP7jsl.png- Myślę, że powinniśmy obgadać to z pozostałymi - odpowiedziała, unikając jego spojrzenia.
igP7jsl.pngNie zwierzała się nikomu, co robiła na tamtej bazie badawczej, za co ją wygnano, ani co przytrafiło się jej rodzinie. Nie miała też pojęcia, czy cokolwiek wiedzieli o historii Re'Sayari. Wolała nie poruszać tych tematów, dopóki nie nabierze pewności, że głos ani ciało nie zdradzą jej prawdziwych emocji. Była szpiegiem, do cholery.


igP7jsl.png- Znalazłaś coś?
igP7jsl.pngAshton oparł jedną rękę o kokpit, z którego korzystała, a drugą na krześle. Poczuła nagle zapach elektryczności, kabli i metalu. Nigdy wcześniej go z nim nie utożsamiała, ale teraz musiała przyznać, że przywykła do tego i zadziwiająco szybko stało się znajome, a wręcz wyczekiwane. Pozwoliła sobie na chwilę oddechu, przypominając, że ta woń towarzyszyła jej pół życia. Ojciec zaczynał swoją karierę od technicznej strony lotów.
igP7jsl.png- Nie spodoba ci się - uprzedziła, wyklikując w holograficznej klawiaturze odpowiednie informacje. Brakowało jej interaktywnych hologramów, czułych na ruch. - Facet jest istotnie Ziemianinem i to nie byle jakim. Najemnikiem, wzięli go do pierdla, a potem trafił właśnie pod skrzydła mafii, od której ucieka. - Odchyliła się na oparcie z kwaśnym grymasem, krzyżując ręce na piersi. - Szczerze wątpię, czy to rozsądne, by go zabierać. Mamy statek, który dyszy i pluje, a nie lata, brak nam inteligentnego komputera pokładowego i jeśli ktokolwiek zechce złożyć nam wizytę w takim wypadku, mamy przesrane.
igP7jsl.png- Mówi też, że z góry nam zapłaci, więc moglibyśmy się natychmiast ewakuować - zauważyła Gravity, wychodząc niespodziewanie z cienia.
igP7jsl.png- I nasz nagły przypływ gotówki nie wzbudzi zainteresowania? - Luan aż wstała, podburzona. - Cholera wie, czy im czegoś nie ukradł. Słowo daję, jak mamy stąd wreszcie dać nogę tylko po to, żeby zakichana mafia siedziała nam na ogonie...
igP7jsl.pngOboje milczeli, trawiąc argumenty za i przeciw. Żadne nie wyglądało na pewne słuszności zabrania nieznajomego najemnika. Chwilę potem wszyscy już kręcili się po pomieszczeniu, przerzucając się na zmianę pozytywami i negatywami sytuacji.
igP7jsl.png- Prawda jest taka. - Ashton stanął w miejscu, a jego towarzyszki odruchowo zrobiły to samo. - Zdobycie napędu zajmie nam mnóstwo czasu. Gdybyśmy dokonali ostatnich poprawek, poszukali może AI, w tym czasie moglibyśmy zasięgnąć języka w sprawie tego gościa. I jeśli się okaże, że możemy tej transakcji dokonać bezpiecznie, wtedy skorzystamy z szansy. Brzmi jak plan?
igP7jsl.png- Nie lubię go. - Luan wydęła usta, choć nie zamierzała się dłużej sprzeczać.
igP7jsl.png- Brecketta też nie lubiłaś - zauważyła Grav z lekkim uśmiechem.
igP7jsl.png- A kto powiedział, że zmieniłam zdanie?


