Opowiadania grupowe - forum Depesza

Opowiadania grupowe

Nie jesteś zalogowany na forum.

#1 2017-07-24 04:46:52

Faworek
Pochwalony Faworek Depeszek
Windows 7Chrome 58.0.3029.110

Faith and Power

Wątek w budowie! Uprasza się o uważanie na głowy!

dictate_of_karametra_by_noahbradley-d7en8kn.jpg

Obowiązkowy podkład muzyczny pod czytanie




Legendy Wysp Krainy




Pierwszym pomysłem Krainy były rzeki; rzeki białe niczym mleko migdałowe i wypełnione tilapiami koloru poświaty księżyca kochającymi łagodny nurty rzek Krainy.
Kraina stworzyła więc rzeki i wypełniła je tilapiami.
Drugim pomysłem Krainy były łąki; łąki bardziej zielone niż łodygi trzciny nad jeziorami, szczęśliwe w towarzystwie dwudziestu tysięcy nagietek, dorodnych łań danieli i strzeżone okiem szlachetnych bocianów.
Kraina stworzyła więc łąki tuż obok białych rzek i uszczęśliwiła je kwiatami.
Trzecim pomysłem Krainy były lasy; lasy o liściach wyciągających się do promieni słońca i namalowane barwami zwierząt kochających drzewa, żyzną glebę i rosnące na nich dorodne owoce.
Kraina stworzyła więc lasy pomiędzy białymi rzekami a łąkami koloru nagietek i wysłała doń zwierzęta, aby żyły w zgodzie i miłości.
Czwartym pomysłem Krainy był wiatr; wiatr niosący na swych ramionach bratnią miłość, zachwyt i wdzięczność, a skowronki i mewy otaczający dobrobytem.
Kraina stworzyła więc wiatr, by łączył rzeki, łąki i lasy.
Piątym pomysłem Krainy byli bogowie; bogowie o imionach brzmiących jak dzwoneczki poruszane poranną zorzą i o charakterach troskliwych i łaskawych. Stworzenia Krainy zwały ich Aaman, Bogini, Osnova, Siene oraz We.
Kraina zrodziła więc pięciu bogów, by dbali o jej los jak o dzieci z własnego łona oraz obdarzyła ich ogromem mocy, by mogli to robić z lekkością i przyjemnością. Ich serca pełne były miłości do kreacji delikatnej niczym kwiaty kotków wierzbowych. W ich pięknych umysłach powstawali kolejni bogowie, a ich ręce tworzyły im ciała, w których mogli się skryć.
Zbudowali wspólnie czas. Stworzyli mu ciało z muszli małży, w której zamknęli morza, by wyznaczały upływ pór roku, miesięcy i chwilę wschodu słońca.
Krainę wypełniła również mowa, która nauczała słów o bogatych znaczeniach, skupiła je w cudownych językach i podarowała wiatrowi, aby wdmuchnął je w stworzenie.
Bogowie ofiarowali niewinność mowy czasowi. Ceremonia zaślubin trwała dopóki nieba nie uśpił pięćdziesiąty piąty zachód słońca. A gdy gwiazdy zamknęły oczy, jedność czasu i mowy przyniosła sztukę.
Sztuka była bóstwem szlachetnym. W jej urodę włożono kruszone muszelki jako dowód delikatności jak i ostrej śmiałości, różowy kwarc wytopiony przez piorun, aby niemożna było zapomnieć, że jest to dar bogaty w blask i nieprzemijający oraz trel słowików o wschodzie słońca, by tęskniono za jej widokiem. W jej oczach schowano inteligencję kruków, a zgrabne ruchy tworzył spokojny lot świetlików. Krawędzie jej ciała wyszyto wstążkami z blasku słońca, przeszywając ją próżnością. Była piękniejsza od blasku księżyca, który malował ówczesnymi nocami fale jezior.
Rzeki, łąki i lasy kochały sztukę, zapraszały ją do wspólnych zabaw i pragnęły rozpieszczać podarunkami. Doznała uwielbienia słodszego niż smak owoców letnich mandarynek. Posmak ten wzmagał jej apetyt na pochwały tak jak plony aktinidii łaskotały podniebienie. Sztuka pragnęła skupić na sobie więcej podziwu. Z prądem jej myśli przypłynęła chęć zajęcia miejsca słońca na tronie stojącym w centrum świata lecz żaden z piątki pierwszych bogów nie dał zgody. Słońce otworzyło wówczas usta i rzekło, że ustąpi, jeśli sztuka otoczy tron pięcioma tysiącami dowodów darzonego ją uwielbienia, które kochające ją istoty złożą nieprzymuszenie w darze.
Wówczas rzeki wraz z tilapiami, łąki malowane dwudziestoma tysiącami nagietek, lasy pełne bujnych roślin i sytych zwierząt, wiatr wznoszący ptaki do lotu oraz reszta stworzenia wstrzymały swe pieszczoty, ponieważ wiedziały, że tron stojący w centrum świata należy do słońca, a słońce należy do tronu i to ono powinno na nim siedzieć.
Lecz sztuka nie gustowała w smaku pragnień zaniechanych. Przemierzała rzeki w poszukiwaniu kamieni, które nie ustępowały ich nurtom. Poprosiła płetwala o jego ciężar i wycięła z niego najlżejszy liść, który ulegał najsłabszym wiatrom, nie mogąc upaść na ziemię. W szklanej szkatułce zamknęła pioruny burzy, które wybuchając gniewem w niewoli, zrzuciły skórę blasku i biły o przezroczyste ścianki językami ognia, a gdy dojrzała bongo karmiącego się kwiatami na łące, oddała mu owe skarby. Zwierzę zbudowało z nich dwie pary rogów: jedną przymocowało do swego łba, drugą oddało sztuce. Ona zaniosła ją do stóp bogów, aby tchnęli w nią jaźń.
Nowe życie nazwała mężczyzną i nauczyła go kochać nic ponad sztukę.
Oczy mężczyzny nie dostrzegały więc nic cennego ani godnego szacunku prócz tej, która dała mu imię. Nie pozwalało mu na miłość do rzek, lasów ani wiatru to, z czego został zrobiony, a łąki traktował z zachłannością przekazaną mu od twórcy. Jedyne czego pragnął nazywano szczęściem sztuki. Dla tej, która dała mu imię był w stanie przenosić uparte i oddane swoim miejscom góry i bezlitośnie powalać płaczące przez to puszcze, jeśli ona śniła o tym, by to zrobił. Był wierny jak pingwin, czuły jak ryba. Wraz z każdym zachodem czerwonego słońca przynosił jej podarunek, chcąc ujrzeć jej marzenia nie tylko w jej tęsknych opowieściach. Mimo tego jej serce nie potrafiło zaufać woni jego lojalności. Miała utrzymywać się na skórze rozgrzewająca oraz zmysłowa i równie nieustanna jak słodki zapach goździków czy drzewa sandałowego. Sztuka sprawdzała to życzeniami, które stawały się śmielsze niż szkwały na grymaśnych morzach i zbrodnicze, a mężczyzna spełniał każde z nich. Z jego ust nie usłyszała odmowy, gdy poprosiła, by przyniósł jej rogi swego twórcy, aby mogła stworzyć podobnego jemu brata, aby we dwóch obdarowywali ją wyrazami podziwu.
Lecz bongo nie chciał oddać swych rogów. Mężczyzna przyniósł więc sztuce jego głowę odciętą od ciała, tak jak horyzont odcina przejrzystość oceanu od błękitu nieba.
Było to pierwsze morderstwo, które zdarzyło się w Krainie. Z tym czynem sztukę okrzyknięto symbolem zbrodni, bezwzględnego okrucieństwa, żerowania oraz złego uroku i przybrała postać hieny o dwóch głowach.
Bogowie dojrzawszy, co uczynił mężczyzna, oddarli fragmenty od swoich najdoskonalszych cech charakterów. Na lustrzanej tafli jeziora namalowali nimi smukły kształt przedstawiający istotę o jednej głowie z długą grzywą i dwóch parach kończyn. Jej wnętrze wyłożono kwiatami wiśni oraz mimozy, by dzięki nim była wrażliwa i ceniła dar życia. W jej pierś włożono płuco delfina, aby każdy jej oddech był pełen szczerej chęci niesienia dobroci. Do kończyn przymocowano jego cień, by nie zapominała, że wierna musi być jedynie wolności oraz mądrości. Dano jej jaźń i imię: kobieta. Żmije zaprowadziły ją w miejsce, gdzie siedział mężczyzna. Ujrzawszy jego twarz, kobieta chwyciła jego dłoń i zaprowadziła nad morze. Bawili się z rakami, jedli cyfomandry i prowadzili długie rozmowy. Kobieta pokazywała mu miłość, której nie nauczył go nikt wcześniej. Tamtego dnia mężczyzna nie chciał opuścić boku kobiety. Zapragnął móc usłyszeć jej wdzięczny jak jaskółczy lot śmiech słany stronę błyszczących gwiazdozbiorów i patrzeć, z jak wielkim zachwytem wita jutrzenkę przed nadchodzącym porankiem. Zapomniał o zwyczaju wręczania o zachodzie słońca podarunku tej, która dała mu imię.
Serce zawiedzionej i zdradzonej sztuki wypełniła gorycz. Rozdzierające uczucia zawrzały i wyrwały się gwałtownie z jej wnętrza wraz z krzykiem głębokiej rozpaczy niczym przerażony bażant spomiędzy wysokich traw. Ten wrzask prócz powietrza i wód rozdarł również ziemię jak płat tkaniny, rozcinając dotąd scalony grunt Krainy i rozbijając go na pięć części. Fragmenty kontynentu rozsunęły się, tworząc oddzielne wyspy, rozrywając rzeki, rozpoławiając łąki i raniąc lasy. Agonię oraz gniew Krainy odczuły drzewa od korzeni po korony, kierunek wiatru oraz promienie słońca. Jedną z części zalały nagle łzy i pot Krainy. Drugą z części zaczęły opuszczać siły. Na następnej nagły chłód zaczął szczypać zwierzęta w oczy. Czwartą szarpało rzężenie i kaszel. Nad piątą czas zaczął zataczać koła ku przeszłości. W Krainie zapanował chaos niszczący radość i zjednanie. Wówczas każdy z bogów wybrał jedną z wysp i zapewnił jej swą opiekę, ratując ją przed marnym końcem i zniszczeniem. Zwrócili jej siłę i wigor, ale okaleczonych fragmentów nie zdołali zespolić z powrotem. Kara za cierpienia Krainy nie mogła być więc pobłażliwa.
Sztuka została uwięziona przed centrum świata: w blasku promieni, w którym była niewidoczna i nieważna. Wystarczająco blisko, by słyszeć wszystkie podziękowania, pochwały i uwielbienie niesione na skrzydłach ważek do słońca, jak i wystarczająco daleko, by żadne choćby przez przypadek nigdy nie trafiło do niej. Wkrótce pamięć o sztuce zaczęła zanikać.
Była to najokrutniejsza kara dla bóstwa.




20150421_giant_leaves_by_psdeluxe-d8qnznt.jpg




Trochę od Fawora

Witam ponownie w świecie FaPacza. Przeznaczenie - ja - zdecydowało, że ten wątek nie może umrzeć. Prawidłowo. Ma za duży potencjał, żeby zginąć w czeluściach porzuconych wątków. Jest wyjątkowe. Czemu? Ponieważ tutaj, w świecie Wysp Krainy oprócz postaci, której losami pokierujesz, masz możliwość stworzenia również swojego własnego państwa! To jedyny wątek, gdzie możesz poczuć się bogiem od stóp do głów i z powrotem, zespalając się z otaczającym cię tu światem każdym, pojedynczym końcem neuronów. Nic jednak za darmo! Chcąc dostać miejsce na swój mały świat, musisz podpisać pakt z szat... Nazwijmy to umową biznesową.
Wygląda to następująco: zapisując się do wątku, dostajesz wyspę na własność. Od tej chwili jesteś odpowiedzialny za jej byt. Zyskujesz przyjemność ustalenia każdego jej szczegółu - zaczynając od klimatu atmosferycznego, topografii, fauny i flory, jadąc dalej poprzez nadanie rasy zamieszkującej wyspę ludności, co wiąże się z wybraniem znaków szczególnych ich wyglądu jak i ich kanonu piękna oraz rodzaju magii, którą się posługują, kończąc na stworzeniu ich społeczności, w co wlicza się religia (najważniejsi bogowie, pomniejsze wierzenia, przesądy, kulty, święta itp), kultura (język, architektura miast i wiosek, szkolnictwo, tradycyjne instrumenty muzyczne, zapoznanie z pismem, kuchnia regionalna i sposób spożywania), gospodarka, ustrój polityczny oraz usposobienie wobec rodaków czy cudzoziemców (traktowanie kobiet i gości w domu, hierarchia w rodzinach, zachowanie w miejscu publicznym) i co tylko jeszcze zechcesz wymyślić.
To, co znalazło się w powyżej wyszczególnionych nie jest wymienione po to, by od samego początku martwić głowę nad wymyśleniem każdego z podpunktu. To jedynie ukazanie wielkich możliwości, jakie służą Wam w każdej chwili, aby wyraźniej móc opisać życie wyspy. Nie wymagam na starcie więcej niż tego, co najbardziej potrzebne, choć w każdy pomysł urozmaicający, będę wczytywać się z przyjemnością. Daję wolną rękę. Proszę tylko, aby nie szaleć z pomysłami w kwestii rozwoju technologicznego - on jest tu na poziomie świeżo udomowionych wierzchowców, woskowych świeczek i listów słanych odpowiednikami naszych gołębi pocztowych. Technologię proponuję zastąpić magią i siłą natury.
Ceną, jaką pragnę za udostępnienie wyspy są posty.
Sądzę, że dużo ładniej będzie wyglądać, kiedy opis państwa znajdzie się w osobnym poście niż Karta Postaci.
W Karcie Postaci nie akceptuję żadnych realnych zdjęć.
A więc? Umowa stoi?




Fabuła

Akcja rozgrywać się będzie wokół przedstawicieli magów wysp, ich przygodach z magią, doświadczeniach z polityką ogólnoświatową i prywatnych problemów. Wolałabym, aby tym razem nie były to kilkunastoletnie szczyle, które dopiero co uczą się posługiwać mocą, nie wspominając już o obyciu. Brzmi poważnie, ale obiecuję, że nie uda się utrzymać tu poważnego klimatu.




d2c6bc7bd81ef447b149492404d5096a-d7sgy7b.jpg

Pięć Wysp Krainy opisano tutaj.

Bohaterowie:

Sheila Ma'alik z Laquii - Arbalester

Samir Shazim z Rarikhy - Arbalester

Dimka ze Stusohl z Wezoshu - Faworek

Quaya Armaraad z Rarikhy - Faworek

Bjórta Eihnersenn z Hjerry - Angelue

Vaienn far'Heir - Angelue

Postacie poboczne występujące w fabule spisano tutaj.


Spis treści
Rozdział SBD - Na granicy Lasu Tysiąca Szeptów
Rozdział QVSr


Próżno ich sypkie zatrzymują śniegi
i lodem wzdęte odpychają brzegi.
Przeszli zawady, bo miłość szła wprzódy,
zmiatała śniegi i topiła lody

Offline

#2 2017-07-24 21:23:54

Faworek
Pochwalony Faworek Depeszek
AndroidChrome 56.0.2924.87

Odp: Faith and Power

targaryen_by_aprilis420-d5mnto7.jpg




Dusze ludzi, których ciała umierają, do bogów odprowadza śmierć. Śmierć jest braćmi, a ich imina to Battran i Huicho.
Battran jest przewodnikiem, który nie śpieszy się po dusze. Zanim do nich dotrze, żyją one przez długie lata, od których skóra ich ciał zaczyna się marszczyć, a zęby wypadać. Battran nagradza tych, którzy swe życie spędzili dobrze, nosili miłość w sercu i wielu ludzi zdołali pocieszyć, dając im czas na pożegnanie z tymi, których kochali i na przygotowanie darów, które chcieli zabrać, aby podczas uczty u bogów mogli pokazać, jak wykorzystali dane im życie.
Battran przybiera postać ślimaka, lecz zamiast muszli dźwiga ludzką czaszkę. Jego brat Huicho, tak samo jak on, ukazuje się jako ślimak, lecz głowa jego, z której czubka wyrasta para długich uszu, ma pysk zająca.
Huicho nie zostawia duszom czasu przed zdjęciem z nich ciał. Jego podróż od bogów do ludzi trwa krócej niż kilka spacerów słońca po niebie. Przychodzi nagle, lecz nie niespodziewanie. Przed swym przybyciem przysyła zapowiedź: chorobę, wypadek, lub tragedię.
Postać Huicho jest symbolem nadziei, ponieważ ludzie aż do ostatniego tchnienia swego lub swojego bliskiego modlą się gorliwie, by Huicho zawrócił nim dojdzie pod próg tego, kogo powinien zaprowadzić na ucztę u bogów. Kiedy modły są tak piękne i czyste jak pąki lilii wodnych, Huicho gubi surowość i pozwala żyć.
Jednak nawet tak czyste jak młode lilie modły słane do Huicho przez szóstkę dzieci o sercach szczerych i kochających nie mogą zostać wysłuchane, jeżeli przychodzi on na życzenie boga, który pragnie widzieć duszę człowieka przed sobą.
Te słowa zostały powiedziane przez Tui (zwano tak kobiety dopilnowujące, by dzieci tych, dla których pracowały, miały pod dostatkiem jedzenia, ubrań, zabaw i nauki) kiedy Dimka, jego starszy brat, starsza siostra, młodszy brat, druga siostra i trzecia siostra przebywali w domu drugiej siostry ich matki, w mieście Lamai, w dolnej części Gyengye, kryjąc się przed epidemią trawiącą wioski Wezoshu.
U końca dnia, podczas którego padły te słowa, Dimka zapytał starszą siostrę, co oznaczały. Klękła wtedy przy nim i zamknęła go ciasno w swych wciąż dziecięcych ramionach, szepcąc wątłym jak opuszczona przez pająka pajęczyna głosem, że ich matka umarła. Ciepło jej dotyku, którego nie poczuł nigdy wcześniej ani później, wraz z wiadomością o śmierci ich matki, zakończyło dni wyścigów na dengu po korytach miasta, gonitw za padalcami wokół bagien i ucieczek przed zacietrzewieniem Tui, gdy jego zachowanie nazywano nieprzystojnym. Dopóki posłaniec ich ojca nie przyniósł z Wezoshu listu z podziękowaniem za opiekę nad gronem jego pociech i informacją o wyruszeniu konwoju, który ma sprowadzić je do rodzinnej wioski w ojczyźnie, Dimka spędzał dnie na nauce Prayi - znaków mowy ludzi Gyengye. W dzień przybycia konwoju na liściu lepiężnika zapisał list skamlący o zwrócenie życia matce i poprosił wolnego żółwia, by zaniósł go bogom.
Cierpliwie czekał na odpowiedź. W międzyczasie wysyłał wiadomości do siostry swej matki z gorącymi naleganiami, by wyglądała za żółwiami niosącymi wieści. Rozpaczliwych łez smutku, które spływały po jego policzkach, gdy bogowie nieustępliwie używali mowy ciszy, nikt nie wytarł. Żal i tęsknota kapały ze źródełka dziecięcych uczuć, póki ojciec nie usadził go na swym kolanie, opowiadając historię o drzewie migdałowca, którego przyjacielem był trzmiel. Trzmiel spędzał w kielichach kwiatów drzewa każdy z dni, rozmawiając z drzewem, dlatego drzewo przeszyły myśli pełne zmartwień, gdy trzmiel nie przyleciał. Chciało ruszyć na poszukiwania, lecz jego korzenie były zbyt głęboko zanurzone w gruncie. Zapytał więc przechodzącego nieopodal gronostaja o pomoc. Zwierzę nie rozumiało jednak języka drzew ani trzmieli, a drzewo nie znało języka gronostajów. Dlatego gronostaj wdrapał się na gałęzie drzewie i nauczył go swej mowy, aby mogło powiedzieć mu, co chciało. Kiedy gronostaj usłyszał o zaginięciu trzmiela, wzruszony troską drzewa o przyjaciela, obiecał go odnaleźć. Podążył tropem trzmiela, lecz kiedy nie wracał przez długi czas, drzewo zawołało do przelatującej nieopodal ulewy, pytając czy go widziała. Ulewa nie rozumiała jednak języka drzew ani trzmieli ani gronostajów, a drzewo nie znało języka ulew. Dlatego ulewa zawisła nad drzewem i nauczyła go swej mowy, aby mogło powiedzieć jej, co chciało. Kiedy ulewa usłyszała historię zatroskanego o przyjaciół drzewa, obiecała ich odszukać. Pogoniła po widnokręgu, lecz kiedy nie wracała przez długi czas, drzewo zagaiło do zbliżającego się człowieka, pytając czy ją widział. Człowiek nie rozumiał jednak języka drzew ani trzmieli ani gronostajów ani ulew, a drzewo nie znało języka ludzi. Dlatego człowiek siadł przy drzewie i nauczył go swej mowy, aby mogło powiedzieć mu, co chciało. Kiedy człowiek usłyszał, co wydarzyło się do tej pory, nie odszedł, by szukać jego przyjaciół. Wpierw poprosił, by drzewo nauczył go wszystkich języków, jakie zna, ponieważ wiedział, że trzmiel nie rozumiejąc mowy gronostaja, ulewy i ludzi, nie zaufa żadnemu z nich i nie pozwoli zaprowadzić się z powrotem do drzewa. Wtedy dopiero ruszył ich tropem, a gdy wrócił, drzewo przekonało się, że miał rację.
Chcę powiedzieć, podsumowywał opowieść ojciec chłopca, że twoja matka urodziła się w Gyengye, lecz to nie znak, że wezwał ją bóg jej ludu. List powinieneś napisać do każdego z bogów w mowie, w której modlą się do niego ludzie, aby wiedział, że to list do niego. Pozwolę ci płakać dopiero wtedy, gdy poznasz wszystkie języki Wysp Krain i wyślesz listy do bogów napisany każdym z nich. Mężczyzna poddaje się dopiero wtedy, gdy dla swych bliskich zrobi wszystko, co było w jego mocy.
Dimka poznał więc podstawowy zasób wyrazów każdej z Wysp Krain jeszcze zanim wyjechał do Akademii Pięciu Monumentów, choć zdołał się domyślić, że żadne listy nie zwrócą mu matki.




