Opowiadania grupowe - forum Depesza

Opowiadania grupowe

Nie jesteś zalogowany na forum.

#1 2017-07-24 04:46:52

Faworek
Faworek wrocławski ziemniakiem natarty
Windows 7Chrome 58.0.3029.110

Faith and Power

Wątek w budowie! Uprasza się o uważanie na głowy!

dictate_of_karametra_by_noahbradley-d7en8kn.jpg




Legendy Wysp Krainy




Pierwszym pomysłem Krainy były rzeki; rzeki białe niczym mleko migdałowe i wypełnione tilapiami koloru poświaty księżyca kochającymi łagodny nurty rzek Krainy.
Kraina stworzyła więc rzeki i wypełniła je tilapiami.
Drugim pomysłem Krainy były łąki; łąki bardziej zielone niż łodygi trzciny nad jeziorami, szczęśliwe w towarzystwie dwudziestu tysięcy nagietek, dorodnych łań danieli i strzeżone okiem szlachetnych bocianów.
Kraina stworzyła więc łąki tuż obok białych rzek i uszczęśliwiła je kwiatami.
Trzecim pomysłem Krainy były lasy; lasy o liściach wyciągających się do promieni słońca i namalowane barwami zwierząt kochających drzewa, żyzną glebę i rosnące na nich dorodne owoce.
Kraina stworzyła więc lasy pomiędzy białymi rzekami a łąkami koloru nagietek i wysłała doń zwierzęta, aby żyły w zgodzie i miłości.
Czwartym pomysłem Krainy był wiatr; wiatr niosący na swych ramionach bratnią miłość, zachwyt i wdzięczność, a skowronki i mewy otaczający dobrobytem.
Kraina stworzyła więc wiatr, by łączył rzeki, łąki i lasy.
Piątym pomysłem Krainy byli bogowie; bogowie o imionach brzmiących jak dzwoneczki poruszane poranną zorzą i o charakterach troskliwych i łaskawych.
Kraina zrodziła więc pięciu bogów, by dbali o jej los jak o dzieci z własnego łona.

[miejsce na szczupły spis bogów]

Serca bogów pełne były miłości do kreacji delikatnej niczym kwiaty kotków wierzbowych. W ich pięknych umysłach powstawali kolejni bogowie, a ich ręce tworzyły im ciała, w których mogli się skryć.
Zbudowali wspólnie czas. Stworzyli mu ciało z muszli małży, w której zamknęli morza, by wyznaczały upływ pór roku, miesięcy i chwilę wschodu słońca.
Krainę wypełniła również mowa, która nauczała słów o bogatych znaczeniach, skupiła je w cudownych językach i podarowała wiatrowi, aby wdmuchnął je w stworzenie.
Bogowie ofiarowali niewinność mowy czasowi. Ceremonia zaślubin trwała dopóki nieba nie uśpił pięćdziesiąty piąty zachód słońca. A gdy gwiazdy zamknęły oczy, jedność czasu i mowy przyniosła sztukę.
Sztuka była bóstwem szlachetnym. W jej urodę włożono kruszone muszelki jako dowód delikatności jak i ostrej śmiałości, różowy kwarc wytopiony przez piorun, aby niemożna było zapomnieć, że jest to dar bogaty w blask i nieprzemijający oraz trel słowików o wschodzie słońca, by tęskniono za jej widokiem. W jej oczach schowano inteligencję kruków, a zgrabne ruchy tworzył spokojny lot świetlików. Krawędzie jej ciała wyszyto wstążkami z blasku słońca, przeszywając ją próżnością. Była piękniejsza od blasku księżyca, który malował ówczesnymi nocami fale jezior.
Rzeki, łąki i lasy kochały sztukę, zapraszały ją do wspólnych zabaw i pragnęły rozpieszczać podarunkami. Doznała uwielbienia słodszego niż smak owoców letnich mandarynek. Posmak ten wzmagał jej apetyt na pochwały tak jak plony aktinidii łaskotały podniebienie. Sztuka pragnęła skupić na sobie więcej podziwu. Z prądem jej myśli przypłynęła chęć zajęcia miejsca słońca na tronie stojącym w centrum świata lecz żaden z piątki pierwszych bogów nie dał zgody. Słońce otworzyło wówczas usta i rzekło, że ustąpi, jeśli sztuka otoczy tron pięcioma tysiącami dowodów darzonego ją uwielbienia, które kochające ją istoty złożą nieprzymuszenie w darze.
Wówczas rzeki wraz z tilapiami, łąki malowane dwudziestoma tysiącami nagietek, lasy pełne bujnych roślin i sytych zwierząt, wiatr wznoszący ptaki do lotu oraz reszta stworzenia wstrzymały swe pieszczoty, ponieważ wiedziały, że tron stojący w centrum świata należy do słońca, a słońce należy do tronu i to ono powinno na nim siedzieć.
Lecz sztuka nie gustowała w smaku pragnień zaniechanych. Przemierzała rzeki w poszukiwaniu kamieni, które nie ustępowały ich nurtom. Poprosiła słonia o jego piętę i wycięła z niej liść, który ważył tak dużo, że wiatr nie miał sił go unieść. W szklanej szkatułce zamknęła pioruny burzy, które wybuchając gniewem w niewoli, zrzuciły skórę blasku i biły o przezroczyste ścianki językami ognia, a gdy dojrzała markura karmiącego się kwiatami na łące, oddała mu owe skarby. Zwierzę zbudowało z nich dwie pary rogów: jedną przymocowało do swego łba, drugą oddało sztuce. Ona zaniosła ją do stóp bogów, aby tchnęli w nią jaźń.
Nowe życie nazwała mężczyzną i nauczyła go kochać nic ponad sztukę.
Oczy mężczyzny nie dostrzegały więc nic cennego ani godnego szacunku prócz tej, która dała mu imię. Nie pozwalało mu na miłość do rzek, lasów ani wiatru to, z czego został zrobiony, a łąki traktował z zachłannością przekazaną mu od twórcy. Jedyne czego pragnął nazywano szczęściem sztuki. Dla tej, która dała mu imię był w stanie przenosić uparte i oddane swoim miejscom góry i bezlitośnie powalać płaczące przez to puszcze, jeśli ona śniła o tym, by to zrobił. Był wierny jak pingwin, czuły jak ryba. Wraz z każdym zachodem czerwonego słońca przynosił jej podarunek, chcąc ujrzeć jej marzenia nie tylko w jej tęsknych opowieściach. Mimo tego jej serce nie potrafiło zaufać woni jego lojalności. Miała utrzymywać się na skórze rozgrzewająca oraz zmysłowa i równie nieustanna jak słodki zapach goździków czy drzewa sandałowego. Sztuka sprawdzała to życzeniami, które stawały się śmielsze niż szkwały na grymaśnych morzach i zbrodnicze, a mężczyzna spełniał każde z nich. Z jego ust nie usłyszała odmowy, gdy poprosiła, by przyniósł jej rogi swego twórcy, aby mogła stworzyć podobnego jemu brata, aby we dwóch obdarowywali ją wyrazami podziwu.
Lecz markur nie chciał oddać swych rogów. Mężczyzna przyniósł więc sztuce jego głowę odciętą od ciała, tak jak horyzont odcina przejrzystość oceanu od błękitu nieba.
Było to pierwsze morderstwo, które zdarzyło się w Krainie. Z tym czynem sztukę okrzyknięto symbolem zbrodni, bezwzględnego okrucieństwa, żerowania oraz złego uroku i przybrała postać hieny o dwóch głowach.
Bogowie dojrzawszy, co uczynił mężczyzna, oddarli fragmenty od swoich najdoskonalszych cech charakterów. Na lustrzanej tafli jeziora namalowali nimi smukły kształt przedstawiający istotę o jednej głowie z długą grzywą i dwóch parach kończyn. Jej wnętrze wyłożono kwiatami wiśni oraz mimozy, by dzięki nim była wrażliwa i ceniła dar życia. W jej pierś włożono płuco delfina, aby każdy jej oddech był pełen szczerej chęci niesienia dobroci. Do kończyn przymocowano jego cień, by nie zapominała, że wierna musi być jedynie wolności oraz mądrości. Dano jej jaźń i imię: kobieta. Żmije zaprowadziły ją w miejsce, gdzie siedział mężczyzna. Ujrzawszy jego twarz, kobieta chwyciła jego dłoń i zaprowadziła nad morze. Bawili się z rakami, jedli cyfomandry i prowadzili długie rozmowy. Kobieta pokazywała mu miłość, której nie nauczył go nikt wcześniej. Tamtego dnia mężczyzna nie chciał opuścić boku kobiety. Zapragnął móc usłyszeć jej wdzięczny jak jaskółczy lot śmiech słany stronę błyszczących gwiazdozbiorów i patrzeć, z jak wielkim zachwytem wita jutrzenkę przed nadchodzącym porankiem. Zapomniał o zwyczaju wręczania o zachodzie słońca podarunku tej, która dała mu imię.
Serce zawiedzionej i zdradzonej sztuki wypełniła gorycz. Rozdzierające uczucia zawrzały i wyrwały się gwałtownie z jej wnętrza wraz z krzykiem głębokiej rozpaczy niczym przerażony bażant spomiędzy wysokich traw. Ten wrzask prócz powietrza i wód rozdarł również ziemię jak płat tkaniny, rozcinając dotąd scalony grunt Krainy i rozbijając go na pięć części. Fragmenty kontynentu rozsunęły się, tworząc oddzielne wyspy, rozrywając rzeki, rozpoławiając łąki i raniąc lasy. Agonię oraz gniew Krainy odczuły drzewa od korzeni po korony, kierunek wiatru oraz promienie słońca. Jedną z części zalały nagle łzy i pot Krainy. Drugą z części zaczęły opuszczać siły. Na następnej nagły chłód zaczął szczypać zwierzęta w oczy. Czwartą szarpało rzężenie i kaszel. Nad piątą czas zaczął zataczać koła ku przeszłości. W Krainie zapanował chaos niszczący radość i zjednanie. Wówczas każdy z bogów wybrał jedną z wysp i zapewnił jej swą opiekę, ratując ją przed marnym końcem i zniszczeniem. Zwrócili jej siłę i wigor, ale okaleczonych fragmentów nie zdołali zespolić z powrotem. Kara za cierpienia Krainy nie mogła być więc pobłażliwa.
Sztuka została uwięziona przed centrum świata: w blasku promieni, w którym była niewidoczna i nieważna. Wystarczająco blisko, by słyszeć wszystkie podziękowania, pochwały i uwielbienie niesione na skrzydłach ważek do słońca, jak i wystarczająco daleko, by żadne choćby przez przypadek nigdy nie trafiło do niej. Wkrótce pamięć o sztuce zaczęła zanikać.
Była to najokrutniejsza kara dla bóstwa.




20150421_giant_leaves_by_psdeluxe-d8qnznt.jpg




Trochę od Fawora

Witam ponownie w świecie FaPacza. Przeznaczenie - ja - zdecydowało, że ten wątek nie może umrzeć. Prawidłowo. Ma za duży potencjał, żeby zginąć w czeluściach porzuconych wątków. Jest wyjątkowe. Czemu? Ponieważ tutaj, w świecie Wysp Krainy oprócz postaci, której losami pokierujesz, masz możliwość stworzenia również swojego własnego państwa! To jedyny wątek, gdzie możesz poczuć się bogiem od stóp do głów i z powrotem, zespalając się z otaczającym cię tu światem każdym, pojedynczym końcem neuronów. Nic jednak za darmo! Chcąc dostać miejsce na swój mały świat, musisz podpisać pakt z szat... Nazwijmy to umową biznesową.
Wygląda to następująco: zapisując się do wątku, dostajesz wyspę na własność. Od tej chwili jesteś odpowiedzialny za jej byt. Zyskujesz przyjemność ustalenia każdego jej szczegółu - zaczynając od klimatu atmosferycznego, topografii, fauny i flory, jadąc dalej poprzez nadanie rasy zamieszkującej wyspę ludności, co wiąże się z wybraniem znaków szczególnych ich wyglądu jak i ich kanonu piękna oraz rodzaju magii, którą się posługują, kończąc na stworzeniu ich społeczności, w co wlicza się religia (najważniejsi bogowie, pomniejsze wierzenia, przesądy, kulty, święta itp), kultura (język, architektura miast i wiosek, szkolnictwo, tradycyjne instrumenty muzyczne, zapoznanie z pismem, kuchnia regionalna i sposób spożywania), gospodarka, ustrój polityczny oraz usposobienie wobec rodaków czy cudzoziemców (traktowanie kobiet i gości w domu, hierarchia w rodzinach, zachowanie w miejscu publicznym) i co tylko jeszcze zechcesz wymyślić.
To, co znalazło się w powyżej wyszczególnionych nie jest wymienione po to, by od samego początku martwić głowę nad wymyśleniem każdego z podpunktu. To jedynie ukazanie wielkich możliwości, jakie służą Wam w każdej chwili, aby wyraźniej móc opisać życie wyspy. Nie wymagam na starcie więcej niż tego, co najbardziej potrzebne, choć w każdy pomysł urozmaicający, będę wczytywać się z przyjemnością. Daję wolną rękę. Proszę tylko, aby nie szaleć z pomysłami w kwestii rozwoju technologicznego - on jest tu na poziomie świeżo udomowionych wierzchowców, woskowych świeczek i listów słanych odpowiednikami naszych gołębi pocztowych. Technologię proponuję zastąpić magią i siłą natury.
Ceną, jaką pragnę za udostępnienie wyspy są posty.
Sądzę, że dużo ładniej będzie wyglądać, kiedy opis państwa znajdzie się w osobnym poście niż Karta Postaci.
W Karcie Postaci nie akceptuję żadnych realnych zdjęć.
A więc? Umowa stoi?




Fabuła

Akcja rozgrywać się będzie wokół przedstawicieli magów wysp, ich przygodach z magią, doświadczeniach z polityką ogólnoświatową i prywatnych problemów. Wolałabym, aby tym razem nie były to kilkunastoletnie szczyle, które dopiero co uczą się posługiwać mocą, nie wspominając już o obyciu. Brzmi poważnie, ale obiecuję, że nie uda się utrzymać tu poważnego klimatu.




d2c6bc7bd81ef447b149492404d5096a-d7sgy7b.jpg




Pięć Wysp Krainy:

Laquia _whitegreenfire__by_namelessbot.gif

Wezoshu _whitebluefire__by_namelessbot.gif

Gyengye _multiflame__by_namelessbot.gif

Rarikha _blackorangefire__by_namelessbot.gif

Avalon _pinkblackfire__by_namelessbot.gif




Bohaterowie:

Sheila Ma'alik z Laquii - Arbalester _whitegreenfire__by_namelessbot.gif

Samir Shazim z Rarikhy - Arbalester _blackorangefire__by_namelessbot.gif

Dimka ze Stusohl z Wezoshu - Faworek _whitebluefire__by_namelessbot.gif

Piękna Angharad z Avalon - Dolores _pinkblackfire__by_namelessbot.gif


Próżno ich sypkie zatrzymują śniegi
i lodem wzdęte odpychają brzegi.
Przeszli zawady, bo miłość szła wprzódy,
zmiatała śniegi i topiła lody

Offline

#2 2017-07-24 16:29:24

Faworek
Faworek wrocławski ziemniakiem natarty
Windows 7Chrome 58.0.3029.110

Odp: Faith and Power

Zbite lodem zadupie tu

rozwijanko

white_castle_by_joakimolofsson-d4rnnh7.jpg

anton-fadeev-image.jpg?1462893854

robin-lhebrard-fog12.jpg?1458625947

Wezoshu

the_dark_by_sandara-d2xok0i.jpg

follow_the_freezing_moon_by_drawingnightmare-d4gieb4.jpg


[...] Wtedy spośród nich wybrał Basewe - tego, co włada, największego z mędrców, któremu powierzył obowiązek opieki nad ludem, by żył godnie i dostatnio. U jego boku powołał pięciu współwładców, by ich kwestii podlegało wprowadzanie porządku i dyscypliny w poszczególnych przestrzeniach bytu ogółu i dał im imiona:
Varana - co oznaczało "chwała"
Dok - co oznaczało "miłość"
Mmamuru - co oznaczało "mądrość"
Chadee - co oznaczało "moc"
Nabah - co oznaczało "wiara"
[...]

tears_of_the_mother_by_jjcanvas-d8n739d.jpg

icy_steps_by_grafit_art-darlirh.png

richard-wright-games-workshop-w40k-emperors-palace.jpg?1456911066

dark_city_by_fenghuaart-db60jx4.jpg

g-liulian-3-2.jpg?1474385656

crystal_field_by_hungrybird-d6t6zrs.jpg

To wszystko będzie mniejsze i poucinane.


a dupa dupy tu

Chyba Ty!

Ostatnio edytowany przez Arbalester (2017-07-31 22:52:12)


Próżno ich sypkie zatrzymują śniegi
i lodem wzdęte odpychają brzegi.
Przeszli zawady, bo miłość szła wprzódy,
zmiatała śniegi i topiła lody

Offline

#3 2017-07-24 16:34:01

Faworek
Faworek wrocławski ziemniakiem natarty
Windows 7Chrome 58.0.3029.110

Odp: Faith and Power

lotus_fish_by_andoledius.jpg

Powstanie Gyengye

Zza granic Przystani Śniących Bogów, ryby nawoływały w języku kropel deszczu imię Osnovy, nie wiedząc, co robić. Żółwi bóg jednak nie spał. Zbudził go krzyk Sztuki i ból Krainy, który czuł w mięśniach jej, swoich i zwierzęcych ciał. Nie mógł odpowiedzieć na lament ryb, ponieważ zaciskał zęby, aby nikt nie słyszał głosu jego bólu, gdy zrywał z grzbietu karapaks, swą twardą powłokę pancerza. Łamał ją na mniejsze części różnych rozmiarów i oddawał je skorupiakom, aby oparły na nich niczym na tratwach zatapiane przez łzy i pot Krainy rozszarpane fragmenty lądu. Wężowidła wtoczyły pod nie pęcherze powietrza i każdy skrawek pancerzu boga, który oddał, wzniósł się z powrotem na powierzchnię, tworząc ławicę małych wysepek. Z ostatniej płytki, która mu pozostała, Osnova ukształtował drugi pancerz, mały jak nadmorskie skały, zrzucił z siebie ciało i ubrał nowe, mniejsze, aby zmieściło się w świeżej skorupie. Ujął plastron starego ciała, uniósł na powierzchnię wód i zrobił z niego łódkę dla ludzi, którzy patrzyli bezradnie jak przypływ sięga ich ust. Wyciągnął do nich kończyny, a oni wdrapali się po nich na szalupę zrobioną z płytek kości boga. Osnova stał się przewoźnikiem ludzi  i zaprowadził ich ku skrajowi ziem balansujących między łzami Krainy. Śladem boga podążało pięć setek płazów śpiewających pieśń na cześć imienia bezśmiertnego. Ich głosy, niczym ziarna gradu tłukące o skały, biły o sfrustrowane fale, by dotarła do żurawi, rekinów i ośmiornic wiadomość, w którym kierunku udaje się ich ulubiony bóg morski.
Jesteś dzieckiem, które chce być kochane. Robiłeś krzywdzące rzeczy, mężczyzno, dlatego że pragnąłeś miłości, obwieścił ludziom Osnova, odganiając od ich legowisk krople wód ich otaczających. Każde ze stworzeń ją w sobie nosi, a kobieta u twego boku będzie ci ją wskazywać. Ja nauczę wasze ammu, kijanki łączące was oboje, rozróżniać jej rodzaje, odnajdywać jej źródła, ożywiać ją i dzięki niej tworzyć. Pokażę ammu skąd ja czerpię swoją energię, by formować świat. Jeżeli będą robić użytek z talentów, jakie im przekażę, aby dbać o stworzenia szukające schronienia w miejscu, które istnieje na fasadach mojej skorupy, będą tysiącem pięknych serc. Niech więc kobieta nada tobie imię, mężczyzno, byś był jej wierny nie mocniej niż czemukolwiek spośród świata. Niech ona prowadzi twe czyny ścieżką dobra, jak ja prowadziłem was oraz żaby do bezpiecznej zatoki i zródźcie naród godny wiedzy pierwszego boga wód.
Osnova uczynił ludzi swymi uczniami i stworzył miejsce, gdzie mogli żyć, kochać i doceniać, a dzieło swe nazwał Gyengye, Ziemią Tysiąca Pięknych Serc, ponieważ dzieci ludzi okazały się pojętnymi chowankami.

wenjun-lin-.jpg?1495431776

Ziemią mieszkańców Gyengye nazywano przejrzyste i czyste jak blask jutrzenki morze. Oni nazywali je wyjątkowym domem, Gil-Teshub, miejscem, z którym nigdy nie powinieneś się żegnać, ponieważ wrócisz do niego tą samą drogą, którą od niego odszedłeś. Wiedzieli, że wody mórz należą do Zanny, Czasu, dawcy życia i każde serce, któremu pozwolił z nich wyjść, pewnego przewidzianego przez bóstwo dnia wróci do nich odprowadzone przez Battran lub Huicho - śmierć powolną lub nagłą. Ich świat nie wylewał się poza horyzont wody, lecz ona była wszędzie i miała wiele do zaoferowania. Osnova nauczył ludzi dostrzegać i naśladować usposobienia cieczy. Wskazał im wiedzę skrywaną nawet w brązowym lustrze kałuż. Odblokował w swych uczniach wewnętrzne, torowane dotąd źródła możliwości i pozwolił, by ich nurt kształtowali sami. Robiąc to, zyskał przydomek Żółwiego Mędrca, Przewodnika Źródeł, Ojca Fal, boga najbliższego sercom, opiekuna ludzi wód. Był jedynym bezśmiertnym, którego ludzie wód czcili i wielbili. Stał ponad resztą starszych bóstw, które schroniły się na wyspie po rozpadzie Krainy.[...]