igP7jsl.pngTrzymała mu kratę wentylacyjną , by mógł ją spokojnie dokręcić, kiedy jej komunikator rozjaśnił się, pokazując zakodowane połączenie. Natychmiast porzuciła robotę, a jej palce intensywnie poczęły klikać w wirtualną klawiaturę.
igP7jsl.png- Hej! - Ash zawołał do niej z wyrzutem.
igP7jsl.png- Poczekaj chwilę, to pilne. - Uniosła rękę w przepraszającym geście, wycofując się tyłem.
igP7jsl.png- Luan, nie mam na to czasu! - zirytował się człowiek, zostając ze śrubokrętem wciśniętym w śrubę i dłonią powstrzymującą ciężką kratę przed upadkiem.
igP7jsl.png- Muszę to odebrać.
igP7jsl.pngRuszyła prawie biegiem do swej kapsuły, usłyszawszy za sobą metalowe brzęki i głośne przekleństwo. U siebie prędko przysiadła na łóżku, zatwierdziła połączenie i hologram ukazał popiersie jej młodszego braciszka, teraz już nastolatka. Nie wiedziała czy to nie migający obraz, ale chłopak wydawał się nieswój. Natychmiast ogarnął ją niepokój, przyćmiewający ogromną radość, jaka pojawiła się w tym samym ułamku sekundy, co zobaczyła imię Seshuana na ekranie.
igP7jsl.png- Zabezpieczyłeś odpowiednio-
igP7jsl.png- Tak - przerwał jej ze zniecierpliwioną miną. - Ciebie też miło widzieć.
igP7jsl.png- Upewniam się tylko. - Uśmiechnęła się z przymusem, choć cieszyła się na widok jego mimo wszystko jeszcze dziecinnej twarzy. Ze swoimi migdałowymi oczami i ciemnymi włosami bardzo przypominał ojca.
igP7jsl.png- Gdzie jesteś tym razem?
igP7jsl.pngTo pytanie odjęło szpilę tęsknoty, jaka ją ugodziła na myśl o reszcie rodziny. Sesh lubił słuchać o jej wątpliwych przygodach bardziej, niż opowiadać o tym, co działo się u niego i w domu.
igP7jsl.png- Czarna kolonia. Padł nam silnik. - Westchnęła ciężko. - To było do przewidzenia, nie bez powodu dostał imię po najwolniejszym ziemskim stworzeniu.
igP7jsl.pngChłopak zachichotał.
igP7jsl.png- Jak to szło? Turtle 2000?
igP7jsl.png- Nie kpij sobie - ostrzegła go groźnym tonem. - 3000.
igP7jsl.png- To powinien śmigać.
igP7jsl.png- Och, ależ śmignął! Tak śmignął, że się rozleciał.
igP7jsl.png- U ciebie zawsze jest wesoło - stwierdził Seshuan z lekkim żalem.
igP7jsl.png- Mogliśmy dryfować latami, więc dyskutowałabym, czy było nam wtedy wesoło. - Wywróciła teatralnie oczami. - Nie mówiąc o powolnej śmierci na stacji badawczej.
igP7jsl.png- Ciężko jest tu bez ciebie.
igP7jsl.pngPatrzyła, jak przyciska dłonie do oczu, starając się ukryć to, czego głos nie potrafił. Ścisnęło ją w gardle. Pamiętała, jak dawniej dokuczała mu w żartach, że byłby beznadziejnym szpiegiem lub tajnym agentem. Nie potrafił nawet skłamać, że nie zjadł czyichś słodyczy.
igP7jsl.png- Taty prawie nie ma w domu, cały czas gdzieś lata. Dużo się dzieje.
igP7jsl.png- Czy tam zawsze nie dzieje się dużo?
igP7jsl.png- Coś się zmieniło. - Sesh zmarszczył brwi, a jego oczy wyrażały zatroskanie. - Mam wrażenie, że panuje większe poruszenie. Na'a mówiła, że odbywa się coś za kurtyną. Coś stresującego i ekscytującego.
igP7jsl.png- Może szykują jej przyjęcie-niespodziankę - zakpiła sobie z siostry Luan, choć zainteresowały ją słowa brata. Na'a była przyzwyczajona do pracy w ulu. Tam wszyscy chodzili wciąż poddenerwowani i energiczni. Większość z nich ćpała pracę, więc jeśli Na'a twierdziła, że pojawił się grubszy projekt na horyzoncie, to tak musiało być. Pytanie tylko, czy Ri'Luan powinna się tym martwić, czy też to rybka z innego oceanu; taki scenariusz byłby jej bardziej na rękę. Mieli wystarczająco dużo na głowie.
igP7jsl.png- Nie świętuje już swoich urodzin. Mówi, że czuje się wtedy, jakby odliczała dni do śmierci.
igP7jsl.pngLuan prychnęła.
igP7jsl.png- To tak bardzo w jej stylu.