Nauka w Akademii trwała pięć lat. Dimka wspomina spędzone tam chwile z nostalgią w sercu trzepoczącą skrzydłami kolibra. Gdzie lepsze dla dokazującego i bardziej psotnego niż kapucynka chłopca znajdzie się miejsce jeśli nie wśród kamiennych murów pertońskiej szkoły, po której korytarzach biegają podobni lub lepsi w swawoleniu? Nazwa szkoły nie kojarzy się mu z rygorem ani surową presją, którą dzieci zmuszano do zmieniania się w mężczyzn o sile północnych niedźwiedzi, o wiedzy stuletnich gwiazd i szanujących honor swój oraz cudzy. Akademia Pięciu Monumentów to jednakowość szukania granic swych możliwości i niegodzenia się z nimi, pierwszego dosiadu dymnego konia oraz braterskich starć magii i turniejów fechtunku. To przestrzeń, która chwyta męskie ramię i wskazuje mu sposób uwolnienia ściąganych wcześniej wodzy skrywanych wewnątrz zasobów energii, magii i charakteru; która uczy cierpliwie lojalności między przyjaciółmi, co na miano braci musieli zasłużyć; która wraz z końcem nauki rozszerza wrota pozwalając odejść ludziom od tej chwili dumnie nazywanymi godnymi następcami swych ojców.
Święto Powrotu Syna trwało tradycyjnie pięć dni, podczas których rodzina, przyjaciele oraz sąsiedzi odwiedzali jego rodzinny dom, by ujrzeć stopień jego postępów, które powinien zrobić. Jego rodzic słyszał wówczas gęstszy niż lasy Laquii bezlik słów podziwu i gratulacji, lecz wyłącznie propozycje Inicjatorów - osób, które osiągnęły najwyższy stopień umiejętności w obrębie swej specjalności - w sprawie kontynuowania nauki Dimki pod okiem wybranego z nich, mogły dogodzić jego zadowoleniu. Ku radości całej rodziny, głowę ojca szybko wypełniało zmartwienie możności oraz mnogości wyboru spomiędzy ofert, ponieważ Dimka w oczach Inicjatorów okazał się potencjałem wartym dalszego rzeźbienia.
Mięśnie ma twarde, lecz spojrzenie łagodne, mówili podczas odwiedzin w ich rezydencji. Jest orzechem palmowym. Jego twarda skorupa nie pozwoli wypłynąć krytemu wewnątrz bogactwu, które samo w sobie jest delikatne i łatwe w ulepszaniu.
Lecz ustalenia i pertraktacje dotyczące przyszłości Dimki nie potrafiły zainteresować sobą uwagi jego samego. Jego myśli niczym liść wrzucony w nurt górskiego potoku płynęły wciąż w stronę nowego członka ich rodu, który zajmował miejsce u boku jego starszego brata. Jego żona o imieniu Leeyao była Wezong, co w języku Shu oznaczało "dusza należąca do boga We". Słowem tym nazywano istoty zamieszkujące w jaskiniach i pod ludowym lustrem pokrywającym tafle jezior. Bóg We zamieniał w Wezong dusze panien, które zamarzły nie doczekawszy się swego zamążpójścia. Wezong były boginkami mrozu i przybierały postać tego, czego widok rozgrzewał ich zamarznięte serca. Żona starszego brata przyodziała więc ludzkie ciało i przeniosła się do izb jego domu. Nie istniała na Wyspach kobieta, która pasowałaby do rodu ze Stusoh bardziej, ponieważ upodabniając się do jednego z nich, skradła wszystkie ich cechy wyglądu: poranny szron na szkle wpleciony w barwę włosów, bukiet lawend schowany głęboko w spojrzeniu, który pani ze Stusoh podarowała wraz z narodzinami każdemu ze swych dzieci oraz pył różowego brylantu wtarty w skórę przez szczypiący nieustannie chłód. Nie zdołała skopiować zimnej krwi, która płynęła w ich żyłach, jej charakter zdradzał więc, że za zasłoną pięknej twarzy wciąż kryje się niewinna, delikatna Wezong. To jej usposobienie łagodne i czułe jak płatki wiosennego śniegu, które skrywało moc odpierania prób narzucenia jej ogłady, moralnego dystansu i ograniczającego taktu wymaganego od Shu sprawiło, że Dimka stracił wzrok, nie dostrzegając wokół siebie niczego, prócz niej.
Kiedy Święto Powrotu Syna minęło, a starszy brat musiał udać się z powrotem w progi swego Inicjatora, pozostawiając żonę w rodzinnej rezydencji, Dimka nie zaniedbywał możliwości uprzyjemnienia Leeyao dnia. Podsuwał jej najlepsze ze smakołyków i słodyczy targów stolicy. Prowadził ją na występy wirtuozów w mieście leżącym najbliżej wioski, w której stał ich dom. Wzniecał w niej pasję do tańca i opowiadał legendy o duchach zamkniętych w kamieniach. Spędzali długie godziny na raczeniu się rozmową, podczas spacerów po zmrożonych jeziorach i w tajemnicy skrywanej nawet przed jej mężem pozwalał jej dosiadać wierzchowców, co nie wypadało kobietom. Serce Dimki wołało coraz mocniej o ratunek przed niedozwolonym dla niego uczuciem, kiedy Leeyao głaskała jego policzek delikatną jak pergamin dłonią, lub wspierała swoje ramiona na jego barkach, nie mogąc zrozumieć niedystyngowania tych gestów.
Widzę, co czynisz bracie i mówię ci, byś nie brnął głębiej, szepnęła do jego ucha druga siostra, podczas kolacji. Jej serce należy do Huqe. Nie zdołasz go odebrać. Twój pościg za nim zrobi krzywdę nie tylko tobie.
Zaprzeczył jej domysłom wówczas, gdy w piersi wiązł mu płacz błagający, by pomogła mu przestać i zabrała pragnienie tęskniące za dotykiem Leeyao, które po zmierzchu kradło kontury snu z jego powiek i wyganiało z sypialni owładniętej sfrustrowanymi myślami. Krył się przed nim na kamienistych schodach, których koniec tonął w gorącym źródle, lecz gdy jednej z nocy łagodne odbicie sopli księżyca wkradało się na taflę termy, a wraz z nim Leeyao pojawiła się bosa i owinięta w półprzezroczysty materiał muślinu jedwabnego służącego kobietom do spania, kryjówka stała się świątynią intymności. Jej ołtarzem stała się ulatująca para wodna, a on niczym oddany sługa bogów, czcił z zachwytem chwile, gdy jego ukochana bogini wstępowała w krąg przybytku wiary, zrzucając z ramion ciężar ludzkiego wstydu.
Wstyd to wymysł Shu, odrzekła kiedyś zapytana przez niego, gdzie zdołała skryć zawstydzenie, które nakazuje kobietom zasłaniać ciała przed spojrzeniem mężczyzn. We niesie swym duszom wiele skarbów, lecz nie ma wśród nich wstydu. Wymyśliliście go, by zatrzymywać piękno opraw waszych dusz jako dar dla tych, których kochacie.
Jego usta głosem przypominającym szelest kaszmiru, słowami kaleczącymi niczym kolce nastroszone ku wiatru przypomniały o zatrzymywaniu daru dla jej męża.
Podarowałam Huqe swą miłość, wyszeptała po chwili. Na jego życzenie mam wzgląd na wstyd, który cenicie, lecz męczy mnie jego ciężar. Wierzyłam, że zrozumiesz.
Jej wyznanie niczym upały rozpieszczające południową część Gyengye pozwoliło jemu również zrzucić ciężar wstydu. Nagi zanurzył tors w otulające ramiona cudownego ciepła, by w niewielkiej przestrzeni między nim a nią, którą zmniejszał zachłannie jak ćma lecąca ku światłu świecy, zwodować pytanie palące jego fantazję:
"A jeżeli chciałbym sięgnąć po dar, którego nie cenisz?"
Nie mógłby zrobić niczego, co by ją skrzywdziło. Była tego pewna równie mocno jak gruntu, na którym kładła stopy, a jej głos rozciął powietrze, jakby w żadnej z ksiąg nie można było znaleźć zwrotu bardziej prawdziwego. Stał wtedy na granicy obłędu, nie radząc sobie nad szaleństwami zmysłów i był w stanie spełnić te niechlubne żądania poganiających szeptów, które mąciły w jego głowie, lecz dostając tak czyste dowody zaufania nieskażone zalęknieniem, nie mógł postąpić inaczej jak ucałować jej czoło niczym niewinne marzenie senne i oddalić się.




I keep thinking you were the one who came to take claim of this heart




Tuż przed rzewnymi Dniami Dymnych Kadzideł, co oznaczały koniec lekkich wiosennych opadów śniegu, zapowiadając miesiące antycznych huraganów czekających na podróżnych, które strzelały oślepiającymi biczami podmuchów i opadały kaskadami gradu oraz śniegu zmuszającymi do klęknięcia przed ich osobliwą potęgą i złożenia im ofiary ze swego zmarzniętego trupa, Dimka opuścił wioskę i wyruszył z pobytem u swego Inicjatora na czas nauki. Ojciec jego przyjął bowiem ofertę Somdeja - jednego z pięciu współwładców Wezoshu, który miał przekazać chłopakowi swą wiedzę bezkresną jak ziemie leżące za górami na północ od stolicy, wpajając mu następne litanie i biegłość ich używania oraz mądrość doświadczeń zdobytych przez ponad pięćdziesiąt Świąt Zbudzenia We, by pomogła mu po objęciu przywództwa po swym Inicjatorze poprowadzić Metodyków wśród rozsądnych wizji poczynań. Tak więc jak nasiona można odnaleźć w jabłku, tak Dimka stał się nieodłączną częścią swego Inicjatora, aby poświęceniem przepełniającym serce Somdeja zniewolić ducha młodzieńca. Był uczniem sumiennie spełniającym piętrzące na nim oczekiwania, sycąc zadowolenie swego Inicjatora. W czasie swych nauk rok spędził w podróży wokół Wysp Krainy, poszerzając swą znajomość języków oraz wyczytując o panujących w innych państwach kulturze, prawie, naukach magicznych oraz dobrach nie ze stronic ksiąg lecz z przemyśleń i doświadczeń zdobytych własnymi staraniami przetrwania na odmiennej ziemi obcych bogów. Podarował wówczas znak pozdrowienia ludziom, których imiona wypowiadane były z szacunkiem i dbał o to, by jego twarz została zapamiętana w skojarzeniu z jego atrybutami. Dzięki temu w Gyengye jeden z członków Weny, stowarzyszenia dbającego o kształtowanie i rozwój umiejętności Talentów, ujrzał warujący w skryciu serca Dimki Talent, który niczym jagnię wystawiające nieśmiało swój koniuszek, chcąc wybiec na otwartą polanę, czekał na dostrzeżenie.
Podróży wiele przetrwałem, szepnął Dimce w swym języku zanim nastał czas na dalszą podróż. Mistrzów sztuki, mądrości i siły poznałem, cudów wiele widziałem, lecz nigdy jeszcze dwóch sił w jednym ciele nie spotkałem. Gdy nauki swe skończysz, tu wróć i mnie znajdź. Na twą decyzję o budowaniu Talentu nieustannie czekać będę.
Dimka złożył mu głęboki ukłon i wraz z przemijającą porą zamarzniętego księżyca przemierzył ostatnią z Wysp, by wrócić ze swym Inicjatorem do stolicy Wezoshu. Ostatnie przygotowania do końca jego nauk trwały kwartał, podczas których wykazywał się całą wiedzą, mądrością i doświadczeniem, jakie zdobył przez ostatnie lata spędzone pod skrzydłami Inicjatora. Ich zwieńczenie leżało u progu jego rodzinnej wioski, gdzie czekano na niego z uroczystością powitalną. W towarzystwie ojca, starszego brata i służby wypełniali wspólną izbę opowieściami oraz żartami, spoglądając ze sztruksowych poduszek na siostry Dimki oraz Leeyao, które pilnowały, by dokazujące na dziedzińcu pociechy hałasem nie przeszkadzały mężczyznom w rozmowach. W owej chwili byli w bardzo wylewnych nastrojach, a on czuł się niczym ptak, który mimo wolności i zachwytem nad swym lotem, ląduje z głębokim westchnieniem w gnieździe. Radosną atmosferę barwili bursztynowymi połyskami Suree - alkoholu leżakującego wraz ze świeżym kminem - wymieszanego z sokiem figowym. Rozświetlali nim coraz czulej otulający ich swym pallium wieczór, przed którym kobiety uciekły z dziećmi do wnętrza domu, zaganiając je pod pościel. Ojciec Dimki wołał wtedy całą dziewiątkę, by pobłogosławić je przed snem.
"Dobranoc, dziadku, którego szanujemy z całego serca", recytowały chórem. Dotykał czubków ich głów, co oznaczało, że mogły wstać i spojrzeć na niego. Nazywał je brunatnymi małpkami, a one widząc jego łagodne usposobienie, próbowały wdrapać się na jego kolana. Okazywał wnukom wyrazy czułości, którymi własnych dzieci nie rozpieszczał chociażby w najdalszych wspomnieniach, jakie skrywał Dimka. Jego ciekawość niczym łapczywa sroka chciała zdobyć pawie pióra, jakimi była wiedza, czy zachwyt bliskością dziatw został przygnany wraz z nasuwającą się na oblicze rodzica starością czy cudowne ciepło jego tonu i spojrzenie pełne namiętnej wrażliwości brało swój początek w miłości, nagiej, lśniącej i przejrzystej wypływającej we wszystkich kierunkach, w jakich patrzyła Leeyao.
To krótkie spojrzenie na ich nowy styl bycia, tak pełen łaski i życzliwości, wpłynęło na niego jak widok pięknej rzeźby, jednej z tych cudownych dzieł, gdzie każdy element ma swe idealne miejsce, lecz on nie czuł się częścią niej. Nie był w stanie zaznać w tym domu szczerej, głębokiej radości, błogiego spokoju serca podczas snu, gdy czystości jego duszy rozrywałaby piekąca zazdrość. Dobytek jego rodziny zmieniłby się w fortece smutku, miejsce płaczu, ogród włóczni, czarne pióra dymu, który pełen żalu wobec możliwości okazania dławionych, płonących w nich uczuć zaćmiłby szczęście pnące się po mieszkańcach rezydencji.
Po wyjeździe jego sióstr z powrotem do rodziny ich mężów, ojciec obwieścił, iż czas, by i Dimce dobrano żonę oraz wybudowano jego własny thawan, tradycyjny dom na powierzchni Wezoshu. Drugi syn pana ze Stusohl niepewnym uniesieniem krzywizn ust osłaniał chłód, który przepływając przez jego serce, plótł wokół niego pręty klatki z młodych pędów strachu pędzonych przez reakcję rodzica na wieść, że Dimka odmówił przyjęcia stanowiska Metodyka, zamierzając rozwijać swój Talent w Gyengye. Jego postanowienia, jak skały zwarte w jeden mur, były niewrażliwe na napad zamiarów położenia ich pokotem, więc wkrótce potem usadziły go w sfatygowanym siodle i poprowadziły najkrótszą trasą ku wyspie, z której pochodziła jego matka. Mężczyznę, którego namowy przywiozły Dimkę z powrotem na ziemie stolicy Gyengye, odnalazł równie łatwo jak w snach odnajduje się swe pragnienia i lęki. Jego imię było regularnością, było brukiem, którym wyłożono lśniące bielą aleje miasta, było aromatem parzonych, świeżych liści herbaty. Brzmiało Preech i Prayi, znaki mowy, opisywały jego znaczenie jako "opiekun fal". W domu swej rodziny Preech wskazał Dimce miejsce, aby ten mógł zamieszkać w nim jak w izbie własnej rezydencji, ubrał młodzieńca jak własnego pierworodnego, a jego żona pozwoliła siadać mu przy swym stole. Największą wdzięczność serca młodego Shu Preech odbierał, gdy poświęcany dla gościa był czas oraz wiedza podczas nadawania kształtu jego Talentu. Na podobieństwo pieśni opiewających w rumieniące żarty albo opowieści morskie ćwiczenie sztuki Talentu było przyjemne, lekkie i frapujące. Próby łączenia zdobywanych umiejętności z siłą wiatru, jaką przynosiły mu litanie słane ku imieniu We, wcześnie przestały kończyć się bezwładnym wyrzucaniem wodnej bomby w stronę nieszczęśników, czy rozlaniem wartkiego potoku ze zbyt rozpędzonego węża wyrwanego z donicy wody. Imię Dimki niedługo potem zaczęło być łączone z opływającymi zachwytem wyrazami zauroczenia nową formą manipulacji kuli, wplatanymi w tworzenie iluzji wodnej sztuczkami Shu oraz rączym temperamentem, którego zwykle brakowało w hipnotyzujących, płynnych ruchach Talentów z Gyengye. Wyróżnienie jego możliwości dorównało wyniosłości dworskim wymaganiom, które jak papier podatne na piękno, potrafiło swymi krawędziami jak ostrzem zranić ambicje. Tam, Shu wraz z uznaniem za rozwój Talentu, otrzymał miano osoby uzdolnionej nie jedynie w zakresie sztuki panowania nad płynem.
To człowiek dobrze urodzony, wykształcony, który prócz ksiąg trudy wędrówki poznał, a nazwiska cenionych osób bliskie jako twarze mu są, brzmiały słowa, którym opisywano jego postać. Niedługo czekał więc na propozycję objęcia stanowiska dyplomaty odpowiedzialnego za kontakty oraz interesy międzywyspiarskie. Otrzymał zaszczyty, honory magnackie, a przy tym by móc pozdrawiać go jako jedno z serc narodu Gyengye, przypisano mu imię Lepaan, co można było odczytać również jako "biała mątwa". Jako Gyengyeczyk wrócił do domu Preecha, cumując przed jego progiem damro, którego smukły pokład wypełniony był podarunkami przekazywanymi na znak wdzięczności. Były tam dymne kadzidełka, których aromat przesiąka mury i tkaniny, dwa marmurowe żurawie, symbol długowieczności, wierności, miłości i piękna, oraz gliniana misa wypełniona wodą, na której unosił się delikatny kwiat lotosu dla jego córki Nemee, której imię oznaczało "dźwięki światła", jako propozycja zaręczyn. Tydzień później Eka, czyli posłaniec wręczył mu tę samą misę, w której pływał brokatowy karp - symbol męskości, płodności i obfitości - na znak uznania adoracji. Ceremonie weselne odprawiono według tradycji obu krajów, co oznaczało, że Dimce przypisano następne miano, tym razem podarowane przez Nemee, gdyż słowo Daw - żona tłumaczono jako "ta, która dała mi imię" lub "ta, która kocha". Prawo do zwracania się do niego tym imieniem miała wyłącznie ona. Rzadko je wykorzystywała. Wolała nazywać go imieniem, z którym go poznała. Wypowiadała je zawsze w ten sam sposób, zmiękczając pierwszą sylabę i pomijając ostatnią spółgłoskę.
Najczęstszym wspomnieniem z czasów, kiedy mieszkał jeszcze w domu jej ojca, które przywoływał były jej prośby o historie zebrane w Wezoshu, w Akademii Pięciu Monumentów albo w podróży przez Wyspy Krainy. Nemee zawsze poprzedzała je kilkoma śpiewnymi zwrotkami:




Biały wiatr do mego ogrodu wpadł,
Niosąc zapachy narodów odległych,
Gdybym mogła strumień swój z nim związać,
Zmysłowo nasz ogród by pachniał.




Potem szeptała jego imię, jakby napawała się pieszczotami promieni wschodzącego słońca, a on zaczynał mówić, przyglądając się falującym ruchom ogonów ryb pływających w chłodnej po odejściu nocy wodzie wypełniającej staw. Wtedy nie wiedział, że niektóre połączenie znaków tworzące tę piosenkę są używane jedynie wobec osób, którym chciało okazać się zauroczenie. W Gyengye zwykłe dla nich, przyjazne zachowanie wobec znanych im lub obcych ludzi różni się szczupłymi jak gałązki wierzby detalami od przyjętego u nich zwyczaju zabiegania o czyjeś serce. Aż do ceremonii zaślubin, podczas których przyjaciółki Nemee opowiadały z przyjaznym rozweseleniem o jej ślepym wpatrzeniu w Dimkę, nie zdawał sobie sprawy, że ich związek bogaty jest w namiętną miłość, ponieważ jego uczucia, którymi ją darzył nie pozwalały określić mu żony Panią jego serca. Cenił ją jako przyjaciółkę, osobę o inteligencji bystrej oraz niepłochliwej oraz bliskiego towarzysza głośnych myśli jak i cichych rozmów. Znał jej doskonałe umiejętności zarządzania domem, przyzwyczajenia oraz rytuały, wiedział więc że mając ją u boku, oboje będą prowadzić życie wygodne i prawidłowe. Jako Tuk -  mąż, czyli "ten, który zna wierność", miał w obowiązku o to zadbać, będąc zadowolonym z oddania Daw.
Oddawał więc swe myśli i energię rosnącej w serca rodzinie i relacji państw, którą tworzył, sącząc przyjemność z możliwości podróży po Wyspach Krainy i powiększania znajomości jej języków. Skrycie radował się, że odnalazł ukojenie oraz szczęście, słuchając klarownego głosu rozumu zamiast oszalałego serca, chociaż chłodne wspomnienie dotyku dłoni Leeyao nie pozwalała mu uwolnić się z miłości, którą był niewolony.