Lista imion ważniejszych starszych bogów:
- Zanna/Czas - dawca życia
- Musoke/Mowa - ...
- Battran i Huicho - śmierć powolna i nagła
- Ogień sypiący Skry - ...
- Pierwsza Wśród Ryb - ...
- bóg gestów - opiekun dziewic i złodziei
- Rafa, Wir i Tafla - ...
- bóg świerszczyków :B - ...


dave-greco-ethama-final.jpg?1485201509

tu so ładne obrazki

39bd69f003c28ca4f242ddf6821df077-dbfl8gu.jpg

chinese_style___wonderland_by_fenghuaart-db7dsld.jpg

Aparycja ogólna społeczeństwa

Skóra ludzi narodu serc brązowa jak skorupki orzecha kokosowego nakrapiana jest plamami o barwach ziaren piasku. Przypomina morza, na których wyspy Gyengye układają się jak ulane krople na płaskim kamieniu. Łaty na swych ciałach nazywają vitiligo, a im bardziej są okazałe, symetryczne i rozłożyste tym atrakcyjniejsze się wydają. Babki mówią, że każde dziecko z coraz większym vitiligo jest przepowiednią tego, że ląd ich państwa rozrośnie się, dając im więcej miejsca.
Czoła ich są duże, a twarze okrągłe. Uśmiechy mają szerokie oraz szczere. Ich oczy przypominają kształtem rybie płetwy piersiowe w odcieniach błękitu delikatnego jak woda w wiosenny poranek, szarości niczym opadająca między krzewami mgła lub fioletu piany morskiej, która przedłuża ostatnie spojrzenia słońca kryjącego się za horyzontem. Niektórzy z Talentów zaglądając w oczy swego ludu potrafią ustalić datę najbliższej powodzi.W łosy na głowach mają barwę największych głębin wód, rosną długie i układają się niczym tafla jeziora, na której falach odbij się blask promieni słońca. Podczas dni festynów, świąt lub uroczystości kobiety pokazują je ułożone w przecudne fryzury za pomocą niezwykle ozdobnych grzebieni i szpilek. Mężczyźni spinają je zwykle w opływowe końskie ogony lub koki.
Ciała narodu serc nie są duże ani twarde, za to zwinne jak płocie. Mają opływowe kształty i miękki, zwilżony dotyk. Na co dzień okrywają je strojami z bardzo lekkim materiałów, które szybko schną, o wysokich rozcięciach oraz bardzo szerokich rękawach i przepasają je szarfami.  Kolory strojów domowych są różnorakie. Dopiero barwy tkanin, które przywdziewają podczas dni świątecznych, festiwalowych lub z okazji ważnych uroczystości nabierają znaczenia jak i miejsce oraz ilość zdobiących ich haftów lub malowideł. Dobór krojów i kolorów wytwornych szat dokonywany jest według skomplikowanych reguł estetycznych, które odzwierciedlają swym harmonijnym dopasowaniem cykl przemian w przyrodzie jak i cykl ceremonii i obrzędów, które obchodzili. Kobiety wówczas zarzucają na ramiona tkaniny o rękawach szerokich i niezwykle długich, które przypominać mają żurawie skrzydła. Tył ich ubrań wygląda niczym płetwa złotej rybki o motylim ogonie i faluje za ich plecami porywany przez bryzę. Mężczyźni wolą przywdziać równie rozłożyste, lśniące jak skóra rekinów spodnie i dopasowane do nich narzuty, na których widnieje herb domów ich ojców.

the_exquisite_palace_by_najtkriss-d70hfjb.jpg

Domek w Gyengye

the_esteemed_palace_of_the_crane_chris_ostrowski_1_by_najtkriss-d8ju0zc.jpg

Inny domek w Gyengye

towards_a_safer_place_by_anatofinnstark-dat1tpv.jpg

Duża ryba

muyang-xu-9.jpg?1452658109

Mała ryba

pu-dawn-.jpg?1443928287

Ładne

pu-dawn-.jpg?1422500636

chenxi-kang-2.jpg?1538413548

Trochę miasto

Miasta:
- Lamai - miasto handlowe
- Bongani- miasto-most
- Ayanda i Ndaba - bliźniacze przystanie
- Mandlen - stolica wśród wodospadów

feG3yWI.jpg

Słowa

ab497c59d64331fd1135d0d4446e8a68.jpg

Wciąż słowa

zp-zhang-2013-201426.jpg?1456552640

Trochę noc

mist-xg-17s.jpg?1504600766

Te o tam na niebie


Próżno ich sypkie zatrzymują śniegi
i lodem wzdęte odpychają brzegi.
Przeszli zawady, bo miłość szła wprzódy,
zmiatała śniegi i topiła lody

Offline

#4 2017-07-24 21:23:54

Faworek
Faworek wrocławski ziemniakiem natarty
AndroidChrome 56.0.2924.87

Odp: Faith and Power

targaryen_by_aprilis420-d5mnto7.jpg




Dusze ludzi, których ciała umierają, do bogów odprowadza śmierć. Śmierć jest braćmi, a ich imina to Battran i Huicho.
Battran jest przewodnikiem, który nie śpieszy się po dusze. Zanim do nich dotrze, żyją one przez długie lata, od których skóra ich ciał zaczyna się marszczyć, a zęby wypadać. Battran nagradza tych, którzy swe życie spędzili dobrze, nosili miłość w sercu i wielu ludzi zdołali pocieszyć, dając im czas na pożegnanie z tymi, których kochali i na przygotowanie darów, które chcieli zabrać, aby podczas uczty u bogów mogli pokazać, jak wykorzystali dane im życie.
Battran przybiera postać ślimaka, lecz zamiast muszli dźwiga ludzką czaszkę. Jego brat Huicho, tak samo jak on, ukazuje się jako ślimak, lecz głowa jego, z której czubka wyrasta para długich uszu, ma pysk zająca.
Huicho nie zostawia duszom czasu przed zdjęciem z nich ciał. Jego podróż od bogów do ludzi trwa krócej niż kilka spacerów słońca po niebie. Przychodzi nagle, lecz nie niespodziewanie. Przed swym przybyciem przysyła zapowiedź: chorobę, wypadek, lub tragedię.
Postać Huicho jest symbolem nadziei, ponieważ ludzie aż do ostatniego tchnienia swego lub swojego bliskiego modlą się gorliwie, by Huicho zawrócił nim dojdzie pod próg tego, kogo powinien zaprowadzić na ucztę u bogów. Kiedy modły są tak piękne i czyste jak pąki lilii wodnych, Huicho gubi surowość i pozwala żyć.
Jednak nawet tak czyste jak młode lilie modły słane do Huicho przez szóstkę dzieci o sercach szczerych i kochających nie mogą zostać wysłuchane, jeżeli przychodzi on na życzenie boga, który pragnie widzieć duszę człowieka przed sobą.
Te słowa zostały powiedziane przez Tui (zwano tak kobiety dopilnowujące, by dzieci tych, dla których pracowały, miały pod dostatkiem jedzenia, ubrań, zabaw i nauki) kiedy Dimka, jego starszy brat, starsza siostra, młodszy brat, druga siostra i trzecia siostra przebywali w domu drugiej siostry ich matki, w mieście Lamai, w dolnej części Gyengye, kryjąc się przed epidemią trawiącą wioski Wezoshu.
U końca dnia, podczas którego padły te słowa, Dimka zapytał starszą siostrę, co oznaczały. Klękła wtedy przy nim i zamknęła go ciasno w swych wciąż dziecięcych ramionach, szepcąc wątłym jak opuszczona przez pająka pajęczyna głosem, że ich matka umarła. Ciepło jej dotyku, którego nie poczuł nigdy wcześniej ani później, wraz z wiadomością o śmierci ich matki, zakończyło dni wyścigów na dengu po korytach miasta, gonitw za padalcami wokół bagien i ucieczek przed zacietrzewieniem Tui, gdy jego zachowanie nazywano nieprzystojnym. Dopóki posłaniec ich ojca nie przyniósł z Wezoshu listu z podziękowaniem za opiekę nad gronem jego pociech i informacją o wyruszeniu konwoju, który ma sprowadzić je do rodzinnej wioski w ojczyźnie, Dimka spędzał dnie na nauce Prayi - znaków mowy ludzi Gyengye. W dzień przybycia konwoju na liściu lepiężnika zapisał list skamlący o zwrócenie życia matce i poprosił wolnego żółwia, by zaniósł go bogom.
Cierpliwie czekał na odpowiedź. W międzyczasie wysyłał wiadomości do siostry swej matki z gorącymi naleganiami, by wyglądała za żółwiami niosącymi wieści. Rozpaczliwych łez smutku, które spływały po jego policzkach, gdy bogowie nieustępliwie używali mowy ciszy, nikt nie wytarł. Żal i tęsknota kapały ze źródełka dziecięcych uczuć, póki ojciec nie usadził go na swym kolanie, opowiadając historię o drzewie migdałowca, którego przyjacielem był trzmiel. Trzmiel spędzał w kielichach kwiatów drzewa każdy z dni, rozmawiając z drzewem, dlatego drzewo przeszyły myśli pełne zmartwień, gdy trzmiel nie przyleciał. Chciało ruszyć na poszukiwania, lecz jego korzenie były zbyt głęboko zanurzone w gruncie. Zapytał więc przechodzącego nieopodal gronostaja o pomoc. Zwierzę nie rozumiało jednak języka drzew ani trzmieli, a drzewo nie znało języka gronostajów. Dlatego gronostaj wdrapał się na gałęzie drzewie i nauczył go swej mowy, aby mogło powiedzieć mu, co chciało. Kiedy gronostaj usłyszał o zaginięciu trzmiela, wzruszony troską drzewa o przyjaciela, obiecał go odnaleźć. Podążył tropem trzmiela, lecz kiedy nie wracał przez długi czas, drzewo zawołało do przelatującej nieopodal ulewy, pytając czy go widziała. Ulewa nie rozumiała jednak języka drzew ani trzmieli ani gronostajów, a drzewo nie znało języka ulew. Dlatego ulewa zawisła nad drzewem i nauczyła go swej mowy, aby mogło powiedzieć jej, co chciało. Kiedy ulewa usłyszała historię zatroskanego o przyjaciół drzewa, obiecała ich odszukać. Pogoniła po widnokręgu, lecz kiedy nie wracała przez długi czas, drzewo zagaiło do zbliżającego się człowieka, pytając czy ją widział. Człowiek nie rozumiał jednak języka drzew ani trzmieli ani gronostajów ani ulew, a drzewo nie znało języka ludzi. Dlatego człowiek siadł przy drzewie i nauczył go swej mowy, aby mogło powiedzieć mu, co chciało. Kiedy człowiek usłyszał, co wydarzyło się do tej pory, nie odszedł, by szukać jego przyjaciół. Wpierw poprosił, by drzewo nauczył go wszystkich języków, jakie zna, ponieważ wiedział, że trzmiel nie rozumiejąc mowy gronostaja, ulewy i ludzi, nie zaufa żadnemu z nich i nie pozwoli zaprowadzić się z powrotem do drzewa. Wtedy dopiero ruszył ich tropem, a gdy wrócił, drzewo przekonało się, że miał rację.
Chcę powiedzieć, podsumowywał opowieść ojciec chłopca, że twoja matka urodziła się w Gyengye, lecz to nie znak, że wezwał ją bóg jej ludu. List powinieneś napisać do każdego z bogów w mowie, w której modlą się do niego ludzie, aby wiedział, że to list do niego. Pozwolę ci płakać dopiero wtedy, gdy poznasz wszystkie języki Wysp Krain i wyślesz listy do bogów napisany każdym z nich. Mężczyzna poddaje się dopiero wtedy, gdy dla swych bliskich zrobi wszystko, co było w jego mocy.
Dimka poznał więc podstawowy zasób wyrazów każdej z Wysp Krain jeszcze zanim wyjechał do Akademii Pięciu Monumentów, choć zdołał się domyślić, że żadne listy nie zwrócą mu matki.




Nauka w Akademii trwała pięć lat. Dimka wspomina spędzone tam chwile z nostalgią w sercu trzepoczącą skrzydłami kolibra. Gdzie lepsze dla dokazującego i bardziej psotnego niż kapucynka chłopca znajdzie się miejsce jeśli nie wśród kamiennych murów pertońskiej szkoły, po której korytarzach biegają podobni lub lepsi w swawoleniu? Nazwa szkoły nie kojarzy się mu z rygorem ani surową presją, którą dzieci zmuszano do zmieniania się w mężczyzn o sile północnych niedźwiedzi, o wiedzy stuletnich gwiazd i szanujących honor swój oraz cudzy. Akademia Pięciu Monumentów to jednakowość szukania granic swych możliwości i niegodzenia się z nimi, pierwszego dosiadu dymnego konia oraz braterskich starć magii i turniejów fechtunku. To przestrzeń, która chwyta męskie ramię i wskazuje mu sposób uwolnienia ściąganych wcześniej wodzy skrywanych wewnątrz zasobów energii, magii i charakteru; która uczy cierpliwie lojalności między przyjaciółmi, co na miano braci musieli zasłużyć; która wraz z końcem nauki rozszerza wrota pozwalając odejść ludziom od tej chwili dumnie nazywanymi godnymi następcami swych ojców.
Święto Powrotu Syna trwało tradycyjnie pięć dni, podczas których rodzina, przyjaciele oraz sąsiedzi odwiedzali jego rodzinny dom, by ujrzeć stopień jego postępów, które powinien zrobić. Jego rodzic słyszał wówczas gęstszy niż lasy Laquii bezlik słów podziwu i gratulacji, lecz wyłącznie propozycje Inicjatorów - osób, które osiągnęły najwyższy stopień umiejętności w obrębie swej specjalności - w sprawie kontynuowania nauki Dimki pod okiem wybranego z nich, mogły dogodzić jego zadowoleniu. Ku radości całej rodziny, głowę ojca szybko wypełniało zmartwienie możności oraz mnogości wyboru spomiędzy ofert, ponieważ Dimka w oczach Inicjatorów okazał się potencjałem wartym dalszego rzeźbienia.
Mięśnie ma twarde, lecz spojrzenie łagodne, mówili podczas odwiedzin w ich rezydencji. Jest orzechem palmowym. Jego twarda skorupa nie pozwoli wypłynąć krytemu wewnątrz bogactwu, które samo w sobie jest delikatne i łatwe w ulepszaniu.
Lecz ustalenia i pertraktacje dotyczące przyszłości Dimki nie potrafiły zainteresować sobą uwagi jego samego. Jego myśli niczym liść wrzucony w nurt górskiego potoku płynęły wciąż w stronę nowego członka ich rodu, który zajmował miejsce u boku jego starszego brata. Jego żona o imieniu Leeyao była Wezong, co w języku Shu oznaczało "dusza należąca do boga We". Słowem tym nazywano istoty zamieszkujące w jaskiniach i pod ludowym lustrem pokrywającym tafle jezior. Bóg We zamieniał w Wezong dusze panien, które zamarzły nie doczekawszy się swego zamążpójścia. Wezong były boginkami mrozu i przybierały postać tego, czego widok rozgrzewał ich zamarznięte serca. Żona starszego brata przyodziała więc ludzkie ciało i przeniosła się do izb jego domu. Nie istniała na Wyspach kobieta, która pasowałaby do rodu ze Stusoh bardziej, ponieważ upodabniając się do jednego z nich, skradła wszystkie ich cechy wyglądu: poranny szron na szkle wpleciony w barwę włosów, bukiet lawend schowany głęboko w spojrzeniu, który pani ze Stusoh podarowała wraz z narodzinami każdemu ze swych dzieci oraz pył różowego brylantu wtarty w skórę przez szczypiący nieustannie chłód. Nie zdołała skopiować zimnej krwi, która płynęła w ich żyłach, jej charakter zdradzał więc, że za zasłoną pięknej twarzy wciąż kryje się niewinna, delikatna Wezong. To jej usposobienie łagodne i czułe jak płatki wiosennego śniegu, które skrywało moc odpierania prób narzucenia jej ogłady, moralnego dystansu i ograniczającego taktu wymaganego od Shu sprawiło, że Dimka stracił wzrok, nie dostrzegając wokół siebie niczego, prócz niej.
Kiedy Święto Powrotu Syna minęło, a starszy brat musiał udać się z powrotem w progi swego Inicjatora, pozostawiając żonę w rodzinnej rezydencji, Dimka nie zaniedbywał możliwości uprzyjemnienia Leeyao dnia. Podsuwał jej najlepsze ze smakołyków i słodyczy targów stolicy. Prowadził ją na występy wirtuozów w mieście leżącym najbliżej wioski, w której stał ich dom. Wzniecał w niej pasję do tańca i opowiadał legendy o duchach zamkniętych w kamieniach. Spędzali długie godziny na raczeniu się rozmową, podczas spacerów po zmrożonych jeziorach i w tajemnicy skrywanej nawet przed jej mężem pozwalał jej dosiadać wierzchowców, co nie wypadało kobietom. Serce Dimki wołało coraz mocniej o ratunek przed niedozwolonym dla niego uczuciem, kiedy Leeyao głaskała jego policzek delikatną jak pergamin dłonią, lub wspierała swoje ramiona na jego barkach, nie mogąc zrozumieć niedystyngowania tych gestów.
Widzę, co czynisz bracie i mówię ci, byś nie brnął głębiej, szepnęła do jego ucha druga siostra, podczas kolacji. Jej serce należy do Huqe. Nie zdołasz go odebrać. Twój pościg za nim zrobi krzywdę nie tylko tobie.
Zaprzeczył jej domysłom wówczas, gdy w piersi wiązł mu płacz błagający, by pomogła mu przestać i zabrała pragnienie tęskniące za dotykiem Leeyao, które po zmierzchu kradło kontury snu z jego powiek i wyganiało z sypialni owładniętej sfrustrowanymi myślami. Krył się przed nim na kamienistych schodach, których koniec tonął w gorącym źródle, lecz gdy jednej z nocy łagodne odbicie sopli księżyca wkradało się na taflę termy, a wraz z nim Leeyao pojawiła się bosa i owinięta w półprzezroczysty materiał muślinu jedwabnego służącego kobietom do spania, kryjówka stała się świątynią intymności. Jej ołtarzem stała się ulatująca para wodna, a on niczym oddany sługa bogów, czcił z zachwytem chwile, gdy jego ukochana bogini wstępowała w krąg przybytku wiary, zrzucając z ramion ciężar ludzkiego wstydu.
Wstyd to wymysł Shu, odrzekła kiedyś zapytana przez niego, gdzie zdołała skryć zawstydzenie, które nakazuje kobietom zasłaniać ciała przed spojrzeniem mężczyzn. We niesie swym duszom wiele skarbów, lecz nie ma wśród nich wstydu. Wymyśliliście go, by zatrzymywać piękno opraw waszych dusz jako dar dla tych, których kochacie.
Jego usta głosem przypominającym szelest kaszmiru, słowami kaleczącymi niczym kolce nastroszone ku wiatru przypomniały o zatrzymywaniu daru dla jej męża.
Podarowałam Huqe swą miłość, wyszeptała po chwili. Na jego życzenie mam wzgląd na wstyd, który cenicie, lecz męczy mnie jego ciężar. Wierzyłam, że zrozumiesz.
Jej wyznanie niczym upały rozpieszczające południową część Gyengye pozwoliło jemu również zrzucić ciężar wstydu. Nagi zanurzył tors w otulające ramiona cudownego ciepła, by w niewielkiej przestrzeni między nim a nią, którą zmniejszał zachłannie jak ćma lecąca ku światłu świecy, zwodować pytanie palące jego fantazję:
"A jeżeli chciałbym sięgnąć po dar, którego nie cenisz?"
Nie mógłby zrobić niczego, co by ją skrzywdziło. Była tego pewna równie mocno jak gruntu, na którym kładła stopy, a jej głos rozciął powietrze, jakby w żadnej z ksiąg nie można było znaleźć zwrotu bardziej prawdziwego. Stał wtedy na granicy obłędu, nie radząc sobie nad szaleństwami zmysłów i był w stanie spełnić te niechlubne żądania poganiających szeptów, które mąciły w jego głowie, lecz dostając tak czyste dowody zaufania nieskażone zalęknieniem, nie mógł postąpić inaczej jak ucałować jej czoło niczym niewinne marzenie senne i oddalić się.