tumblr_inline_pdoj45Km7H1r8jbqm_75sq.gifv

igP7jsl.pngPo złomowisku poniósł się paskudny, skręcający kiszki zgrzyt, kiedy proteza Luan zsunęła się po zardzewiałym gracie nieznanej funkcji. Skrzywiła się z niesmakiem, rozglądając wokół, ale poderwała tylko dwa dziwaczne ptaki w oddali z ich drzemki. Wcześniej natknęła się na paru nieszkodliwych zbieraczy, choć patrzyli głodnym wzrokiem na jej nogi i bynajmniej nie ze względu na powabne kształty. Miała nadzieję, że nie postanowią się na nią zasadzić, by rozebrać ją na części. Im dłużej o tym myślała, tym sprośniej to wszystko brzmiało. Zachichotała pod nosem. Powinna była ubrać się skromniej, ale chciała przewietrzyć przewody; rzadko kiedy poza statkiem odsłaniała rękę, bo dzięki temu łatwiej ją rozpoznać. Wystarczająco trudno czasem ukryć jej mechanizm wspomagający nogi. Być może jednak to miejsce nie do końca nadawało się do wietrzenia, biorąc pod uwagę unoszący się smród rozkładu maszyn, okazjonalnej materii organicznej i szczurzych odchodów - lub innego źródła; nad tym wolała się nie zastanawiać.
igP7jsl.pngNa Epicentrze brakowało oczywiście podziału dobowego, ale Luan nie potrzebowała zmierzchu ani wydłużających się cieni by wiedzieć, że spędziła już tu sporo czasu. Jej zegarek zapiszczał nagląco po raz czwarty. Postanowiła dać sobie jeszcze jedną godzinę, nim zawróci, choć gdyby miała być ze sobą szczera, nie chciało już się jej grzebać w tym syfie. Zgłosiła się na ochotnika, bo zamarzyło jej się wyrwać od kompanów, spędzić parę chwil we własnym towarzystwie. Zdążyła zapomnieć, jak bardzo nie znosiła swojego towarzystwa. Dziwiła się czasem, że inni z nią wytrzymywali.
igP7jsl.pngZiewnęła przeciągle, przeciągając się. Odczuwanie bólu nóg nie wchodziło od dawna w rachubę, co było jedyną zaletą jej stanu. Od czasu do czasu rozważała za i przeciw ich amputacji. Mogłaby wtedy postawić na ich miejsce świetnie pracującą, nowoczesną protezę (gdyby posiadała pieniądze). Jednakże dni, kiedy połączenia nerwów w ręce szwankowały, a spięcia pozbawiały ją ruchu dłoni, skutecznie ją odwodził od tego pomysłu. Nienawidziła takich dni. Natomiast kondycyjnie męczyła się bardziej. Ta cała mechanika swoje ważyła, a wspinanie się po górach śmierci do najłatwiejszych zadań nie należało. Kiedy wróci, uprzedzi resztę, że następnego dnia wybiera się kto inny. Z obrzydzeniem odkleiła od swojej koszulki mokry, ciemny płat.
igP7jsl.png- Lonely, I am so lonely, I have nobody, I'm on my own...
igP7jsl.pngLuan podniosła zaskoczona głowę. Nie potrafiła dostrzec źródła dźwięku, więc ostrożnie ruszyła w stronę, z której dochodził. Piosenka rozbrzmiewała spod sterty zepsutych narzędzi. Zaczęła je rozsuwać, aż dostrzegła pod sobą nikłe blade światełko. Sięgnęła tam ręką i zaraz cofnęła ją z krzykiem. Wnętrze dłoni przecinało zaskakująco głębokie nacięcie, o włos od tętnicy kciuka. Zaklęła, wściekła, że wpakowała tam akurat normalną rękę. Rozerwała koszulkę i z trudem obwiązała sobie sama prowizoryczny opatrunek, który szybko nasiąknął świeżą krwią. Teraz powinna narzucić tempo. Schyliła się raz jeszcze, wyciągając tym razem protezę. Wymacała palcami pionową blaszkę z wcięciem, akurat mieszczącym się w dłoni i zapierając się nogami, pociągnęła śpiewające dalej radyjko w górę. Prawie by zleciała z tej góry gruzu, bo śmieci zaczęły się osuwać spod jej stóp. Na szczęście nie doprowadziła do kolejnego wypadku i mogła podziwiać znalezisko.
igP7jsl.pngRadyjko okazało się niedużym robotem. Całkiem słodkim - [opis jak mi się zachce]. Nie wyglądał jednak na takiego, co im się przyda, więc tylko poklepała go po głowie i odwróciła się.
igP7jsl.png- Please don't leave me / Please don't leave me.
igP7jsl.pngSpojrzała zaskoczona na robota. Tknęło ją współczucie, ale jednocześnie wyobraziła sobie, jak Ashton ukręca jej łeb za zaśmiecanie statku. Nie spieszyło jej się do grobu.
igP7jsl.png- Przepraszam, ale szukam AI na statek. - Rozłożyła bezradnie ręce.
igP7jsl.png- I wanna be the very best, like no one ever was.
igP7jsl.pngUśmiech wypłynął na twarz Luan.
igP7jsl.png- Jesteś w stanie podpiąć się pod sieć? Dlaczego mi odpowiadasz muzyką?
igP7jsl.png- Baby I was born this way.
igP7jsl.png- Ale potrafisz też mówić normalnie? - dopytywała, cała podekscytowana.
igP7jsl.png- Potrafię, ale zaprogramowano mnie do rozładowywania napięcia psychicznego wśród ludzi.
igP7jsl.pngNa tę wiadomość aż zatarła radośnie ręce, a w oku mignął błysk.