Ostatnio edytowany przez Faworek (2017-08-30 20:11:32)


Próżno ich sypkie zatrzymują śniegi
i lodem wzdęte odpychają brzegi.
Przeszli zawady, bo miłość szła wprzódy,
zmiatała śniegi i topiła lody

Offline

#3 2018-08-02 19:48:34

Arbalester
Szeryf Depeszy
Windows 7Chrome 67.0.3396.99

Odp: Faith and Power

tumblr_m7vzcylpYY1r6o8v2.gif
VHVIjbM.png
aiZ4Wgw.jpg

grzybki, ziółka i pigułki
||
mąciwoda ||

Ród Ma'alik (w pradawnym języku: piękna śmierć) był jednym z najstarszych, jakie jeszcze istniały. Od korzeni, przez pień, aż do gałęzi, wszystkie pokolenia łączyły dwie cechy: olśniewająca, jasna uroda oraz przebiegłość, pozwalająca im wyjść z najgorszych opresji, choćby i kosztem innych. Stąd w ich herbie znalazł się jeden z najbardziej jadowitych gatunków żmii, echis, układający się we wzór czterolistnego kwiatu miliany, symbolu piękna i niewinności. Mówiło się o nich, że potrafili przeżyć jego ukąszenie. Ponoć nawet Pierwszej z Rodu to się przydarzyło. Według szeptanych baśni spędziła miesiąc w łóżku, ciężko chora, aż jednego dnia po prostu wstała, jak nowo narodzona. Być może to stąd w rodzinie tej utarło się, że kobiety nią rządziły, kobiety także głównie się rodziły. Znajdowały sobie co lepszych kandydatów, lecz nie wiązały się z nimi na stałe. Uważały to za zbędne zniewolenie, zarówno cielesne jak i umysłowe. Jeśli któraś w ich rodzinie pragnęła ślubu, wyśmiewały ją, a dawniej nawet wydziedziczały. Spotkało to matkę Sheilii - odeszła z ukochanym, ale gdy rodziła dziecko, wróciła do rodziny i ubłagała, żeby ją wychowali pod swoim nazwiskiem. Zmarła przy porodzie, a mężczyzna zniknął, co tylko potwierdziło słuszność przekonań Ma'alik. Zaś kiedy na świat przychodził chłopiec, miał on ciężkie życie, bo liczne grono żeńskie wciąż mu dokuczało, a nawet i poniżało, gdy matka nie widziała. Nie było to grono zbyt przyjazne, ale zachowujące pozory, znające etykietę, a przede wszystkim posiadające nie byle jakie zdolności, choć nigdy na wielką skalę.
Sheilę postrzegano z kolei jako chorą gałązkę, przez które reszta gałązek boi się, że drzewo zachoruje. Tym większy strach, iż jest to najpotężniejsza i najbardziej magiczna gałąź. Nie trzymała się zasad ani tradycji. Jeśli jej się podobały, postępowała według nich i wtedy rodzina oddychała z ulgą. Jeśli jednak stwierdziła, iż wolała co innego i opuszczała rodowe zebranie, nie przełknąwszy kęsa króliczego serca, wywoływało to skandal. W tej rodzinie "skandal" nabrał nowego, niewinnego znaczenia.
- Ciociu, Sheila znów gotowała w twojej misie wróżebnej - beznamiętnym tonem informowała córka siostry matki Sheilii.
- Skandal! - wołała z niewielką dozą złości druga siostra matki Sheilii, bo gdy wykrzykujesz to samo słowo na tą samą sytuację wiele razy w ciągu roku, gdzieś po drodze tracisz zdolność wkładania w nie odpowiedniej ilości negatywnych emocji.
W ten sposób słowo "skandal" wyblakło w rodzie Ma'alik. Wciąż powtarzali, że Sheila za dużo czasu spędzała w mieście, za dużo mąciła. Wpadała w kałużę, staw, jezioro, jak ogromny kamień, rozbryzgując wodę na wszystkie strony i dopóki nie opadła na dno, dopóty nie było spokoju.
Sheila wydawała się spokojną i opanowaną na pierwszy rzut oka. Wykonywała powolne ruchy, odpowiadała tak, jakby nic jej nie obchodziło. Szybko można się jednak przekonać, że łatwo wytrącić ją z równowagi, a jej gniew potrafił tlić się wiele dni, dopóki nie znajdzie ujścia. Jeśli zaś ktoś dmuchnąłby w żar, rozpaliłby ogień, który pokąsałby wszystkich wokół. Sheilii nie interesowało, czy kogoś obraziła, nadepnęła na odcisk, czy też zniszczyła czyjeś mienie - przynajmniej jeśli chodziło o Dwór i jej rodzinę, z nimi pozwalała sobie wbrew rozsądkowi na więcej, niż z szarym ludem.
Zawsze miała łatkę wariatki, ale niewiele ją to obchodziło. Generalnie mało czasu poświęcała na zastanawianie się, co myśleli o niej ludzie. Bardziej interesujące było to, co ona myślała o nich oraz to, co oni robili. Co tam myśli... Czyny! Po to żyła, po to oddychała. By się działo, by się tworzyło... By się niszczyło. Dlatego nie postępowała według reguł, tradycji ani konwenansów. Cała ta przewidywalność była nudna, nużąca, wysysająca z energii. Nie postępowała jak dziecko, które stawiało się, bo mu coś dyktowano. Nie, Sheila po prostu lubiła nieprzewidywalność. Dlatego czasem robiła to, o co ją proszono. Czasem ubrała się adekwatnie do okazji. Zjadła co trzeba. Od czasu do czasu przełamywała swój schemat, niezależnie od nastroju swojego czy cudzego. Po prostu. Nikt nie mógł tego przewidzieć i to dawało jej ogromną satysfakcję.
Sheilę bardzo często określano też jako dziką - przez tą nieprzewidywalność, ciągoty do chaosu, agresję. Mimo to prawdziwie dzika zrobiła się później.
Wiele się zmieniło w życiu całego rodu Ma'alik, odkąd opuściły swój dom w Nieprzebytej Dżungli. Jej krewniaczki zawsze wiedziały, że Sheila miała dar do natury - rośliny, które uprawiała, rosły gęściej, rodziły więcej pąków, nigdy nie usychały ani nie gniły, zaś zwierzęta lgnęły do niej, jakby była jedną z nich (jej kuzynka często mówiła złośliwie, że Sheila jest zwierzęciem). Natomiast dopiero gdy za dotknięciem dłoni z ziemi wyrastać poczęły drzewa na ich oczach, zrozumiały, że miały do czynienia z magią w najczystszej postaci. Pozwoliły, by dziewczyna sama ją szlifowała - same zresztą niewiele się na tym znały. Potrafiły dokonać wielu rzeczy uważanych powszechnie za trudne lub niewykonalne, ale cokolwiek by to nie było (pomijając gotowanie), jeśli dotyczyło natury - Sheila robiła to lepiej. Poza tym doskonale wiedziały, że gdyby próbowały jej dać jakąś radę lub nakierować, ona najpewniej zrobiłaby i tak odwrotnie. Pilnowały jedynie czujnie, by nie szarżowała i nie przeliczyła się ze swoją mocą. W Laquii dawno nie mieli maga z prawdziwego zdarzenia. Potrafił jedynie doglądać Dworskiego ogrodu, uparzyć zioła na choroby, ale niewiele poza tym. A potrzebowali kogoś silnego - ludzie dostrzegali zalążki choroby, która toczyła się przez las, zatruwała strumienie, podkopywała tunele w kopalniach. Złe siły dostawały się na Laquię.
Nim powiadomiły Dwór (bo miały taki obowiązek), starały się nauczyć ją walki mieczem, bo magów wysyłano na front walk i wojen, jeśli tylko takie trwały. Na Zamku na pewno by ją szkolili, ale Ashmead nie chciały pokazać się ze złej strony z zupełnie nieprzygotowaną dziewczyną. Wystarczyło, że była stuknięta. Niewiele osiągnęły. Walki mieczem uczyła się bardzo długo. Ciężki i nieporęczny kawał stali ją irytował, więc ostatecznie rzuciła żelastwo w kąt i poczęła wywijanie rapierem. Najbardziej jednak lubiła sztylety - takie, które można wbić w plecy niepostrzeżenie albo rzucić przeciwnikowi w pierś. Och tak, te techniki opanowała do perfekcji. Walką rapierem mogła popisać się przed tym całym wyszukanym towarzystwem na Dworze, bo to trzeba było przyznać - nie mogli obejrzeć nic bardziej efektownego. To, jak ta zgrabna, zwinna kobieta poruszała się wraz z cienkim i długim ostrzem, którego lśniący, wysadzany kamieniami kosz lśnił w słońcu, a włosy jej cięły powietrze równie szybko co broń - wszystko to przypominało raczej taniec, niźli starcie. W prawdziwej jednak walce stawiała na element zaskoczenia, prędkość i celność. Zwłaszcza to ostatnie miało duże znaczenie - jeśli odpowiednio trafiła, mogła potem spokojnie pobawić się jeszcze ze swoją ofiarą. Jeśli Sheilę coś interesowało, potrafiła się oddać temu całym sercem, ciałem, duszą. Niestety, poza Naturą i graniu ludziom na nerwach mało rzeczy ją porywało.

6IM4itS.jpg

W ten sposób ród Ma'alik przeniósł się ze swojego wielopiętrowego domu na drzewie na Królewski Dwór. Sheila ubrała się wspaniale na tamtą okazję; chciała, by wszyscy ją podziwiali. I tak było. Wyglądała jak istota nie z tego świata w długiej sukni, której materiał spływał na ziemię jakby stworzony z wody, rękawy tak delikatne, jak utkane z mgły, zaś srebrno wyszywane ptaki i motywy roślinne sprawiały wrażenie, jakby miały zaraz ożyć. Osłaniały jej piersi, bransolety zaciskały nadgarstki. Królowa w swej niebieskiej sukni wypadała blado i natychmiast to odczuła, a Sheila natychmiast to zauważyła i jej twarz rozciągnęła się w uśmiechu samozadowolenia. Czuła na sobie spojrzenia wszystkich - zarówno mężczyzn, jak i kobiet. Zazdrosne, pełne podziwu, respektu. Królowa minimalnie się skłoniła - Sheila ani drgnęła, w przeciwieństwie do reszty krewniaczek, które zgięły się niemal wpół. Mierzyła się z kobietą spojrzeniami, dopóki jej córka nie przemówiła:
- Witaj w Diamentowym Dworze.
- Będziemy się świetnie bawić - odparła na to wesoło Sheila, ukazując swe zęby w całej okazałości, przypominając tym samym raczej drapieżnika, niźli młodą dziewczynę.
Szybko przekonali się, jak potężną mocą władała i jak niewiele mogli ją kontrolować. Była im potrzebna i na nieszczęście dla nich - świetnie zdawała sobie z tego sprawę i wykorzystywała to do granic możliwości. Wrodzona nieprzewidywalność działała na jej korzyść. Z wariatami się nie pertraktuje.
Minęły cztery lata, bardzo intensywne - dużo uczyła się sama, ale także wiele czytała, wiele próbowała, spędzała mnóstwo czasu w Złotej Bibliotece, przeglądając księgi nie tylko o magii, jej pochodzeniu i wykorzystywaniu, ale także różnych metodach wieszczenia, nawiązywaniu bezpośredniego kontaktu z Naturą i jej siłami. Okazało się, że intuicyjne posługiwanie się magią, a używanie jej z pełną świadomością to dwie zupełnie różne sprawy. Ze wszystkiego najbardziej ciekawiło ją wieszczenie i opętania. Jej komnatę (która wychodziła na wspaniały ogród) wypełniały przez te lata niezmiennie książki, dziesiątki słoi, mis, luster, doniczek. Panował tam chaos optymalnie  pięć razy większy, niż w jej dawnym pokoju w dawnym domu, w dawnym życiu.
A potem Lawrence zachorował na coś, czego nikt nie potrafił zdiagnozować. Nawet Sheila. Jedyne co potrafiła, to wykluczyć zatrucie. Słyszeli już o paru przypadkach zachorowań, ale do tej pory nikt nie zgłębiał tematu na poważnie. Sheila zaczęła, ale dla jej kuzyna było już za późno. Zmarł.
Nikt nie potrafił pojąć więzi, jaka łączyła dziewczynę z Lawrencem. Myślano, że po prostu on jako jedyny potrafił się z nią dogadać, że tylko jego zdanie sobie ceniła. W rzeczywistości Law był dla niej jedyną osobą, która ją rozumiała i kochała szaleć razem z nią, nawet jeśli czasem jedynie po to, by jej pilnować. Wychowywała się z nim od dziecka, spędzała z nim najlepsze chwile swojego życia. Był jej partnerem w zbrodni, ostoją, stałym elementem, którego mogła być pewna bez względu na okoliczności. Był czymś tak zwyczajnym, a jednocześnie niezbędnym, jak ręka czy noga. Nie potrafiła bez niego funkcjonować. Gdy zmarł, coś się zatrzasnęło w jej sercu, a nawet i głęboko w duszy. Pewna jej część zamknęła się, a potem spaliła na popiół. Jakiś czas nie otwierała tej puszki Pandory, dlatego potulnie uczestniczyła w obrządku pochowania go, a potem oddania duszy. Patrząc, jak przykrywają go ziemią w Ogrodzie Pamięci, coś przeskoczyło w jej głowie, trybik zgrzytnął, by zaraz wskoczyć na miejsce... Tylko już nie to samo.
Zabrawszy swój kostur z wierzby złotolistnej i szpiczasty kapelusz o szerokim rondzie, w podróżnych ciuchach wyruszyła w daleką wyprawę, nie tylko po Laquii, ale wgłąb siebie. Z każdym stawianym krokiem i pytaniem, rzucanym w cichą przestrzeń świątyń, niesionym echem po ich zakamarkach, oddalała się od rzeczywistości, oddalała się od siebie samej. Krzyczała do leśnych wróżek, szarpała się z rzecznymi lancelotami, padała na kolana przed entami i wnosiła ręce ku wszelkim latającym stworzeniom, ale żadne z nich nie dało jej odpowiedzi. Nie otrzymała jej także od kapłanek, nawet od Zaklinaczy. Wędrowała w coraz ciemniejsze zagajniki, stąpała po ścieżkach Nieprzebytej Dżungli, jakich wcześniej bała się przestąpić. Zwróciła się o pomoc do Pastorek, żądając, by nauczyły ją patrzeć na świat oczami zwierząt, chcąc wyszukać wśród nich Duchy, które mogłyby znaleźć dla niej odpowiedź na pytanie palące ją, jak rozżarzony węgiel ułożony na piersi, wciąż podsycany czyimś ogniem i podmuchem. Czerpała naukę, oddalała się duszą od Sheilii, wstępując w Khooka, Gheibaniego, docierając nawet do Eadbardusa na Żółwich Bagnach. Wszystko to na nic. Na nic, na nic, na nic. Od miesięcy się nie czesała, żywiła nieprzygotowywanymi korzonkami, wrzeszczała do samej siebie. W którymś momencie wpadła na pomysł, by zapuścić się do Lasu Tysiąca Szeptów. Jeśli miała się gdziekolwiek dowiedzieć, dlaczego odebrano jej Lawrenca, to właśnie tam.
Przekroczyła granicę Lasu i odtąd wciąż uciekała przed samą sobą, jednocześnie próbując się odnaleźć. Biegła naprzód, a wciąż się cofała; krzyczała, a żaden głos się z niej nie wydobywał. Plątała się w chaszcze, w pajęczyny, tkwiła bez ruchu, ale jej umysł nie zatrzymywał się ani na chwilę. Zrozumiała, że popełniła błąd, łudząc się, że zdoła cokolwiek tu odnaleźć. Jedynie pogubiła - siebie, swoją duszę i swój umysł, może bezpowrotnie, gdyby nie zjawił się Jukif, Duch Tygrysa, i nie wyniósłby jej z lasu w swojej paszczy, raniąc kłami ciało. Sądziła, że porzucając ją w Dżungli, odejdzie, ale on czekał cierpliwie, podczas gdy ona spała, a potem opatrywała rany. Zrozumiała, że czekał na nią. Ruszyła za nim. Godziny zlewały się ze sobą, przeistaczając w dni, dni w tygodnie, tygodnie w miesiące... Aż stanęła u stóp Oka Matki. Wróciła na Dwór po dwóch latach, lecz nikogo nie zaszczyciła słowem, ani nawet spojrzeniem. Choć próbowano ją zatrzymać, to bano się zbliżyć do niej, do tej szalonej kobiety o błędnym, dzikim wzroku. Poszła do swojej komnaty i zatrzasnęła się w niej na cztery spusty, odnajdując na nowo siebie, ale nie porzuciwszy nurtującego ją pytania. Pół roku wróżyła, odprawiała rytuały, przenosiła duszę, aż królowa położyła temu kres. Zdesperowana jej pomocy, gdy żadne ich interwencje nie zadziałały, przyprowadziła na dwór mieszkańca Gyaan, by wzniecił ogień pod drzwiami pokoju Sheilii. Mężczyzna, posługując się magicznymi płomieniami, wykonał jej polecenie, a wtedy ze środka dobiegł wrzask i pomieszczenie stanęło otworem, ukazując kompletny chaos niczym obraz, w którym ona była jedynie kolejnym elementem tła.

eye_finished_by_andoledius-db8r5i6.jpg

Przez dłuższą chwilę nikt się nie odzywał, intruzi jedynie chłonęli widowisko przed sobą, jakby kobieta była egzotycznym zwierzątkiem do podziwiania. Sheilii wzrok skakał nerwowo z królowej na ciotkę, z ciotki na kuzynkę, z kuzynki na żołnierza, w tę i z powrotem, aż zatrzymał się na nieznanej jej osobie, zagranicznym przybyszu. Przewiercał ją spojrzeniem złotych oczu, a kącik jego ust drżał lekko w niedociągniętym uśmiechu, jakby na coś czekał. Nie odrywając od niego oczu, odezwała się zachrypniętym, startym od krzyków głosem, kierując się jednak do pozostałych:
- Chcę się zobaczyć z Lawrencem. Chcę z nim porozmawiać.
Dostrzegła kątem oka, jak ciotka z kuzynką patrzą po sobie, a potem obie się przeciskają powoli na przód, kończąc ruch ostrożnym krokiem wewnątrz komnaty.
- Serdeńko, Lawrence odszedł. Jest teraz z Matką-
- Wiem - wycedziła przez zęby, próbując rozszyfrować nieznajomego. - Chcę tylko-
- Nie zrobisz nic, co mogłoby go przywrócić.
Sheila nabrała nagle głośno powietrza w płuca i padła na kolana, wstrzymując oddech. Włosy odcięły ją od świata, gdy pochyliła głowę. Wyszarpnęli jej drzwiczki w duszy, uwalniając popioły. Te spalone resztki dostały się teraz do jej krwiobiegu, uderzyły do głowy... Chwyciła nagle pusty wazon, stojący tuż obok i rzuciła nim w stronę wyjścia, rozbijając naczynie tuż obok głowy ciotki. Jednocześnie wrzasnęła na nich, i krzyczała potem dalej, kuląc się w sobie, palcami szarpiąc poplątane włosy. Usłyszała męski głos, powtarzający "wyjdźcie", raz za razem, aż wszystkie inne głosy ucichły i rozległ się trzask zamykających się drzwi. Głos był ciepły jak słoneczny dzień na Nefelinowym Wybrzeżu, ale nie czysty, lecz szorstki, przywodzący raczej na myśl buchające płomieniami ognisko, trzaskające w nim drewno. Nie podnosiła głowy, bo zalewała się łzami, bo ból szarpał jej trzewiami i nie potrafiła się wyswobodzić z jego uścisku, ale czuła obecność nieznajomego i czasem docierało do niej melodyjne nucenie.
Nie wiedziała, jak długo płakała, jęczała, krzyczała, ale gdy się obudziła, leżała na swoim hamaku, a pod ścianą siedział wciąż ten obcy. Nie zauważył, że wyszła z krainy koszmarów, więc przyglądała mu się spod przymrużonych powiek. Obserwowała, jak obracał w długich palcach skrzynkę z krwawą morwą, którą posadziła tuż przed ucieczką. Prześlizgnęła wzrokiem po jego eleganckich, jasnych ubraniach, kontrastujących z ciemniejszą skórą; musiał pochodzić z Rarikhy. Nie zachowywał się jednak tak, jak tamci ludzie, choć sprawiał wrażenie równie zagadkowego i nieprzeniknionego. W ostrych rysach twarzy i migdałowych oczach nie potrafiła niczego wyczytać. Właśnie miała się odezwać, by zadać mu jakieś pytanie, gdy on, nie obracając głowy, spojrzał na nią pod kątem.
- Dobry wieczór - odezwał się, a jego usta znów wygięły się w tym dziwnym pół-uśmiechu. Przeszedł ją dreszcz wzdłuż kręgosłupa. - Jesteś spokojniejsza?
Trafne pytanie, pomyślała, wsłuchując się w swoje ciało. Czuła, że własna egzystencja jej ciąży, przygniata do ziemi, ale przynajmniej mogła oddychać bez przeszkód. Nie odpowiadając na jego pytanie, usiadła. Choć już na niego nie patrzyła, wiedziała, że ją śledził wzrokiem. Czemu tutaj był?, myślała, ostrożnie stając na nogi, tak jakby mogły ją zawieść, jak poprzedniego dnia.
- Minęły trzy dni, odkąd zasnęłaś.
Rozglądała się wokół, ścierając boleśnie z rzeczywistością. Panował tu taki chaos, że ledwo dało się przejść po podłodze, niczego nie depcząc. Otworzyła swoją szafę, a wtedy na ziemię powaliła ją góra upchniętych tam ciuchów. Zrzuciła je z siebie gniewnym gestem.
- Przydałoby się tu posprzątać - zauważył beztroskim tonem, czym udało mu się w końcu ją rozsierdzić.
- Kim jesteś?
- Sayed Phiryx - przedstawił się, wstając, a potem ukłonił pompatycznie. - Do usług.
- Co tu robisz?
- Królowa posłała po mnie, abym-
- Co tutaj jeszcze robisz? - sprecyzowała, wypowiadając słowa cicho, ale z mocą, czerpaną ze wściekłości i zażenowania. - Wyjdź.
Przez chwilę nie odpowiadał, mierzyli się jedynie spojrzeniami, każde z inną energią, z innym przesłaniem. Zastanawiała się, jakie robiła wrażenie ze swoją blond szopą w rozsypce, cała w bliznach i kolorowych malunkach po rytuałach, w brudnych ubraniach. Chyba nie takie samo, co kiedyś, skoro ten nieznajomy traktował ją z taką bezczelną arogancją.
- Chcesz, żebym wyszedł?
Sheila syknęła, wzięła z góry ciuchów co popadnie i sama wyszła, spragniona nagle kąpieli, szczotki i swoich aromatycznych olejków. Kierowała się do łaźni, ale Sayed deptał jej po piętach. W połowie drogi odwróciła się raptownie, a on zatrzymał się krok od niej. Przewyższał ją o głowę, choć do najniższych nie należała. Frustrowało ją, że musiała wyciągać szyję, by nawiązać z nim kontakt wzrokowy. Jego krzywy uśmiech utwierdził ją w przekonaniu, że zdawał sobie z tego doskonale sprawę. Był bezczelny.
- Co robisz? - wysyczała.
- Zadajesz bardzo niekonkretne pytania - odparł, nachylając się minimalnie. - Powinnaś je precyzować.
- Wiesz, o czym mówię.
Usta rozciągnęły mu się powoli w szerokim uśmiechu, co wywołało w niej nagłą potrzebę wydrapania mu oczu. Obnażyła na niego zęby jak kot, po czym odwróciła się na pięcie, wściekle kręcąc biodrami.
- Nie idź za mną, dobrze radzę! - zawołała, a gdy następnym razem spojrzała przez ramię, po Sayedzie nie było śladu.