I keep thinking you were the one who came to take claim of this heart




Tuż przed rzewnymi Dniami Dymnych Kadzideł, co oznaczały koniec lekkich wiosennych opadów śniegu, zapowiadając miesiące antycznych huraganów czekających na podróżnych, które strzelały oślepiającymi biczami podmuchów i opadały kaskadami gradu oraz śniegu zmuszającymi do klęknięcia przed ich osobliwą potęgą i złożenia im ofiary ze swego zmarzniętego trupa, Dimka opuścił wioskę i wyruszył z pobytem u swego Inicjatora na czas nauki. Ojciec jego przyjął bowiem ofertę Somdeja - jednego z pięciu współwładców Wezoshu, który miał przekazać chłopakowi swą wiedzę bezkresną jak ziemie leżące za górami na północ od stolicy, wpajając mu następne litanie i biegłość ich używania oraz mądrość doświadczeń zdobytych przez ponad pięćdziesiąt Świąt Zbudzenia We, by pomogła mu po objęciu przywództwa po swym Inicjatorze poprowadzić Metodyków wśród rozsądnych wizji poczynań. Tak więc jak nasiona można odnaleźć w jabłku, tak Dimka stał się nieodłączną częścią swego Inicjatora, aby poświęceniem przepełniającym serce Somdeja zniewolić ducha młodzieńca. Był uczniem sumiennie spełniającym piętrzące na nim oczekiwania, sycąc zadowolenie swego Inicjatora. W czasie swych nauk rok spędził w podróży wokół Wysp Krainy, poszerzając swą znajomość języków oraz wyczytując o panujących w innych państwach kulturze, prawie, naukach magicznych oraz dobrach nie ze stronic ksiąg lecz z przemyśleń i doświadczeń zdobytych własnymi staraniami przetrwania na odmiennej ziemi obcych bogów. Podarował wówczas znak pozdrowienia ludziom, których imiona wypowiadane były z szacunkiem i dbał o to, by jego twarz została zapamiętana w skojarzeniu z jego atrybutami. Dzięki temu w Gyengye jeden z członków Weny, stowarzyszenia dbającego o kształtowanie i rozwój umiejętności Talentów, ujrzał warujący w skryciu serca Dimki Talent, który niczym jagnię wystawiające nieśmiało swój koniuszek, chcąc wybiec na otwartą polanę, czekał na dostrzeżenie.
Podróży wiele przetrwałem, szepnął Dimce w swym języku zanim nastał czas na dalszą podróż. Mistrzów sztuki, mądrości i siły poznałem, cudów wiele widziałem, lecz nigdy jeszcze dwóch sił w jednym ciele nie spotkałem. Gdy nauki swe skończysz, tu wróć i mnie znajdź. Na twą decyzję o budowaniu Talentu nieustannie czekać będę.
Dimka złożył mu głęboki ukłon i wraz z przemijającą porą zamarzniętego księżyca przemierzył ostatnią z Wysp, by wrócić ze swym Inicjatorem do stolicy Wezoshu. Ostatnie przygotowania do końca jego nauk trwały kwartał, podczas których wykazywał się całą wiedzą, mądrością i doświadczeniem, jakie zdobył przez ostatnie lata spędzone pod skrzydłami Inicjatora. Ich zwieńczenie leżało u progu jego rodzinnej wioski, gdzie czekano na niego z uroczystością powitalną. W towarzystwie ojca, starszego brata i służby wypełniali wspólną izbę opowieściami oraz żartami, spoglądając ze sztruksowych poduszek na siostry Dimki oraz Leeyao, które pilnowały, by dokazujące na dziedzińcu pociechy hałasem nie przeszkadzały mężczyznom w rozmowach. W owej chwili byli w bardzo wylewnych nastrojach, a on czuł się niczym ptak, który mimo wolności i zachwytem nad swym lotem, ląduje z głębokim westchnieniem w gnieździe. Radosną atmosferę barwili bursztynowymi połyskami Suree - alkoholu leżakującego wraz ze świeżym kminem - wymieszanego z sokiem figowym. Rozświetlali nim coraz czulej otulający ich swym pallium wieczór, przed którym kobiety uciekły z dziećmi do wnętrza domu, zaganiając je pod pościel. Ojciec Dimki wołał wtedy całą dziewiątkę, by pobłogosławić je przed snem.
"Dobranoc, dziadku, którego szanujemy z całego serca", recytowały chórem. Dotykał czubków ich głów, co oznaczało, że mogły wstać i spojrzeć na niego. Nazywał je brunatnymi małpkami, a one widząc jego łagodne usposobienie, próbowały wdrapać się na jego kolana. Okazywał wnukom wyrazy czułości, którymi własnych dzieci nie rozpieszczał chociażby w najdalszych wspomnieniach, jakie skrywał Dimka. Jego ciekawość niczym łapczywa sroka chciała zdobyć pawie pióra, jakimi była wiedza, czy zachwyt bliskością dziatw został przygnany wraz z nasuwającą się na oblicze rodzica starością czy cudowne ciepło jego tonu i spojrzenie pełne namiętnej wrażliwości brało swój początek w miłości, nagiej, lśniącej i przejrzystej wypływającej we wszystkich kierunkach, w jakich patrzyła Leeyao.
To krótkie spojrzenie na ich nowy styl bycia, tak pełen łaski i życzliwości, wpłynęło na niego jak widok pięknej rzeźby, jednej z tych cudownych dzieł, gdzie każdy element ma swe idealne miejsce, lecz on nie czuł się częścią niej. Nie był w stanie zaznać w tym domu szczerej, głębokiej radości, błogiego spokoju serca podczas snu, gdy czystości jego duszy rozrywałaby piekąca zazdrość. Dobytek jego rodziny zmieniłby się w fortece smutku, miejsce płaczu, ogród włóczni, czarne pióra dymu, który pełen żalu wobec możliwości okazania dławionych, płonących w nich uczuć zaćmiłby szczęście pnące się po mieszkańcach rezydencji.
Po wyjeździe jego sióstr z powrotem do rodziny ich mężów, ojciec obwieścił, iż czas, by i Dimce dobrano żonę oraz wybudowano jego własny thawan, tradycyjny dom na powierzchni Wezoshu. Drugi syn pana ze Stusohl niepewnym uniesieniem krzywizn ust osłaniał chłód, który przepływając przez jego serce, plótł wokół niego pręty klatki z młodych pędów strachu pędzonych przez reakcję rodzica na wieść, że Dimka odmówił przyjęcia stanowiska Metodyka, zamierzając rozwijać swój Talent w Gyengye. Jego postanowienia, jak skały zwarte w jeden mur, były niewrażliwe na napad zamiarów położenia ich pokotem, więc wkrótce potem usadziły go w sfatygowanym siodle i poprowadziły najkrótszą trasą ku wyspie, z której pochodziła jego matka. Mężczyznę, którego namowy przywiozły Dimkę z powrotem na ziemie stolicy Gyengye, odnalazł równie łatwo jak w snach odnajduje się swe pragnienia i lęki. Jego imię było regularnością, było brukiem, którym wyłożono lśniące bielą aleje miasta, było aromatem parzonych, świeżych liści herbaty. Brzmiało Preecha i Prayi, znaki mowy, opisywały jego znaczenie jako "opiekun fal". W domu swej rodziny Preecha wskazał Dimce miejsce, aby ten mógł zamieszkać w nim jak w izbie własnej rezydencji, ubrał młodzieńca jak własnego pierworodnego, a jego żona pozwoliła siadać mu przy swym stole. Największą wdzięczność serca młodego Shu Preecha odbierał, gdy poświęcany dla gościa był czas oraz wiedza podczas nadawania kształtu jego Talentu. Na podobieństwo pieśni opiewających w rumieniące żarty albo opowieści morskie ćwiczenie sztuki Talentu było przyjemne, lekkie i frapujące. Próby łączenia zdobywanych umiejętności z siłą wiatru, jaką przynosiły mu litanie słane ku imieniu We, wcześnie przestały kończyć się bezwładnym wyrzucaniem wodnej bomby w stronę nieszczęśników, czy rozlaniem wartkiego potoku ze zbyt rozpędzonego węża wyrwanego z donicy wody. Imię Dimki niedługo potem zaczęło być łączone z opływającymi zachwytem wyrazami zauroczenia nową formą manipulacji kuli, wplatanymi w tworzenie iluzji wodnej sztuczkami Shu oraz rączym temperamentem, którego zwykle brakowało w hipnotyzujących, płynnych ruchach Talentów z Gyengye. Wyróżnienie jego możliwości dorównało wyniosłości dworskim wymaganiom, które jak papier podatne na piękno, potrafiło swymi krawędziami jak ostrzem zranić ambicje. Tam, Shu wraz z uznaniem za rozwój Talentu, otrzymał miano osoby uzdolnionej nie jedynie w zakresie sztuki panowania nad płynem.
To człowiek dobrze urodzony, wykształcony, który prócz ksiąg trudy wędrówki poznał, a nazwiska cenionych osób bliskie jako twarze mu są, brzmiały słowa, którym opisywano jego postać. Niedługo czekał więc na propozycję objęcia stanowiska dyplomaty odpowiedzialnego za kontakty oraz interesy międzywyspiarskie. Otrzymał zaszczyty, honory magnackie, a przy tym by móc pozdrawiać go jako jedno z serc narodu Gyengye, przypisano mu imię Lepan, co można było odczytać również jako "biała mątwa". Jako Gyengyeczyk wrócił do domu Preechy, cumując przed jego progiem damro, którego smukły pokład wypełniony był podarunkami przekazywanymi na znak wdzięczności. Były tam dymne kadzidełka, których aromat przesiąka mury i tkaniny, dwa marmurowe żurawie, symbol długowieczności, wierności, miłości i piękna, oraz gliniana misa wypełniona wodą, na której unosił się delikatny kwiat lotosu dla jego córki Nem-e, której imię oznaczało "dźwięki światła", jako propozycja zaręczyn. Tydzień później Eka, czyli posłaniec wręczył mu tę samą misę, w której pływał brokatowy karp - symbol męskości, płodności i obfitości - na znak uznania adoracji. Ceremonie weselne odprawiono według tradycji obu krajów, co oznaczało, że Dimce przypisano następne miano, tym razem podarowane przez Nem-e, gdyż słowo Daw - żona tłumaczono jako "ta, która dała mi imię" lub "ta, która kocha". Prawo do zwracania się do niego tym imieniem miała wyłącznie ona. Rzadko je wykorzystywała. Wolała nazywać go imieniem, z którym go poznała. Wypowiadała je zawsze w ten sam sposób, zmiękczając pierwszą sylabę i pomijając ostatnią spółgłoskę.
Najczęstszym wspomnieniem z czasów, kiedy mieszkał jeszcze w domu jej ojca, które przywoływał były jej prośby o historie zebrane w Wezoshu, w Akademii Pięciu Monumentów albo w podróży przez Wyspy Krainy. Nem-e zawsze poprzedzała je kilkoma śpiewnymi zwrotkami:




Biały wiatr do mego ogrodu wpadł,
Niosąc zapachy narodów odległych,
Gdybym mogła strumień swój z nim związać,
Zmysłowo nasz ogród by pachniał.




Potem szeptała jego imię, jakby napawała się pieszczotami promieni wschodzącego słońca, a on zaczynał mówić, przyglądając się falującym ruchom ogonów ryb pływających w chłodnej po odejściu nocy wodzie wypełniającej staw. Wtedy nie wiedział, że niektóre połączenie znaków tworzące tę piosenkę są używane jedynie wobec osób, którym chciało okazać się zauroczenie. W Gyengye zwykłe dla nich, przyjazne zachowanie wobec znanych im lub obcych ludzi różni się szczupłymi jak gałązki wierzby detalami od przyjętego u nich zwyczaju zabiegania o czyjeś serce. Aż do ceremonii zaślubin, podczas których przyjaciółki Nem-e opowiadały z przyjaznym rozweseleniem o jej ślepym wpatrzeniu w Dimkę, nie zdawał sobie sprawy, że ich związek bogaty jest w namiętną miłość, ponieważ jego uczucia, którymi ją darzył nie pozwalały określić mu żony Panią jego serca. Cenił ją jako przyjaciółkę, osobę o inteligencji bystrej oraz niepłochliwej oraz bliskiego towarzysza głośnych myśli jak i cichych rozmów. Znał jej doskonałe umiejętności zarządzania domem, przyzwyczajenia oraz rytuały, wiedział więc że mając ją u boku, oboje będą prowadzić życie wygodne i prawidłowe. Jako Tuk -  mąż, czyli "ten, który zna wierność", miał w obowiązku o to zadbać, będąc zadowolonym z oddania Daw.
Oddawał więc swe myśli i energię rosnącej w serca rodzinie i relacji państw, którą tworzył, sącząc przyjemność z możliwości podróży po Wyspach Krainy i powiększania znajomości jej języków. Skrycie radował się, że odnalazł ukojenie oraz szczęście, słuchając klarownego głosu rozumu zamiast oszalałego serca, chociaż chłodne wspomnienie dotyku dłoni Leeyao nie pozwalała mu uwolnić się z miłości, którą był niewolony.

Ostatnio edytowany przez Faworek (2017-08-30 20:11:32)


Próżno ich sypkie zatrzymują śniegi
i lodem wzdęte odpychają brzegi.
Przeszli zawady, bo miłość szła wprzódy,
zmiatała śniegi i topiła lody

Offline

#5 2018-08-02 19:44:46

Arbalester
Łoś Przewodnik
Windows 7Chrome 67.0.3396.99

Odp: Faith and Power

xvLcLOV.png
andreas-rocha-goodfriendsii02.jpg?1542299079

LkG2Y7x.png

Jeśli mam ci przytoczyć tę opowieść, powinienem zacząć od chwili, gdy nasza Bogini przejęła opiekę nad Laquią. Najpierw jednak muszę ci nakreślić samą Boginię, bo była to istota wspaniała, majestatyczna i pełna wdzięku. Nogi miała długie  i silne jak najstarsze drzewa, a gdy chodziła, w śladach jej stóp rozkwitały najpiękniejsze kwiaty. Jej śpiew przywoływał wszystkie zwierzęta w pobliże. Oczy miała złociste, zupełnie jak najświeższy miód stworzony przez najbardziej pracowite pszczoły. Swe włosy uważała za chlubę - długie niczym rzeka, miękkie jak jedwab, koloru trawy w wilgotny, parny letni dzień. Nigdy nie brakowało w nich kwiatów wszelkich barw tęczy, rozkwitających na nich, jakby włosy były dla nich gruntem do rozwijania się. Boginię określano jako ciepłą, lekką, wesołą. To ona doglądała roślinności i zwierząt.
Wyspa nie posiadała jeszcze imienia, kiedy trafiła pod opiekę Bogini. Dotąd była integralną, w każdym aspekcie, częścią Krainy i nagle została oderwana. Drzewa wyrwało z korzeni, rzeki powysychały, ptaki rozbiły się o ziemię... Bogini rozglądała się wokół i płakała. Płakała tak długo i tak rzewnie, że wokół niej powstało jezioro, które teraz nazywa się Lśniącymi Głębinami. Jednakże Bogini nie mogła wiecznie ronić łez. Należało wziąć się do roboty. Podniosła się więc z kolan i stanęła pewnie na środku nowo powstałego jeziora. Zaczęła od nadania sobie imienia - Lia'ris. By stało się rzeczywiste i aby przyznać mu mocy, wypowiedziała je głośno, a jej dźwięczny głos, przypominający grę najdrobniejszych dzwonków, a zarazem delikatny jak źdźbła zboża szeleszczące na wietrze, wzruszył łąki, zadrżał skałami, przebudził zwierzęta. Jednocześnie nadając swojemu imieniu siłę i przebudzając życie na wyspie, stopy Bogini zakorzeniły się w ziemi. Były to drobne korzonki, łatwe do wyrwania; gdyby szarpnęła nogą, mogłaby się uwolnić.
Lia'ris jednak kontynuowała.
Widziała, że cała wyspa wstrzymała oddech, czekając na jej kolejne posunięcie; chciała odetchnąć, chciała znów żyć, chciała wypełnić się magią i życiem bujnym, bujniejszym, niż cokolwiek dotąd znane. Bogini nazwała więc wyspę Laquią, a wtedy ostry wiatr przetoczył się po Laquii, podnosząc ku słońcu trawę, kwiaty, krzaki i drzewa. Gdy wzruszył wszelkie rośliny, owinął się wokół Bogini i szeleścił, i szeptał, i prosił. Wiatr również pragnął mieć swoje imię. Choć nie posługiwał się słowami tak, jak Bogini, ona doskonale go rozumiała. Znała jego pragnienie i wiedziała, co ofiarował w zamian.
- Będę twoim posłańcem - szumiał grzecznie, przymilnie. - Poniosę każde twoje słowo. Będę rozganiać chmury, by padło na ciebie słońce i przywoływał je, jeśli zapragniesz deszczu. Gdy przybędzie statek, który pragniesz ujrzeć - świszczał dalej, owiewając ją delikatnie - to będę dął w jego żagle, choćbym opadał z sił. Dla ciebie wzburzę morze, by pogrążyć twoich wrogów.
Lia'ris słuchała wszystkiego uważnie i zastanawiała się. Rozumiała, jak ważną decyzją było nadanie czemuś imienia. Wiatr składał jej piękne obietnice, dokładnie takie, jakich w tej chwili potrzebowała: deszczu i słońca, by rośliny rosły, komunikacji i obrony bez strat. W zamyśleniu gładziła swoje żywozielone włosy, aż w końcu odrzekła, swym głosem wstrząsając nawet samym wiatrem:
- Nadam ci imię, lecz jeśli mnie zdradzisz, odbiorę ci je. Odbiorę ci też wtedy wszystko, co pozyskałeś, a czego nigdy więcej nie zasmakujesz. Na zawsze cię wyklnę.
- To uczciwe - przyznał wiatr po dłuższej chwili szemrania.
W ten sposób wiatr zyskał imię i brzmiało ono Aros.
Aros był bogiem równie spokojnym, co gwałtownym; równie szybkim, co wolnym; równie delikatnym, co gniewnym, ale co najważniejsze - bez względu na swój humor, był na każde zawołanie swojej Bogini. Przymilał się do niej, owiewał swym oddechem, darzył czcią większą, niż jakakolwiek istniejąca po dziś dzień istota. Skóra Arosa zmieniała się równie często, co jego nastrój. Potrafiła zniknąć zupełnie, pozostawiając jedynie dwoje lśniących, białych oczu. Mogła przybrać barwę najgłębszych otchłani oceanu, a także białą jak śnieg najwyższych szczytów Wezoshu. Prawie nigdy się nie zatrzymywał, wciąż się przemieszczał, aż zrozumiał, że wraz z imieniem otrzymał także siłę, której jego ciało zwyczajnie nie potrafiło utrzymać.
Jednak to, jak Aros rozwiązał swój wewnętrzny problem, opowiem ci później.
Lia'ris stała zakorzeniona głębiej i rozglądała się wokół. Odkąd bóg wiatru wzruszył rośliny, ciężej było jej ogarnąć wzrokiem całą wyspę, nawet jeśli w dużej mierze przepełniała ją pustka. Jeśli na powrót odżyje, Bogini musiała wszystko widzieć doskonale. Dlatego przyklękła na jedno kolano, a dłonią dotknęła ziemi. Jej myśli popłynęły wgłąb lądu, w dół, a także na jego obrzeża, teraz poszarpane boleśnie po rozłamie. Niski głos rozbrzmiał w samym jej sercu, wprawiając ziemię w drżenie. Jednocześnie jego ciepło rozlało się po jej ciele, wywołując delikatny uśmiech. Aros hulał zazdrośnie wokół niej, ale nie zważała na niego. Wsłuchiwała się, aż dowiedziała się, czego potrzebowała. Wtedy wstała i rozkazała Arosowi, by przywiał do niej największy głaz, jaki zdoła popchnąć.
Aros bardzo poważnie potraktował ten rozkaz, a jeszcze poważniej swoją ambicję. Z klifów na południu wiał w głaz tak ogromny, że przesunięcie go o krok zajmowało mu cały dzień i całą noc. Lia'ris czekała jednak cierpliwie, zbierając siły, a jej korzenie wrastały coraz głębiej w glebę.
Lata później, podczas których roślinność na wyspie niewiele wzrosła, Aros w końcu postawił przed nią głaz. Był masywny, a Bogini sięgał niemal do pasa. Pokiwała z aprobatą głową i pogładziła czule skałę. Wyczuła to samo drżenie i to samo ciepło, co dawno temu, ale jeszcze silniejsze, jeszcze gorętsze. Zacisnęła dłoń w pięść i uniosła ją wysoko. Napięła mięśnie i powiedziała:
- Grimnoir.
A potem uderzyła w głaz z hukiem, którzy potoczył się po wszystkich pięciu wyspach. Skała rozpadła się w drobny pył, a z niego wyłonił się Grimnoir. Był to ogromny mężczyzna: rosły, szeroki w barkach, o wielkich mięśniach twardych jak stal. Głowę miał łysą, a  brunatną brodę zaplecioną w długie do pasa warkocze. Natychmiast padł na kolano przed Boginią i swoją stworzycielką.
- Nadałam ci imię Grimnoir, oznaczające "tego, który buduje". Będziesz zespalał każdy kamień Laquii ze sobą, pilnował, by się nie rozpadła. Będziesz szlifował klify, by nikogo nie straszyły i przenosił skały wybrzeża, aby żaden przyjazny statek się o nie nie rozbił. Wzniesiesz dla mnie górę, z której będę mogła zobaczyć całą wyspę i będziesz budował to, czego zażądają od ciebie bogowie. Ludzie będą zawierzać tobie swoje domy, swą broń i wszelkie wyroby, a ty będziesz błogosławił tych, którzy na to zasłużą. Będziesz dobry i sprawiedliwy, i nie ugniesz się pod żadnym naciskiem. A teraz wstań i zbuduj mi górę.
Grimnoir wstał, lecz nim przystąpił do budowania góry, zebrał pył ze skały, z której powstał i zbudował z niego ysbryda. Zwierzę kopytami orało ziemię, obserwując kręcącego się wokół zaciekawionego Arosa i machało ogonem, jakby zniecierpliwione. Oczami czarnymi jak najmroczniejsza noc spojrzało na Grimnoira, a Grimnoir spojrzał na Lia'ris.
- Nazwij go. - Skinęła mu głową.
- Larnarfaud - zagrzmiał donośnym głosem Grimnoir, wstrząsając ysbrydem. Zwierzę uspokoiło się i położyło się na skraju Lśniących Głębin, czekając.
- "Oszust ciężaru". To dobre imię - pochwaliła boga Lia'ris.
Grimnoir ukłonił się z wdzięcznością i przystąpił do pracy. Najpierw stworzył wóz, ogromny i stabilny, którym zamierzał transportować kamienie. Następnie przywiązał Larnarfauda do wozu i ruszył z nim na klify. Tam poświęcił miesiąc na wyrobienie niezbędnych narzędzi. Odrywał skały od klifów i szlifował je, zaś pozyskane kamienie wrzucał na wóz. Gdy wóz się zapełniał, Grimnoir popędzał Larnarfauda w drogę powrotną. Zwierzę nie okazywało żadnych oznak zmęczenia czy wysiłku. Bez problemu ciągnęło wóz ze skałami z klifów. Aros, który bywał znudzony, pomagał im czasem w podróży lub wciąganiu kolejnych głazów na szczyt. Robili to, dopóki Lia'ris nie powiedziała dość. Wtedy Grimnoir wyjął swój młot, zwany Frirninnem: tym, co spaja, wziął nim zamach i uderzył w górę z hukiem, który poniósł się po wszystkich pięciu wyspach, tworząc górę znaną dziś jako Oko Matki.
O Grimnoirze i jego Frirninnie krążyło wiele legend, te jednak opowiem ci później.