igP7jsl.png- Wróciłam!
igP7jsl.pngZ okrzykiem na ustach, stanęła w wejściu w szerokim rozkroku, pod jedną pachą trzymając robota, pod drugą puszystego kota z mechaniczną łapą i okiem. Drzwi zamykały się za nią z sykiem, a ona stała z klatką piersiową unoszącą się spazmatycznie po biegu (wracając dostrzegła znów tamtych zbieraczy), gołym brzuchem po zerwaniu koszulki na opatrunek dłoni, spod którego krew ciekła teraz na podłogę, brudna jakby umyto nią podłogę u mechanika, ale i z miną pełną dumy i samozadowolenia. Towarzysze stali za to przed nią z minami co najmniej skonsternowanymi. Jasne oczy Ashtona zdradzały niepewność, czy natychmiast zawrócić czy wybuchnąć śmiechem. Otworzył usta, chcąc zadać pytanie, ale zamiast tego zasłonił je dłonią. Po chwili ciągnącej się w nieskończoność i drętwiejących działających resztkach ciała Luan, odezwała się Gravity:
igP7jsl.png- Co to?
igP7jsl.pngLuan oblizała spierzchnięte usta i zerknęła na robota. Ten uniósł rękę w geście powitania.
igP7jsl.png- Hey, hi, hello.
igP7jsl.png- To nasz nowy komputer pokładowy - wydusiła z trudem, kładąc go na ziemi. - Porozumiewa się tylko piosenkami. W dodatku Ziemskimi, Ash. - Wyszczerzyła zęby. - Powinieneś poczuć się jak w domu. Wasi informatycy mają naprawdę specyficzne poczucie humoru...
igP7jsl.png- Toć to złom.
igP7jsl.pngBreckett stanął nad robotem skrzywiony, a ten zbliżył się do niego o krok i wsunął mechaniczną rączkę w jego wyciągniętą dłoń.
igP7jsl.png- You know I'm still standing better than I ever did / Looking like a true survivor, feeling like a little kid / I'm still standing after all this time...
igP7jsl.pngAshton także się zbliżył, by mu się przyjrzeć.
igP7jsl.png- Naprawdę odpowiada tylko piosenkami?
igP7jsl.png- It's raining men, Hallelujah!
igP7jsl.pngLuan wybuchnęła śmiechem, ocierając łzy z oczu. Kot miauknął w proteście. "Uwielbiam go", powtarzała raz za razem, a robot co chwila wtórował jej odpowiednią piosenką. Stanowiły świetny duet do grania na nerwach.
igP7jsl.png- A wytłumaczysz to drugie znalezisko?
igP7jsl.pngLuan spojrzała na nietypowego zwierzaka. Był niski, wychudzony, ogon przypominał szczotę do kibla, nie było w nim nic majestatycznego, poza wielką kępą futra, z jakiej się składał, w kolorze egzotycznego, prawie białego piasku. Szedł za nią, kiedy wracała z robotem, zatrzymywał się, patrząc niewinnie w bok, kiedy się na niego oglądała. Przynajmniej będzie miała z kim porozmawiać, gdy wszystkich innych zmęczy.
igP7jsl.pngPo prostu podała go Ashowi. Przyjął go z wahaniem i przycisnął do piersi, jak ona przed chwilą. Kot zamruczał podstępnie, a Conway odchrząknął. Podczas gdy Gravity obskakiwała zwierzaka w jego ramionach, głaszcząc go z każdej strony, wzrok mężczyzny powędrował do zakrwawionej dłoni Luan. Wskazał ją brodą.
igP7jsl.png- Trzeba to opatrzyć. Głęboko?
igP7jsl.pngOddał kota Gravity, która przyjęła go z radosnym zachwytem, a Ri'Luan spojrzała z zaskoczeniem na swoją rękę. Zupełnie o niej zapomniała. Wyciągnęła ją do towarzysza, a ten szybko, ale całkiem delikatnie począł odwijać materiał. Spodziewała się szarpania i awantury. Musiał polubić kota.