JHU3YyP.jpg

Od tamtej pory Sayed pojawiał się często na ich dworze, a Sheila, która chodziła już uczesana, czysta i jak zwykle nieskromnie ubrana, przestała reagować na jego docinki złością. Zamiast tego rozpoczęła z nim swoistą grę w kotka i myszkę, gdzie oni sami gubili się w tym, kto akurat odgrywał jaką rolę. W pewnym momencie zrozumiała, że ją fascynował; oczywiście nie dała tego po sobie poznać, ale ciągnęło ją do niego. Postrzegała go jako magicznie zamkniętą skrzynię, którą mogła potrząsać, próbując zidentyfikować obiekty kryjące się wewnątrz, ale nie potrafiła jej otworzyć. Z każdym spotkaniem - a te zdarzały się nieregularnie, na różną ilość dni - wydawało jej się, że znalazła pęknięcie, dzięki któremu zdoła zajrzeć do środka, ale na próżno. Dopadała ją natrętna frustracja. Ponadto człowiek ten był Ognioplujem; znał sztuki magii ognia i chociaż obowiązywał surowy zakaz posługiwania się nią w Laquii bez pozwolenia, sam fakt posiadania tej mocy wzbudzał wśród wszystkich wokół strach. Sheila również słyszała setki opowieści o Pożodze, która strawiła tak wielką część ich kochanej wyspy, zresztą nie była głupia. Wiedziała, ile szkód mógł wyrządzić jedną iskrą. Ona również się go obawiała, ale to tylko wzmagało jej ciekawość. Dotąd nie znała człowieka, który tak by ją frapował. Nie chodziło jedynie o kwestię ognia. Im więcej się nad tym zastanawiała, tym mniej rozumiała.
Robili podchody względem siebie. Przychodziło im to zupełnie naturalnie; ród Sheilii znany był ze zmieniania kochanków jak rękawiczek. Najwyraźniej Sayeda również. Ileż razy dostrzegła go gdzieś w zakamarkach zamku, flirtującego z kolejną niewiastą. Dokuczała mu potem, że mógł wybrać lepiej lub czy w Rarikhrze posiadał tak kiepski wybór kobiet, że zadowalał się takimi. Nie przeszkadzało jej to, a przynajmniej tak siebie przekonywała. Któregoś dnia poszła na wspólne śniadanie z przeświadczeniem, że rzuci Sayedowi kpiące spojrzenie, a potem zajmie swoimi sprawami. Tymczasem przy stole dostrzegła, jak żarliwie dyskutuje z kuzynką królowej i po raz pierwszy zapłonęła w niej wściekłość. Przygotowała wywar, po którego wymieszaniu z daniem dziewczyny, przykuła ją na tydzień do łóżka. Mężczyzna przyszedł do niej następnego dnia, akurat gdy medytowała, zbierając myśli i energię. Usiadł naprzeciw niej i nic nie mówił. Gdy otworzyła jedno oko, zobaczyła, że wpatrywał się w nią. Zrozumiała wtedy dwie rzeczy - jedną: on też nie potrafił jej rozszyfrować, co przyniosło jej ulgę; a drugą... Bała się tego, że nie mogła go rozgryźć, tego, że obdarzyła go sympatią, jakiej dawno do nikogo nie czuła. Bała się jego zagadkowych oczu i nieprzeniknionego uśmiechu, a jednocześnie one ją do niego przyciągały. Sheila była skołowana, ale przywdziewała pewny siebie wyraz twarzy i niecny uśmieszek. Niewiele o nim wiedziała, nie znała powodu, dla którego wciąż tutaj wracał. Rosła w niej nieufność.
Jej zabawy z nowym stałym gościem Dworu okazały się jedynym, co potrafiło ją zbliżyć do dawnej siebie, tej, która wykonywała powolne gesty, ale wskakiwała na wyższe obroty, gdy tylko się ją sprowokowało. Jeśli kiedyś Sheila wzbudzała nawet we własnej rodzinie niepokój, to teraz dało się to jasno określić jako strach; ta dzikość, która przytłoczyła ich po powrocie kobiety, wcale nie odeszła. Złagodniała, częściowo obumarła, ale nadal w niej tkwiła, jakby przez te lata wędrówki zakorzeniała się w niej, coraz głębiej i głębiej, czyniąc nieodwracalne zmiany. Często syczała i prychała jak kot, czaiła się po zakamarkach zamku, łaziła po drzewach, kryjąc się w nich lepiej niż niejeden Łucznik Lotosu. Czasem wykwitał na jej ustach dawny cwaniacki, szyderczy uśmiech, lecz poza tym przejawiała małe zainteresowanie czymkolwiek. Swoje dawne grymasy, kaprysy i zmiany zdania uskuteczniała nadal, bardziej jednak z wyrabianego przez całe życie nawyku, niż z działania przejrzystego umysłu.
Raz tylko jeszcze wybrała się w podróż, tym razem w obstawie Zwiadowców, ze względu na naciski królowej. Sheila wzruszyła tylko ramionami na jej decyzję. Chciała dostać się do Nieprzebytej Dżungli i odnaleźć raz jeszcze Jukifa, tego wspaniałego Ducha Tygrysa o sierści złocistej, przeplatanej pasami czarnymi jak najgłębsze wody oceanu, a oczach tak starych, jak tylko stary był świat. W kaplicy na skraju dżungli złożyła mu ofiarę, modliła się cały dzień i całą noc. Wiedziała, że nie musiała go szukać; jeśli mieli się znów spotkać, to on przyszedłby do niej. Tak się jednak nie stało. Po tygodniu czekania już miała zawrócić, kiedy z chaszczy wyskoczył tygrys. Zwiadowcy natychmiast sięgnęli po swoją broń, bo zwierzę obnażało na nich swoje gigantyczne kły, pierś wbijało w ziemię, zaś tylne łapy gotowe miało do skoku; Sheila jednak kazała im się cofnąć. Wyszła spokojnie naprzeciw tygrysa, wolno stawiając każdy krok, nie unosząc swojej ręki do jego pyska, a patrząc mu prosto w oczy. To nie jej zapach skrywał zamiary, ale dusza, a ją mogło zwierzę dostrzec jedynie w oczach. Zatrzymała się o krok od niego i patrzyli tak na siebie, las wokół huczał od dźwięków przyrody, która nawet w tak ważnym momencie nie wstrzymywała oddechu, i trwali w bezruchu, aż zwierzę schowało kły, po czym delikatnie pochyliło łeb. Usta kobiety po raz pierwszy do dawna rozciągnęły się w czystym, niewinnym uśmiechu. Z nabożną niemal czcią wsunęła palce w miękką sierść posłańca Jukifa, będąc przekonaną, iż nie dotykała w życiu nic delikatniejszego. Okrążała zwierzę, sunąc dłonią po stalowych mięśniach, po każdej kostce kręgosłupa, aż wróciła do jego pyska. Nadała mu imię Ayela, co w pradawnym języku oznaczało zbawienie, i wróciła z nim na Dwór, ku niezadowoleniu wszystkich mieszkańców stolicy. Od tamtego momentu stali się nierozłączni.

OsuhtjE.png

nature_lady_by_sakimichan-d4o7plc.jpg


2tlGTsD
"Art, the ability to make it, gives meaning to sadness in a way that many aren’t able to experience.”

Offline

#4 2018-10-11 19:05:33

Arbalester
Szeryf Depeszy
Windows 7Chrome 69.0.3497.100

Odp: Faith and Power

oh5zYsc.png

Fyf9Edx.jpg

chinese_dragon_by_fennecfoxaim-d9y9pen.png
Przed przeszłością można uciekać. Długo, potykając się o teraz, rozsypując pamięć.
Ale lepiej, gdy ma się odwagę, by stanąć i spojrzeć w jej umarłe oczy.
I powiedzieć: jesteś już nieważna.

Samir Shazim kiedyś był jedynie Samirem. Choć może trafniej brzmiałoby - . Mieszkał ze swoim plemieniem i jak każde z nich na Bezdrożach, przemieszczał się często,  zostawiając za sobą wszystko, czego nie zdołał unieść. Wchodził w konflikty z innymi plemionami, walcząc z rodzicami, siostrą, bratem i pozostałymi ramię w ramię. Młody, silny, bystry. Czasem zbyt niepowściągliwy - to właśnie go zgubiło w osiemnastym słońcu życia. Matka wypominała mu to wiele razy, ojciec karał boleśnie za każdy niemądry żart, wszelkie bagatelizowanie. Poważna starsza siostra patrzyła na niego z góry, ale Samir nic sobie z tego nie robił. Twierdził, że w ten sposób wprowadza kolorytu do ich stonowanego świata brązu i beżu. Mimo posiedzeń przy ogniu w każdą noc wśród śmiechu, widział towarzyszące temu zmęczenie w oczach, zmęczenie i ulgę - oto przeżyli kolejny dzień. Nie dali się piekącemu słońcu, gruboskórnym jaszczurom, ruchomym piaskom. Przetrwali. Świętowali. I choć cieszyli się każdą drobną rzeczą - były na wagę złota na Bezdrożach - to uporczywie trzymali się tradycji, przekonań, zamykali swe umysły w klatkach, podczas gdy ciała wędrowały swobodnie. Samir podążał za nimi, bo kochał swoją rodzinę i szanował ją, ale brakowało mu tego samego respektu do zasad, jakimi się ograniczali. Dlatego opowiadał niesmaczne dowcipy, urządzał dziwne zabawy, traktował lekko ich prawa - dążył do konfrontacji, do starcia poglądów i udowodnienia, że pomimo swego młodego wieku wiedział lepiej.
Zgłosił się na Poszukiwacza, by móc czasem oderwać się od sztywnych ram plemiona. Ich poprzedni hazun zaginął - co na Bezdrożach traktowano jako śmierć - i plemię niezwłocznie potrzebowało nowego na jego miejsce. Chociaż większość wydobytego kryształu sprzedają, gdy zawędrują w pobliże miasta, to część przetwarzają na swój użytek - głównie na lampy i kręgi ochronne. Bez tego ciężko przeżyć ludom mieszkającym w dziczy, choć wtedy Samir nie poświęcał temu swojej uwagi. Interesowało go tylko to, by uwolnić się od swojej rodziny i pójść nowymi drogami, testując swoją wytrzymałość i siłę.
Razem z Sirwanem, ich allą, przemierzyli kawał drogi, aby dotrzeć do nowego źródła kryształu. Jego ścieżka okazała się dłuższa i bardziej kręta, niż Samir przypuszczał. Kiedy wreszcie dotarli do złoża i Sirwan zabrał się do pracy, Samir oddalił się, chcąc rozejrzeć się po okolicy i upewnić, że nie groziło im niebezpieczeństwo. Na szczęście baldachimy skał ich dobrze ukryły, bo nieopodal stacjonowało wrogie im plemię. Wśród nich właśnie poznał dziewczynę, która straciła dla niego głowę. Zaś kiedy ich związek wyszedł na jaw, a ją schwytano - Samirowi udało się uciec - rzeczywiście straciła głowę. Miała szesnaście słońc, on osiemnaście.

cSDF4Oa.jpg

So I went back to my home and I burned it to the ground.
An angel sat beside of me, we both watched it all fall down.
"I'm a loner of a lover, I'm a lover of my ways,
so if you're here to take me back, there ain't nothing left to save."

Wtedy chłopak jeszcze nie uświadomił sobie, co to wszystko spowodowało. Nastąpiło to dopiero po tym, jak wygnano go z plemienia. Własna rodzina kazała mu odejść pod groźbą śmierci, choć skazywała tym samym siebie na niemal pewną śmierć - nie posiadali w szeregach nikogo, kto mógłby zostać hazunem. Nie, Samir zrozumiał siebie dopiero na środku prażącej pustyni, w samotności, prawie bez szans na przeżycie. Dotarło do niego, że nie zależało mu nigdy na koloryzowaniu dnia czy poprawie rzeczywistości plemienia - inaczej przestałby im grać na napiętych, zszarganych nerwach; nie pozwoliłby sobie na związek z wrogiem; nie zostałby Poszukiwaczem. Tym, co pchało go ku tej drodze, była pycha. Trwał w przekonaniu, że sama idea wystarczy, by zmienić świat i jak dziecko próbował to przeforsować, nie oglądając się na nikogo innego, nie dbał o konsekwencje swych poczynań. Choć rodziły się z dobrych pobudek, z głębi serca, zgubiło go przeświadczenie o własnej nieomylności, naiwność i zatracenie szerszej perspektywy, pomimo własnego przekonania o patrzeniu na świat szeroko otwartymi oczami. Ponieważ nie potrafił wyznaczyć sobie granicy, posypały się błędy, za które przyszło płacić innym. W ten sposób przelał swoje nieszczęście na osoby wokół.
Samir wzgardził sobą, lecz jednocześnie postanowił najważniejsze - xis usinov, nigdy więcej. Wyrzekł się bezmyślnych, pochopnych działań i nieświadomości. Odpowiadał za siebie i swoje czyny. Nie zamierzał się poddać, odrzucić to, kim był i w co wierzył. Chciał walczyć, byle nie kosztem innych. Dlatego modlił się do bóstwa, modlił się do aniołów, aby dali mu drugą szansę, by stał się człowiekiem godnym boskich pałaców. Człowiekiem godnym innych ludzi, w pierwszej kolejności.
Jego modlitwy zostały wysłuchane i droga wskazana, choć nie tam spodziewał się trafić. W pobliże shourzu hashun, u stóp którego leżał róg. A konkretnie, ułamany kawałek rogu. Olbrzymiego, czarnego jak otaczający teren żwir, ale gładkiego, niczym wypolerowany przez morze kamień. Lśnił kusząco, podczas gdy komin pluł wokół swoimi trzewiami. Samir wiedział, co to za przedmiot i jaką niesamowitą wartość posiadał, a jednak bał się zbliżyć. Nie ze względu na wciąż tryskającą lawę, nie; obawiał się, że jeśli tylko zbliży się do rogu, na ziemi zamajaczy gigantyczny cień, przesunie się po niej z wielką prędkością i nim chłopak się obejrzy, będzie stał przed bramą raju, martwy.
Nie spieszyło mu się na drugą stronę, ale zdawał sobie sprawę z tej szansy. Takie znaleziska były niezwykle rzadkie, a dodatkowo jeśli już ktoś miał szczęście na nie trafić, pierwotny właściciel odłamka zazwyczaj nie posiadał szczególnie wielkiej mocy. Nie zmieniało to jednakże faktu, iż według legend dzięki smoczym odłamkom ludzie mogli zdobyć szansę posłużenia się magią ognia, jeśli tylko oprawili je poprawnie. Chęć potęgi walczyła długo ze strachem, ostatecznie zwyciężając i Samir pobiegł po róg, zabrał go i wyruszył w dalszą podróż, nocami chodząc, dniami kryjąc się przed skwarem i wpatrując z nabożną czcią w obsydianowy odłamek. Jego ostrym czubkiem wyrył sobie na ramieniu słowa, które stały się jego maksymą.

Bo walka z samym sobą to jest prawdziwa walka. A pokonanie siebie jest jedynym, prawdziwym zwycięstwem.
I to jest jedyna wojna, która jest i sprawiedliwa, i konieczna. I jest to jedyna wojna prawdziwa, rzeczywista.
Najtrudniejsza z możliwych.

Wędrował, nożem ryjąc w odłamku. Skupiał się na tym tak bardzo, że nie zauważył przed sobą oazy, dopóki jego stopa na niej nie stanęła. Szczęśliwy, wskoczył do wody, napił się, umył, nabrał nadziei. Po raz pierwszy od dawna czuł, że znalazł się na dobrej drodze. Do przyszłości, lepszego życia. Uzupełnił zapasy i wznowił podróż, aż wreszcie za którąś wydmą wyrosła przed nim stolica. Ulokowana w zielonej dolinie, aż raziła najróżniejszymi barwami, zielenią, szumem wody w oddali... Oszołomiony, zsunął się po górze piasku prosto pod jedną z bram. Choć obrzeża nawet nie równały się z centrum miasta, Samir szedł, przytłoczony wrażeniami wszystkich zmysłów. Uszu dobiegała muzyka, śpiew, nawoływanie; oczy podążały za barwnymi mozaikami, pstrokatymi welonami kobiet; nos wciągał w nozdrza ostre i słodkie zapachy, a ciało odczuło lekki spadek temperatury. Momentalnie zakochał się w tym miejscu. Zatrudnił się u jedynego tajirra, który nie wystraszył się jego barbarzyńskiego akcentu. Dopiero kiedy go przyjął, powiedział, iż był świetnym hazunem, znał się co nieco na fachu ally, a nawet trudził się trochę jako xakt, bo jego plemię czasem potrzebowało pewnych drobnostek, których nie opłacało się kupować. Tajirr, sam będący wybitnym rękodzielnikiem, niezmiernie się ucieszył i obiecał go szkolić. Niedługo później uczeń przerósł mistrza. Wyroby Samira stały się niezwykle popularne, bo wymyślał co rusz to nowe przedmioty; najbardziej rozchwytywanym stała się pozytywka, w której dało się zakląć coś, co Samir określał jako bahitat ambi nikara, melodię własnego serca  - mówiącą wszystko o podmiocie i jednocześnie chwytającą go za serce. Wraz z rosnącą sławą został zmuszony do nadania sobie nazwiska, ze względów czysto technicznych - ludziom ułatwiało to odnalezienie i rozpoznanie go. Wkrótce stał się szanowanym sprzedawcą przedmiotów magicznych na cesarskim dworze i tworzył dla samego cesarza. Niektórzy szeptali, iż niedługo zostanie mianowany Xakt Kishwau, Mistrzem Dworu. Samirowi jednak nie paliło się do otrzymania tego tytułu; lubił pracować w kuźni podeszłego wiekiem mężczyzny, gdy podczas rzeźbienia przylatywał do niego jego ciekawski wnuk. Często bawił się z małym chłopcem, kiedy zostawali w sklepie sami. Gdyby miał jednak przyznać przed samym sobą, jego awersja do Dworu spowodowana była strachem przed powtórzeniem dawnych błędów. Ciągnęło go tam, ale wciąż powtarzał sobie, że brak mu doświadczenia i obycia, zadowalając się obecnym stanem życia.
Swoją smoczą zdobycz przerabiał bardzo długo, a gdy wreszcie ją ukończył, zawiesił na solidnym rzemieniu na swojej szyi, kryjąc go za pazuchą. Wypróbował swoje moce daleko za miastem, kiedy szukał złóż. Porządnie się wtedy poparzył i zrozumiał jednocześnie, iż nie powinien pokazywać swoich zdolności w stolicy. Nie chciał przykuwać do siebie więcej uwagi cesarstwa. Toteż ćwiczył na Bezdrożach, myśląc o dniu, gdy wreszcie będzie mógł zabłysnąć w całej swojej okazałości i nadane zostanie mu wspaniałe, płomienne imię, które zapisze się na kartach historii wraz z jego czynami. Tego sobie życzył.

WmNJJuT.jpg

igP7jsl.pngSamir przysiadł na murze koloru piasku. Jego nogi zawisły nad brunatną przepaścią, jarzącej się złotem w blasku słońca, a teraz ciemnej i nieprzyjaznej. Wiatr kąsał chłodem nieokrytą materiałem skórę i porywał w powietrze hałdy piachu, cicho przy tym szumiąc. Za jego plecami drzewa kołysały się pod jego dotykiem, ale poruszane podmuchami liście brzmiały inaczej, niż szelest skalnych drobin. Chociaż mieszkał tu już jakiś czas, ten dźwięk wciąż wydawał mu się obcy. Spoglądał za ramię za każdym razem, tak jakby zaraz miało coś na niego skoczyć. Chciałby do tego przywyknąć - plusku wody, zielonych cieni rzucanych przez rośliny przez promienie dnia. Marzył o tym, by zbudzić się na tyłach kuźni mistrza z poczuciem bycia na właściwym miejscu, poczuć przynależność do stolicy, jej tłoku, grup dzieci robiących hałas, mijania tych samych twarzy zapracowanych ludzi, wracających każdego popołudnia i wieczora do tego samego domu. Wzrok Samira wodził za sąsiadami, jedzącymi wspólne rodzinne śniadanie, odchodzących i przychodzących za każdym razem w to samo miejsce, do żon, mężów, córek, synów, braci i sióstr. Patrzył, jak odbudowują zniszczenia, rany czasu, wraz ze społecznością wokół. Wspierali się i współpracowali.
igP7jsl.pngTeraz jednak zostawił te widoki za sobą i obserwował góry piasku, wypatrywał wśród formacji skalnych jakichkolwiek sylwetek - znaku, że pojawili się Dzicy. Nie obchodziło go, z jakiego plemienia by pochodzili; każde udzieliłoby mu informacji o rodzinie, gdyby tylko je posiadało. Choć wygnanych traktowano na Bezdrożach jak najgorsze, niehonorowe szczury, nie odmawiano im takiego aktu litości, tak jak skazanemu nie odmawiało się wypowiedzenia ostatnich słów.
igP7jsl.pngIm dłużej patrzył w monstrualne cienie kamiennych baldachimów, układających się niemal w drzewiaste formy i plamy księżycowego światła prześwitującego przez wykruszone w nich dziury, tym bardziej krajobraz zlewał się przed jego oczyma w obraz ciągnięty grubym pędzlem. Przetarł je, a wtedy usłyszał za sobą tąpnięcie i bolesny syk. Zerknął przez ramię. Kudłaty chłopiec w podartych ubraniach siedział na spieczonych kamiennych płytach, nadal trzymających ciepło skradzione za dnia. Obejmował kurczowo swoją nogę i dmuchał na kolano. W blasku pochodni, płonącej na ścianie pobliskiego domku, Samir zobaczył krew na skórze chłopca. Jego czarne loki rozpoznałby wszędzie.
igP7jsl.png- Zazu, mówiłem, żebyś za mną nie chodził - odezwał się z naganą. - Twój dziadek znowu się na mnie zezłości.
igP7jsl.pngZazu potrząsnął czarną grzywą, a brązowe oczy zabłysły zadziornie.
igP7jsl.png- Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. [...]


2tlGTsD
"Art, the ability to make it, gives meaning to sadness in a way that many aren’t able to experience.”

Offline

#5 2020-02-09 15:24:14

Faworek
Pochwalony Faworek Depeszek
WindowsChrome 80.0.3987.87

Odp: Faith and Power

F5s27Ux.png

8b861s9.png

Falling like ashes to the ground by the grace of the fire and the flames

Gęsty dym zawisł nad oceanem czerwonego piasku. Piął się po drabinie powietrza ku blasku palącego słońca, a wiatr nie rozganiał jego pióropusza kłębów, ponieważ niechętnie odwiedzał ziemie Rarikhy. Wokół w akompaniamencie krzyków, lamentu i błagań roznosił się ostry, gryzący swąd sadzy i spalonego mięsa. Świat drżał od gorąca, popiołu i słów wypowiedzianych ostatnim tchnieniem. Potem zwalił się w fasadach jak obozowisko ich plemienia.
W tym wirze pełnym strachu i furii jedyną znaną jej rzeczą - ostatnią bezpieczną ostoją - był zapach potu Yuzaah, który przyciskał jej twarz do swej piersi, aby jego siostra nie widziała jak śmierć przebrana w postać najeźdźcy, odbiera życie ich dziadkowi tak samo, jak wcześniej zrobiła to ich ojcu, matce i babce. Nim staremu człowiekowi odcięto głowę, on patrząc na swe wnuki, pożegnał zamordowanych i wciąż niemartwych bliskich zdeterminowanym głosem: co Słońcu skradziono, do Słońca z wdzięcznością wróci.
Jego słowa oznaczały koniec zwady między plemionami Hakam i Salih, ponieważ Salih przestało istnieć. Jedynym śladem po nim były dzieci, które pozostawiono przy życiu, lecz ślad ten mógł przetrwać jeśli przygarnie ich inne, podróżujące tędy plemię, zanim umrą pożarte przez dzikie stwory, albo padną z wycieńczenia. Te ślady na pustyni nie były niczym trwalszym niż odcisk stóp - szybko zasypywał je piach.
- Zabierz nas ze sobą! - Wrzeszczał Yuzaah, biegnąc za mężczyzną, który ich osierocił. Szarpał Quayę za rączkę, zmuszając ją, by szła za nim. Reszta dzieci z ich plemienia, których rodzice również zostali zamordowani, podążała za nimi. Żadne nie widziało innej szansy, by przeżyć, niż skłonić głowę przed oprawcą i błagać o schronienie.
- Odsuń się, robalu, ode mnie zanim cię zdepczę - usłyszał w odpowiedzi.
- Zabierz nas! - Chłopiec nie ustępował - Zabierz nas! Zabierz nas!
Mężczyzna zatrzymał się, zawrócił i podszedł do niego. Wymierzył mu buta w pierś i Yuzaah upadł na piach, a z nim Quaya, której nie zdążył puścić.
- Weź nas ze sobą - uporczywie powtarzał, próbując złapać wypchnięty z jego płuc oddech.
Mężczyzna pchnął jego twarz ku ziemi i przygniótł butem głowę chłopca. Quaya zacisnęła drobne wargi w determinacji i zaczęła bić małymi piąstkami. Nie robiło to wrażenia na okrutniku. Odepchnął ją jak muchę. Inne dzieci cofnęły się przerażone.
- Zlituj się, Baahir. Jego samozaparcie to dobra cecha. Wyrośnie z niego odważny wojownik - zawołał ktoś zza pleców mężczyzny.
- Ile masz lat? - Yuzaah poczuł jak nacisk odpuszcza.
- Czternaście.
- Wyglądasz najwyżej na dziewięć. Jeśli próbujesz kłamać, daj mi chociaż szansę być okłamanym - rzekł mężczyzna - Co potrafisz?
- Potrafię się uczyć.
- To za mało, by kupić życie. - Podeszwa buta znów naparła na głowę Yuzaahy.
- Znam magię! - Zawołał chłopiec - Mój dotyk potrafi upiec mięso, a ogień mnie nie parzy.
Mężczyzna zdjął z niego buta.
- Niech będzie. Będziesz mógł się wykazać.
- A reszta? - Zapytał chłopak, zrywając się na kolana. Quaya natychmiast podpełzła do niego, kryjąc się pod pachą brata.
Jego słowom odpowiedział nieczuły śmiech.
- Mogą założyć własne plemię. Tracisz mój czas. Idziesz sam i zamykasz usta, albo zostajesz.
- Pozwól mi chociaż zabrać siostrę. Ona też zna magię.
- Zgoda - Odparł krótko, wzdychając. Dłoń mężczyzny chwyciła Quayę jak truchło drobiu i zaniósł ją w ten sposób do reszty oprawców, którzy czekali już w siodłach swoich wierzchowców. Podsunął dziewczynkę w ręce tego, który wcześniej wstawił się za Yuzaahą.
- Od dziś to twoje dzieci - rzekł do niego, po czym krzyknął do reszty:
- Ruszamy!
Człowiek przyjął tę wiadomość milczącą zgodą. Usadził Quayę przed sobą i schylił się do Yuzaah, wyciągając po niego dłoń.
- Witajcie w plemieniu Hakam.
Chłopak chwycił ją bez sekundy namysłu. Kiedy siadł w siodle spojrzał na resztę dzieci, które wciąż stały gromadą w tym samym miejscu. Nie oderwał oczu od tego obrazu dopóki ich sylwetki nie wyglądały jak jedno z wielu ziarenek piasku malujących krajobraz.
Zamierzał nauczyć się żyć ze świadomością, że nie udało mu się ich ocalić, ponieważ wiedział, że poczucie winy nigdy już nie pozwoli mu zasnąć bez myśli o braciach, których zostawił na pustyni za swoimi plecami.