3L2uWgT.jpg

Lia'ris, pod którą zbudowano górę, widziała teraz wszystko doskonale, lecz jej korzenie zagłębiały się nadal w ziemię i coraz ciężej też było jej się poruszać, bo mięśnie zastygały. Potrzebowała wody, która poiłaby wyspę i jej istoty. Potrzebowała ogromnej ilości rzek, strumieni, jezior i stawów. Jeden bóg nie podoła temu wszystkiemu, zaś jej pozostawało tyle do stworzenia, że nie mogła się rozdrabniać. Rozkazała więc Grimnoirowi stworzyć misy oraz kocioł i wraz z Arosem zebrać do nich wody z każdego zbiornika wodnego, z każdego nurtu, na jaki mogli trafić, a potem przynieśli je do niej.
Tak też uczynili. Bogini zlała zebrane wody do wielkiego kotła i poczęła mieszać. Włożyła w to całą swoją siłę i szybkość, aż wytworzyła wir. Następnie czekała, aż woda się uspokoi i tafla stanie się lustrzanie płaska. Zrozumiała, że to nie wystarczy, aby powstali bogowie, więc posłała Grimnoira po kamienie i piasek, a Arosa po roślinność wyrzuconą na brzeg. Gdy ułożyli przed nią zbiory, Grimnoir wyjął swój Frirninn i począł spajać elementy, tworząc z nich kości. Lia'ris wrzuciła je do kotła i znów poczęła mieszać, wkładając w to całą swoją siłę i szybkość, aż centrum wiru dosięgło dna. Kości uformowane przez boga skał i ziemi gruchotały wewnątrz, dopóki woda się nie uspokoiła. Wtedy Bogini objęła kocioł dłońmi i przemówiła, a słowa jej wzburzyły taflę:
- Liquirie. Liquaris.
Woda z kotła wyparowała, a gdy Aros przepędził parę, im oczom ukazała się dwójka bogów, kobieta Liquirie: postawna, o obłych kształtach i dzikim spojrzeniu, władczyni porywistych nurtów i przypływu oraz odpływu; oraz jej mąż, Liquaris: wątły i wysoki, o leniwym uśmiechu, władca szemrzących potoków i morskich głębin. Wyszli z kotła - jedno szybko i niezgrabnie, drugie wolno i z gracją - i skłonili się Bogini, która uśmiechnęła się do nich dobrotliwie, widząc miłość, z jaką splatali się dłońmi.
- Mamy wiele do zrobienia. Lepiej zaczynajmy - zarządziła.
Wszyscy bogowie zebrali się wokół niej i poczęli planować geografię wyspy. Ustalali, gdzie Aros będzie miał pole, na którym pozwolą mu hulać, a gdzie jego zadaniem zostanie delikatnie owiewanie drzew. Jednocześnie wybierali, w których miejscach Grimnoir zbuduje wzgórza, gdzie rozłupie ziemię, by skały przerzucić w inne miejsce. Tymczasem Liquirie i Liquaris naradzali się, którędy najlepiej poprowadzić rzeki, z którego źródła i jak poradzą sobie z Okiem Matki na wschodzie i zachodzie. Gdy zapadała noc, bogowie wód kochali się namiętnie, a z tych nocy zrodziły im się dwie córki, najady, które nazwali Merise - "ta, która usypia", miała opiekować się rzeką północną, przecinającą przyszły las i wybrzeże, tam wpadającą do morza - oraz Jaleh - której imię oznaczało "wartka" i tak też często się do niej zwracano, Wartka Jaleh, opiekunka rzeki południowej, wyżłobionej w skałach klifu, płynącej przez przyszłe pola i łąki, spływającej z wysokości do morza. Bogowie spodziewali się jeszcze dwójki dzieci, tak jak zapowiedziała im Bogini, jednak nikt nie przewidział, że będą to bliźnięta. Gdy przyszły na ten tworzący się świat, wciąż surowy, wszyscy pochylili się nad nimi, z troską marszcząc brwi. Jedno z nich ryczało wniebogłosy, drugie z kolei pochlipywało cichutko.
- Mają złączone dłonie - zauważył błyskotliwie Grimnoir.
- Nie da się ukryć - przyznał Aros, kiwając głową. - Trzeba je rozdzielić.
Liquirie zgromiła go wzrokiem, lecz nie odezwała się słowem, wiedząc, że miał rację. Liquaris zasępił się i zwrócił do Grimnoira:
- Czy jesteś w stanie zbudować przedmiot, który je bezboleśnie rozdzieli?
- Spróbuję - obiecał bóg skał.
Lia'ris milczała, pogrążona w rozpaczy. Była niemal przekonana, że nawet najwspanialszy przedmiot wykuty przez samego boga nie zdoła oszczędzić bliźniaczym siostrom bólu rozłąki. Mógł wyeliminować fizyczne cierpienie, ale ich dusze były ze sobą złączone i już nigdy nie przestaną za sobą tęsknić i odczuwać pustki po utracie drugiej.
Pozwoliła jednak Grimnoirowi próbować. Wykuł wiele broni, obcęgów, noży, a także wstęg i sznurów - każde z nich wywoływało płacz coraz starszych dzieci. W końcu wszyscy się poddali, a bogowie wód uznali, że najwyższa pora się z tym uporać. Merise i Jaleh kończyły ryć koryta pod rzeki i nadchodził czas, by bliźniaczki również zabrały się do swojej pracy. Ich rodzice przewiązali ich dłonie najdelikatniejszą wstęgą, jaką Grimnoir stworzył, i razem pociągnęli za jej końce, z całą siłą, jaką potrafili w sobie zebrać, szybko, by zakończyć to natychmiast.
Tak powstały Tayla - "ta, która krzyczy", opiekunka rzeki zachodniej, rzeki dużo węższej niż południowa i niemal równie wartkiej, za to dużo głośniejszej, która z hukiem toczyła się przez wodospad - i Halimeda - "ta, która szepcze", opiekunka rzeki wschodniej, szerokiej u źródła, ale powolnej, spływającej lekko po górze i rozlewającej się na dole w tysiące rzeczek i strumieni.
Tak jak się spodziewali, bliźniaczki rozpaczały ogromnie. Gdy ryły koryta, łkały nieprzerwanie, a ich łzy wsiąkały w glebę i pokrywały ją warstwą soli oraz jej kryształkami. Dopiero myśl, że obie dostały pod opiekę wodospady i mogły je nazwać na swoją cześć, wstrzymała ich smutek. Gdy zaś woda popłynęła w cztery strony świata, na szczycie Oka Matki dwie rzeki okazały się słone. Woda wracała do normy dopiero spadając z wodospadów i płynąc dalej. To była jedna z dwóch rzeczy, jaka dziwiła ludzi. O drugą zawsze wypytywali miejscowych: "Dlaczego ten spokojny wodospad nazywacie Krzykiem, a ten głośny i burzliwy Szeptem?". Niektórzy przytaczali im wtedy mit o Bliźniaczych Wodospadach, inni zaś uśmiechali się jedynie smutno i tajemniczo.
O małżeństwie bogów wód i ich dzieciach, a także dzieciach ich dzieci opowiadało się setki historii: smutnych, wesołych i romantycznych; te jednak opowiem ci później.
Korzenie Bogini sięgały już tak głęboko, że nie zdołałaby już ich wyrwać; zaczynały rozrastać się we wszystkie strony. Jej nogi łączyły się ze sobą, a z rąk poczęły wyrastać drobne gałązki. Świadoma zachodzących zmian, wzięła się za tworzenie duchów opiekuńczych roślin i zwierząt, zaczynając od tych pierwszych. Z pomocą Grimnoira powołała do życia enty, chodzących olbrzymów, splecionych z konarów, gałęzi i korzeni, w których oczach rosły kwiaty. Enty sadziły kolejne ogromne drzewa i pomagały im rosnąć, szepcząc do nich w sobie tylko znanym języku.
Następnie stworzyli rusałki, driady, hamadriady, lejmoniady i alseidy, aby zajęły się lasami mniejszymi, drzewami rodzącymi owoce, łąkami i zagajnikami. By wspomóc kobiece siły natury, dołączyli do nich faunowie, satyrowie, skrzaty oraz lesze.
Wiele z tych duchów i stworzeń spotkał smutny, zwariowany los, zostały spaczone i zmienione w nowy, odrębny gatunek. Na tę historię jeszcze przyjdzie jeszcze czas. Nie oszczędzę ci także szczegółów tworzenia pierwowzorów, bo były to jedne z najbardziej magicznych rytuałów.
Tymczasem Lia'ris stygła coraz bardziej, a jej magia wyczerpywała się. Nie tylko musiała stworzyć zwierzęta, ale i duchy, które będą ich chronić, a także samej natury oraz będą wskazywały drogę człowiekowi, który zasiedli te ziemie. Nie mogła się przy tym oszczędzać. Choć Aros wiał groźnie, niemal wyrywając nowo posadzone drzewa, a wody morza burzyły się, grożąc zalaniem lądu, i choć skały drżały w gniewie i niepokoju, nic nie mogło skłonić Bogini do zmiany zdania. Widzisz, aby powstały owe duchy, Bogini musiała oddać swoje ciało. Nie przestałaby po tym oczywiście istnieć - ciało było jedynie naczyniem, formą, która zresztą zaczynała się przekształcać. Tym zjawiskiem jedynie zdołała uspokoić pozostałych bogów.
- Oddam swoje ciało, aby powstały istoty z krwi i kości, i stanę się drzewem, które po koniec świata będzie rosło i czuwało nad Laquią. Takie jest moje przeznaczenie - powiedziała im, i były to ostateczne słowa.
Oddała więc swoje oczy, by powstał Khook, władca niebios, Wszechwidzący sokół.
Z uszu stworzyła Gheibaniego, Wszechsłyszącego nietoperza.
Odcinając sobie język, powołała do życia Rigra, jaszczura znającego mowę ludzi, roślin i zwierząt.
Swoje łzy i pot przelała w Shednadę, ośmiornicę wszystkich barw, okazującą zmienność i zdolność do przystosowywania się.
Następnie zdarła z siebie skórę, a z niej uformowała pająka Hersillida, uczącego się na swoich błędach spryciarza.
Po tym pozbyła się swoich mięśni, by powstał z nich Dhorborn, potężny niedźwiedź o niesamowitej sile.
Później ze ścięgien stworzyła Jukifa, tygrysa, przewyższającego wszystkich zwinnością.
Przyszła też kolej na kości, z których złączenia uformowała się Kinshra, wilczyca wytrzymała niczym skały.
Bogowie rozłupali czaszkę Bogini, a z jej mózgu stworzono Eadbardusa, Wszechwiedzącego żółwia.
Wzięli także jej serce i używając go, powołano do życia świetlistego jelenia Siluei, dającego nadzieję.
Z każdej części ciała, którą oddawała, zostawiała fragment. Na koniec wszystko, co pozostało z ciała Lia'ris, posłużyło do wykonania wszelakich gatunków zwierząt, jakie można spotkać po dziś dzień. Każdy z Duchów miał swoją rolę i każdy z nich był częścią Bogini. Dzięki temu była w ciągłym ruchu, przemieszczała się po wyspie. Duchy służyły za jej oczy i uszy. Zsyłały pomoc tam, gdzie było to konieczne.
Z czasem ludzie poczęli nadużywać sił Duchów, a nawet wykorzystywać ich do własnych niecnych celów - to jednak opowieść na inną okazję.

jaAxGHi.jpg

Na koniec opowiem ci wspaniałą historię, która niestety miała nieszczęście przerodzenia się w niebywale tragiczną i zepsutą. Bogini musiała bowiem stworzyć znów człowieka, zadanie to zaś wzbudzało w niej lęk i trwogę, gdyż serce wciąż pamiętało wydarzenia tak dawne, a wciąż przecież świeże, bolesne. Długo głowiła się, jak nie popełnić tych samych błędów, a z każdym mijającym w ten sposób dniem i nocą starzała się dużo bardziej, tracąc resztki humanoidalnego ciała. O swych wątpliwościach opowiedziała pozostałym bogom, ci zaś oburzyli się wielce. Byli zdania, iż niepotrzebny na ich wyspie żaden człowiek. Lepiej im będzie bez niego, powtarzali. Lia'ris kręciła jednak na to głową, ledwo zauważalnie, przy ciężkim akompaniamencie skrzypiącego drewna. Ponieważ magia Bogini była już na wyczerpaniu, musiała postępować ostrożnie, a każdy krok przemyśleć. W końcu opracowali plan.
Na południowych wrzosowiskach wykopano dziesiątki dołów, w najżyźniejszej glebie, jaką można było w Laquii przekopać. Tam Grimnoir wykuł szkielety ze skał, tych samych, które podtrzymywały wyspę na powierzchni. Z pomocą leśnych stworzeń, driad i entów zebrano zdrowe, młode gałązki, mające posłużyć za mięśnie, ścięgna i narządy. Powstałe ciała Duchy Zwierząt obdarowały swoimi cechami, a także przekazały dary widzenia, słyszenia, czucia i smaku. Boginie i bogowie rzek przetoczyli przez nieożywione korpusy krew, pobraną z najczystszych źródeł wyspy, by potem przykryć je skórą, czerpaną z wierzchnich warstw grzybów. Z pajęczych sieci upleciono im włosy, zaś motyli pył nadał im barwy i blasku. Z kryształów ukuto dla nich paznokcie i zęby, oczy wstawiono, gdy mleko Siluei stężało w kulistej formie, a tęczówki zabarwiono miodem, świeżą ziemią, błękitem oceanu i granatem nieba, zielenią młodej trawy; nie było to makabryczne odzieranie Bogini z jej ciała, lecz dzieło sztuki, w które na koniec miała dać swe magiczne tchnienie. Najpierw jednak Aros utkał dla nich dusze, lekkie i niewidoczne dla oczu śmiertelników i z pomocą Grimnoira złączył je z ciałami. Dopiero wtedy Bogini mogła złożyć je w wykopanych dołach, a w ich sercach umieściła nasiona, drobne i wątłe, każde nasączone małą dawką jej magii, poza ostatnimi dwoma - te spuchły od nagromadzonej siły, wszystkim tym, co jeszcze Lia'ris posiadała, a przeznaczyła dla dwóch magów, kobiety i mężczyzny. Następnie przykryto ich wszystkich ziemią i czekano, aż się zbudzą.
Jednej rzeczy jednak nikt w tym ferworze tworzenia nie dostrzegł - ani Bogini, ani jej bogowie, ani Duchy Zwierząt, żadne ze stworzeń leśnych czy latających. Nie zauważyli, że kiedy Grimnoir swym Frirnninem spajał utkaną przez Arosa duszę ze szkieletem przyszłego maga, jedna z kości pękła, robiąc rysę w duszy. Ledwie przykryto go ziemią, magia, która miała zagnieździć się w sercu i tam rozrastać, zaczęła wysiąkać przez duszę, do szczeliny w żebrze, a potem wnikała w ziemię. Gdy ciało poczęło się budzić, zdołało zasklepić ubytki, powstrzymując dalsze upływy magii, jednak znaczna jej ilość uciekła.

KkMbA1M.png

Widzisz, magia w czystej swej postaci nie mogła w świecie istnieć, musiała znaleźć naczynie, właściciela. To też czyniła, jednak zapadając się coraz głębiej w glebę, ciężko było jej odnaleźć twór, mogący ją pomieścić. Nieoczekiwanie coś pociągnęło ją ku powierzchni, nieodparcie nie przestając. Wypłynęła na powierzchnię na wschód od miejsca, w którym wyciekła. Wszystko jeszcze wtedy na wyspie budziło się do życia, wciąż powstawało, a to, co istniało, zbierało się, by zostać świadkiem przebudzenia człowieka, a potem jego nauk. Magia leżała więc na ziemi, przez nikogo niezauważona, bezpańska... Bezbronna. Coś próbowało do niej przylgnąć, usilnie starało się ją przejąć. Któregoś dnia, gdy to parcie stawało się już nieznośne, wśród zarośli przemknął potężny pająk, o szesnastu odnóżach, tysiącach miękkich włosków, porastających całe ciało i trzech parach czerwonych oczu, sprawiających wrażenie zadziwiająco ludzkich, choć nienaturalnie wielkich... Hersillid cofnął się i przyjrzał dziwnemu skupisku magii, którego nie potrafił scharakteryzować, ani nazwać. Postanawiając zająć się tą sprawą później, zaplótł magię w swoją pajęczynę i zawiesił w lesie, sam zaś skierował się z powrotem na wrzosowiska, gdzie czekały już wszystkie Duchy Zwierząt.
Magię zaś tłoczyły złe siły, deprawując ją, co skutkowało psuciem się tej części lasu. Rośliny nie gniły, ale przeobrażały się, zwierzęta pierzchły, a te, które nie zdążyły, dziczały i obracały się przeciwko swoim własnym gatunkom.
Tymczasem na wrzosowiskach mag ze skazą na duszy wykorzystując chwilę zamieszania, oddalił się od zbiorowiska. Przemierzał łąki, a potem las i dżunglę, przedzierając się do głosu, który go nieustannie wzywał. Jego własna magia dudniła mu w ciele, tęskna swej reszty. Zagłębił się w dziwny, purpurowy, granatowy las, tak różny od tego, co napotkał wcześniej, jednak mimo niepokoju nie zawrócił. W końcu ją ujrzał; wyglądała dość niepozornie, choć wszystko, co ją otaczało, przyprawiało o dreszcze. Bez ruchu wisiała w pajęczynie Hersillida, a jej światło nieokreślonego koloru, choć czasem przypominającego bordowy lub purpurowy, pulsowało regularnie, w rytm serca mężczyzny. Wydawało się, że powiększa się z każdym jego krokiem. Dopiero wtedy zrozumiał, iż powinien zawrócić, ale było za późno; ciało go nie słuchało. I choć drzewa niosły wieść do zbiorowiska na południu, nie zdążyły na czas; nim bogowie ruszyli w pogoń za magiem, ten wyciągał już rękę do zdeprawowanej magii. Ledwie zetknął się z nią palcami, ta, jak obdarzona świadomością, wniknęła natychmiast w jego ciało. Człowiek padł na kolana, krzycząc z bólu, a jego krzyk rozdzierał las i dotarł do uszu wszelkich stworzeń wyspy. Aros jako pierwszy dotarł na miejsce, lecz nim zdążył dopaść maga, magia, nie chcąc zostać zniszczona wraz ze śmiertelnym naczyniem, przeniosła się w cień swojego właściciela i przejęła go, porwała, oderwała od reszty ciała, po czym pierzchła w zakamarki lasu, który toczyła zepsuciem jak chorobą. W ten sposób narodził się Nirasil, zdrajca, bóg cieni, podstępów, horroru. Mężczyzna zaś stracił całą swą magię, a przy dodatkowej stracie cienia, życie szybko go opuściło. Odtąd w Laquii istniał tylko jeden mag.
Gdy tylko Nirasil zyskał formę, rozpoczął przekształcanie wszelakich gatunków roślin, drzew, zwierząt i istot na żądne krwi bestie, groźne i agresywne, uczył ich złośliwości, zawiści, zemsty, przetaczał nienawiść przez ich trzewia. Bogini serce krajało się na to, co robił z jej dziećmi, lecz sama nie mogła stanąć z nim do walki. Oddawszy ludziom całą swą magię, stała się jedynie obserwatorem, niezdolnym do jakiegokolwiek ruchu. Hersillid przyznał się do tego, co zrobił, a raczej czego nie uczynił - nie wspomniał o dziwnym zjawisku, jakie napotkał, a które było jeszcze nieskażoną magią. Lia'ris rozgniewała się mocno na niego, a jej gniew udzielił się pozostałym bogom, którzy nie potrafili pojmać boga cieni, przemykającego wciąż poza zasięgiem ich wzroku, zostawiając jedynie ślady swej obecności za sobą w postaci niszczenia i mordu. Ludzi skryli w korzeniach Drzewa Matki, zaś sami dniami i nocami naradzali się, szukając sposobu na unicestwienie boga. Parę razy udało im się zapędzić go w kozi róg, jednak żadna z ich broni nie zdołała go skrzywdzić, nawet stworzona przez Grimnoira i jego Frirninna. Las na południowym-wschodzie ulegał coraz większej destrukcji, aż w końcu Hersillid wpadł na pomysł, by zamiast zabijać boga, spróbowali go uwięzić.
- Gdyby Grimnoir zbudował miejsce, do którego nie dochodziłby najmniejszy promień światła, Nirasil nie miałby jak przemknąć. Zapieczętowalibyśmy je magią, zaś wokół wybudowali labirynt.
- Labirynt? Cóż to takiego? - spytał go nieprzekonany Aros.
- Labirynt jest siecią, jak moja pajęczyna. Nie pozwoliłby innym zbliżyć się do więzienia, a jednocześnie gdyby Nirasilowi udało się wydostać, spowolniłoby go to na tyle, byśmy mieli czas obmyślić nowy plan. - Ponieważ nikt z zebranych nie był pewien, co Pająk miał na myśli, zaczął on swoimi szesnastoma odnóżami rysować w piasku szkic tego, co miałoby powstać. - Labirynt mógłby być ruchomy, zmieniać się bez przerwy, dodatkowo utrudniając przemieszczanie się po nim. Moglibyśmy także umieścić w nim strażników, by nas ostrzegli w razie jakiegokolwiek niepowodzenia...
Bogowie patrzyli na plątaninę szlaków, wyrysowaną przez Hersillida, próbowali po kolei dotrzeć do centrum, sunąc palcem po piasku, jednak wciąż trafiali w ślepe zaułki. W końcu zgodzili się na ten pomysł, a Duchowi polecili stworzyć jego labirynt. Grimnoir zaś rozpoczął budowę więzienia. Zbierał skały i spajał je dokładnie swym Frirninnem, a leśne istoty obsiewały powstający budynek roślinami, bluszczem i drzewami, których grube pnie i gęste korony miały zapewnić dodatkową ochronę przed światłem. Strażnikami mieli zostać dwaj faunowie, którzy wygrywając melodię na flecie pana potrafili przekazać wiadomość pozostałym stworzeniom leśnym. W tym czasie bóg cieni przekształcał kolejne gatunki na całej wyspie wbrew ich woli. Wszyscy pracowali nieprzerwanie dnie i noce, budując, tworząc, trzymając Nirasila z dala od pułapki, aż w końcu nadeszła chwila, by go tam zapędzić. Wystarczyło zaczekać, aż zapragnął zbliżyć się do Bogini, a wtedy rzucili się na niego. Nirasil, przekonany, że w budynku znajdzie schronienie, nie zdążył uciec, nim wejście zamknięto gigantycznym głazem. Grimnoir natychmiast zespoił go ze ścianami więzienia, a drzewa i rośliny obrosły je regularnie. O istnieniu przejścia nie świadczyło już nic. Wtedy to Hersillid przetopił swój plan w rzeczywistość i wzniósł Labirynt, nazywany odtąd jego imieniem. Nie zakończyła się jednak na tym jego praca; ponieważ największe zniszczenia lasu dokonały się z jego powodu, w południowo-wschodniej części wyspy, Bogini rozkazała mu sprawować pieczę nad tym podstępnym miejscem, gdyż nie mogli zostawić go bez nadzoru. Duchy były dość odporne na negatywny wpływ zepsutej magii, ale nie zupełnie nietykalne, toteż z czasem i Pająka poczęła opuszczać pewna jasność umysłu; złe myśli i szaleństwo odbiły na nim swe piętno - słabe, może nawet ledwie widoczne, ale wciąż się objawiające. Zatruty teren nazwano zaś później Lasem Tysiąca Szeptów.
W ten sposób dobiegły końca wszelkie boskie akty tworzenia w Laquii.