igP7jsl.png- Idiotka. Co ty sobie myślałaś?
igP7jsl.pngWłaśnie takiej reakcji się spodziewała. Strofującego brata, wyciągającego ją z kłopotów. Naprawdę powinien przestać zachowywać się jak jej rodzina, bo zaczynało ją to krępować. W odpowiedzi ziewnęła, odwracając wzrok od rozchodzącego się na boki mięsa, ku Gravity przycupniętej pod kolumną z wielce zadowolonym kotem. Jego mruczenie dało się słyszeć z daleka.
igP7jsl.png- Nie wiem, o co ci chodzi. Przecież to ładne rozcięcie. Miałam tylko to.
igP7jsl.pngWolną ręką szarpnęła za podartą koszulkę. Ashton przeniósł wzrok na jej odsłonięte ciało i chrząkając, zaraz wrócił do opatrywanej dłoni. Wymagała szwów.
igP7jsl.png- I wtedy jeszcze nie była brudna... Aż tak.
igP7jsl.png- Miałaś szczęście, że nie uszkodziłaś tętnicy.
igP7jsl.pngLuan wywróciła oczami do Gravity, na co ona odpowiedziała tym samym. Uśmiechnęły się do siebie.
igP7jsl.png- Dokręciłeś sobie tą kratę?
igP7jsl.pngOczy Asha powędrowały znów ku jej twarzy. W jaskrawym świetle lampy, przy której pracował, wydawały dużo bardziej nasycone, niż normalnie. Z szarych zrobił się niebieskie. Ciekawe.
igP7jsl.png- Tak, nie dzięki tobie.
igP7jsl.pngNagle jej dłoń zapłonęła żywym ogniem. Ri'Luan wciągnęła z sykiem powietrze, zagryzła wargę. Zazwyczaj atakowała ból bólem, by odwrócić swoją uwagę od tego, który odczuwała mocniej. Zazwyczaj działało, ale teraz ręka pulsowała i piekła, spychając wszystko na drugi plan. Potem zaczęła drętwieć, uciszając cierpienie.
igP7jsl.png- Wiesz, zazwyczaj uprzedza się pacjenta przed czymś takim - wydusiła przez zęby, wykręcona ciałem.
igP7jsl.pngAshton uśmiechnął się zadziornie, ale kiedy zobaczył łzy w jej oczach, spokorniał nieco - choć nie posunęłaby się do założenia, że zrobiło mu się głupio.
igP7jsl.png- Przepraszam. Zaraz nic nie będziesz czuć.
igP7jsl.png- Nawet bólu egzystencjalnego? - zażartowała, z ulgą przejmując chłodne znieczulenie, rozlewające się od rany i wnikające dalej.
igP7jsl.png- Niestety, na to trzeba czegoś więcej, niż środka znieczulającego. Może szamana?
igP7jsl.png- "Szamana"? - powtórzyła, marszcząc brwi. Translator nie znał tego słowa. - Co to?
igP7jsl.pngChociaż sama zadała to pytanie, nie słuchała odpowiedzi, zbyt zajęta obserwowaniem metalowej nici i igły, przebijanych przez jej tkanki. Parę razy widziała, jak matka zaszywała dziury w ich ubraniach, ale to wyglądało bardziej... znajomo. Nie przez to, ile ran odniosła, przyzwyczajenia do widoku; bardziej z faktu, że jej ciało otrzymywało kolejny kawałek metalu. Westchnęła.