Quaya usilnie próbowała opanować umiejętności, jakie posiadał jej brat - od tego, czy zacznie władać magią, zależała jej przyszłość. Nikt z dorosłych nie ukrywał, że było to warunkiem, by mogła żyć u Hakamów i pozbędą się jej, jeśli nie wykaże się zdolnościami. Ona jednak nie potrafiła sprostać oczekiwaniom. Ogień i żar ją parzył, a starania nie wystarczały, aby ogrzać chociażby talerz, co dopiero opiec jedzenie. Yuzaah z frustracją prezentował jej, że on może spokojnie trzymać gołą ręką żarzące się drewienko i wymagał, by ona również próbowała mimo poparzeń i łez bezsilności. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jego siostra nie dostała tego samego daru. Lekcje, które jej dawał były jedynie na pokaz. Chłopak grał na czas. Bał się, co wódz postanowi zrobić z Quayą, kiedy straci już cierpliwość. Czekał więc do momentu, w którym rozbili obóz niedaleko wielkiego miasta. Wśród ciemności nocy wymknął się z siostrą i odprowadził ją pomiędzy budynki. Kazał jej znaleźć sobie pracę, albo kraść. Nieważne co, byleby przetrwała. Ona, zalana łzami, błagała, by został wraz z nią, by również uciekł od Hakam. Mówiła, że sobie nie poradzi. Miała zbyt mało lat, by odważnie stawić czoła samotności i godnie przyjąć to, co los dla niej przyszykował.  On odrzekł, że nie może - planował uczynić zadość demonom swojej przeszłości i zemścić się za śmierć Salihów.
Tamtej nocy Quaya widziała swego brata - jedyną bliską, żywą osobą, która o nią dbała - po raz ostatni. Czuła strach, myśląc o życiu bez niego, ale nie odważyła się wrócić do klanu: Yuzaah zagroził, że osobiście poderżnie jej gardło, jeśli spróbuje, ponieważ woli sam wymierzyć jej szybki koniec niż patrzeć na to, co może zrobić z nią wódz Hakam.
Pierwsze noce Quaya spędziła tułając się po zaułkach. Nie miała nawet możliwości odpocząć: gdy tylko zamykała oczy, zaraz ktoś trącał ją butem, lub kijem. Była przeganiana przez straż i mieszkańców z miejsca na miejsce, ponieważ nikt nie chciał, żeby widok na ulicę pod jego domem oszpecała brudna, głodna, smutna mizerota. Z początku próbowała znaleźć dobrego człowieka, który dałby jej choć kilka drobnych monet, lub posiłek dziennie w zamian za jej pomoc przy pracy. Nikt jednak nie widział pożytku w kilkuletnim dziecku i oskarżał je o podstępny plan kradzieży. Niecuchnący ludzie odziani w ładne materiały nawet nie zatrzymywali się, by jej posłuchać. Udawali, że istoty o wartości robaka nie istnieją.
Niedługo potem zamiast oglądać się na tych, wśród których chciała żyć, zaczęła przyglądać się tym, którym była podobna. Wszyscy oni dążyli ostatecznie w jednym kierunku -  w dół. Nie chodziło tu o żegnanie się z życiem, lecz o zejście na niższy poziom miasta. Tam, gdzie swoje miejsce znajdowały dusze niemile widziane, jak i te złe, lub zwyczajnie biedne.


Próżno ich sypkie zatrzymują śniegi
i lodem wzdęte odpychają brzegi.
Przeszli zawady, bo miłość szła wprzódy,
zmiatała śniegi i topiła lody

Offline

#6 2020-02-10 22:05:06

Angelue
Admin.
AndroidChrome 80.0.3987.87

Odp: Faith and Power

Bjórta Eihnersenn
7a6a6224d0d440def44d426e6c388545.jpg

This is for long-forgotten light at the end of the world
Horizon crying the tears he left behind long ago

Przydomek Eihnersenn oznaczał "niczyj syn" i towarzyszył Bjórcie od najmłodszych lat - początkowo jako złośliwość ze strony niektórych rówieśników, z czasem przerodził się jednak w element jego tożsamości. Nie miał okazji poznać swojego pochodzenia.
Ojczym sprowadził Bjórtę w progi rodziny Heir, gdy ten był jeszcze niemowlęciem. Ku frustracji chyba wszystkich - łącznie z małżonką i samym Bjórtą na czele - nigdy nie zdecydował się zdradzić, w jaki sposób jego los związał się z przybranym.
Eihnersenn wyróżniał się wśród ciemnowłosego i ciemnookiego rodzeństwa swoimi jasnymi oczami, mysimi włosami i zupełnie innymi rysami twarzy, dlatego nikt nawet nie próbował robić tajemnicy z braku pokrewieństwa między nimi. Była jednak inna rzecz, którą rodzina Heir wolała trzymać w tajemnicy przed ogółem - niecodzienna zdolność chłopca. Szybko stało się jasne, że przygarnięte przez nich dziecko zostało dotknięte zdolnością panowania nad nieznaną im dotąd energią - widywaną jedynie na niebie w trakcie burz. Nie przypominało to Daru ani Vaerii, ani tym bardziej Liegura. Wydawało się, że jego moc przybierała na sile w chwilach burzliwych emocji, dlatego dzieciństwo Bjórty minęło pod znakiem nauki samokontroli i ćwiczeń relaksacyjnych. Hjerrijczycy nie ufali obcym zjawiskom, ludziom ani nawet rzeczom, a rodzinie zależało, by zapewnić przybranemu jak najlepszą pozycję w społeczeństwie.
W pewien sposób im się to udało, choć niekoniecznie w ten sposób, na jaki liczyli. Eihnersenn nigdy nie był ukierunkowany na politykę w taki sposób jak reszta jego rodziny. Nie uważał się za osobę rozumiejącą polityczne niuanse, ani nawet nie miał ochoty ich rozumieć. Zamiast tego, interesowało go nieznane. Hjerra nie była zbyt wylewną krainą i zdawała się bronić własnych sekretów niczym baleola swojego lęgu, co skutecznie zniechęcało jej mieszkańców do prób przekraczania znanych im granic. Z kolei dla Bjórty było niepojęte, że nawet nie chodziły żadne słuchy o próbujących się tego podjąć. Nie mógł sobie ot tak postanowić, że w pojedynkę wyruszy w trujące wyziewy licząc na łut szczęścia; zresztą miał świadomość, że byłby to cios dla rodziny planującej dla niego przyszłość w rzemieślnictwie będącym jej głównym źródłem utrzymania. Choć brzmi to okropnie, wybawieniem okazał się pobór do ochotniczych wojsk mających brać udział w jednym z granicznych konfliktów między Hjerrijczykami. Matka przyjęła szczególnie źle jego oświadczenie o zamiarze zaciągnięcia się, z kolei ojciec wydawał się niespodziewanie spokojny. Bjórta sam nie był pewny, czy ma być mu wdzięczny, czy może jednak się zastanowić nad jego pobudkami.

Xdky8rs.jpg?1


Ich oddział miał za zadanie ochraniać rubież szczególnie nękaną przez [pozapaństwowych]. Po paru skutecznie odpartych najazdach wszystko wskazywało na to, że sytuacja w okolicy uspokoiła się - co potwierdzać mogły raporty o większej aktywności pozapaństwowych w innych rejonach. Już od dłuższego czasu nie doszło do żadnego incydentu. Jakkolwiek początkowo ten spokój wzmagał czujność całego wojska, tak pomału zaczynało ono czuć się coraz swobodniej na patrolach. Prawda była taka, że bezczynność nie działała korzystnie na morale - zarówno tych broniących, jak i obranianych. Już zdążył powstać spór między ochranianymi osadnikami, a oddziałem, że nudzący się wojacy płoszą im dla zabawy bydło i zaczepiają panny na wydaniu. Że zadeptali grządki w trakcie kopania szańców, a wieczorami z obozowiska rozlegają się gorszące przyśpiewki. Nie tego Bjórta się spodziewał zaciągając się do wojska. W wyobrażeniach widział więcej dyscypliny, dzielniejszych żołdaków i poważniejsze zadania, ale... odpowiadał mu ten tryb życia bardziej niż próby sprostania oczekiwań rodziny. Wypatrując ruchu we mgle na warcie, ćwicząc z innymi na placu, czy nawet machając łopatą w śliskiej glinie, czuł się znacznie swobodniej niż w domu. W trakcie patroli aż go korciło, by wspiąć się na pobliskie wzgórza położone za granicą i ogarnąć wzrokiem wszystko to, co one zakrywały.
Ten patrol był czystą rutyną. Szli nocą, skrajem lasu w siódemkę - na czele z najbardziej doświadczonym z nich, będącym tymczasowym dowódcą oddziału. Bjórta wraz z towarzyszem osłaniał lewą flankę znajdującą się najbliżej kniei. Niepokojące odgłosy i światełka pomiędzy zaroślami stały się swojskie do tego stopnia, że Eihnersenn potrafił na ich podstawie zidentyfikować wybrane gatunki zwierząt. Inni również poruszali się w ciemności ze znacznie większą swobodą, niż te parę tygodni temu, gdy dopiero co zajęli tu pozycję. Czuli się tacy pewni siebie w swoich wzmacnianych brygantynach i ze świeżo naostrzoną bronią skrytą lekceważąco pod płaszczami chroniącymi ich przed mżawką. W końcu wciąż panował spokój, więc dlaczego dziś miało być inaczej?
Wtem, Bjórta poczuł w żyłach skok adrenaliny zanim nawet zdążył sobie uświadomić, co się dzieje. Jego mózg nagle zarejestrował, że to co słyszy to świst - cichy niczym lot sowy - po którym wydarzyło się na raz mnóstwo rzeczy. Dziewczyna z prawej flanki zamarła, z szeroko otwartym jednym z oczu, podczas, gdy z drugiego trysnęła jej krew. W tym samym momencie na Eihnersenna ciężko się zwalił jego towarzysz - odruchowo go złapał za łokcie, czując jak ciężar młodzieńca ciągnie go na glebę. Jego spojrzenie wyrażające pomieszanie szoku z bólem było wbite w twarz Bjórty, ale sięgało już gdzieś dalej. Bjórta usłyszał głuche uderzenie kolejnego ciała o ziemię, a następnie gardłowe dźwięki. Obejrzał się za siebie - to ich dowódca leżał na plecach ze strzałą wystającą mu z tchawicy. Wił się na ziemi sięgając rękami do gardła. Pozostałych przy życiu jakby zamurowało.
- Kryć się! - Wrzasnął Eihnersenn, po czym puścił martwego towarzysza broni, by schować się za zwalonym drzewem po drodze łapiąc leżącego dowódcę za ręce i przeciągając go po ziemi. Trzęsącymi się rękami ucisnął skórę wokół rany licząc, że to coś pomoże. Dowódca złapał Bjórtę zakrwawionymi rękami za nadgarstki wciąż walcząc o oddech i okaszlując go krwią. Spomiędzy palców Bjórty trysnęło jej jeszcze więcej - gęstej, niemalże czarnej, gorącej mazi.
- To na nic, nadchodzą! - Usłyszał nad swoim uchem. Ktoś szarpnął go za ramię przywołując do rzeczywistości. Bjórta odruchowo, choć z niemałą trudnością wyszarpnął miecz z pochwy.
Rzeczywiście, od strony lasu nadbiegała grupka ludzi z towarzyszącym im u boku wielkim psiskiem. Zwierzę rzuciło się na najbliższego z patrolujących, który próbował wykonać unik - niestety, został złapany zębiszczami za przedramię. Więcej Bjórta nie miał czasu zarejestrować, gdyż zaatakował go osiłek uzbrojony w ciężki buzdygan. Ich starcie dobitnie pokazało mu, że ćwiczenia na placu nijak mają się do rzeczywistości. Nie było w tym ani krzty finezji. Przeciwnik był wieśniakiem zupełnie nieznającym techniki, a jednak z jego buzdyganem nie dało się fechtować - ciosy spadały ciężko, zupełnie niewzruszone wysiłkami Bjórty. W pewnym momencie wieśniak trafił w jelec miecza, wytrącając go Eihnersennowi z dłoni. Młodzieniec aż się zatoczył czując w całej ręce ogłuszający ból. Osiłek zamachnął się z zamiarem zmiażdżenia mu głowy - ruch trwał jednak na tyle długo, by Bjórta zdążył zrobić unik i na klęczkach rzucić się w kierunku tarczy leżącej koło zabitej dziewczyny z prawej flanki. Zasłonił się w sam raz, gdy spadał ku niemu kolejny cios buzdyganu. Pod siłą uderzenia z tarczy prysnęły pojedyncze drzazgi. Bjórta sięgnął gorączkowo ręką do pasa po sztylet. Kolejny cios prawie rozwalił osłonę na połowy obijając przy tym boleśnie drugą rękę Bjórty, kurczowo zaciśniętą na imaczu. Poczuł, jak osiłek stawia na tarczy stopę, by zamachnąć się do następnego, ostatecznego ciosu - wykorzystał tę okazję, by przesunąć ostrzem po jego ścięgnie achillesa. Osiłek zaryczał wściekle opadając na kolano i przygniatając Bjórtę tym bardziej do ziemi - jedną ręką złapał go za nadgarstek próbując wykręcić mu z dłoni sztylet, a drugą złapał za krawędź tarczy i uderzył go nią w twarz. Bjórta wyszczerzył ociekające krwią zęby wijąc się pod nim i kopiąc wściekle nogami ziemię. Przez chwilę szarpali się zarówno o sztylet jak  i o połamaną tarczę - w końcu Eihnersenn czując, że dłużej nie utrzyma ostrza, odrzucił je najdalej jak mógł, po czym puścił również osłonę próbując spod niej uciec. Napastnik złapał go za włosy i usiadł na nim okrakiem, po czym zaczął zadawać ciosy. Bjórta już stracił rachubę, z której dokładnie strony szło uderzenie, a kiedy uderzano jego głową o ziemię. Czuł jedynie straszliwy ból czaszki, a na twarzy piekące gorąco popękanej skóry, rosnącej opuchlizny oraz złamanego nosa. Rozpaczliwie próbował dosięgnąć paznokciami do oczu napastnika, ale był w stanie jedynie drapać go po policzkach - tamten i tak zdawał się amoku nie zwracać uwagi na ból. W pewnym momencie, gdy Bjórta zahaczył palcami o jego usta, osiłek ugryzł go w dłoń niczym wściekłe zwierzę. Eihnersenn zawył pod wpływem kolejnego źródła bólu i nagle poczuł znajome, mrowiące uczucie, które przepłynęło przez całe jego ciało. Ręce napastnika opadły bezwładnie wzdłuż jego boków, po czym on sam zwalił się ciężkim cielskiem na Eihnersenna. Bjórta pomiędzy tępymi uderzeniami bólu w czaszce poczuł, że zaraz zsunie się w miękką, przyjemną ciemność. Usłyszał w oddali wściekły lament kobiety, a po chwili zobaczył ją samą, we krwi - własnej oraz towarzyszy broni Bjórty - próbującą podnieść osiłka, który już nigdy nie miał się obudzić. Dobrze zapamiętał jej oczy - wyrażające dzikość człowieka, który zaznał głodu i utraty bliskich. Miała grube dłonie ciężko pracującej kobiety. Zauważyła jego spojrzenie - jej oblicze wykrzywiła nienawiść, a następnie sięgnęła po sztylet, by dokończyć to, czego nie udało się zrobić jej - najwyraźniej - ukochanemu. Nie zdążyła jednak zrobić nic więcej. Od tyłu zaszedł ją ocalały z patrolu i posłał ostrzem wprost w ramiona Liegura. Bjórta był w stanie jedynie się w niego wpatrywać spod półprzymkniętych powiek. Mężczyzna przez chwilę przyglądał się smętnie zastanej scenie, lecz wystąpiło na jego twarzy zdumienie, gdy zauważył, że Eihnersenn wciąż oddycha.
- Ty żyjesz - stwierdził z niedowierzaniem, nachylając się nad nim. Bjórta odpowiedział mu dźwiękiem mogącym być zarówno chichotem, jak i szlochem. Gdy mężczyzna wyswobodził go spod martwego cielska klepiąc po twarzy raz po raz, by nie zasnął, wsparli się nawzajem na sobie i dokuśtykali z powrotem do obozu. Nie mieli sił nawet na to, by obejrzeć się za siebie - na martwych.
Następne dni przynosiły kolejne ataki, aż w końcu zamieniły się w regularną wojnę podjazdową. Bjórta przez ten czas wraz ze swoim zbawcą - Remim - dochodzili do siebie w polnym szpitalu. Raz tylko wrócili rozmową do minionych wydarzeń - Bjórta chciał wiedzieć, czy tylko mu się zdawało, że ich przeciwnikami byli biedni wieśniacy walczący o przetrwanie, a Remi z kolei chciał zrozumieć, jakim cudem osiłek tak znienacka postradał ducha. Obaj mocno się zafrapowali otrzymanymi odpowiedziami.
W międzyczasie, z góry poszedł rozkaz, by wojska zdusiły wciąż trwające ataki w zarodku - czyli zaatakowały rodzime wioski najeźdźców. Konflikt skończył się przyłączeniem zbuntowanych wiosek do państwa. Ten dzień uzyskał nawet rangę państwowego święta, gdyż był to jeden z najzacieklejszych konfliktów w ich dziejach. Bjórta nie lubił o tym wszystkim wspominać - czym innym była walka w obronie życia, czy państwa, a czym innym atakowanie niewinnych ludzi. Nie zrezygnował z pracy w wojsku, ale postanowił dołożyć swoją cegiełkę do starań, by Hjerrijczycy nie musieli więcej walczyć między sobą o skrawek życiodajnej ziemi. Remi ochoczo poparł jego pomysł i dołączył do wspólnego zasypywania dowództwa podaniami o stworzenie nowej jednostki, której zadaniem byłoby odkrywanie nieznanych im dotąd rejonów wyspy.[...]
Stworzyli jednostkę zwaną Pionierami. Ich zadaniem było odkrywać nowe miejsca na wyspie, odpowiadać na pytanie co jest za horyzontem?
[...]
Siene joot en Siene nemt.

F A R E W E L L

Korowód wspinał się mozolnie na Płonące Wzgórze wyśpiewując powolną pieśń w rytm wibrującej w piersiach muzyki. Bjórta szedł na jego czele niosąc wspólnie z jednym z braci - Artusem - nosze. Obok nich kroczyła z wysoko uniesioną głową i zesztywniałymi ramionami matka, a tuż za nimi ich rodzeństwo - Vaienn, Huge i Lisabi. Ze szczytu Wzgórza biła łuna oświetlająca zmierzchające niebo. Zdawało się, że nawet ona drgała w rytm żałobnej melodii. Gdy dotarli do krateru, było już całkiem ciemno, a na niebo wystąpiły Wieczyste Zorze. Bjórta spojrzał na nie pełen sprzecznych uczuć i uśmiechnął się blado. Ojciec wciąż był z nimi.
Matka stanęła przy kamieniu służącym za ołtarz, na którym bracia wspólnie złożyli owinięte w płótno ciało. Obaj z szacunkiem się odsunęli, by dać jej ostatnią chwilę prywatności z ojcem. Kobieta ukucnęła przy ciele kładąc swój policzek na policzku ukochanego. Jej posiwiałe, długie włosy rozsypały się wokół ołtarza. Po dłuższej chwili, gdy rozbrzmiewały jedynie muzyka, śpiew i daleki grzmot lawy w dole krateru, wsunęła między fałdy płótna przedmiot, którego Bjórta nie zdołał zobaczyć, wstała i odsunęła się na bok zapraszając gestem swoje dzieci. Pierwsza wystąpiła najstarsza Vaienn. Swoją dumną postawą przypominała matkę, ale sztywność w jej ruchach zdradzała targające nią emocje. Po pożegnaniu stanęła obok seniorki obejmując ją opiekuńczo ramionami. Po policzkach spływały jej łzy, ale gdy spojrzała na Zorzę, na twarzy wykwitł jej słaby uśmiech. Następne podeszły bliźnięta, Huge i Lisabi, najmłodsze z ich gromadki. Bjórta i Artus w międzyczasie popatrzyli po sobie niepewnie, ale ostatecznie to Eihnersenn zrobił subtelny ruch głową na znak, że ustępuje bratu w kolejce. Artus przywołał do siebie gestem dwie córeczki i żonę, by razem klęknąć przy ołtarzu. Położył mimowolnie drżącą dłoń na piersi ojca. Jego żona ścisnęła ręką jedno z jego ramion w geście wsparcia. Bjórta obejrzał się za siebie i wyciągnął dłoń do swojego dziewięcioletniego wówczas syna. Gdy nadeszła ich kolej, podeszli razem do ołtarza, po czym kucnęli tak jak ich poprzednicy. Eihnersenn zamknął oczy i oparł się czołem o ramię tego, komu zawdzięczał całe dotychczasowe życie. Kogo kochał, szanował, czasem nienawidził. Tego, który zabrał ze sobą wiedzę o tym, kim Bjórta tak naprawdę był i teraz wędrował razem z Siene do czasu, aż bogini nie odeśle go z powrotem na łono Hjerry.
- Till naasta liv - z gorzkich myśli wyrwał go głos syna kładącego niepewnie rękę na piersi dziadka.
- Till naasta liv. Do przyszłego życia, ojcze - wyszeptał Bjórta, po czym stanął obok rodziny kładąc dłoń na głowie syna.
Po nich nadeszła kolej dalszej rodziny, przyjaciół, sąsiadów, znajomych. Ojciec zajmował miejsce w sercach wielu ludzi.
Gdy już każdy pożegnał się ze zmarłym, Bjórta i Artus stanęli znów przy ołtarzu - jeden przy głowie, a drugi przy nogach.
- Liegur zabrał twoją duszę... - zaczął far'Heir.
- ... teraz my zwracamy twoje ciało Vaerii - dokończył Eihnersenn.
Obaj dźwignęli z niemałym trudem owinięte w płótno ciało, po czym delikatnie upuścili je do krateru. Artus potarł nos z nietęgą miną. Eihnersenn czuł, że musi wyglądać podobnie. Czuł w piersi dojmujący ciężar, a w dłoniach mrowienie zwiastujące narastającą w nim energię. Nie słyszał już, co mówi matka do tłumu, ale wyraźnie wszyscy się zbierali do powrotu. Jego rodzeństwo, znające go całe życie, najwyraźniej zauważyło, co się święci, gdyż bez pytania zgarnęło jego syna pod opiekę. Bjórta klęknął przy samej krawędzi krateru opierając dłonie na skale. Na twarzy czuł gorące podmuchy powietrza docierające do niego z samego dna krateru. Zacisnął zęby wypuszczając pomału energię w głąb skały. Czuł, jak penetruje kamień w promieniu dobrych paru metrów, ale nie przynosiło mu to ulgi. Zakołysał się obejmując własne ramiona. Kochał ojca, ale teraz był na niego wściekły. Nie rozumiał, po co zrobił z jego historii taką pieprzoną tajemnicę. Naprawdę nie oczekiwał od niego wiele prosząc go, by opowiedział o jego poprzedniej rodzinie. O nie, ojciec nigdy po prostu nie powiedział, że nie wie. Wiecznie przekładał ten moment na później, aż było już za późno. Na chwilę wściekłość zastąpił lęk, gdy pomyślał, że nie powinien tak myśleć o zmarłym; tylko po to, by przejść w dojmujący smutek i żal na wspomnienie wszystkich minionych lat. Wydał z siebie pełen goryczy krzyk, który i tak został zagłuszony grzmotem.