oD8fPtJ.png
fhS8ugK.jpg

uvQltjb.png

Była to istota wspaniała, majestatyczna i pełna wdzięku. Nogi miała długie  i silne jak najstarsze drzewa, a gdy chodziła, w śladach jej stóp rozkwitały najpiękniejsze kwiaty. Jej śpiew przywoływał wszystkie zwierzęta w pobliże. Oczy miała złociste, zupełnie jak najświeższy miód stworzony przez najbardziej pracowite pszczoły. Swe włosy uważała za chlubę - długie niczym rzeka, miękkie jak jedwab, koloru trawy w wilgotny, parny letni dzień. Nigdy nie brakowało w nich kwiatów wszelkich barw tęczy, rozkwitających na nich, jakby włosy były dla nich gruntem do rozwijania się. Boginię określano jako ciepłą, lekką, wesołą. Posiadała moc nadawania imion. Z każdym następnym aktem tworzenia i nazywania, zapuszczała korzenie coraz głębiej, aż przemieniła się w Drzewo Matki.
Całym sercem kochała wszystko, co stworzyła, największym uczuciem darząc jednak swoich bogów, choć żadnego nie faworyzowała. Nawet Nirasil, choć walczył z jej magią i deprawował to, co z takim trudem powstawało dzięki nim, mógł liczyć na jej uczucie. W końcu wszystko powstało z niej, więc jak mogłaby nienawidzić część siebie?
Teraz czuwała nad wyspą z pomocą Duchów Zwierząt i swoich bogów, regenerując powoli siły. Mogła tylko obserwować, ale ufała swoim podwładnym i wieszczom, że zadbają o porządek i pokój w Laquii.

gDWlvRd.png

Bóg wiatru bezsprzecznie uważał się za najbardziej oddanego bogini i najważniejszego jej giermka. Był u jej boku, gotowy do działania, jeszcze zanim zdążyłaby go zawołać. Powstał jako pierwszy z bogów i na pierwszym miejscu też ciągle się stawiał. Niewątpliwie drzemała w nim ogromna moc, którą wykorzystywał do pomocy w tworzeniu kolejnych bogów, a potem i stworzeń. To on utkał dla ludzi duszę, dlatego uważa się go za głównego przewodnika w Duchowym Świecie; to on także dokonał stworzenia Druhen Zaświatów, strażniczek dusz, prowadzących do Drzewa Matki. Patron tych, którzy zbłądzili, obłąkanych i chorych, miał z czasem coraz większe trudności, by radzić sobie z siłą, jaka się w nim kotłowała. Był niezwykle kapryśny i lubił psocić. Wreszcie postanowił rozwiązać swój wewnętrzny problem.
Aros sięgnął wgłąb siebie, najgłębiej jak zdołał, i chwycił swój kaprys, będący zimnym i ostrym. Nazwał go
Haa'uun, co oznaczało wyjący. Utkał dla niego ciało przejrzyste, oczy lśniące najjaśniejszym lazurem. Tak powstał pierwszy zefir. Haa'unn najczęściej wiał na południu, oziębiając powietrze na wzgórzach, stwarzając warunki dla tamtejszych roślin, ale czasem przesuwał się na południe, by zadrzeć z żeglarzami i ocucić nieco ludzi wybrzeża.
Następny kaprys był leniwy i duszący, a nadano mu imię
Spiiro, gnuśny. Ciało dla niego utkane było szarobrunatne, prawie że stałe, oczy jasne, ale niemal bezbarwne. Ten zefir umościł się na zachodzie wśród Żółwich Bagien, i tylko kiedy inne wiatry przegnały go z jego miejsca, pojawiał się gdzie indziej.
Trzecim kaprysem został burzliwy i porywczy, nazwany
Raa'th, złowrogi. Był to niewątpliwie najgroźniejszy z zefirów; wywoływał gwałtowne burze, intensywne i niepowstrzymane; dął z zastraszającą prędkością. Stał się największą zmorą żeglarzy, z którymi uwielbiał się siłować, choć na szczęście nie za często; wolał zabawiać się na wschodzie, wśród Dżungli. Miał ciało barwy granatu, kotłujące się bez przerwy, a białe oczy ciskały błyskawice.
Ostatnim zefirem stał się wesoły i przyjazny
Meanas, niepomny. Głównie bytował na północy, delikatnie sunąc po twarzach mieszkańców i podróżnych, ale często się przemieszczał, rozrastał, wypychając pozostałe zefiry na krańce wyspy. Był to najspokojniejszy z Zefirów Arosa, a jego ciało utkano na jasnoszare, ze złocistymi przebłyskami, oczy zaś duże i jasne.
Sam bóg wiatru, kiedy wreszcie nazwał swoje problemy i oddzielił je od ciała, nie będącego w stanie ich utrzymać, skupił się na pilnowaniu krnąbrnych brzdąców i wysłuchiwaniu próśb ludzi, zgodnie z poleceniem Bogini. Nadal miewał swoje odchyły i nadal zmieniał wciąż barwy, ale działo się to spokojniej, stateczniej.

WFmHDMM.png

tu będzie o tym od młota i ysbryda i o tym jak znosił zazdrość Arosa
Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim id est laborum. Sed ut perspiciatis unde omnis iste natus error sit voluptatem accusantium doloremque laudantium, totam rem aperiam, eaque ipsa quae ab illo inventore veritatis et quasi architecto beatae vitae dicta sunt explicabo. Nemo enim ipsam voluptatem quia voluptas sit aspernatur aut odit aut fugit, sed quia consequuntur magni dolores eos qui ratione voluptatem sequi nesciunt. Neque porro quisquam est, qui dolorem ipsum quia dolor sit amet, consectetur, adipisci velit, sed quia non numquam eius modi tempora incidunt ut labore et dolore magnam aliquam quaerat voluptatem. Ut enim ad minima veniam, quis nostrum exercitationem ullam corporis suscipit laboriosam, nisi ut aliquid ex ea commodi consequatur?

zsW5Mej.png

tu będzie o tym szalonym małżeństwie co po czwórce bachorów może się pukać ile chce bez konsekwencji, jako tak rzekł Bóg
Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim id est laborum. Sed ut perspiciatis unde omnis iste natus error sit voluptatem accusantium doloremque laudantium, totam rem aperiam, eaque ipsa quae ab illo inventore veritatis et quasi architecto beatae vitae dicta sunt explicabo. Nemo enim ipsam voluptatem quia voluptas sit aspernatur aut odit aut fugit, sed quia consequuntur magni dolores eos qui ratione voluptatem sequi nesciunt. Neque porro quisquam est, qui dolorem ipsum quia dolor sit amet, consectetur, adipisci velit, sed quia non numquam eius modi tempora incidunt ut labore et dolore magnam aliquam quaerat voluptatem. Ut enim ad minima veniam, quis nostrum exercitationem ullam corporis suscipit laboriosam, nisi ut aliquid ex ea commodi consequatur?

FtUR1lo.png

a tu trochę o tym najgorszym złym i co porabia
Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim id est laborum. Sed ut perspiciatis unde omnis iste natus error sit voluptatem accusantium doloremque laudantium, totam rem aperiam, eaque ipsa quae ab illo inventore veritatis et quasi architecto beatae vitae dicta sunt explicabo. Nemo enim ipsam voluptatem quia voluptas sit aspernatur aut odit aut fugit, sed quia consequuntur magni dolores eos qui ratione voluptatem sequi nesciunt. Neque porro quisquam est, qui dolorem ipsum quia dolor sit amet, consectetur, adipisci velit, sed quia non numquam eius modi tempora incidunt ut labore et dolore magnam aliquam quaerat voluptatem. Ut enim ad minima veniam, quis nostrum exercitationem ullam corporis suscipit laboriosam, nisi ut aliquid ex ea commodi consequatur?

1ydECrc.png
spirit_hunter_by_ferdinandladera-d6j2p5d.jpg

EEmqbuS.png

Najważniejszą personą pełniącą święte obowiązki była Arcykapłanka, jedna na całą wyspę, przesiadująca większość swego życia w Alabastrowej Świątyni, mieszczącej się w połowie wodospadu Szeptu na klifie. To do niej kierowali się rekruci na sługów bogów i to ona decydowała, czy mogą wyruszyć na szkolenie. Po dziesięciu latach nauk wracali do kobiety, by ostatecznie zawyrokowała ich przystąpienie oraz przeprowadziła ceremonię. Arcykapłanki żyły średnio dwa razy dłużej niż przeciętny człowiek, przeżywały więc wielu władców i przy każdym zachowywały neutralność. Sztuki zobojętnienia na dobro lub zło uczyły się każdego dnia. Nie miały wpływać na ludzi samych, lecz informować ich o nastrojach, radach i decyzjach bogów oraz samej wyspy. Były łącznikiem i pilnowały, aby nikt z ich podwładnych nie dał się zwieść złym mocom, przekłamując wizje lub przepowiednie, bądź wykorzystując swe przywileje na czyjąś korzyść.
W każdej części wyspy pieczę nad terenem sprawowały
Kapłanki Wyższe, na wschodzie, zachodzie, północy, południu oraz centrum. Pilnowały oraz opiekowały się podopiecznymi, a w przypadku znacznych problemów sprawę kierowały do Arcykapłanki.
Pozostali kapłani i kapłanki dzielili się na trzy grupy. Jedną z nich byli
Zaklinacze, w znacznej większości chłopcy i mężczyźni. Zaklinacze potrafili zajrzeć pod kurtynę świata żywych, by dostrzec duchy zmarłych, jak i nieczyste dusze. Zdarzało się, że dusze gubiły się w wędrówce do Drzewa Matki, na polanę wiecznego spokoju, a czasami też uciekały. To oni naprowadzali świetlistych wędrowców na ścieżkę do ich krainy. Oni też rozprawiali się z tymi duchami, które nawiedzały kopalnie, domowe przedmioty, piwnice, ludzi czy zwierzęta. Ci kapłani nie cieszyli się zbytnią sympatią ludzi, którzy wyczuwali wokół nich specyficzną aurę; najpewniej świadomość ich bliskości ze śmiercią odstręczała ludność. Niemniej, darzono ich odpowiednim szacunkiem.
Na drugą grupę składały się
Illuminatorki, ślubujące czystość oraz wieczne milczenie, co miało zapobiegać kłamstwom i korupcji powstającej poprzez zbereźne bądź niegrzeczne rozmowy, ale nie tylko. Wierzono, że w rozmowach tak kruchych i ulotnych jak tych z boskimi istotami, zbędne słowa mogły zaburzyć kontakt lub wystraszyć rozmówcę. Dlatego w ich skrzydłach świątyń panowała zupełna cisza; zapobiegano w ten sposób rozpraszaniu cennej energii. To do nich władcy, Doradcy i Labradorowie kierowali się po przepowiednie. One wprowadzały się w trans, by porozumieć z bogami. Odczytywały znaki i rozwiewały wątpliwości. Wszystko przekazywały niewerbalnie Najwyższej Kapłance.
Ostatnią, najliczniejszą grupę, tworzyły
Pastorki, ze sporadycznymi wyjątkami w postaci Pastorów. Często podróżowali przynajmniej po okolicy, pilnując stanu roślinności i zwierząt, a także dbając o duchowe interesy ludzi. Najznamienitsi z nich potrafili odnaleźć oraz porozumieć się z Duchami Zwierząt, a w skórę pospolitych istot - wejść. W ten sposób mogli lepiej patrolować okolicę, poznać potrzeby wyspy.

XMNnPZP.png

Wszystko rozpoczynało się w dniu narodzin. Na świat przychodziło dziecko, nad którym czuwała już Pastorka. Cierpliwie czekała, aż rodzice nadadzą temu maleńkiemu człowieczkowi imię, mające go definiować do końca jego życia. Wśród wszystkich ceremonii związanych z powiększeniem się rodziny, to ta posiadała największą wagę, choć obchodzono ją najmniej hucznie. Nie, moment wyszeptania dziecku jego imienia to zawsze chwila nazbyt intymna, by mieli w niej uczestniczyć goście. Dobranie odpowiedniego to najważniejszy obowiązek rodziców. Zawierało ono w sobie ich przeszłość, teraźniejszość i przyszłość dziecięcia, miało uczynić je człowiekiem prawym i zdrowym, po czym postawić na drodze bogów, by szło przez życie szczęśliwe, a na koniec mogło odejść do Drzewa Matki. Nadawanie imienia nigdy nie było rzeczą błahą, stąd często proszono kapłanki o wstawiennictwo. [...]

rXEMwMD.png

Na szczęście dla Laquianczykow, Nefeliny szanują ich wielkie święto bogów wód, Liquirii i Liquarisa, obchodzone hucznie na Nefelinowym Wybrzeżu. Tamtejsi mieszkańcy organizują ogromne przyjęcie, cały port i miasteczko są przystrojone od kalenic budynków po grunt, ulice rozświetla się barwnymi pyłami leśnych wróżek, drogi zaś i domy dają poblask od farb tłoczonych z roślin, zebranych aż w Lesie Tysiąca Szeptów, na plaży gra muzyka, wszyscy znoszą jedzenie i częstują nim każdego, kto o to poprosi, dzieci bawią się w wodzie z nefelinami, które plotą dziewczynkom włosy, a na głowy zakładają im korony uplecione z morskich kwiatów, ścigają się z chłopcami i wyławiają tonących pijaków.
Wszystko to zaczyna się od błogosławieństwa od lokalnych kapłanek, a potem śpiewu [...]

ZXmegF4.png
nEuUw01.jpg

8eyMorg.png

Tym, co najtrafniej i najściślej określało ludność Laquii, była ich bezbrzeżna, nieograniczona, nieustająca miłość do ich kraju, jego przyrody i wszystkiego, co w nim rosło i oddychało. Darzyli czcią każdą grudę ziemi, każdy kamień, liść i owada. Wszystko było dla nich cudem stworzenia, dziełem sztuki, wciąż malowanym i rzeźbionym wprost na ich oczach, dzięki ich Bogini i jej sługach. Obecność tego w każdym aspekcie ich życia traktowali tak naturalnie, jak oddychanie, jak to, że posiadało się dwie ręce i dwie nogi. Natura wrastała w ich domy, w ich ogrody i ciała, a oni rzadko kiedy pozwalali sobie ją poskramiać. Mogła być dla nich zagrożeniem, ale nie przeszkodą. Nigdy nie traktowali jej, jakby do nich należała; uważali się za jej gości. Stąd ich architektura zawsze dosłownie zakorzeniała się w otaczający ją krajobraz, stanowiła jego kolejny element, a nie oderwaną od reszty surową dekorację. Dlatego też jej charakter, wielkość i okazałość zależała przede wszystkim od terenu, jak i bliskości od traktów handlowych oraz stolicy. Tym, co charakteryzowało wszystkie te wioski i miasteczka, był zdecydowanie brak logicznego planu. Wznoszono je w miejscach bezpiecznych, aczkolwiek przede wszystkim nie kolidujących z naturą, co stało bezsprzecznie na szczycie priorytetów projektowania. Wielkość domów i ich odległość od centrum zależały od zamożności rodziny. Największe i najokazalsze mieściły się w sercu siedliska.
Życie wszędzie tętniło, bo bez względu na trudności, budynki łączono - oświetlanymi ścieżkami, pomostami, w ciężkich warunkach nawet lianami, z których korzystano regularnie. W ten sposób nawet miasteczka na zboczu góry wokół stolicy posiadały niezaburzoną komunikację; sieć mostów przypominała pajęcze twory, subtelne i na pozór tylko delikatne. Zresztą sieci pająków stosowano do plecenia lin podtrzymujących konstrukcję, tworząc w ten sposób najwytrzymalszy, a przy tym cienki i lekki materiał. Z kolei w Nieprzebytej Dżungli lub innych terenach gęsto przeciętych rzekami, do takich łączeń stosowano raczej prostsze materiały, głównie drewno i rośliny. Tam też domy budowano na drzewach, wokół pnia i w koronach, a dojście stanowiły spiralne schody i kładki.
Inna sprawa zupełnie miała się na Żółwich Bagnach, gdzie domy budowano w systemie korzeni drzew lub w ich pustych pniach. Tam komunikacja nie miała się najlepiej, najczęściej zastępowały ją łódki czy inne unoszące się na wodzie środki transportu. Dlatego też nie był to szczególnie zamieszkały teren, a wręcz opustoszały, im dalej na obrzeża. Najczęściej lokowali się tam samotnicy, wyklęte rodziny oraz różne zdeprawowane istoty, kuszące podróżników do swoich chat na dziesiątki sposobów.
Całą wyspę obiegały złote traktaty handlowe - dokładnie trzy - oraz parę mniejszych ich odgałęzień. Dbano o ich przejezdność i bezpieczeństwo, a także regularnie czyszczono pomniki i drobne kapliczki, jakie stawiano na ich trasie; handlarze często zostawiali tam drobne kosztowności czy opadłe kwiaty w wyrazach szacunku oraz modlitwie o sukces podróży i owocne utargi. W pobliżu tych traktów dało się napotkać samotne domy i gospodarstwa, takie jak to należące do Ma'alik. Zamieszkiwały je wielkie rody lub szaleńcy. Tym pierwszym służyły do mielenia pieniędzy poprzez uprawy ziół, hodowle owadów czy produkcję win, czasami obracano je też w gospody i bazy wypadowe podróżników. Zdarzało się, że zawijały do nich baby bagienne, gdy we wioskach ludzie zmęczeni ich natręctwem je przepędzali.