igP7jsl.png- Niestety wchłanialne się skończyły. Poza tym to nie jestem pewien, czy na takie głębokie nacięcie mógłbym je zastosować. - Uśmiechnął się do niej. - Patrząc pozytywnie, cięcie miałaś tak proste, że nie musieliśmy używać lasera.
igP7jsl.png- Prawdę mówiąc, nie zrobiłoby mi to już zbyt wielkiej różnicy, ale doceniam próbę podniesienia na duchu.
igP7jsl.png- Do usług.
igP7jsl.pngNa jakiś czas zapadła cisza, kiedy Ash skupił się na pracy, Gravity bawieniu z kotem, a Luan wsłuchiwaniu w ciało. Zdrowa ręka świerzbiła ją natrętnie, nie pozwalała sobie jednak na drapanie. Obawiała się, że bez czucia, mogłaby mechaniczną dłonią rozorać ją do krwi. Zdarzyło się parę razy, że skaleczyła się w nogi i nie była tego świadoma. Kiedyś biegała po stacji badawczej, gdzie ją zamknięto i wykrzywił się jeden z elementów w mechanizmie wspierającym jej ruchy. Blaszka rozdarła skórę i wbijała się w ciało. Zorientowała się dopiero, gdy skończyła okrążenie i zobaczyła przed sobą krwawy szlak. Prawie straciła przytomność. Gdyby zemdlała, dziś mogłoby jej już tutaj nie być.
igP7jsl.pngPrzyjrzała się mężczyźnie. Minęło trochę czasu, odkąd wylądował na jej planecie i spotykali się ze sobą. Zestarzał się całkiem szlachetnie, jeśli można to powiedzieć o kimś, kto wstąpił dopiero w siłę wieku. Zmienił się. Jego rysy wyostrzyły się, spojrzenie stało się chłodniejsze. Wyzbył się nastoletniej frywolności, co oczywiście było zrozumiałe; Luan też nie czuła się tą samą osobą, co wtedy. Nie musząc martwić się o następny dzień, o rodzinę, żyło się lekko. Tak jakby stopy mogły oderwać się od ziemi, jeśli odepchniesz się od niej wystarczająco mocno, jakby grawitacja prawie nie istniała. To troski ciągną cię w dół, sprowadzają tam, gdzie musisz stawiać następne kroki. Zastanawiała się jednocześnie, czy te odczucia towarzyszą każdemu czy jedynie takim nieszczęśnikom jak ona. Chciała parę razy zapytać go o to, ale zamykał się w sobie. Nie był taki wygadany jak kiedyś, a może po prostu nie znała go na tyle dobrze. Tak czy inaczej, nie zapowiadało się na to, by miało się to zmienić.
igP7jsl.png- Dowiedzieliście się może czegoś nowego?


2tlGTsD
"Art, the ability to make it, gives meaning to sadness in a way that many aren’t able to experience.”

Offline

Użytkowników czytających ten temat: 0, gości: 1
[Bot] CCBot

Stopka

Forum oparte na FluxBB

Darmowe Forum
staszic-2000-f-rpg - skycraft - ararauko - lisemc - zieloneimperium