U6UdIHT.jpg?1

Kolejny dzień był cudownie ciepły i pogodny. Spędzali czas na podwórzu zupełnie jak w dzieciństwie. Zasadniczą różnicą był fakt, że każde z nich miało już swoje życie, a ojca nie było z nimi. Lisabi rozczesywała długie włosy w zamyśleniu, od czasu do czasu dopisując coś do komponowanego przez siebie listu.
- Nie rób tak dalekich wymachów, bo odsłaniasz żebra z prawej strony! - krzyknął Artus akurat w momencie, gdy Bjórta zdzielił Huge drewnianym kijem w nieosłonięte miejsce. Mężczyzna zaśmiał się okrążając brata, gdy ten próbował złapać oddech.
- Twój koper pod nosem nie sprawi, że będziesz lepiej walczył - zadrwił z niego zachodząc go od tyłu. Huge w odpowiedzi zamachnął się kijem z obrotu, aż świsnęło. Bjórta w ostatniej chwili zablokował cios przedramieniem i syknął z bólu.
- Prawie dobrze! Lepiej celuj poniżej pasa! - instruował chłopaka Artus.
- Ej! Co to za nieczyste zagrywki? - oburzył się Eihnersenn odbijając szybkie ciosy brata wycelowane stanowczo zbyt blisko jego męskości.
- Walczy się dla wygranej, a nie dla honorowej walki - odparował Huge szczerząc zęby w uśmiechu.
- Zgadza się, ale z własnym bratem?
- Zwłaszcza z własnym bratem.
Spojrzenia jasnych oczu Bjórty i czarnych Huge spotkały się ze sobą, gdy zaczęli powoli, jak drapieżniki, iść po kole. Starszy z braci uśmiechnął się dziko; tak jak to lubił robić, by podburzać morale przeciwnika. Młodszy natychmiast stał się ostrożniejszy w swoich ruchach. Eihnersenn końcem kija wykonywał nieregularne podrygi, by rozpraszać brata. Nawet Artus w końcu zamilkł czekając na widowisko.
- A więc to na te spojrzenie podrywasz zajezdnie panny - zakpił z niego Huge przerywając w kontakt wzrokowy i w tym samym momencie był zmuszony wykonać ruch, by odeprzeć atak zmierzający w stronę jego biodra. Rozległy się jęki drewna zwiastujące rychłe połamanie kijów, a po nich krótki taniec, w którym rytm nadawało trzaskanie drewna o drewno. W pewnym momencie kij Huge nie wytrzymał naporu i pękł na dwie części; młodzieniec zawahał się przez ułamek sekundy, by ostatecznie zacząć używać kawałków jak dwóch osobnych broni. Artus zaśmiał się dopingując obu naraz, a Lisabi oderwała się od pisania listu, by krzyknąć:
- Pozerzy!
W tym momencie zaskrzypiały drzwi wejściowe. Przedstawienie się skończyło i cała czwórka spojrzała w ich stronę z nagłą powagą. To była Vaienn jeszcze w koszuli nocnej pomimo zbliżającego się południa.
- Nie przeszkadzajcie sobie - uspokoiła ich ze słabym uśmiechem, po czym przycupnęła na schodach kładąc gołe stopy w plamie światła. Atmosfera natychmiast się rozluźniła. Nagle Bjórta usłyszał kolejny świst i uderzenie od tyłu w kolana,  które rzuciło go na klęczki. Huge wydał triumfalny okrzyk i potargał mu wesoło włosy; przegrany zmierzył go teatralnie oburzonym spojrzeniem po czym dołączył do jego wesołości. Młodzieniec wyciągnął dłoń, by pomóc mu wstać. Jego śmiech szybko zamienił się w sapnięcie, gdy Bjórta złapał go za rękę i założył mu blokadę.
- Wygrałem! I będę o tym mówił naszemu każdemu wspólnemu znajomemu! - upierał się przy swoim Huge próbując się uwolnić z chwytu.
- Przegrałeś i za karę zgolisz to, co tam nosisz pod nosem - odparował wesoło Bjórta w końcu go puszczając.
Rozsiedli się na schodach wokół Vaienn. Dopiero chwile ciszy uwydatniały fakt, że pomimo pozornej wesołości, na wszystkich ciąży smutek. Śmierć miała u Hjerrijczyków dwojaki wydźwięk. Z jednej strony był to radosny moment, w którym dusza łączyła się z powrotem z istotą Siene, a z drugiej opuszczała bliskie jej osoby pozostawiając po sobie dziurę w ich sercach. Tak właśnie teraz się czuli członkowie rodziny Heir.
- Kiedy tu wszyscy jesteśmy, wydaje się, jakby nic się nie zmieniło - stwierdziła Vaienn obejmując kolana ramionami.
Bjórta zauważył, jak Huge i Lisabi wymieniają się krótkimi spojrzeniami. Z całego ich rodzeństwa, ta dwójka wciąż mieszkała w rodzinnym domu. Sam zerknął na Artusa przygryzającego wąsy - to był jego charakterystyczny, okropny zwyczaj krytykowany przez wszystkich z jego żoną na czele - którego uwadze najwyraźniej również to nie uszło, gdyż także podchwycił spojrzenie Eihnersenna.
- A skoro już Vaienn o tym wspomina, jakie macie teraz plany? - zagadnął niewinnie Bjórta, urywając źdźbło trawy, by połaskotać nim starszą siostrę w kostkę. Kobieta poruszyła nogą jakby się opędzała od owada.
- Gdyby któreś z was zechciało pracować z bronią albo biżuterią, mój warsztat stoi dla was otworem - zaoferował się natychmiast Artus.
To było jasne, do kogo została skierowana ta oferta. Bjórta od ponad 10 lat brał udział w pionierskich wyprawach, Vaienn zyskiwała coraz większą reputację jako ta władająca Darem Liegura i nawet młodziutka Lisabi zdawała się mieć wybraną ścieżkę Słuchającej Szeptów - Hvislyiashki. Całe rodzeństwo zaczęło nagle sprawiać wrażenie bardzo zajętych drobiazgami. Vaienn zaczął przeszkadzać niewyprasowany materiał jej koszuli, więc z wielką uwagą zabrała się do wygładzania go. Lisabi postanowiła się poprzyglądać końcówkom swoich włosów. Artus był początkowo ośmielony wspólnym frontem z Bjórtą, wyczuł, że jednak zrobiło się niezręcznie - i równie niezręcznie zaczął szukać fajki, którą musiał odłożyć gdzieś obok. Jego próby odpalenia zapałki od podeszwy buta wypełniały panującą ciszę w drażniący i zarazem komiczny sposób. Jedynie Eihnersenn patrzył po wszystkich wyczekująco jak zwykle będąc tym najbardziej dążącym do konfrontacji. Nie lubił się domyślać. O ile łatwiejsze byłoby, jego zdaniem, życie, gdyby wszyscy mówili wprost co im leży na wątrobie.
- Próbujecie zasugerować, że pora się wyprowadzać z domu? - Głos Huge brzmiał nadzwyczaj spokojnie, by po chwili przejść w ton pełen jadu. -  I robicie to w dzień po pogrzebie ojca? Mamy zostawić matkę samą?
Prawda była taka, że Vaienn, Artus i Bjórta spędzili kawał nocy na rozmowie z matką, która sama wyraziła troskę o przyszłość dwojga ze swoich najmłodszych dzieci. Jak tłumaczyła, nie chciała, by czuły się zobowiązane do pozostania wraz z nią w domu, ale z drugiej strony - nie chciała, by czuli się wyganiani.
- Nie próbujemy cię atakować - odparła łagodnie Vaienn. Lisabi, w przeciwieństwie do Huge, była zaskakująco spokojna. Bjórta objął najmłodszego brata ramieniem.
- No pewnie, że nie. Po prostu chcemy mieć pewność, że z niczego nie zrezygnujecie w imię źle zrozumianej odpowiedzialności.
- Pewnie nie mi to oceniać, ale ty chyba jesteś ostatnią osobą, która może coś mówić o odpowiedzialności? - burknął Huge, na Bjórta odpowiedział mu lodowatym spojrzeniem, by ostatecznie się uśmiechnąć i rozczochrać mu włosy.
- Masz rację, mały. Nie tobie to oceniać.

***VsYtZPI.png***


Eihnersenn nie lubił, gdy wypominano mu brak odpowiedzialności, lecz tego typu uwagi nie były pozbawione podstaw. [...] Jego pierwsze małżeństwo nie potrwało długo. Nie wyobrażał sobie opuszczenia szlaku na rzecz życia rodzinnego, a jego żona nie wyobrażała sobie życia rodzinnego bez Bjórty przy niej - ich związek zakończył się w akompaniamencie zbyt wielu gorzkich słów, by mogliby kiedykolwiek do siebie wrócić. Nawet fakt, że żona okazała się być w ciąży, nie był wystarczającym spoiwem.
[...]

do zmiany

Opis potyczki - nieprzyjaciele zakradną się od strony Bjórty, chłopak popełni błąd i sparuje cios ostrzem, po czym miecz będzie już bezużyteczny. Chłopak porzuci broń i przejmie leżącą na trawie tarczę. Będzie odpierał ataki, gdy przybiegnie mu z odsieczą dowódca, który zginie. Tu do wymyślenia, ale Bjórta ma zaatakować energią przeciwnika. *Rozniósł się swąd spalonego mięsa*
[...]
Bjórta w trakcie jednego ze swoich spacerów poza miastem da synowi zgodnie z tradycją jajo jaszczurorumaka. Chłopak będzie zachwycony, ale gdy wrócą do miasta, matka weźmie Bjórtę na pogadankę. (Matka jest zwolenniczką postępu i nie przepada za tradycjami.) Będzie miała do niego pretensję o to, że rozbudza w synu swoje własne marzenia, ponieważ życie w ciągłym ruchu nie jest normalnym życiem. Bjórta będzie oponował, że wcale nie, a nawet jeśli syn wybierze taką drogę - to nawet lepiej, że będzie miał taki wybór. Zaczną się osobiste ataki i próby przemówienia do rozsądku - przykład z wnukiem na własnym pogrzebie, albo by syn w ogóle dotrwał swojego potomka.
[...]
Bjórta chce w przyszłości założyć osadę razem z innymi Pionierami - ale póki tego nie zrobi, stara się nie plątać w poważne związki, by nie popełnić tego samego błędu co przy pierwszej żonie. (Nadal się interesuje jej losem i wypytuje syna przy okazji o to, jak jej się układa z obecnym partnerem)


Dziwne, u mnie działa.

Offline

#7 2020-02-10 22:05:37

Angelue
Admin.
AndroidChrome 80.0.3987.87

Odp: Faith and Power

Vaienn far'Heir
189d63b1093727d2bc5081df71349bfc.jpg


Dziwne, u mnie działa.

Offline

#8 2020-02-10 22:10:58

Faworek
Pochwalony Faworek Depeszek
AndroidChrome 76.0.3809.132

Odp: Faith and Power

Rozdział SBD
Na granicy Lasu Tysiąca Szeptów

Opadające słońce wyglądało do nich zza koron drzew niczym nieśmiałe, lecz ciekawskie pisklaki schowane w gniazdach - im bardziej posuwali się w jego kierunku, tym bardziej chowało się za obrazem ziem Laquii wyrastających ponad horyzontem. Jeszcze przed nadejściem zmierzchu powinni byli postawić stopy na gruncie, lecz póki nie nadejdzie ten moment, będą popychać łódź utkanymi przez nich falami. Ich dłonie nie przestawały tkać odkąd opuścili granicę Gyengye. Wody poza nimi były nieujarzmione i krnąbrne, więc tkanie za ich pomocą wymagało więcej zdecydowania i skupienia. Zamieniając się wartami co pewien okres czasu, utrzymywali łódź na powierzchni wody walcząc ze sztormami lub flautą. Dla wytrawnych marynarzy nie był to w żadnym wypadku większy kłopot. Dzikie morze nazywano Gamm-achu. Dosłownie tłumacząc, było to Wyzwanie.
Ujrzawszy linię brzegową Nefelinowego Wybrzeża, pięciu mężczyzn jednocześnie zaczęło unosić grzywy morza, by ominąć skały oraz mielizny. Grzbiet wody nastroszył się, dźwigając ich wciąż wyżej. Wspólnie utkali przypływ, który wypchnął ich łódź głęboko w ląd, po czym cofnął się z powrotem, zostawiając ich na piaszczystej plaży.
Pierwszy mężczyzna, który wyszedł wyróżniał się spośród pozostałych czterech. Włosy miał białe, cerę bladą, a od jego skóry bił łagodny chłód przyjemny niczym powiew wiatru w upalne dni. W kraju, w którym żył, nazywano go imieniem Lepaan.
Jego towarzysze wzrostem sięgali jego ramienia. Mieli skóry wilgotne, o barwie ziemi, lecz pokryte łatami w kolorze piasku. Każdy z nich ubrany był w szaty o szerokich rękawach. Obyci z wiedzą o poszczególnych wyspach uczeni w szybkim tempie mogli rozpoznać w nich nieodrodnych mieszkańców Gyengye, ludzi Osnovy.
- Jesteśmy wdzięczni za wasz czas. Możecie wracać na wyspę - rzekł Lepaan, wręczając najętym marynarzom sowitą zapłatę za przeprawę do Laquii - Czekajcie na wiadomość. Poprosimy o pomoc w powrocie do domu.
Mężczyźni skinęli głowami z szacunkiem. Pomogli wytaszczyć pakunki podróżników z pokładu. Nie ruszyli z miejsca dopóki Lepaan wraz ze swym przyjacielem nie zniknęli z ich pola widzenia. Odwrócenie się plecami do odchodzącego sprowadzało nieszczęście.
Lepaan, znając przesądy Serc, nie był oszczędny w krokach. Przemierzył plażę szybko i zniknął im z oczu przy najbliższej możliwości, aby i oni mogli odejść. Saraan, jego przyjaciel jak również prawa ręka, zdołał przywyknąć do tempa jego kroków, więc dreptał tuż za nim. Marseen, jego uczeń, próbował nie pokazywać, że nogi jego nauczyciela urosły, jego zdaniem, stanowczo zbyt długie. Trójka podróżnych zwolniła dopiero przed bramą portu.
- Potrzebujemy znaleźć przewodnika - Rzekł Saraan jakby zlękniony nagle myślą o pobycie w nieznanym mu kraju, wśród ludzi mówiących w obcym mu języku. W Gyengye nie mieli dobrego zdania o harmonii Laquii. Uważali tutejszych bogów za zdziczałych i opanowanych niewyjaśnionym gniewem. Był to świat urodzajny, ale wewnętrznie zepsuty. Starsi bogowie ani Osnova nie znajdywali przyjemności w przebywaniu na tych ziemiach, więc je omijali. Bez ich błogosławieństw Saraan czuł się więc bezbronny i opuszczony.
- Och, nie myl się, mój drogi. Potrzebujemy, aby nasz przewodnik znalazł nas. Pozwólmy, żeby zajęło mu to trochę czasu i zajmijmy nasze myśli zwiedzaniem.
Lepaan nie odwiedzał Laquii odkąd ukończył nauki u Inicjatora. Nie był w tamtych czasach już dzieckiem, ale nie nazywano go jeszcze mężczyzną. Był rozentuzjazmowanym młodzieńcem, który pragnął dowiedzieć się i zobaczyć najwięcej jak się da, bojąc się przy tym popełnić jakikolwiek błąd. Wyprawa przez wyspy Krainy była lekcją, która uwieńczyła pracę jaką wkładał w swoje umiejętności, ucząc się języków w dzieciństwie i studiując w Akademii. Były to lata odległe, ale Lepaan potrafił przywołać wspomnienia z podróży z nauczycielem wyraźnie, jakby dzień temu ledwie ją rozpoczęli. Za sprawą Nem-e, która prosiła go o opowieści o wyspach, każdego dnia na nowo przywoływał ich obrazy. Laquiia była najbarwniejszą wyspą, spośród wszystkich jakie wówczas odwiedzili i jego żona najbardziej lubiła słuchać o niej, więc miasta zawieszone w koronach drzew, drogi prowadzące wszędzie jak i donikąd, rośliny wyznaczające reguły człowiekowi nie wydawały się jego oczom tak odległe, jak się spodziewał.
- Czy tutejsi przewodnicy są jak kraby? - Zapytał Marseen, kierując słowa do Lepaana.
- Nie. Nie mają dziesięciu odnóży.
Młodzieniec domyślał się, że jego nauczyciel żartuje sobie z niego, ale nie rezygnował:
- Czy będziemy czekać, aby to jeden z nich wybrał nas, zamiast wynająć któregoś?
- Będziemy czekać na przybycie przewodnika, któremu ufam. To on musi odnaleźć nas, ponieważ ja nie wiem, gdzie mógłbym go szukać.
- Skąd on będzie wiedzieć, gdzie szukać nas? - Lepaan pochwalał jego chęć poznania magii innego państwa. Jednak na pytania o moce wykorzystywane w Laquii nie mógł dać wyczerpującej odpowiedzi.
- Ponieważ pochodzi z Laquii. Nie potrafię bardziej szczegółowo odpowiedzieć na twoje pytanie, chłopcze. Tutejsi ludzie nie lubią zdradzać swoich sekretów. Jednak nie musisz rozumieć ich postępowań. Wystarczy okazywać szacunek dla ich decyzji.
Zanim przewodnik do nich dotarł, trzech mężczyzn zdołało obejrzeć targ przy porcie, obejść zatoczkę rybacką i utkać wystarczająco pieniędzy tutejszej waluty, aby kupić dla każdego z nich ciepły, parujący posiłek. Kiedy się pojawił, niebo od dawna rozświetlała srebrzysta tarcza księżyca, a podróżni zaczęli rozglądać się za miejscem na nocleg. Lepaan rozpoznał go jeszcze zanim ich twarze stanęły przed sobą. Kroczył drogą, którą i oni przed momentem przemierzyli, jakby nic nie było w stanie zmienić jego trasy, zatrzymać go ani zawrócić. Aura, która od niego biła, nie zmniejszyła swej siły przez te lata. Wciąż wyglądał zdrowo i krzepko. Lepaan musiał zdobyć od niego tajemnicę, która się za tym kryła. Byłby to dobry podarunek dla jego żony. Byłaby zachwycona.
- Witaj, Na'gim - Zawołał z dala do niego Lepaan w języku ludzi Laquii - Zacząłem już wątpić, abyś pojawił się jeszcze tego dnia.
- Zmieniłeś zapach. Cuchniesz flądrą, Dimka - Odkrzyknął Na'gim, zbliżając się.
- Czuję to samo ciepło w sercu, widząc ciebie - Lepaan uśmiechnął się, słysząc imię, które nadał mu ojciec. W Gyengye używała go wyłącznie Nem-e.
Zwrócił się do swych towarzyszy:
- Przyjaciele, to właśnie człowiek, na którego czekaliśmy. Jego imię brzmi Na'gim - mężczyźni złączyli dłonie na znak przywitania według ich zwyczaju, po czym Lepaan skierował słowa do Laquiczyka - Na'gim, przedstawiam tobie mojego pomocnika, Saraana, oraz ucznia, Marseena. Będą mi towarzyszyć.
- Nie ostrzegłeś mnie przed towarzystwem. W takiej sytuacji musimy przeczekać noc - Nastroszył się Na'gim, ignorując powinność odpowiedzenia na powitanie - Nie wyprowadzę obcokrajowców z portu prosto w mrok. Zbyt wiele stworzeń i ludzi czyha w nim na nieprzewidujących zagrożenia wędrowców. Nie mam zamiaru nadstawiać za nich karku.
Na'gim machnął ręką, aby ruszyli za nim, a ludzie Osnovy spojrzeli na Lepaana, prosząc o przetłumaczenie słów przewodnika.
- Na'gim pragnie, abyśmy wypoczęli i odświeżyli się przed dalszą podróżą. Nie pozwoli nam iść dalej póki nie odpoczniemy.
- Cenimy troskliwość z jego strony. Przekaż mu to, Lepaanie - Odparł Saraan.
- Zrobię to, skoro sobie życzysz - Obiecał, po czym w języku przewodnika krzyknął do niego, bo ten wyrwał w przód:
- Na'gim, stary grzybie! Zdradź mi, dlaczego nie wyglądasz jeszcze jak pomarszczona kora wierzby? Miałeś tyle wiosen za sobą, gdy widzieliśmy się poprzednim razem. Teraz masz ich znacznie więcej, a wciąż chodzisz o własnych siłach. Jakie ziółka łykasz? Czego to korzonki?
- Jadam marchew podlewaną krwią nieznośnych bladych twarzy.
Lepaan wiedział, że to przekomarzanie, lecz gdyby okazało się to prawdą, choćby tylko po części, nie zdziwiłby się w żadnym stopniu.