K9DvgE5.png

Wiedza w wioskach i mniejszych miasteczkach rozpowszechniała się głównie z pokolenia na pokolenie w wąskim zakresie, jaki był danej rodzinie akurat potrzebny do kontynuowania ich działalności. Rzadko wśród nich zdarzały się osoby na tyle odważne, by podjąć wędrówkę na północ lub południe kraju, gdzie znajdowały się dwa mniejsze uniwersytety. Nie tylko sama wędrówka stanowiła zagrożenie, ale także odnalezienie się w nowym miejscu i unikanie nieznanych wcześniej niebezpieczeństw; w końcu fauna i flora Laquii zmieniała się z kilometra na kilometr. Dlatego też najbardziej rozpowszechniona była nauka przez rodziców, czasami z pomocą kapłanek i lokalnych mędrców, jeśli ci gotowi byli pomóc za darmo lub niewielką opłatą, ewentualnie pomocą. Niewielu Laquiańczyków ciągnęło do podróży, zadowalali się lokalnymi zawodami, nie tylko z obawy przed nieznanym, ale i z miłości do swego najbliższego otoczenia.
Uniwersytet na południu patronatu Shednady, w niewielkim miasteczku zwanym Tanahą, przewyższał wszystkie budynki otaczającego go miasta wybudowanego na klifach obrośniętych niską roślinnością i algami. Była to sprężyście pnąca się, strzelista budowla wykonana z jasnego kamienia, pozyskiwanego w pobliskich kopalniach. Przez jej środek przepływał wodospad rzeki Jaleh, dzieląc ją na dwie osobne połowy, które u szczytu łączyły się, tworząc portal. Pomiędzy częściami dało się przemieścić poprzez ażurowe, oszklone - ze względu na sezonowe wysokie fale - przejścia. Całość oplatały i wykończały motywy, przypominające gałęzie lub macki - a dokładnie macki Shednady, której kapliczka znajdowała się niewiele niżej. Ze względu na bogate wodne tereny łowieckie w pobliżu, uczono tu tegoż kunsztu, a także szkolono z wiedzy o zasobach skał i rolniczych, zielarstwa.
Drugi uniwersytet patrona Rigre znajdował się na północy, na wzniesieniu nadmorskiego miasta O'hana. Była to malownicza miejscowość, pełna zalesionych wzgórz, złocistych plaż i maczugowych skał, wbitych jak sztylet w dno oceanu. Niektóre z nich zamieszkiwali rybacy. Natomiast budynek edukacyjny był architektoniczną perełką wyspy, a przynajmniej tak uważali ludzie z północy. Projekty i architekci wciąż się zmieniali, budowa ciągnęła się wiekami, gdyż używano do niej najdroższych i najtrudniejszych w obróbce materiałów. Wszystkie portale, okna, wnęki, łuki, kolumny rzeźbili najznamienitsi artyści, umieszczając na nich wizerunki bogów, Duchów Zwierząt, a także innych stworzeń. W najmniejszych detalach stosowano kamienie szlachetne, a wśród ludności całej wyspy rozpuszczono wieści, że ich imię zostanie zapisane gdzieś w budynku, jeśli przeznaczą darowiznę na rzecz uniwersytetu. Budynek przykryto kopułami, których spód wymalowano wspaniałymi obrazami. Ściany nabierały głębi w płaskorzeźbach, a gdy główną salę zalewało światło poprzez świetliki w nich i w dachu, wszystko lśniło tysiącem barw, odkrywając wspaniałe fontanny i ogrody, tworzące jednolitą całość z architekturą budowli. Założenie otaczały starannie pielęgnowane ogrody, do których chętnie zaglądały ciekawskie zwierzęta. Szkolono tam przede wszystkim z ekonomiki i polityki, nauczano języków, tego, jak działał handel, a niedawno znaleźli się i nauczyciele dla chętnych studiowania flory i fauny wysp.
Ostatni uniwersytet, założony najwcześniej, stał w Let'hethe. Przylegał do murów okalających Dwór Królewski i nie był ani bardziej, ani mniej okazały niż budynki znajdujące się po drugiej ich stronie. Cechowała go swoista duchowość, nie religijna; taka, że gdy przemierzało się jego korytarze, czuło się tysiące wypowiedzianych tu podniosłych słów, nasiąkniętych starą wiedzą starych ludzi, a także tych słów wyszeptanych, wymienianych pomiędzy młodymi, słów świeżych i ciekawych świata. Słyszało się kroki, które doprowadziły do odkryć, a pewnie tak długo wcześniej błądzące, łopotanie płaszczy przy nagłych gestach olśnienia. Wewnątrz przez zapach roślin przebijała się woń pergaminów, atramentu i wysuszonych kruszców. Miało się wrażenie, że przy każdym oddechu pochłaniało się tę wiedzę, zakorzenioną w budynek jak bluszcz na ścianach. Uczono tu tego samego, co w pozostałych uniwersytetach, jednakże w szerszym zakresie. Poza tym istniały kierunki artystyczne, naukę pobierały tu osoby wiążące swą przyszłość z jakąkolwiek formą sztuki - ceramiką, rzeźbą, architekturą, malarstwem. Wraz z mijającymi latami poszerzano materiały o pozostałe wyspy Krainy.
Jednakże poza tymi wszystkimi uniwersytetami, istniało jeszcze jedno miejsce, gdzie można było pobierać nauki. Otóż wykształcenie kapłanek nie brało się znikąd. Jeśli ktoś z rodziny chciał oddać swoje dziecko, by służyło bogom lub przejawiało ono predyspozycje do tej roli, odbywało podróż do Alabastrowej Świątyni. Po zaakceptowaniu przez Arcykapłankę, udawało się do Świętego Zakonu - założenia na skraju Nieprzebytej Dżungli, gdzie dziesięć lat uczyło się wszystkiego o bogach, Duchach Zwierząt, ale także w sporym zakresie tego, co wykładano na obu mniejszych uniwersytetach. Uważano, że jeśli kapłani mają być przewodnikami ludzi, a także bożymi sługami, muszą znać i rozumieć prawa rządzące jednymi i drugimi. Zdobycie tak rozległej wiedzy to nie lada wyzwanie, to praca żmudna i często niewdzięczna, a bywało, iż również bezowocna. Zdarzało się, że po tylu latach Arcykapłanka wyrokowała przeciwko kandydatowi, wskazując na jego rozwój, który okazał się negatywny lub wręcz wsteczny.


2tlGTsD
"Do not pity the dead, Harry.
Pity the living, and, above all, those who live without love.”

Offline

#6 2018-08-02 19:45:12

Arbalester
Łoś Przewodnik
Windows 7Chrome 67.0.3396.99

Odp: Faith and Power

rihDs9m.png
sQr4dPr.jpg

stEqdrJ.png

Laquią od zarania dziejów rządziły kobiety. Przez wszystkie wieki raz jedynie zdarzyło się, by władcą został mężczyzna. Był on człowiekiem życzliwym i sprawiedliwym, nader silnym - inaczej nie zdobyłby korony. Choć cieszył się zaskakującą sympatią wśród Dworu, posiadał jedną, bardzo znaczącą wadę - wolno się uczył. Rodziny nie posiadał, brakowało mu więc też Doradców, by go naprowadzić. Wyspa podnosiła się wtedy z lat walk, wymagała błyskotliwego umysłu, potrafiącego zażegnać wiele kryzysów, dotykających ludność w każdym jej kresie. Część Rodów Dworu chciała obrócić panującą sytuację na swą korzyść, król więc nie mógł nikomu ufać. Z trudem wytrwał cztery lata swojej kadencji, po której oddał władzę swojej następczyni, Aryi Reformatorce.
Co roku na wyspie odbywał się całomiesięczny
Karnawał Życia, zaś co cztery lata pod koniec święta śmiałkowie mieli szansę stanąć w szranki z królową w walce o koronę. Jeśli danej osobie się nie powiodło, zostawała przydzielona do służby Dworu na tak długo, jak rządziła dana królowa. Natomiast w przypadku zwycięstwa czekała ją strategiczna gra, mająca na celu potwierdzenie zdolności taktycznych, ale także znajomości gospodarki i rządzących nią praw (wprowadzono to po władaniu mężczyzny). Gdy i tę próbę udało się pretendentowi przejść, następnego dnia przygotowywano ceremonię, podczas której przekazywano mu symbole władzy: złocistą, ażurową koronę o roślinnych motywach, której każdy kwiat był rzeźbionym kamieniem szlachetnym; długi złoty kostur z klatką mieszczącą lśniące motyle, każdego roku emitujące inne światło; trzy srebrne broszki z wizerunkiem Mglistej Ćmy dla Doradców, których władca wybierał ze swego rodu. Jeśli lud uznał, że Doradcy nie spisywali się dobrze, mogli żądać ich zmiany, a królowa musiała spełnić ich życzenie.
W Laquii panowała następująca hierarchia: bezpośredni wpływ na władcę mieli jego
Doradcy. Przedstawiciele Rodów Dworu - czyli tych, których członek kiedyś zasiadał na tronie, był arcykapłanką lub Magiem Wyspy - nazywani Labradorami, zasiadali wraz z Doradcami i królową w Jadeitowej Radzie, zwoływanej w sytuacjach kryzysowych, a także przy rozstrzyganiu zbrodni najwyższej. Odpowiadali także za bezpieczeństwo na Dworze podczas wizyt wysoko postawionych gości i wielkich świąt, wraz z dowódcami Armii Lotosu, najznamienitszych sił Laquii, i to oni wyruszali w podróż, gdy była wymagana interwencja. Z kolei Zgromadzenie Malachitowe, w których mógł uczestniczyć każdy z Rodu Dworu, zwoływano częściej, lecz obecność nie była konieczna. W ich obowiązkach leżało organizowanie świąt, kontrolowanie kapłanek i stanu świątyń, zbieranie informacji, po czym przekazywanie ich dalej.
Wojna z Gyaan rozpoczęła się od wybuchu pożaru, który strawił znaczną część południowo-wschodniej części wyspy. Żywioł był dziki, nieokiełznany. Pochłaniał bujną roślinność terenu w szokującym tempie, nie pozwalającym ludności na jakąkolwiek obronę. Ugaszenie go wymagało tysiąca modlitw kapłanek i połączonych sił tutejszego maga, wraz ze sprowadzonym z Gyengye. Nie udało się znaleźć sprawców, więc uznano, że za zniszczeniami musieli stać przebywający akurat w Laquii goście z gorącego kraju. Po zakończeniu wyczerpujących starć, wprowadzono nowe prawo, zakazujące wzniecania jakiegokolwiek, choćby najmniejszego, płomienia. Karą za złamanie przepisu była śmierć bez procesu. Nagiąć zasadę mógł jedynie władca - sam lub poprzez przyzwolenie, jednak od czasu pożaru nigdy nie wykorzystał nikt tego przywileju do spraw innych, niż zupełnie błahe, zachowując środki ostrożności, wydające się nietutejszym śmiesznie przesadne.

sMqe5me.png

Największą siłą wyspy była Armia Lotosu, zarazem najliczniejsza jak i najlepsza. Skupiała się w stolicy Laquii, snując po uliczkach miasta od tak dawna, rzadko musząc interweniować z agresją, że większość tamtejszej ludności traktowała ich jak kolejny element architektoniczny lub wystroju murów. Ci w reprezentacyjnych zbrojach - białych z domieszką złotego i ciemnego różu, bogato żłobionych w roślinne motywy, stali na wartach lub robili za główną ochronę członków Jadeitowej Rady. Mniej zdobne zbroje, lecz wciąż w podobnych barwach, posiadali pozostali rycerze Armii Lotosu. Każdy napierśnik zaś pokazywał kwiat, od którego wzięła się nazwa sił. Poza nimi piechota ciężka była nieliczną grupą ze względu na małą praktyczność ich ubioru, znacząco ograniczającego ruchy w gęstwinach wyspy. Pomijając wyprawy wojenne za granice kraju, sytuacje rzadko ich wymagały. Stąd zdecydowanie liczniejszą grupą była piechota średnia o znacznym ograniczeniu usztywnienia ubioru. Dla kluczowych piechurów zbroję tworzył często jedynie wycięty ozdobnie napierśnik (zakrywający głównie pierś po stronie serca) z naramiennikiem i rękawicą na dominującej ręce oraz buty z roślinnymi motywami, zaś resztę stanowiła mocna, sztywna skóra w barwach lotosu i lekkie tkaniny, na których wyszywano kwiat; pozostali wojownicy mieli uproszczoną zbroję. W takim rynsztunku mogli się swobodnie poruszać po ziemi. Najwięcej jednak było w Armii Lotosu łuczników lub też piechoty lekkiej - zależnie od wymaganej funkcji. Przemierzali mury miasta, koczowali na dachach budynków i w koronach drzew, zwinni, czujni. Nie mieli swoich strażnic, za punkty widokowe służyło im wszystko, co znajdowało się wokół. Posługiwali się łukami równie sprawnie, co krótkimi ostrzami, zawsze cisi. Ich stroje wykonywano z miękkich, elastycznych materiałów, odpowiednio przewiewnych, nie odsłaniając za wiele bezbronnej skóry - to jest za wyjątkiem reprezentatywnych członków Armii, ubranych w kuse wręcz ciuchy, o mglistych tkaninach i bufiastych rękawach. Dowódcy zaś na co dzień nosili lżejsze ubranie, niewiele chroniące, lecz uszyte w taki sposób, by od razu ich rozpoznać, nie szczędząc złota i srebra; na ramionach dodatkowo zarzucali często pelerynę, zjawiskowo powiewającą za nimi, gdy przemierzali korytarze i uliczki zawsze tym samym dziarskim, szybkim krokiem. Pełen rynsztunek przywdziewali na większe wizytacje oraz święta, za wyjątkiem Karnawału Życia, kiedy to również ich, jak wszystkich, obowiązywało specjalne umundurowanie - ożywione kolorami, głównie czerwieni i turkusu w towarzystwie figlarnej czerni, a wszystko to w wielu różnych wariantach, ku uciesze oka świętujących. Nie ginęli wtedy w świecie barw dzięki swym zjawiskowym pelerynom.
Poza granicami stolicy sprawy wyglądały jednak dość inaczej. Nie było w ogóle piechoty ciężkiej, zaś średnia i lekka występowała jedynie w praktycznych ubiorach, w barwach pozwalających jeśli nie całkowite, to częściowe zniknięcie w zielonych gęstwinach Laquii. W niektórych kręgach kwestię pierwszej broni traktowano bardzo poważnie, tradycyjnie. Miecze wędrowały z pokolenia na pokolenie lub wykuwano je samemu - może z drobną pomocą. Włócznie i łuki oprócz samodzielnego wytworzenia potem przyozdabiano, każdy na swój oryginalny sposób, używając także podarków od rodziny, a każdy z nich miał coś symbolizować. W przypadku zniszczenia przerabiano ich elementy na nową broń. Najwięcej pieniędzy wydawano na wyposażenie zwiadowców, które zawsze było najnowocześniejsze i najtrwalsze, nigdy zaś personalne; nie nadawali nawet swoim sztyletom imienia.
Zwiadowcy przemierzali wyspę niepostrzeżenie, a także wyprawiali się potajemnie do innych krajów, czy to w cieniach, czy pod przykrywką, zbierając informacje najczęściej od szarego ludu, żadne więc hasła ani symbole nie mogły doprowadzić do wzbudzenia podejrzeń. Oni także sprawdzali wprzód tereny wokół ścieżek, którymi mieli przeprawić się Labradorowie czy ktokolwiek inny z Królewskiego Dworu. Im królowa mogła zlecić skrytobójstwo. Z tych powodów ich fach był najniebezpieczniejszym ze wszystkich.

wjI06EE.png
tumblr_nx55i89ldf1rrrugio2_1280.jpg

Wygląd Laquiańczyków różnił się zależnie od tego, gdzie i jak spędzali większość swojego życia. Ze względu na mocno operujące słońce, ich skóra musiała się do niego przystosować; większość miewała cerę złocistobrązowej barwy, jak kora liściastych drzew polanych żywicą. Ci, którzy żyli i pracowali na południu, mieli z kolei karnację spieczoną promieniami, jak najlepsze mięso uwędzone na ogniu. Mówiło się, że wśród rodów królewskich najczęściej zdarzały się osoby o włosach jasnych, złocistych lub płomiennych, ale nie było to wcale regułą; młode dziewczyny na wyspie często też malowały swoje włosy na różne barwy, używając wszelakich roślin i soku z owoców, by osiągnąć wymarzony kolor. W stolicy wiele osób eksperymentowało w ten sposób, a nawet posuwało się dalej, wykorzystując między innymi zwierzęce kości do zniekształcenia ciała czy stworzenia własnego poroża. Ich miłość do kolorów nie zamyka się jednakże w stolicy - nawet w małych wioskach ich szaty są w żywych barwach, a kobiety prześcigają się w zdolnościach zaplatania włosów. Nierzadko i mężczyźni zapuszczają długie, rzadko jednak zdarza się by ktokolwiek chodził w rozpuszczonych - istnieje wtedy niebezpieczeństwo narażenia się na złośliwości różnych istot i zwierząt.
Pomimo ciepłego klimatu na wyspie, wśród drzew temperatura jest niższa, więc lud Laquii nosi raczej kryjące, opinające ciuchy, co też zabezpiecza ich przed roślinami i ukąszeniami. Nierzadko pracują nocą, kiedy jest też zimniej, wtedy zakładają na siebie kolejne warstwy ubrań, cieńszych już i przewiewnych. Im miejsce zamieszkania bardziej rozbudowane, tym większą wagę przywiązują do tego, co noszą.
Ogromnym szacunkiem darzą kapłanki, czasami wydawałoby się nawet, że większym, niż samą królową - może to wynikać z faktu, że ze służkami boskimi mają częstszy i bliższy kontakt. Niemniej kochają królową, bywa że bezkrytycznie, co na pewno frustruje obcokrajowców. Równie mocno te cechy zakorzenione są wobec wyspy i jej ekosystemu. Pomimo zagrożeń dzień po dniu, jakie im przysparza, nigdy nie pomyślą nawet, by zaatakować w odwecie. Bronią się, owszem, a przede wszystkim starają się zapobiegać, wytyczać granice i zazwyczaj przyroda to respektuje. Tak doskonale nauczyli się wtapiać w otoczenie, że czasem nie da się na pierwszy rzut oka poznać, że mieszkają i funkcjonują tam ludzie. Tak bardzo przywykli do swoich rozwiązań, systemów i schematów, że ciężko im przyjmować obcych, nie umiejących odnaleźć się w tym skomplikowanym tańcu. Poza zaburzaniem ich własnego trybu, często zostawiają za sobą ścieżkę zniszczeń, mniejszych lub większych i dlatego Laquiańczycy nie potrafią się do końca pogodzić z ich obecnością. Brak im cierpliwości, a gdy zajdą im bardziej za skórę, bywają agresywni. Czego jednak obcy nie rozumieją, to niebezpieczeństwo, jakie nieświadomie ściągają także na mieszkańców.
Laquiańczycy lubią jednak to, co obcokrajowcy przywożą ze sobą, a jeszcze bardziej lubią produkować na eksport i słuchać później zachwytów i komplementów. Cieszą się, kiedy ktoś docenia ich pracę i wyspę i w ten sposób można się wkupić w ich łaski.
Mają wiele dziwactw, mogących wydawać się paranoją, ale często wynika to z trybu życia. Kochają festiwale, bale, święta i wymyślanie coraz to nowych zabaw. [...]

kLATVo3.png
aaron-griffin-pshhk.jpg?1449594739

6Ek9EPf.png

Khook ,władca niebios, Wszechwidzący sokół, bystry i spostrzegawczy.
Gheibani, Wszechsłyszący nietoperz, czujny.
Rigre, jaszczur znający mowę ludzi, roślin i zwierząt, dyplomata.
Shednada, ośmiornica wszystkich barw, okazująca zmienność i zdolność do przystosowywania się.
Hersillid, pająk uczący się na swoich błędach, spryciarz.
Dhorborn, potężny niedźwiedź o niesamowitej sile.
Jukif, tygrys przewyższający wszystkich zwinnością.
Kinshra, wilczyca wytrzymała niczym skały.
Eadbardus, Wszechwiedzący żółw, mędrzec.
Siluei, świetlisty jeleń dający nadzieję.

Sa'anghavi, Zeassoveth

6vbZy3S.jpg

X6OMZ6E.png

Te ogromne żółwie, żyjące na bagnach, bynajmniej nie szokują swoim rozmiarem, choć ich skorupy przypominają skaliste wzgórza. Sa'anghavi żywią się snami, przede wszystkim ludzkimi. Wśród ludu Laquii panuje przekonanie, jakoby sny zdradzały najczystszą, najbardziej skrytą prawdę o człowieku, dlatego przywiązuje do nich wielką wagę. Mówią o ich charakterze, ich przyszłości, ich zdrowiu, stąd wsłuchują się w nie i szukają pomocy w interpretacji w magii lub u duchownych. Strzegą ich jak najszczerszego złota, toteż napotkanie Sa'anghaviego na swej drodze traktują jako zły omen, świadczący o ich niegotowości do przyjęcia pewnej prawdy. Tymczasem żółwie po obfitym posiłku potrafią spać nawet latami, a ci, którzy zasną na ich grzbiecie, zaznają najweselszego, regenerującego snu, ulatniającego się z pamięci wraz z brzaskiem.