Próżno ich sypkie zatrzymują śniegi
i lodem wzdęte odpychają brzegi.
Przeszli zawady, bo miłość szła wprzódy,
zmiatała śniegi i topiła lody

Offline

#9 2020-02-10 22:16:57

Arbalester
Szeryf Depeszy
WindowsChrome 79.0.3945.130

Odp: Faith and Power

tumblr_inline_pdoj45HoAh1r8jbqm_75sq.gif
VHVIjbM.png

igP7jsl.pngSłońce chyliło się ku zachodowi, oświetlając coraz czerwieńszym światłem kamienną kapliczkę Bogini. Kamienny posąg przedstawiał kobietę z rozłożonymi rękoma i obszerną szatą, spływającą aż do ziemi, gdzie leżała na kamiennym podeście misa wykonana z błyszczących minerałów, skrzących się teraz kolorowo. Rzeźbę pokrywały ślady czasu w postaci ciemniejszych i jaśniejszych pasm, zupełnie jak sieć żył; porastające ją gałązki regularnie ktoś oczyszcza i składa u jej stóp. Dzisiaj zrobiła to Sheila.
igP7jsl.pngSzmaragdowy Las wokół, niedaleko granicy z dżunglą, powoli cichł, przechodząc w nocny tryb. Za dnia w dusznym powietrzu, ciężkim od zapachów roślin, aż szumiało od latających stworzeń i owadów. Zewsząd dochodziły kumkania żab, nawoływania skrzatów, piski leśnych wróżek i szepty driad. Ryby i wodne istoty pluskały się radośnie w sennie płynącej przez las Merise. Wieczorem zaś, kiedy cień spowijał otoczenie, a gorąc dnia ustępował nieco chłodniejszym temperaturom, chaotyczna i nieokreślona muzyka cichła, ustępując niemal bezgłosowi; tak duży istniał kontrast. Jednak Sheila nadal opędzała się od robactwa, nie chcącego usnąć. Siedziała ze skrzyżowanymi nogami przed kapliczką, w utworzonym przez nią kręgu z kwiatów, które miały niedługo zalśnić. Przed nią leżał lekki, zgrabny sztylet o rękojeści z amarytu i zdobieniem w postaci ważki.
igP7jsl.pngChwyciła go teraz, obróciła się, by spojrzeć jeszcze raz na zachodzące słońce, a potem powoli wstała, podnosząc ze sobą ostrze. Lawendowa, jedwabna suknia spłynęła z niej, odsłaniając silną nogę. Gorset przypominający skrzydła ptaka napiął się na biuście, gdy wyprostowała łopatki i nabrała w płuca głęboki oddech. Powoli go wypuściła, wsłuchując się w blednące dźwięki i patrząc na krwiste w promieniach liście. Postąpiła dwa kroki naprzód, uklękła, a następnie nacięła skórę na przedramionach i złożyła ręce na misie posągu. Szkarłatna krew spływała do naczynia dwoma strumieniami. Kobieta czuła, jak opuszcza ją ciepło; cień sunął od jej pośladków, po plecach, aż po czubek głowy. Rany pulsowały nieprzyjemnie, ale przywykła do tego. Bardzo często używała swojej krwi, by nawiązać rozmowę z przyrodą. Zazwyczaj wystarczyło nacięcie dłoni, skropienie trawy, ale nie dziś.
igP7jsl.pngDziś czekała, aż misa wypełni się po brzegi.
igP7jsl.pngProces był mozolny i trwał długo. Kwiaty w kręgu, zwane srebrnolistnymi jedwabnicami, rozwinęły się, a ich białe płatki dawały w wieczornym półmroku siny poblask. Kielichy zwróciły do wewnątrz, dając magowi chwilę spokoju przez odrobinę witalności. Słońce zdążyło zupełnie zniknąć, przyjmując na swoje zastępstwo księżyc. Kwiaty zdawały się smutnieć, bo opadały ku ziemi, a ich światło gasło. Rozkwitały tylko na jedną noc. Kiedy martwe położyły się na trawie, Sheila ostrożnie wstała. Pewna, że się nie wywróci, cofnęła się parę kroków, po czym sięgnęła do swojej torby podróżnej po przygotowane wcześniej bandaże. Najpierw obmyła ręce wodą, odpędzając się od złośliwych miodnych elfów, trzepoczących nad jej głową swoimi złotymi skrzydełkami ważek. Paskudnie ciekawskie istotki, a niby wiecznie takie zapracowane, że miodu na handel nie mają czasu wystawiać. Kobieta parsknęła na nie z jawną groźbą, ale nie zraziły się tym. Dwie elfki poczęły ciągać ją za splecione misternie włosy, chcąc obejrzeć je ze wszystkich stron (lub ukraść klamrę ze szmaragdem). Inny elf wsunął łepek do jej torby, ale Ma'alik szybko go chwyciła i pstryczkiem posłała na pobliski kamień. Jej zielone oczy ciskały pioruny do kolejnej chmary elfów, czającej się za pniem mlecznego dębu. W tym czasie przewiązała prędko lewe przedramię liśćmi pieprzogłogu wielkolistnego, nasączonego w leczniczym naparze. Starannie oplotła je misternym, acz wytrzymałym sznurkiem i jedną ręką już mogła skutecznie odpędzić się od nieproszonych gości. Wreszcie, piszcząc wściekle, elfy odleciały do swoich uli, a Sheila mogła w spokoju zabandażować drugą rękę.
igP7jsl.pngKiedy napoiła się i najadła, marzyła tylko o tym, by rozłożyć się niedbale na tym skrawku nieporośniętej trawy, ale musiała zachować odpowiednią pozycję i czuwać. Ciągle czuwać, aż wreszcie Siluei zechce się zjawić i skosztować jej ofiary, by potem jej wysłuchać. Zdawała sobie sprawę, jak wysoka była stawka, ale mimo tego powieki ciążyły mocno, kusząc, aby poddała się snu. W końcu straciła wiele krwi. Chcąc utrzymać przytomność, szczypała na zmianę dłonie, złożone grzecznie na kolanach.
igP7jsl.pngKsiężyc na bezchmurnym niebie przesuwał się nieznośnie powoli, jakby próbował zrobić jej na złość. Czas mijał, a ciemnogranatowe niebo zaczynało  się rozjaśniać. Po Duchu Zwierząt zaś ani śladu. Parę razy zbliżyło się do niej kilka istot, zainteresowanych, co tu wyprawiała, ale zaraz szły dalej, zajęte swoimi własnymi sprawami. Ponieważ szczypanie w którymś momencie przestało działać, co jakiś czas drapała świeże rany. Nad nią roztaczał się już chłodny, złotawy blask brzasku, kiedy Siluei wreszcie się zjawił.
igP7jsl.pngNajpierw wysunął łeb zza tego samego dębu, za którym wcześniej czaiły się miodne elfy. Sam nos, wychwytujący zapachy, a zaraz za nim reszta głowy wraz z ogromnym, imponującym porożem. Srebrne oczy patrzyły spokojnie na siedzącą przy posągu kobietę - nieufnie, ale bez strachu. Postąpił krok, potem następny, aż oczom Sheilii ukazała się smukła szyja i długa noga. Duch był większy od pospolitych jeleni, rozmiarem przypominał raczej łosia, a kiedy go rozpieszczano i odczuwał szczęście, rósł jeszcze bardziej, aż jego poroże przedzierało się przez korony drzew. Teraz zbliżył się ostrożnie w stronę kapliczki, a Ma'alik obserwowała go, zupełnie oczarowana jego pięknem i majestatem. Cały promieniał białym światłem, od którego robiło się ciepło na sercu. Wydawało się, że mocniejszy podmuch wiatru mógłby go rozproszyć jak mgłę, a jednocześnie stał na ziemi tak mocno i zdecydowanie, jak drzewo z korzeniami.
igP7jsl.pngCicho parsknął, zaglądając do misy. Przeniósł wzrok na Sheilę, a kiedy ta ukłoniła mu się z szacunkiem, począł wypijać ofiarę z naczynia. Świetlistym językiem wylizał je do ostatniej kropli krwi, a potem usiadł, wyczekująco patrząc na kobietę. Ta powoli zbliżyła się do niego, wyciągnęła rękę. Nie otrzymawszy żadnego sygnału przeciw, nachyliła się do Ducha, objęła jego szyję ramionami i wyszeptała swoje prośby. Bliskość Silueia i jego ciepło przywodziły na myśl pierwszy kontakt z ramionami matki - bezpieczeństwo, miłość, troskę. Czyste, niewinne szczęście. Gdy skończyła mówić, Duch wstał i odszedł w głąb lasu, nie obejrzawszy się za siebie, ale zostawiając po sobie poczucie przykrycia miękką pościelą.
igP7jsl.pngZnad koron drzew wychynęła tarcza słońca, budząc las z powrotem do życia. Sheila zrzuciła z siebie niepraktyczną suknię, nie przejmując się tym, że tuż za jej plecami biegła główna droga. Zamiast niej nałożyła skórzane spodnie i koszulę dopasowaną w talii. Włosy rozplotła, a wszelkie ozdoby pochowała do szczelnie zamkniętych kieszeni torby. Opadły gęstą, miękką, złotą kaskadą na jej plecy. W oddali dostrzegła człapiącego mozolnie ku strumieniowi leśnego trolla, więc pomachała mu wesoło, a i ten po chwili uniósł swoją potężną, ciężką łapę porośniętą mchem i odmachał, a jego spiralne oko pojaśniało. Bardzo lubiła te niezgrabne istoty, adorujące ją jako najpiękniejszą w Laquii. Zawsze wręczały jej dziwne prezenty, jak znalezione na dnie rzeki gładkie kamienie (trolle lubiły rywalizować, kto ma gładszy i większy kamień) czy idealnie jednokolorowe liście (twierdziły, że przynoszą szczęście).
igP7jsl.pngWłaśnie podnosiła torbę, kiedy rozległ się za nią niski, chrapliwy głos:
igP7jsl.png- Magu?
igP7jsl.pngUpuściła torbę, zaskoczona bliskością głosu. Odwróciła się z irytacją. Jej oczom ukazała się baba bagienna, jak zwykle brzydka jak purchawka. Bosa, zgarbiona od juków przy pasie i na plecach, z futrem grotołaza owiniętego wokół szyi i powykrzywianą laską, obwieszoną roślinami, zębami i fiolkami, patrzyła z dziurawym uśmiechem na Sheilę. Wychyliła się, by spojrzeć za jej plecy.
igP7jsl.png- Wychlipał do dna?
igP7jsl.png- Czego chcesz, Gladuko? - Ma'alik, jak i reszta Laquiańczyków, nie darzyła bab zbyt wielką sympatią. Były dziwaczne, często śmierdziały, a kiedy czegoś potrzebowały, ich nachalność nie znała granic.
igP7jsl.png- Wiadomość od Bladuki niosę - odparła głosem kogoś, kto przepija całe noce. Uniosła wymalowaną w rytualne wzory rękę, a wtedy jak na sygnał zleciał z drzewa plisk czarnoczuby. Jego szpony zacisnęły się na wątłym, pomarszczonym przedramieniu Gladuki, mającej całkiem podobne pazury. - Chcesz posłuchać?
igP7jsl.pngSheila podrapała się w czoło, dusząc w sobie chęć wybuchu. Wiedziała, że jeśli odpowie jej złośliwie lub nieuprzejmie, baba zrobi jej na złość i zniknie w chmurze śmierdzącego pyłu albo zrobi podobnego psikusa. Dlatego odchrząknęła i odpowiedziała:
igP7jsl.png- Oczywiście.
igP7jsl.png- Wczoraj wieczorem przypłynęła delegacja z Gyengye.
igP7jsl.png- Mhm.
igP7jsl.png- Za przewodnika robi im Na'gim. Na jednego z przybyszów woła Dimka.
igP7jsl.png- Dimka? - Sheila zmarszczyła nos. - Mówiłam mu, żeby się tu nie fatygowali. Gdzie teraz są?
igP7jsl.png- Nocowali na Wybrzeżu. Wyruszyli o świcie.
igP7jsl.pngKończąc wypowiedź, wyciągnęła przed siebie rękę. Sheila mruknęła z niezadowoleniem, ale wręczyła jej jeden ze swoich słoików z zielem. Baba wyszczerzyła zęby, a potem bez pożegnania oddaliła się, człapiąc niespiesznie na swoich krzywych nogach.
igP7jsl.png- Gdziekolwiek idzie, na pewno dojdzie szybciej, niż tamci tutaj - mruknęła do siebie mag, kładąc się z westchnieniem na trawie. Chciała choć na chwilę zmrużyć oko, nim ruszy znów w podróż.

a8eJ26U.jpg

igP7jsl.pngSmacznie spała, zwinięta w kłębek przy brzuchu leśnego trolla, którego skała pod mchem chłodziła ją miło w ten parny dzień, gdy zbudziło ją delikatne szturchanie w ramię. Stwór pokazał jej słońce, dając do zrozumienia, że powinna ruszać. Usiadła, a potem wstała, nie zważając na mroczki przed oczami. Szybko wyplątała z włosów liście i źdźbła trawy, przyjęła z uśmiechem kamyk od trolla, zebrała swoje rzeczy i ruszyła przez Szmaragdowy Las.
igP7jsl.pngZ tego, co Dimka jej pisał w liście, chciał chyba najpierw udać się do królowej. Na pewno będą szli główną trasą handlową, skoro są w grupie, więc wystarczyło, by Sheila kierowała się prosto na zachód. To oczywiście oznaczało wędrówkę poza szlakami, ale ona jako jedyna nie musiała się tym martwić w Lesie. Choć różne istoty porywały się na to, by ją zaczepiać, na nic więcej by się nie odważyły, nie tylko przez jej silną magię, ale i sam tytuł maga, który musiały respektować bezwzględnie. Zdawały sobie sprawę, że wyrządzenie krzywdy magowi oznaczało zemstę korony, ale także i bogów. To nie obowiązywało dzikich zwierząt, ale te panoszyły się raczej w Dżungli, od której się oddalała, niźli w Lesie.
igP7jsl.pngSzła więc pewnie, aż trafiła na główny trakt. Rozejrzała się, poszukując śladów, czy ktoś tędy niedawno przechodził, ale nic takiego nie zauważyła. Przysiadła więc pod drzewem, skubiąc śniadanie wyjęte z torby. Liście szumiały miękko na wietrze, a w powietrzu unosił się słodki zapach kwiatów. Pogoda sprzyjała dziś podróżom. I snowi. Oparta z głową na pniu, znów usnęła, otulona laquiańskim ciepłem, ptasią melodią i tak doskonale znanymi sobie woniami. Na kolana wspięła się do niej jelenia kuna. Po umoszczeniu się i ułożeniu w kłębek, towarzyszyła swojemu legowisku we śnie.
igP7jsl.pngDługo ta błoga chwila nie potrwała. Nad Sheilą rozległo się chrząkanie. Przetarłszy oczy, spojrzała w górę, by poznać kto zakłócał jej odpoczynek. Przed nią stała bardzo niezadowolona driada, trzymając swoje gałązkowe ręce skrzyżowane na dorodnej piersi. Chciała dostać się do swojego drzewa. Mag wywróciła oczami. Nie zamierzała się teraz z tymi kapryśnymi istotami użerać, więc wzięła w ramiona kunę, uważając na jej poroże, i wstała. Zwierzę ziewnęło przeciągle, wyciągając drobny, różowy języczek, nastroszyło brunatne futerko, a potem wspięło się po ręce Sheilii i owinęło wokół jej szyi. W tym czasie driada otworzyła pień drzewa i weszła do środka, nie odmawiając sobie ostatniego, nieprzychylnego spojrzenia w kierunku złotowłosej kobiety. Ta zaś przeciągnęła się, niewzruszona, a potem spojrzała wgłąb drogi, na północ. Wydawało jej się, że dostrzegała na horyzoncie parę sylwetek, więc przysiadła na pobliskim kamieniu, a twarz wystawiła do słońca, przymykając oczy. W takie dni i o takiej porze można było nabrać pewności, iż nic złego nie działo się na wyspie i wszystko toczyło się swoim utartym trybem.
igP7jsl.pngNiestety, nie była to prawda.
igP7jsl.png- Kogóż to moje oczy widzą? - Dawny znajomy odezwał się w jej ojczystym języku.
igP7jsl.png- Chyba wasza sprawa nie jest tak pilna, skoro tyle zajęło wam dojście tutaj - odwdzięczyła się Sheila w języku Wezoshu.
igP7jsl.pngNiespiesznie podniosła się, otrzepała ciuchy. Jelenia kuna wbiła pazurki w jej prawe ramię i nastroszyła się, ukazując rząd ostrych ząbków. Potrząsała głową, prezentując swoje poroże, obwieszone pajęczymi sieciami. Sheila czuła na sobie spojrzenia wszystkich czterech mężczyzn, toteż pozwoliła sobie najpierw poprawić włosy, niby to dając przestrzeń zwierzakowi, a dopiero potem odwróciła się. Dwoje towarzyszy Dimki pochodziło z Gyengye. Widziała na ich twarzach dyskomfort i swego rodzaju dezaprobatę, choć krzyżując z nią spojrzenia łagodnieli i starali się okazać szacunek. To im jednak przyszło za późno. Laquiańczycy nie bez powodu z dystansem traktowali nietutejszych - mało kto potrafił zrozumieć i docenić prawdziwą naturę wyspy. Mag zaś wyjątkowo była przewrażliwiona na punkcie swojej ojczyzny i źle znosiła fakt, że komuś mogła się ona nie podobać.
igP7jsl.pngSyknęła na kunę, by się uspokoiła, z pełną efektywnością. Obrzucając wodnych dupków pogardliwym spojrzeniem, minęła ich, kręcąc biodrami i stanęła przed Dimką. Dłuższą chwilę lustrowali się spojrzeniami, aż wreszcie Sheila pocałowała przelotnie kolegę w usta i uśmiechnęła się wesoło.
igP7jsl.png- Miło cię widzieć, Dimka. Choć uważam, że wasza podróż tutaj jest zupełnie bezcelowa.
igP7jsl.pngTalenty patrzyli na nich z zaskoczeniem.
igP7jsl.png- Sheila - westchnął mężczyzna, poprawiając białe włosy. - Mówiłem ci już, że takie powitania w naszym kraju nie są zbyt... gustowne.
igP7jsl.png- Kto by się tym przejmował. - Machnęła niedbale ręką, a potem wyciągnęła rękę do ich przewodnika, dobrze sobie znanego podróżnika. - Dzień dobry, Na'agim.
igP7jsl.pngNa'agim ucałował delikatnie jej dłoń, a oczy mu się zaśmiały, ukazując sieć drobnych zmarszczek.
igP7jsl.png- Magu.
igP7jsl.png- Sheilo, to są... - Nagle z języka Gyengye wrócił do laquiańskiego. - Nie wywracaj proszę oczami...  - I znów na ich ojczysty: - Mój przyjaciel, Saraan oraz mój uczeń, Marseen.
igP7jsl.pngSaraan i Marseen skinęli jej głowami z szacunkiem, ale Ma'alik nie mogła się powstrzymać i wybuchła śmiechem. Zastanawiała się, czy powinna pozwolić elfom ich okraść czy ich ostrzec. Skupieni na chichrającej się wariatce, zupełnie nie widzieli i nie czuli, jak elfy otwierają im torby i wygrzebują co ciekawsze znaleziska, podając sobie dalej. To Na'agim pierwszy zorientował się, skąd ten jej wybuch i ostrzegł Serca. Ci jak poparzeni poczęli odganiać od siebie elfy, jakby były bezmyślnymi robalami. W momencie, gdy uczeń przypadkiem uderzył jedną z istot, Sheila wyciągnęła z pochwy sztylet i doskoczyła do durnia, który pozwolił sobie na taki ruch. Dimka ściskał jej ramię, ale ostrze zdążyło dotknąć szyi niczego nie spodziewającego się Marseena.
igP7jsl.png- Sheila.
igP7jsl.pngTon Dimki był stanowczy i chłodny. Równie chłodny, co w tym momencie spojrzenie kobiety. Wszelka wesołość zniknęła w mgnieniu oka, zastąpiona zimną złością. Kuna uciekła w krzaki.
igP7jsl.png- Chcesz stracić głowę z karku, rób tak dalej - syknęła do niego cicho. - Jeśli myślisz, że skoro elfy są małe, to nieszkodliwe, bardzo się mylisz. Szmaragdowy Las jest tylko pozornie potulny.
igP7jsl.pngUpewniwszy się, że wiadomość dotarła do zakutego łba, Sheila cofnęła się, chowając nóż i na powrót przywdziewając lekki uśmiech. Za nią z drzewa wychynęła głowa driady i syknęła na nich uciszająco.
igP7jsl.png- Pilnuj lepiej swojego ucznia, Dimka. Następnym razem po prostu odetnę mu paluchy. - Prychnęła kpiąco. - Turyści.


2tlGTsD
"Art, the ability to make it, gives meaning to sadness in a way that many aren’t able to experience.”

Offline

#10 2020-02-10 22:19:29

Faworek
Pochwalony Faworek Depeszek
AndroidChrome 76.0.3809.132

Odp: Faith and Power

KpVp636.png

Ma'alik, nawet gdyby była świadoma, że to zachowania, jakie przejawia odstręczają i uprzedzają cudzoziemców od Laquii, nikt  ani nic nie zmusiłoby jej, aby miała to na uwadze i brała na wstrzymanie chociażby w obecności przedstawicieli dyplomacji. Groźby i zastraszanie męczeniem i bólem nie były tu niczym nienormalnym ani niemoralnym, ale wśród ludzi Osnovy było to szokujące i skandaliczne. Nazywali to bestialstwem. Czynami dorównującymi hańbą pierwszemu morderstwu popełnionemu przez człowieka. Nie widzieli uzasadnienia, dlaczego mieszkańcy Laquii są narodem agresywnym i rządnym krwi, choć takowe istniało i nie potrzeba było więcej niż dwa miesiące poszukiwań, aby je odnaleźć, poznać i zrozumieć. Żadne z Serc nigdy jednak nie odważyło się spędzić tyle czasu na wyspie Lia'ris.
Gdyby Saraan czy Marseen mieli prawo poniechać dalszej wierności zwierzchnikowi, oni również nie podjęliby się tej podróży. Nie dziwiło to Lepaana. Nie winił ich. Lata temu, kiedy on stawiał swoje pierwsze kroki na ziemiach Laquii, czuł się równie zagubiony, bezbronny i przestraszony. To miejsce było całkowicie odmienne od kraju We czy Osnovy i najbardziej przerażało swoimi niespodziankami - istotami i zdarzeniami, po których nie wiadomo, czego można się spodziewać.
- Daruj mu, Sheila. Jest wciąż dzieckiem - Szepnął magowi w jej języku. Schylając się do jej ucha, uniósł czujne spojrzenie ku naburmuszonej driadzie - Dla wszystkich nas lepiej będzie, jeśli sprawimy, by tryb życia waszego poznali i polubili. Straszenie brakiem palców odniesie odwrotny niż w zamierzeniu skutek .
- Lepiej byłoby gdybyś mnie posłuchał i nie przyjeżdżał, Dimka.
- Nie pozwolono mi dokonać wyboru.- To nie było kłamstwem. Chociaż wyjazd był jego decyzją i to on błagał władcę o pozwolenie na wyprawę, nie było opcji, by tego nie zrobił. Nie dał jej sobie.
Przyjrzał się wciąż zachmurzonej minie kobiety, po czym ze zgrywnym uśmiechem wysunął dłoń w jej stronę i pogładził ją po włosach.
- Na domiar tego, ciągnęła mnie tu wizja ponownego spotkania z Tobą.
- Nie kpij ze mnie. Za to również traci się paluchy - Sheila dotkliwie odtrąciła jego rękę, jednak wyraz jej twarzy był już mniej kwaśny. Chwyciła rzeczy, które czekały na nią przy kamieniu i bez słowa uprzedzenia ruszyła w kierunku, w którym i oni się kierowali. Na'agim zamachał ręką, dając znak, aby przybysze szli jej śladami. On sam miał zamiar zamykać pochód.
- Gdzie podziała się twoja kreatywność z dawnych lat w wymyślaniu kar i krzywd?
- Tęskniłeś za zwisaniem głową w dół nad mokradłem, Dimka? Dlatego wróciłeś?
Lepaan roześmiał się serdecznie, oczami umysłu widząc świat obrócony do góry nogami. Spędził wówczas kilka godzin uwieszony za kostki na lianach, czując krew dudniącą w czaszce. Sheila wraz z jego Inicjatorem siedzieli na gałęziach nad nim i wspólnie śpiewali wesoło brzmiące pieśni o nieuważnych podróżnikach ginących okrutną śmiercią w lesie. Dziewczyna odmawiała prośbom o uwolnienie. Powtarzała, że to nauczka za łażenie, bycie głośnym i wściubianie nosa tam, gdzie nie powinno się tego robić. Miał to odczuć i zapamiętać, zanim ona znudzi się i rozplącze go z więzów. Wówczas nie myślał, że zasłużył na karę i nie było mu do śmiechu. Czas pozwala jednak na dystans podczas odwracania się do wydarzeń z biegu życia. Przynajmniej do większości.
- Żadne inne wspomnienie nie rozgrzewa mnie od środka bardziej niż to.
- Jesteś większym dziwakiem niż większość istot, które znam.
- Uznam to za komplement.
Kolejne godziny na Złotym trakcie dla Lepaana były niczym podróż przez najpiękniejsze sny o cudnej wstędze. Gdy szli wzdłuż niej, otaczały ich ściany z girlandami kwiatów. Od skwaru słońca czy porywczych wiatrów osłaniały ich markizy powstałe z większych od człowieka liści.  A ścieżka wydawała się wołać: "Tylko spójrz! Mój piasek mieni się niczym złoto. Krocz po nim niczym król." Tylko tutaj barwy miały zapach, woń brzmiała jak muzyka, a dźwięki miały kolor. Zmysły napawały się powietrzem nasączonym intensywnością, choć słusznym było powiedzieć, że to intensywność wisząca wokół była zaledwie lekko skropiona oparami powietrza. Horyzont buczał od natłoku życia i krzepy w nim buchającej. Lepaan czuł, że ta energia wypływa - wręcz wylewa się i szuka kolejnego naczynia, które mogłaby wypełnić i natchnąć.  Czuł też, że właśnie się nim staje i cieszył się, że został uznany za wartego tej energii.
Nie każdy potrafił skorzystać z dóbr, które tu czekały. Jego pomocnik oraz uczeń wyglądali na przytłoczonych i zgnębionych siłami ich otaczającymi. Byli wyczerpani i każdy krok stawiali z coraz większym oporem. Lepaan, który na swych długich kończynach, nadążał za wartkim tempem Sheili, musiał prosić co pewien czas, aby zwalniała i pozwalała Talentom zmniejszyć narastający dystans między nimi.
- Dobrze się czujesz, Dimka? - Spytała Sheila, kiedy kolejny raz zatrzymali się, a reszta towarzystwa mozolnie starała się nadążyć.
- Doskonale - Odparł, wypinając pierś do przodu. Rozglądał się wokół, pragnąc zobaczyć jak najwięcej.
- Nie masz źrenic. Hej! Hej! Spójrz na mnie. Skup się na moment chociaż. - Kobieta chwyciła jego twarz w obie ręce i ścisnęła mocno, żeby nie mógł się wyrwać - Na'agim dawał wam jakieś zioła?
- Nie. Tak działa zwykła euforia. Od kiedy jako Talent honory pracy na dworze królewskim objąłem, poza granice Gyengye udać się prawo miałem wyłącznie na teren Wezoshu - Wyznał, a potem przymuszony zaglądając w oczy Ma'alik, przypomniał sobie, że nie przyjechał tu, aby radować się i korzystać z chwili ulgi od obowiązków. Delikatnie zsunął dłonie kobiety z policzków i wzdychając, dodał:
- Ale masz rację. Powinienem się opanować. Jednak nie o mnie powinniśmy się martwić - oboje skierowali wzrok w stronę ciągnącego się za nimi ogona - Ludzie Osnovy nie przywykli do wielogodzinnego chodzenia. Dłuższe podróże odbywają rzekami. Łodzią lub wpław. Pozwólmy sobie na postój. Najlepszym miejscem będzie bliskość wody.
Na te słowa Sheila wycelowała palcem na lewo od traktu.
- Za błoniami jest rzeka. Powinni być tam bezpieczni.
Poprowadziła więc całą czwórkę mężczyzn przez trawy ku brzegowi strumienia. Nie musieli mówić tego na głos. Talenty wyczuły zbliżającą się wodę. Radość w ich oczach wypłynęła z powrotem na wierzch, siły w stopach wróciły i pchały ich coraz szybciej do miejsca, z którego dochodził szum fal i pluski potoku. Gdy ujrzeli błyszczący jak diament błękit sunący się po kamykach na dnie niczym wąż, puścili się we dwóch biegiem.
- Nie wolno! Stać! - Wrzasnęła za nimi Sheila, lecz bezskutecznie. Jej władczy ton nie miał na nich wpływu.
Lepaan w odpowiedzi pośpiesznie wyszeptał modłę do We. Liście zaczęły szeleścić w nagłym tańcu, kępy na łące pochyliły fale powietrza, a Talenty wbiegli w nadlatującą z naprzeciwka, dławiącą siłę wiatru, która powaliła ich na łopatki.
- Moje serca najdroższe - rzekł do nich, pomagając im pośpiesznie zebrać się z ziemi i wycofać się z powrotem - kiedy nasz kwiatuszek czegoś zakazuje, dla własnego dobra warto jej słuchać.
- Dlaczego? Wśród fal bezpieczni będziemy, mistrzu. Prawda? - Jęknął Marseen, podpierając obitą przez upadek głowę.
- Musimy sprawdzić teren zanim rozbijemy się na noc. Nie ma sensu iść dziś dalej. - Wyjaśnił Na'agim, co Dimka przetłumaczył swoim towarzyszom.
- Idź na prawo - Przytaknęła mu Sheila - Ja przeczeszę drugą stronę.
Lepaan czekał więc cierpliwie z resztą Talentów, wyglądając w nadciągającym półmroku wieczornego na sygnał, że brzeg rzeki jest bezpieczny i wolny od stworów dybiących na ich krew.  W końcu przez trzcinę przedarł się pojedynczy świergot ptaka. Z drugiego brzegu odpowiedział mu identyczny śpiew, a po upływie kilku minut Sheila i Na'agim szli z powrotem, aby ogłosić, że rozbijają się na noc.
- Pozwólcie, że my się tym zajmiemy - Rzekł Saraan, kłaniając się dystyngowanie. Lepaan przetłumaczył jego prośbę i z zawadiackim uśmiechem śladem przyjaciół wszedł do rzeki.
Cała trójka zanurzyła dłonie. Gdy je wyciągali, za ich palcami ciągnęły się cieniutkie przędze wody ledwo zauważalne, gdy przebijało przez nie światło wschodzącego księżyca. Pierwszy tkać zaczął Saraan. Wysunął dłonie przed siebie. Jedną z nich uniósł ponad głowę, za ucho  i oplótł nią kark. Zrobił delikatny obrót wokół osi, a kiedy poznał już prąd i dno rzeki, zgrabnym wykopem wysunął z niej kilka kropel wody. Złapał je zręcznie palcami i wplótł w nicie. Dwaj mężczyźni u jego boku robili to samo, w swoim tempie, w swoim stylu. Zdawało się, że to taniec - intymna chwila między wodą a Talentem, który ją tkał. Ich ruchy były zmysłowe, delikatne, ale zdecydowane. Wydawali się lekcy i eteryczni, jakby mieli zaraz zamienić się w jedną z rozchlapywanych kropel i oddać się nurtowi rzeki, aby stać się spełnioną, szczęśliwą całością.
Z każdym ruchem, z każdą kolejną wydartą ponad taflę  i wplecioną kroplą, tkane nicie stawały się coraz grubsze i dłuższe. Przypominały teraz bardziej liny pokładowe. Kiedy Saraan zdecydował, że ich rozmiary są wystarczające, wyszedł na brzeg, przeplatając je wciąż między palcami.  Lepaan  i Marseen zrobili to samo. W trójkę zaczęli krążyć wokół siebie, wymijać się i plątać sznury wody tak, aby uzyskać płynny warkocz szerszy niż mur stworzony przez ustawioną ramię w ramię trójkę rosłych mężczyzn. Warkocz zaczął spływać z ich dłoni ku ogromnemu krzewowi, gdzie u jego podstaw zaczął się przekręcać, kształtować, ustawiać, a gdy przybrał już tę postać, którą zamierzał, zmaterializował się jako szałas.
Na'agim podszedł do postawionego przez Talenty schronienia. Obejrzał go ze wszystkich stron, dotknął niepewnie i zastukał w gałęzie.
- To drewno - Rzekł z niedowierzaniem, otwierając szeroko oczy.
- To imitacja. Jednak bezspornie prawdziwa - Wyjaśnił Lepaan. 
Sheila bez słowa komentarza zostawiła ich przy szałasie. Wróciwszy, postawiła przed szałasem ucapione robaczki, których odwłoki świeciły delikatnym, ciepłym światłem. Dzięki nim nie musieli spędzać nocy w całkowitej ciemności, a przy tym nie rzucali się w oczy.
- Idźcie przemyć się pierwsi - Nakazała cudzoziemcom, przemawiając ich językiem  - Na'agim, pilnuj ich.
- Jesteśmy wielce wdzięczni - Odpowiedział jej Saraan - ale wychowanie, które odebraliśmy nie pozwoli nam doznawać z radością kąpieli, nie puściwszy przodem kobiety. Nie chcielibyśmy, aby pani niecierpliwiła się, czekając na swoją kolej. Mamy nadzieję spędzić w wodzie dłuższą chwilę.
Sheila zachmurzyła czoło, słysząc odmowę, ale zanim zdążyła wszcząć kłótnię, Lepaan wtrącił się w rozmowę:
- Nie odmawiaj. To kwestia honoru. Jeżeli się nie zgodzisz, oni odmówią sobie kąpieli całkowicie. Nie sprawiaj im tego bólu.
Długo nie odpowiadała. Wreszcie westchnęła pojednawczo i kiwnęła w stronę Lepaana.
- Idziesz ze mną, Dimka.
Talenty zdębieli z oburzenia. Lepaan wstał i poszedł za nią, domyślając się, że własnie ten efekt zamierzała uzyskać Sheila. Chciała im zagrać na nosie - pokazać jak głęboko w poważaniu ma ich nadęty honor i spróchniałe zasady.
Kiedy zniknęli, Marseen odezwał się nieśmiało:
- Co w języku Laquijczyków oznacza słowo "dimka"? To tutejszy tytuł szlachecki czy określenie na kochanka?
Saraan prychnął bezgłośnie pod nosem.
- To nie wyraz laquijski. To imię, z którym urodził się twój mistrz. Nosił je zanim stał się jednym z dzieci Osnovy.

avatar_fan_film_forest_vegetation_test_1_by_massi_san_d68mrmo-pre.jpg?token=eyJ0eXAiOiJKV1QiLCJhbGciOiJIUzI1NiJ9.eyJzdWIiOiJ1cm46YXBwOjdlMGQxODg5ODIyNjQzNzNhNWYwZDQxNWVhMGQyNmUwIiwiaXNzIjoidXJuOmFwcDo3ZTBkMTg4OTgyMjY0MzczYTVmMGQ0MTVlYTBkMjZlMCIsIm9iaiI6W1t7ImhlaWdodCI6Ijw9NjM5IiwicGF0aCI6IlwvZlwvOTExZDEyZTUtZTNiNi00OGE4LTg2MDAtMWNmMDFmMDgwZDhjXC9kNjhtcm1vLTY4YzhmY2MxLWRhYTYtNDhiNy1hZTk3LWFhNzY2NGJjN2QyOC5wbmciLCJ3aWR0aCI6Ijw9MTQwMCJ9XV0sImF1ZCI6WyJ1cm46c2VydmljZTppbWFnZS5vcGVyYXRpb25zIl19.Cj4TWTsAyJDVnunnUWlu80Nx-Em3hL2TkwCW_5wLFRY

- Nie możesz się tak zachowywać, Ma'alik. Sprawiasz mi kłopotów.
Na tle roślin budzących się po zachodzie słońca, rozkwitających leniwie i lśniących własnym, kolorowym blaskiem, ciało kobiety, która zsuwała przed nim ubrania, było pięknym widokiem. Sheila zdawała sobie z tego sprawę. Wiedziała jak z niego korzystać: kiedy chciała, umiała kusić, wabić, zachęcać. Zharmonizowała się z obrazem przed nim niczym nimfa. Zarzucała długimi włosami sprawiając, że nie mógł oderwać wzroku i walczył z odruchem wysunięcia ręki - chciał sprawdzić czy to czar, omamy czy rzeczywistość.
Kiedy znalazła się na środku strumienia, a tafla wody sięgnęła jej bioder, zaczął zrzucać ubrania z siebie.
- To głupota mówić mi, co mogę robić. Wiesz, że nie posłucham - Wyśmiała go.
- Nie chcę, aby niepotrzebne szepty po powrocie dotarły do mojej żony. "Dimka ma kochankę w Laquii." - Wysyczał, zaciskając zęby przy ostatnim słowie, jakby było czymś brudnym i niewartym wypowiedzenia - Tak brzmieć będą ich słowa.
Woda wydawała się cieplejsza teraz, gdy powietrza nie ogrzewały już promienie złotej tarczy na niebie. Parowała nieśmiało, zachęcając Lepaana, aby wszedł głębiej i zanurzył się w toni.
Sheila z  wściekłością w kilku susach doskoczyła do mężczyzny, przywierając do niego. Oprócz wilgotnej skóry oraz krągłości przyciśniętych do jego torsu, Lepaan czuł jej pazury zdzierające mu naskórek z pleców.
- Skoro miałeś zamiar wstydzić się swojej kochanki z Laquii, mogłeś nie przyjeżdżać.
Nie odepchnął jej. Wiedział, że pieczenie na plecach to nie jego ból - to gorycz, którą poczuła Sheila za sposób z jakim mówił o jej wyspie.
- Jednak przyjechałem i powtarzanie mi, że to błąd, już niczego nie zmieni.
Jego dłoń opadła delikatnie u dołu jej talii w nadziei, że czuły impuls ostudzi jej złość. Jej dłonie zelżyły nacisk i zsunęły się na jego żebra. Kobieta odbiła się od nich, wyduszając z Lepaana oddech i odskoczyła z powrotem ku wodzie. Lepaan nieśpiesznie ruszył jej śladem.
- Niczego nie osiągniesz. Prowadzisz siebie i ich na śmierć - odpowiedziała mu wreszcie, zwilżając włosy mokrymi dłońmi.
- Nie powinnaś ich skreślać. Więcej potrafią uczynić niż się wydaje.
Z gardła Sheili wydobył się szyderczy śmiech.
- Powiedz mi, dostałeś jakieś plamy do przyklejenia, kiedy przygarnęli cię jako swojego?
- Żona regularnie je szyje, ale zostawiłem swój zapas w Gyengye. Nie chciałem zgubić ich w puszczy. - Rzekł, ukazując rząd lśniących zębów.
- Kiedy stałeś się łaciatą kropelką?
- Niedługo po tym jak sprowadziłem Rakshahra na tutejszy dwór, aby pomógł cię wydostać. To wydarzenie dało wyraz szerokich znajomości i umiejętności negocjacji. To cenne wartości dla władcy Gyengye. - Wyznał, wbijając wzrok w przestrzeń.
Nie można było zaprzeczyć tym słowom. Wyczynem było namówienie Laquiczyków, by pozwolili przekroczyć granice państwa człowiekowi panującemu nad ogniem jak i Rakshahra, by wszedł na teren kraju, w którym z przyjemnością podcięliby mu tętnicę. Jego interwencja w tą sytuację została doceniona, choć to nie on bezpośrednio sprawił, że Sheila wyszła z komnaty.
Opuścił wzrok na kobietę. Spostrzegł jej napięte mięśnie i szczękę zawzięcie zaciśniętą.
-Czy wciąż prześladuje cię to, co sprawiło, że zatrzasnęłaś się wtedy przed światem? - Zapytał, nie ukrywając troski.
- Nie. Dawno odesłałam w niepamięć zdarzenia z przeszłości. Wspominanie o nich niepotrzebnie je wraca - Odwarknęła. Zabrzmiała przy tym jak zranione, przestraszone zwierzę. Lepaan nie ciągnął więc tematu. Zamiast tego opowiedział, jak wyglądał rytuał nadania imienia i objęcia stanowiska na dworze gyengyeskim. O zaręczynach i ślubie z Nem-e mówił, gdy wracali już umyci i ubrani pod szałas. Sheila, nawet jeśli czuła się wciąż zdołowana przez przywołane wspomnienia, stanąwszy przed Na'agimem i obcokrajowcami, wróciła do swej zwyczajnej postawy, nie chcąc ukazać słabości. Kiedy Talenty z przewodnikiem oddalili się w stronę rzeki, Lepaan wyznał, jakich wrażeń  doświadczył, gdy jako młodzieniec pojawił się po raz pierwszy w Laquii i spotkał młodą Sheilę Ma'alik.
- Przerażałaś mnie. Nie śmiej się. Naprawdę się ciebie bałem. Zachowywałaś się jak wariatka. Nadal zachowujesz się jak wariatka, ale nauczyłem się, że nie mogę być niczego pewnym w twoim towarzystwie. Teraz mogę się spodziewać, że nie jestem gotowy na nic, co szykujesz. Wtedy był mój pierwszy raz, kiedy spotkałem kogoś tak zmiennego i zaskakującego. Za każdym razem przeżywałem szok, kiedy nie udawało mi się przewidzieć twoich ruchów, ataków ani odpowiedzi. Myślałem, że jako absolwent Akademii Pięciu Monumentów i uczeń jednego ze wspanialszych Inicjatorów w Wezoshu, jestem bardziej przebiegły i mądrzejszy od dziewczynki skaczącej po gałęziach. Byłem zły za każdą lekcję pokory, jaką mi dawałaś, pokazując mi w jak wielkim błędzie żyłem. Teraz mógłbym ci za nie podziękować.
- Zrób to - Wtrąciła Sheila, odrzucając włosy. W którymś momencie jego opowieści na jej kolana wdrapał się ptalik - królik rozprostował swoje skrzydła, po czym złożył je wzdłuż ciała i zaczął wyciągać z zaciekawieniem szyję, obwąchując kobietę w poszukiwaniu przysmaków.
- Nie masz na co liczyć. - Zaśmiał się, po czym kontynuował - Byłem zły. Chciałem ci wtedy zaimponować, pokazać, co potrafię, ale ty nie dawałaś mi na to szans.
- Ewidentnie szukałeś guza i robiłeś zbyt dużo hałasu. Zachowywałeś się jak zagubiona gęś - łatwa do namierzenia i pożarcia. Musiałabym zabić każde zwierzę, którego uwagę byś zwrócił. To niepotrzebna, bezsensowna śmierć. Unikałam ich, powstrzymując ciebie.
- Mogłaś mnie nie uświadamiać. Przetrwałbym kolejne lata, wierząc, że martwiłaś się wtedy o moje życie, zamiast o tutejsze istoty.
Nagle ich rozmowę przerwały jęki i słabe nawoływanie:
- Lepaanie! Lepaanie!
Mężczyzna zerwał się z miejsca i pędem ruszył w kierunku głosu. Należał do Saraana.
- Saraanie, co się stało? - Zapytał, znajdując przyjaciela czołgającego się przez trawę w ich kierunku. Chwycił go za ramiona i objął, aby ten mógł się wesprzeć - Gdzie pozostali? Gdzie Marseen?
- One ich zabrały. Zabrały ich - Wymamrotał, ale świadomy, że bredzi, zamilkł i skupił myśli przez moment. Sheila dobiegła do nich, dźwigając swoją torbę. Nie czekając na wyjaśnienia, zaczęła szukać ran na ciele Talentu.
-  Poczułem ukąszenie i upadłem. Zanim przestałem widzieć, scaliłem się z wodą. Nie znalazły mnie. Nie znalazły, ale ich zabrały - Saraan szeptał słowa w kółko, coraz wolniej, coraz ciszej, coraz mniej zrozumiale. Ostatecznie zamknął oczy i zamilkł.
- Saraan! Ocknij się! - Serce Lepaana zamarło w piersi, by później zacząć trzepotać szaleńczo. Zmarł. Jego przyjaciel wyzionął ducha w jego ramionach. Jego uczeń został porwany przez laquijskie stworzenia. Wszystko stało się w przeciągu jednego dnia po przybyciu na wyspę. Jak on śmiał wierzyć, że ma prawo narażać ich życie, przywożąc ich tu? 
Ze łzami w oczach spojrzał na Sheilę, która okładała kostkę Talentu mieszanką ziół rozsmarowanych na liściach.
- Żyje - uspokoiła go - Będzie spać dopóki jad nie wypłynie z jego żył.
- Nie ma czasu - Odparł. Uniósł bezwładne ciało przyjaciela i zaniósł je z powrotem do wody.  Wbiegł w środek rzeki i ułożył je delikatnie na powierzchni, pilnując aby nie utonęło. Cienkie stróżki wody wpłynęły się na powierzchnię jego ciała. Zaczęły sunąć w kierunku jego ust, uszu i oczu. Oplotły liść, który przylegał do miejsca ukąszenia. Przez otwory w ciele wdarły się wewnątrz. Czysta woda wypełniła żyły człowieka Osnovy, wypierając zatrutą krew. Jad uciekł gruczołami do rzeki i odpłynął z jego nurtem, ciągnąć się zieloną smugą niczym węgorz.
Sheila gwizdnęła za jego plecami z aprobatą, a saraan otworzył oczy.
- Kiedy dojdziesz do siebie, odnajdziemy Marseena - rzekł Lepaan, pomagając stanąć Talentowi na nogi.
- O Na'agima już się nie martwicie? - Wtrąciła kobieta.


Próżno ich sypkie zatrzymują śniegi
i lodem wzdęte odpychają brzegi.
Przeszli zawady, bo miłość szła wprzódy,
zmiatała śniegi i topiła lody

Offline

Użytkowników czytających ten temat: 0, gości: 1
[Bot] CCBot

Stopka

Forum oparte na FluxBB

Darmowe Forum
popelnej - probneforumwars - skycraft - icw - ararauko