AiCEwxi.jpg
kEFUVhh.png

Od wieków postrach wszystkich zapuszczających się na głębokie wody Laquii, dawniej Wąż był niczym innym jak wielkim strażnikiem na usługach samej Lia'ris, jednak przez strach, jaki sieje, niewielu już pamięta starą legendę o jego zasługach... [...]
Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim id est laborum. Sed ut perspiciatis unde omnis iste natus error sit voluptatem accusantium doloremque laudantium, totam rem aperiam, eaque ipsa quae ab illo inventore veritatis et quasi architecto beatae vitae dicta sunt explicabo. Nemo enim ipsam voluptatem quia voluptas sit aspernatur aut odit aut fugit, sed quia consequuntur magni dolores eos qui ratione voluptatem sequi nesciunt. Neque porro quisquam est, qui dolorem ipsum quia dolor sit amet, consectetur, adipisci velit, sed quia non numquam eius modi tempora incidunt ut labore et dolore magnam aliquam quaerat voluptatem. Ut enim ad minima veniam, quis nostrum exercitationem ullam corporis suscipit laboriosam, nisi ut aliquid ex ea commodi consequatur?

tBrbMbZ.png
fpSzMI8.jpg

Tutaj opowiem ogólnie (mam nadzieję bardzo XD) o roślinności, zwierzątkach i ogólnym klimacie wyspy.
Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim id est laborum. Sed ut perspiciatis unde omnis iste natus error sit voluptatem accusantium doloremque laudantium, totam rem aperiam, eaque ipsa quae ab illo inventore veritatis et quasi architecto beatae vitae dicta sunt explicabo. Nemo enim ipsam voluptatem quia voluptas sit aspernatur aut odit aut fugit, sed quia consequuntur magni dolores eos qui ratione voluptatem sequi nesciunt. Neque porro quisquam est, qui dolorem ipsum quia dolor sit amet, consectetur, adipisci velit, sed quia non numquam eius modi tempora incidunt ut labore et dolore magnam aliquam quaerat voluptatem. Ut enim ad minima veniam, quis nostrum exercitationem ullam corporis suscipit laboriosam, nisi ut aliquid ex ea commodi consequatur?

Nefeliny, trolle, Mały Lud

g24imKL.jpg

Cq2gT2d.png

Laquiańczycy i Nefeliny mieli zatargi od samych początków wspólnego istnienia, tyleż przez wzgląd na naturę niektórych gatunków stworzeń, co chciwość ludzką. [...]

d77c9193dee564ee6ffec6bd12b4cfbb.jpg

Trolle leśne

nikita-nikitsin-dvqwymq4og49.jpg?1556717857

Mały Lud

su42ybb.png
houses_of_the_holy__southern_empire_by_piotrdura-dbe3qvi.jpg

EBWghwi.png

Stolica jest jedynym miejscem w Laquii tak gęsto zabudowanym ciężkimi materiałami. Nigdzie indziej nie uświadczy się wysokich, białych wież, pnących się ku niebu jedna koło drugiej, za jedyny element łagodzący ich ostrość mając kopuły. Tym, co dodawało budowlom lekkości, była ich ażurowość - dziesiątki wysokich okien (tylko w największe wstawiano szkło), nisz, arkad, podcieni otwierało je na środowisko zewnętrzne, pozwalając mu wtargnąć do środka. Z daleka miasto wygląda na zwyczajnie zazielenione, jednak gdy wejdzie się w jego uliczki, można dopiero dostrzec wszechobecną roślinność, porastającą podłoże, mury, ściany, zadaszenia, wrastające pomiędzy kostki i pęknięcia, spalając je, a nie pogłębiając. Roślinne motywy przeplatały się z roślinami. Strumienie wody, ciągnące się od Voleańskiego Mostu, okrążające miasto, wytyczały drogę do Królewskiego Pałacu, a wszystkie łączyły się z Bliźniaczymi Wodospadami. Zaś powyżej, na samym szczycie góry, wokół której rozbudowano stolicę, rosło Drzewo Matki, dusza i serce całej wyspy, najświętsza istota Laquii. Nikt oprócz Arcykapłanki, królowej oraz Maga Wyspy nie miał do niej bezpośredniego dostępu; ludność zbierała się na brzegu Lśniących Głębin podczas najważniejszych świąt oraz ceremonii koronacji. Drzewo nazywano imieniem bogini, Lia'ris lub w pradawnym języku, Minjla, co oznaczało "Bogini, która żyła na ziemi".
W Let'hethe swoje warsztaty posiadali najznamienitsi fachowcy ze wszelkich profesji, prześcigając się wciąż w swoich dziełach, chcąc zaskarbić sobie przychylność Korony i pracować dla Dworu. To stąd głównie wyprowadzano wyroby i inne rzeczy na handel. Nietutejszym było bardzo łatwo się zgubić, gdyż brakowało jakiegokolwiek podziału dzielnic, więc koło sprzedawcy mis mógł pracować kowal. Chaos wynikał z tego, że jeśli komuś się nie wiodło i został zmuszony sprzedać swoje miejsce, rwał się do niego kto popadnie, a prawie zawsze miejsca trafiały w posiadanie tego, kto zapłacił najwięcej. Trwał tam wieczny przemiał, do tego stopnia, że rok po odwiedzeniu sklepu można było już go nie zastać. Czasami przenoszono się do tańszych budynków. Jedynie handlarze roślin, owoców i warzyw starali się skupiać w tych samych okolicach, a konkurowali ze sobą tak zaciekle, iż nie raz lała się krew. Regularnie ich spory musiano rozwiązywać na Dworze, ku irytacji wszystkich tam mieszkających i pracujących.

cerulia_by_jonasdero-d8vgkb8.jpg

MmqzrVJ.png

Jedyny ogólnodostępny port Laquii. Wokół otaczają go strzeliste skały na kształt kolców, czyhające również pod woda na nieuważnych marynarzy, jeśli zapatrzą się na spływające po nich znikąd wodospady. Tamtejsze wody z pozoru wydają się niezwykle spokojne; woda rzadko jest tam zmącona, delikatne fale rozbijają się o port oraz pobliska plażę, a lekka bryza orzeźwia spocone ciała robotników i podróżnych. I może faktycznie, dla tych na brzegu historia wybrzeża kończy się na tym, przynajmniej jeśli chodzi o niebezpieczeństwa ze strony natury, jednak dla pływających, zarówno tych na plaży, rybaków na połowach, załóg statków kupieckich i pozostałych, sprawa wygląda zgoła inaczej. Jeszcze zanim rozpoczną ostrożne sterowanie miedzy szponami, gotowymi rozszarpać kadłub, muszą uważać, by nie zbudzić stworów z głębin, potężnych i silnych tak bardzo, że jednym ruchem mogłyby rozbić statek na pół i zesłać go na dno, gdzie dokładnie by się nim zajęły. Największym, wręcz legendarnym postrachem laquiańskich mórz i oceanów jest Zeassoveth, znany z tego, jak owija się wokół statków i nigdy nie zostawia żadnych niedobitków, a jego legowisko tworzą kości ofiar. Stwór na szczęście większość roku śpi, ale kiedy się zbudzi - tego nikt nie potrafi przewidzieć.
Do nabrzeża z kolei podpływają Nefeliny, istoty przypominające człowieka, choć zdecydowanie należące do gatunków rybnych - u niektórych podział jest równie widoczny co u centaurów, u innych zaś ciężko wśród płetw, łusek i rybich oczu dopatrzyć się podobieństwa; dzielą się na wiele różnych podgatunków. Jeden fakt łączy je wszystkie - nie porozumiewają się z ludźmi ich językiem, a jednak potrafią się z nimi dogadać. Prowadzą z nimi czynny, lukratywny handel. Często zaczepiają też wędrowców i podróżnych, oferując swoje wyroby czy znaleziska.

forest_throne_by_threedeee-d9vojfk.jpg

3HWn8L7.png

To miejsce z pozoru było sielankowe. Królowały tu drzewa liściaste, przez korony których słońce przeświecało miłym, subtelnym blaskiem, kryjąc podróżnych przez ostrymi promieniami, nie odcinając ich zupełnie, tak jak działo się to w Dżungli. Roślinność rosła barwnie i bujnie, niczym nie zdradzając krwiożerczych intencji czy szkodliwych związków. Pomiędzy gałęziami szybowały ptaki, dało się też dostrzec dziesiątki gatunków leśnych wróżek i elfów, uwijających się w swych prywatnych i społecznych sprawach - niektóre wróżki za opłatą i jedzeniem wlatywały do lampionów, dając ludziom światła nocą. W drzewach odpoczywały driady, by wieczorem wychynąć z pni i pobiec nad wodę. Lubił prywatność, więc rzadko się pokazywały przy ludziach. Przechadzało się tam wiele małych i średnich zwierzątek, wiele z nich rogatych czy tak pięknych, jak zające ze skrzydlatymi uszami. W dolinach, przy jeziorach, można dostrzec wiele większych zwierząt, zwłaszcza w pobliżu Zatoki Nimf, gdzie stadnie przychodzą do wodopoju gatunki jeleni porastanych przez grzyby i kwiaty. Jeśli umiało się współpracować i pomagać żyjącym tam istotom, można wiele zyskać.
W rzeczywistości jednak Las był rozdarty politycznie przez różne stworzenia, walczące o swoje skrawki terenu oraz mające między sobą wszelakie mniej i bardziej prywatne zatargi. Podróżując po nim, trzeba mieć na względzie zasady grupy, która akurat w tym miejscu sprawowała władzę. Często podróżnicy zostawali zmuszani do uczestniczenia w tych szaradach, a to oznaczało gniew innej frakcji. Wyjątkowo zaciekłe potrafiły być właśnie leśne elfy, to one najczęściej angażowały ludzi w swoje problemy. W rzekach należało wystrzegać się najad, czekających na zagubionych, by wciągnąć ich pod powierzchnię wody i zabrać daleko do swych jam i jaskiń, gdzie zabiorą co zechcą, a na koniec się pożywią ciałem. Niewinna skała służąca za oparcie okaże się leśnym trollem, a jeśli ten przypadkiem straci równowagę, bo nieporadne z nich stwory, potrafi zgnieść na miazgę. Wiele z niewinnie wyglądających roślin żywi się owadami i małymi gadami lub płazami, ale nie pogardzi ludzką dłonią. Stare, zdziczałe driady są w stanie porwać człowieka do swojego pnia i tam powoli żywić się jego energią życiową, dzieląc się ciałem z pająkami i innym robactwem. To, co wygląda na zwykłe grzyby czy pasikoniki, w rzeczywistości jest drobnym ludem, ciężko brnącym przez ten wielki dla nich świat, ale w grupie ich siła. Szmaragdowy Las może być złośliwy i mściwy, ale nie łaknie tak krwi, jak mieszkańcy Dżungli. Wniosek: bądź ostrożny, a przede wszystkim miły.

mystical_forest_by_ferdinandladera-d5bmtmh.jpg

wAMpP0A.png

Jeden z najbardziej płaskich skrawków wyspy, wiecznie mokry, wilgotny i niezmiernie błotnisty. Zbitymi obszarami pokrywają go drzewa o wielkiej sieci korzeni, rozgałęziającej się ponad ziemią, jakby to one wypychały drzewo do góry, zamiast zagłębiać się coraz niżej. To pod nimi zakopują się na kilkadziesiąt lat Sa'anghavi, bagienne żółwie, stworzenia gigantyczne; ich skorupy kamienieją, porastają mchem, glonami, a często i większymi roślinami. Wędrowcy często nie zdają sobie nawet sprawy, że nie chodzą po ziemi, a po zwierzęciu. Jeśli jednak mają wystarczająco szczęścia, mogą załapać się na przejażdżkę na ich grzbiecie, jedyną bezpieczną formą transportu. Niektóre rozlewiska bagien posiadają powiem głębokie zapadliny, gdzie czyhają na nieostrożnych głębinowe pijawki. Łatwo też pomylić ciepły pomarańczowy blask bagnorodki, kwiatów rosnących w pobliżu domostw i uczęszczanych dróg, z chłodniejszym światłem bagnodajki, które gdy tylko mgła spłynie na bagna, rozchylająją swoje płatki, wabiąc nieostrożne istoty w stronę czeluści i legowisk drapieżników, by potem spić z tafli wody krew.
Tamtejsi mieszkańcy są nieufni, niechętni i nieprzystępni, nawet handlowo. Żywią się głównie tym, co zbiorą i upolują, czyli w większości daniami bez smaku i jakości. Skupiają się w niedużych siedliskach, tworzących sieć między starymi drzewami bagien i na wodę schodzą w łódkach jedynie w ostateczności. Zdarzają się też samotnicy niestroniący od handlu i to z nimi jedynie bagienni (jak wołają na nich pozostali Laquiańczycy) robią interesy, ponieważ ich znają. Dopuszczają do siebie także szamanów i wiedźmy, zazwyczaj po to, by odzyskać zjedzone przez Sa'anghavi sny.
Czas na Żółwich Bagnach zdaje się płynąć znacznie wolniej, liście i trawy szumią spokojniej, wody nie mąci żaden porywisty wiatr, powietrze wypełniają jedynie przeciągłe westchnienia gałęzi i niespieszne bulgoty z głębin. Mgła siąpi, ale nie chłodzi; słońce, gdy się pokaże, rozlewa brudno-złoty blask. Nawet cienie są niewyraźne. Łatwo stracić rachubę czasu. I drogę. Laquiańczycy mają powiedzenie: "Postarzałeś się jak po tygodniu na Bagnach".

APdXYjN.jpg

17NbJNX.png

Jak sama nazwa wskazuje, Nieprzebyta Dżungla zajmowała najwięcej terenu wyspy. Ona też bezpośrednio graniczyła z Lasem Tysiąca Szeptów, więc to do niej przedostawało się najwięcej Cieni, jak mówiło się o tamtejszych istotach. Dżungla nie miała jednorodnej struktury; jej typ zmieniał się w zależności od tego, do czego przylegała, natomiast za największą dzicz uważało się jej centralną część, "czystą". Mogłoby wydawać się więc paradoksalne, że to właśnie tam powstało najwięcej osad. Tymczasem uzależnione to było od rosnących tam drzew - gigantycznych Cea''thli, których korzenie tworzyły siatkę komunikacji, tak samo jak i mocne, grube gałęzie; zaś ich pnie naturalnie wypełniało nic poza powietrzem - najczęściej wtedy zajmowały je zakłady, miejscowe targi. Ponadto nie było rzeki w Dżungli, która nie przepływałaby przez jej centrum, więc mieszkańcy mieli stały dostęp do wody - nie tylko pitnej, bo i dzięki sile licznych, niewysokich wodospadów mogli wykorzystać ich energię, a co zdolniejsi Laquiańczycy korzystali z nich do przepływania łódkami - handlu, podróży.
Wszystko, co tylko mogło sprawić, że czuło się malutkim, rosło i żyło w tej części Laquii. Kapelusze grzybów, większe od domów, dające nocą zimnozielone światło niczym latarnie miejskie; tunele, wytworzone przez korzenie drzew; Mchowe Potulaki, z całym biosystemem na swoich barkach, choć potulne, to bardzo nieporadne, przez co często miażdżą mniejszych od siebie; Łosie Nadiru, o potężnych cielskach, a jeszcze większym porożu, które często utyka im w przesmykach, a z ich utraconych odłamków zielarze i baby leśne tworzą napary wzmacniające kości; Bahmbary, mocarne żyrafy o nie za długich szyjach, ale nabitych korpusach, z trzema parami oczu na niedługim pysku; Kipiny, przypominające skrzyżowanie sowy, nietoperza i orła, z rogami jak rozrastające się gałęzie. W koronach drzew tłumiło się od gatunków ptaków, małp, często i dzikich kotów. Między plątaninami korzeni skakały chimery, a po bardziej stałych terenach biegały kopytne. Nie za wiele błąkało się tu słodkich, małych zwierząt, tak charakterystycznych dla Szmaragdowego Lasu. Za to również i mniej tu robactwa, w przeciwieństwie do gadów i płazów, zwłaszcza tych drugich. Niektóre ropuchy zdolne były pożreć mniejsze ptaki.
W Dżungli najwięcej też pałętało się bab leśnych, bo lubiły kryć się i pichcić w ukryciu roślinności, poza tym najwięcej składników do swoich mikstur znajdowały w tej części wyspy. Laquiańscy Podróżnicy też tutaj zakładali w większości swoje bazy wypadowe, bo Dżungla choć dzika, nie była tak podzielona sporami terenowymi i międzygatunkowymi zawiściami, jak Las. Nie biegły przez nią utarte szlaki, jakiekolwiek kapliczki i misy ofiarne bogów znajdowały się w miejscach zupełnie przypadkowych pod względem całego terenu, ale to one, stałe i niezmienne, robiły za punkty odniesienia podczas wszelakich wycieczek.

broodmother_by_ferdinandladera-dart65m.jpg

jlgbDUV.png

Jeśli o tym lesie dało się powiedzieć jedną pewną rzecz, to był to fakt, że jeśli się do niego wejdzie, ma się znikome szanse na wyjście. Nikt o zdrowych zmysłach tam się nie zapuszcza, a i zwierzęta oraz wszelakie istoty trzymają od niego odpowiedni dystans. Granicy lasu nie sposób jasno wyznaczyć; żyła i oddychała tak samo, jak cała wyspa. Przemieszczała się, jak wielkość plaży Nefelinowego Wybrzeża, kąsana przypływami, by potem odetchnąć podczas odpływu. Tak jak na całej Laquii, i ten teren tętnił magią, ale zło w nim zawarte brutalnie dążyło do ekspansji, sprowadzało śmiertelnikom koszmary o przejęciu wyspy po sam kraniec.
Zagłębiało się w niego powoli; przez jakiś czas miało się jeszcze szansę na bezpieczny odwrót. Roślinność dopiero zaczynała przesiąkać burgundem, szkarłatem, lazurem i fuksją. Chochliki mętu nie zdążyły uwić nowych gniazd w gałęziach poskręcanych jak szpony gałęzi. Pnie drzew rzadko trzaskały, musząc najpierw się rozruszać przed rzuceniem się, aby opleść ofiarę, zdusić ją, ususzyć w pustym pniu, wyżartym przez czarne termity. Największym błędem, jakim można popełnić wobec tego lasu, to przyjąć, że takie bezpośrednie zagrożenia są tymi najbardziej niebezpiecznymi. Nie, wyzwaniem było wejść tam i nie stracić zmysłów. Grzyby, wypuszczające halucynogenne drobiny, otumaniały umysł. Rośliny, tak podobne do tych, którymi żywi się w Laquii, tępią zmysły. Ekosystem współpracuje, by dopełnić cyklu, w którym każdy skorzysta. Oprócz ofiary. Ta, ślepa, głucha, bez węchu, wpadnie wreszcie w czyjeś sidła - i uchowajcie bogowie, by nie była to sieć Hersillida. Pająk jest jednym z Duchów Zwierząt, ale zła magia i na nim odcisnęła piętno; bawi się z tymi, co nieodpowiedzialnie do niego trafią. Zagadki, rozgrywki, wyzwania. Hersillid czuł się jak z w klatce, zatrzaśnięty od wszystkiego, co działo się wokół, zatracając świadomość rozróżnienia przyjaciela od wroga coraz bardziej z każdym mijającym rokiem. Chciał, by goście zapewniali mu rozrywkę. Denerwował się, jeśli nie byli w stanie, ale nie oznaczało to, że rozprawi się z nimi sam. Często ich przepuszczał dalej. Głębiej. Do potworów tak przesiąkniętych brudną, smolistą magią, że zatracały się we własnych cieniach.
Mówi się o dwóch teoriach - pierwsza zakłada korupcję zupełną Ducha i jego uczestnictwo w otwieraniu granicy lasu dla zbezczeszczonych bestii; druga mówiła o zatraceniu rozumu i zdolności przez Pająka... Ale obie zgadzały się co do skutków. Jedno jest pewne - nic, co powstało z tego samego źródła, co Nirasil, bóg cieni, nie mogło być lekceważone.

tutaj trwa budowa terenów

waterfall_by_rav89-d4tdms1.jpg

VnXi3HF.png

Tu pewnie będzie coś o magii tych wodoopadów i świątyń czy innych kurde zjawisk kto wie ten nie wie a może nie

OvdEPNf.png
MLxxWml.png
1srEF39.png
fjoZUoN.png
MtGMeKu.png
aT4LxLq.png


2tlGTsD
"Do not pity the dead, Harry.
Pity the living, and, above all, those who live without love.”

Offline

#7 2018-08-02 19:48:34

Arbalester
Łoś Przewodnik
Windows 7Chrome 67.0.3396.99

Odp: Faith and Power

tumblr_m7vzcylpYY1r6o8v2.gif
VHVIjbM.png
aiZ4Wgw.jpg

grzybki, ziółka i pigułki
||
mąciwoda ||

Ród Ma'alik (w pradawnym języku: piękna śmierć) był jednym z najstarszych, jakie jeszcze istniały. Od korzeni, przez pień, aż do gałęzi, wszystkie pokolenia łączyły dwie cechy: olśniewająca, jasna uroda oraz przebiegłość, pozwalająca im wyjść z najgorszych opresji, choćby i kosztem innych. Stąd w ich herbie znalazł się jeden z najbardziej jadowitych gatunków żmii, echis, układający się we wzór czterolistnego kwiatu miliany, symbolu piękna i niewinności. Mówiło się o nich, że potrafili przeżyć jego ukąszenie. Ponoć nawet Pierwszej z Rodu to się przydarzyło. Według szeptanych baśni spędziła miesiąc w łóżku, ciężko chora, aż jednego dnia po prostu wstała, jak nowo narodzona. Być może to stąd w rodzinie tej utarło się, że kobiety nią rządziły, kobiety także głównie się rodziły. Znajdowały sobie co lepszych kandydatów, lecz nie wiązały się z nimi na stałe. Uważały to za zbędne zniewolenie, zarówno cielesne jak i umysłowe. Jeśli któraś w ich rodzinie pragnęła ślubu, wyśmiewały ją, a dawniej nawet wydziedziczały. Spotkało to matkę Sheilii - odeszła z ukochanym, ale gdy rodziła dziecko, wróciła do rodziny i ubłagała, żeby ją wychowali pod swoim nazwiskiem. Zmarła przy porodzie, a mężczyzna zniknął, co tylko potwierdziło słuszność przekonań Ma'alik. Zaś kiedy na świat przychodził chłopiec, miał on ciężkie życie, bo liczne grono żeńskie wciąż mu dokuczało, a nawet i poniżało, gdy matka nie widziała. Nie było to grono zbyt przyjazne, ale zachowujące pozory, znające etykietę, a przede wszystkim posiadające nie byle jakie zdolności, choć nigdy na wielką skalę.
Sheilę postrzegano z kolei jako chorą gałązkę, przez które reszta gałązek boi się, że drzewo zachoruje. Tym większy strach, iż jest to najpotężniejsza i najbardziej magiczna gałąź. Nie trzymała się zasad ani tradycji. Jeśli jej się podobały, postępowała według nich i wtedy rodzina oddychała z ulgą. Jeśli jednak stwierdziła, iż wolała co innego i opuszczała rodowe zebranie, nie przełknąwszy kęsa króliczego serca, wywoływało to skandal. W tej rodzinie "skandal" nabrał nowego, niewinnego znaczenia.
- Ciociu, Sheila znów gotowała w twojej misie wróżebnej - beznamiętnym tonem informowała córka siostry matki Sheilii.
- Skandal! - wołała z niewielką dozą złości druga siostra matki Sheilii, bo gdy wykrzykujesz to samo słowo na tą samą sytuację wiele razy w ciągu roku, gdzieś po drodze tracisz zdolność wkładania w nie odpowiedniej ilości negatywnych emocji.
W ten sposób słowo "skandal" wyblakło w rodzie Ma'alik. Wciąż powtarzali, że Sheila za dużo czasu spędzała w mieście, za dużo mąciła. Wpadała w kałużę, staw, jezioro, jak ogromny kamień, rozbryzgując wodę na wszystkie strony i dopóki nie opadła na dno, dopóty nie było spokoju.
Sheila wydawała się spokojną i opanowaną na pierwszy rzut oka. Wykonywała powolne ruchy, odpowiadała tak, jakby nic jej nie obchodziło. Szybko można się jednak przekonać, że łatwo wytrącić ją z równowagi, a jej gniew potrafił tlić się wiele dni, dopóki nie znajdzie ujścia. Jeśli zaś ktoś dmuchnąłby w żar, rozpaliłby ogień, który pokąsałby wszystkich wokół. Sheilii nie interesowało, czy kogoś obraziła, nadepnęła na odcisk, czy też zniszczyła czyjeś mienie - przynajmniej jeśli chodziło o Dwór i jej rodzinę, z nimi pozwalała sobie wbrew rozsądkowi na więcej, niż z szarym ludem.
Zawsze miała łatkę wariatki, ale niewiele ją to obchodziło. Generalnie mało czasu poświęcała na zastanawianie się, co myśleli o niej ludzie. Bardziej interesujące było to, co ona myślała o nich oraz to, co oni robili. Co tam myśli... Czyny! Po to żyła, po to oddychała. By się działo, by się tworzyło... By się niszczyło. Dlatego nie postępowała według reguł, tradycji ani konwenansów. Cała ta przewidywalność była nudna, nużąca, wysysająca z energii. Nie postępowała jak dziecko, które stawiało się, bo mu coś dyktowano. Nie, Sheila po prostu lubiła nieprzewidywalność. Dlatego czasem robiła to, o co ją proszono. Czasem ubrała się adekwatnie do okazji. Zjadła co trzeba. Od czasu do czasu przełamywała swój schemat, niezależnie od nastroju swojego czy cudzego. Po prostu. Nikt nie mógł tego przewidzieć i to dawało jej ogromną satysfakcję.
Sheilę bardzo często określano też jako dziką - przez tą nieprzewidywalność, ciągoty do chaosu, agresję. Mimo to prawdziwie dzika zrobiła się później.
Wiele się zmieniło w życiu całego rodu Ma'alik, odkąd opuściły swój dom w Nieprzebytej Dżungli. Jej krewniaczki zawsze wiedziały, że Sheila miała dar do natury - rośliny, które uprawiała, rosły gęściej, rodziły więcej pąków, nigdy nie usychały ani nie gniły, zaś zwierzęta lgnęły do niej, jakby była jedną z nich (jej kuzynka często mówiła złośliwie, że Sheila jest zwierzęciem). Natomiast dopiero gdy za dotknięciem dłoni z ziemi wyrastać poczęły drzewa na ich oczach, zrozumiały, że miały do czynienia z magią w najczystszej postaci. Pozwoliły, by dziewczyna sama ją szlifowała - same zresztą niewiele się na tym znały. Potrafiły dokonać wielu rzeczy uważanych powszechnie za trudne lub niewykonalne, ale cokolwiek by to nie było (pomijając gotowanie), jeśli dotyczyło natury - Sheila robiła to lepiej. Poza tym doskonale wiedziały, że gdyby próbowały jej dać jakąś radę lub nakierować, ona najpewniej zrobiłaby i tak odwrotnie. Pilnowały jedynie czujnie, by nie szarżowała i nie przeliczyła się ze swoją mocą. W Laquii dawno nie mieli maga z prawdziwego zdarzenia. Potrafił jedynie doglądać Dworskiego ogrodu, uparzyć zioła na choroby, ale niewiele poza tym. A potrzebowali kogoś silnego - ludzie dostrzegali zalążki choroby, która toczyła się przez las, zatruwała strumienie, podkopywała tunele w kopalniach. Złe siły dostawały się na Laquię.
Nim powiadomiły Dwór (bo miały taki obowiązek), starały się nauczyć ją walki mieczem, bo magów wysyłano na front walk i wojen, jeśli tylko takie trwały. Na Zamku na pewno by ją szkolili, ale Ashmead nie chciały pokazać się ze złej strony z zupełnie nieprzygotowaną dziewczyną. Wystarczyło, że była stuknięta. Niewiele osiągnęły. Walki mieczem uczyła się bardzo długo. Ciężki i nieporęczny kawał stali ją irytował, więc ostatecznie rzuciła żelastwo w kąt i poczęła wywijanie rapierem. Najbardziej jednak lubiła sztylety - takie, które można wbić w plecy niepostrzeżenie albo rzucić przeciwnikowi w pierś. Och tak, te techniki opanowała do perfekcji. Walką rapierem mogła popisać się przed tym całym wyszukanym towarzystwem na Dworze, bo to trzeba było przyznać - nie mogli obejrzeć nic bardziej efektownego. To, jak ta zgrabna, zwinna kobieta poruszała się wraz z cienkim i długim ostrzem, którego lśniący, wysadzany kamieniami kosz lśnił w słońcu, a włosy jej cięły powietrze równie szybko co broń - wszystko to przypominało raczej taniec, niźli starcie. W prawdziwej jednak walce stawiała na element zaskoczenia, prędkość i celność. Zwłaszcza to ostatnie miało duże znaczenie - jeśli odpowiednio trafiła, mogła potem spokojnie pobawić się jeszcze ze swoją ofiarą. Jeśli Sheilę coś interesowało, potrafiła się oddać temu całym sercem, ciałem, duszą. Niestety, poza Naturą i graniu ludziom na nerwach mało rzeczy ją porywało.

6IM4itS.jpg

W ten sposób ród Ma'alik przeniósł się ze swojego wielopiętrowego domu na drzewie na Królewski Dwór. Sheila ubrała się wspaniale na tamtą okazję; chciała, by wszyscy ją podziwiali. I tak było. Wyglądała jak istota nie z tego świata w długiej sukni, której materiał spływał na ziemię jakby stworzony z wody, rękawy tak delikatne, jak utkane z mgły, zaś srebrno wyszywane ptaki i motywy roślinne sprawiały wrażenie, jakby miały zaraz ożyć. Osłaniały jej piersi, bransolety zaciskały nadgarstki. Królowa w swej niebieskiej sukni wypadała blado i natychmiast to odczuła, a Sheila natychmiast to zauważyła i jej twarz rozciągnęła się w uśmiechu samozadowolenia. Czuła na sobie spojrzenia wszystkich - zarówno mężczyzn, jak i kobiet. Zazdrosne, pełne podziwu, respektu. Królowa minimalnie się skłoniła - Sheila ani drgnęła, w przeciwieństwie do reszty krewniaczek, które zgięły się niemal wpół. Mierzyła się z kobietą spojrzeniami, dopóki jej córka nie przemówiła:
- Witaj w Diamentowym Dworze.
- Będziemy się świetnie bawić - odparła na to wesoło Sheila, ukazując swe zęby w całej okazałości, przypominając tym samym raczej drapieżnika, niźli młodą dziewczynę.
Szybko przekonali się, jak potężną mocą władała i jak niewiele mogli ją kontrolować. Była im potrzebna i na nieszczęście dla nich - świetnie zdawała sobie z tego sprawę i wykorzystywała to do granic możliwości. Wrodzona nieprzewidywalność działała na jej korzyść. Z wariatami się nie pertraktuje.
Minęły cztery lata, bardzo intensywne - dużo uczyła się sama, ale także wiele czytała, wiele próbowała, spędzała mnóstwo czasu w Złotej Bibliotece, przeglądając księgi nie tylko o magii, jej pochodzeniu i wykorzystywaniu, ale także różnych metodach wieszczenia, nawiązywaniu bezpośredniego kontaktu z Naturą i jej siłami. Okazało się, że intuicyjne posługiwanie się magią, a używanie jej z pełną świadomością to dwie zupełnie różne sprawy. Ze wszystkiego najbardziej ciekawiło ją wieszczenie i opętania. Jej komnatę (która wychodziła na wspaniały ogród) wypełniały przez te lata niezmiennie książki, dziesiątki słoi, mis, luster, doniczek. Panował tam chaos optymalnie  pięć razy większy, niż w jej dawnym pokoju w dawnym domu, w dawnym życiu.
A potem Lawrence zachorował na coś, czego nikt nie potrafił zdiagnozować. Nawet Sheila. Jedyne co potrafiła, to wykluczyć zatrucie. Słyszeli już o paru przypadkach zachorowań, ale do tej pory nikt nie zgłębiał tematu na poważnie. Sheila zaczęła, ale dla jej kuzyna było już za późno. Zmarł.
Nikt nie potrafił pojąć więzi, jaka łączyła dziewczynę z Lawrencem. Myślano, że po prostu on jako jedyny potrafił się z nią dogadać, że tylko jego zdanie sobie ceniła. W rzeczywistości Law był dla niej jedyną osobą, która ją rozumiała i kochała szaleć razem z nią, nawet jeśli czasem jedynie po to, by jej pilnować. Wychowywała się z nim od dziecka, spędzała z nim najlepsze chwile swojego życia. Był jej partnerem w zbrodni, ostoją, stałym elementem, którego mogła być pewna bez względu na okoliczności. Był czymś tak zwyczajnym, a jednocześnie niezbędnym, jak ręka czy noga. Nie potrafiła bez niego funkcjonować. Gdy zmarł, coś się zatrzasnęło w jej sercu, a nawet i głęboko w duszy. Pewna jej część zamknęła się, a potem spaliła na popiół. Jakiś czas nie otwierała tej puszki Pandory, dlatego potulnie uczestniczyła w obrządku pochowania go, a potem oddania duszy. Patrząc, jak przykrywają go ziemią w Ogrodzie Pamięci, coś przeskoczyło w jej głowie, trybik zgrzytnął, by zaraz wskoczyć na miejsce... Tylko już nie to samo.
Zabrawszy swój kostur z wierzby złotolistnej i szpiczasty kapelusz o szerokim rondzie, w podróżnych ciuchach wyruszyła w daleką wyprawę, nie tylko po Laquii, ale wgłąb siebie. Z każdym stawianym krokiem i pytaniem, rzucanym w cichą przestrzeń świątyń, niesionym echem po ich zakamarkach, oddalała się od rzeczywistości, oddalała się od siebie samej. Krzyczała do leśnych wróżek, szarpała się z rzecznymi lancelotami, padała na kolana przed entami i wnosiła ręce ku wszelkim latającym stworzeniom, ale żadne z nich nie dało jej odpowiedzi. Nie otrzymała jej także od kapłanek, nawet od Zaklinaczy. Wędrowała w coraz ciemniejsze zagajniki, stąpała po ścieżkach Nieprzebytej Dżungli, jakich wcześniej bała się przestąpić. Zwróciła się o pomoc do Pastorek, żądając, by nauczyły ją patrzeć na świat oczami zwierząt, chcąc wyszukać wśród nich Duchy, które mogłyby znaleźć dla niej odpowiedź na pytanie palące ją, jak rozżarzony węgiel ułożony na piersi, wciąż podsycany czyimś ogniem i podmuchem. Czerpała naukę, oddalała się duszą od Sheilii, wstępując w Khooka, Gheibaniego, docierając nawet do Eadbardusa na Żółwich Bagnach. Wszystko to na nic. Na nic, na nic, na nic. Od miesięcy się nie czesała, żywiła nieprzygotowywanymi korzonkami, wrzeszczała do samej siebie. W którymś momencie wpadła na pomysł, by zapuścić się do Lasu Tysiąca Szeptów. Jeśli miała się gdziekolwiek dowiedzieć, dlaczego odebrano jej Lawrenca, to właśnie tam.
Przekroczyła granicę Lasu i odtąd wciąż uciekała przed samą sobą, jednocześnie próbując się odnaleźć. Biegła naprzód, a wciąż się cofała; krzyczała, a żaden głos się z niej nie wydobywał. Plątała się w chaszcze, w pajęczyny, tkwiła bez ruchu, ale jej umysł nie zatrzymywał się ani na chwilę. Zrozumiała, że popełniła błąd, łudząc się, że zdoła cokolwiek tu odnaleźć. Jedynie pogubiła - siebie, swoją duszę i swój umysł, może bezpowrotnie, gdyby nie zjawił się Jukif, Duch Tygrysa, i nie wyniósłby jej z lasu w swojej paszczy, raniąc kłami ciało. Sądziła, że porzucając ją w Dżungli, odejdzie, ale on czekał cierpliwie, podczas gdy ona spała, a potem opatrywała rany. Zrozumiała, że czekał na nią. Ruszyła za nim. Godziny zlewały się ze sobą, przeistaczając w dni, dni w tygodnie, tygodnie w miesiące... Aż stanęła u stóp Oka Matki. Wróciła na Dwór po dwóch latach, lecz nikogo nie zaszczyciła słowem, ani nawet spojrzeniem. Choć próbowano ją zatrzymać, to bano się zbliżyć do niej, do tej szalonej kobiety o błędnym, dzikim wzroku. Poszła do swojej komnaty i zatrzasnęła się w niej na cztery spusty, odnajdując na nowo siebie, ale nie porzuciwszy nurtującego ją pytania. Pół roku wróżyła, odprawiała rytuały, przenosiła duszę, aż królowa położyła temu kres. Zdesperowana jej pomocy, gdy żadne ich interwencje nie zadziałały, przyprowadziła na dwór mieszkańca Gyaan, by wzniecił ogień pod drzwiami pokoju Sheilii. Mężczyzna, posługując się magicznymi płomieniami, wykonał jej polecenie, a wtedy ze środka dobiegł wrzask i pomieszczenie stanęło otworem, ukazując kompletny chaos niczym obraz, w którym ona była jedynie kolejnym elementem tła.

eye_finished_by_andoledius-db8r5i6.jpg

Przez dłuższą chwilę nikt się nie odzywał, intruzi jedynie chłonęli widowisko przed sobą, jakby kobieta była egzotycznym zwierzątkiem do podziwiania. Sheilii wzrok skakał nerwowo z królowej na ciotkę, z ciotki na kuzynkę, z kuzynki na żołnierza, w tę i z powrotem, aż zatrzymał się na nieznanej jej osobie, zagranicznym przybyszu. Przewiercał ją spojrzeniem złotych oczu, a kącik jego ust drżał lekko w niedociągniętym uśmiechu, jakby na coś czekał. Nie odrywając od niego oczu, odezwała się zachrypniętym, startym od krzyków głosem, kierując się jednak do pozostałych:
- Chcę się zobaczyć z Lawrencem. Chcę z nim porozmawiać.
Dostrzegła kątem oka, jak ciotka z kuzynką patrzą po sobie, a potem obie się przeciskają powoli na przód, kończąc ruch ostrożnym krokiem wewnątrz komnaty.
- Serdeńko, Lawrence odszedł. Jest teraz z Matką-
- Wiem - wycedziła przez zęby, próbując rozszyfrować nieznajomego. - Chcę tylko-
- Nie zrobisz nic, co mogłoby go przywrócić.
Sheila nabrała nagle głośno powietrza w płuca i padła na kolana, wstrzymując oddech. Włosy odcięły ją od świata, gdy pochyliła głowę. Wyszarpnęli jej drzwiczki w duszy, uwalniając popioły. Te spalone resztki dostały się teraz do jej krwiobiegu, uderzyły do głowy... Chwyciła nagle pusty wazon, stojący tuż obok i rzuciła nim w stronę wyjścia, rozbijając naczynie tuż obok głowy ciotki. Jednocześnie wrzasnęła na nich, i krzyczała potem dalej, kuląc się w sobie, palcami szarpiąc poplątane włosy. Usłyszała męski głos, powtarzający "wyjdźcie", raz za razem, aż wszystkie inne głosy ucichły i rozległ się trzask zamykających się drzwi. Głos był ciepły jak słoneczny dzień na Nefelinowym Wybrzeżu, ale nie czysty, lecz szorstki, przywodzący raczej na myśl buchające płomieniami ognisko, trzaskające w nim drewno. Nie podnosiła głowy, bo zalewała się łzami, bo ból szarpał jej trzewiami i nie potrafiła się wyswobodzić z jego uścisku, ale czuła obecność nieznajomego i czasem docierało do niej melodyjne nucenie.
Nie wiedziała, jak długo płakała, jęczała, krzyczała, ale gdy się obudziła, leżała na swoim hamaku, a pod ścianą siedział wciąż ten obcy. Nie zauważył, że wyszła z krainy koszmarów, więc przyglądała mu się spod przymrużonych powiek. Obserwowała, jak obracał w długich palcach skrzynkę z krwawą morwą, którą posadziła tuż przed ucieczką. Prześlizgnęła wzrokiem po jego eleganckich, jasnych ubraniach, kontrastujących z ciemniejszą skórą; musiał pochodzić z Avalonu. Nie zachowywał się jednak tak, jak tamci ludzie, choć sprawiał wrażenie równie zagadkowego i nieprzeniknionego. W ostrych rysach twarzy i migdałowych oczach nie potrafiła niczego wyczytać. Właśnie miała się odezwać, by zadać mu jakieś pytanie, gdy on, nie obracając głowy, spojrzał na nią pod kątem.
- Dobry wieczór - odezwał się, a jego usta znów wygięły się w tym dziwnym pół-uśmiechu. Przeszedł ją dreszcz wzdłuż kręgosłupa. - Jesteś spokojniejsza?
Trafne pytanie, pomyślała, wsłuchując się w swoje ciało. Czuła, że własna egzystencja jej ciąży, przygniata do ziemi, ale przynajmniej mogła oddychać bez przeszkód. Nie odpowiadając na jego pytanie, usiadła. Choć już na niego nie patrzyła, wiedziała, że ją śledził wzrokiem. Czemu tutaj był?, myślała, ostrożnie stając na nogi, tak jakby mogły ją zawieść, jak poprzedniego dnia.
- Minęły trzy dni, odkąd zasnęłaś.
Rozglądała się wokół, ścierając boleśnie z rzeczywistością. Panował tu taki chaos, że ledwo dało się przejść po podłodze, niczego nie depcząc. Otworzyła swoją szafę, a wtedy na ziemię powaliła ją góra upchniętych tam ciuchów. Zrzuciła je z siebie gniewnym gestem.
- Przydałoby się tu posprzątać - zauważył beztroskim tonem, czym udało mu się w końcu ją rozsierdzić.
- Kim jesteś?
- Rakshahr Phiryx - przedstawił się, wstając, a potem ukłonił pompatycznie. - Do usług.
- Co tu robisz?
- Królowa posłała po mnie, abym-
- Co tutaj jeszcze robisz? - sprecyzowała, wypowiadając słowa cicho, ale z mocą, czerpaną ze wściekłości i zażenowania. - Wyjdź.
Przez chwilę nie odpowiadał, mierzyli się jedynie spojrzeniami, każde z inną energią, z innym przesłaniem. Zastanawiała się, jakie robiła wrażenie ze swoją blond szopą w rozsypce, cała w bliznach i kolorowych malunkach po rytuałach, w brudnych ubraniach. Chyba nie takie samo, co kiedyś, skoro ten nieznajomy traktował ją z taką bezczelną arogancją.
- Chcesz, żebym wyszedł?
Sheila syknęła, wzięła z góry ciuchów co popadnie i sama wyszła, spragniona nagle kąpieli, szczotki i swoich aromatycznych olejków. Kierowała się do łaźni, ale Rakshahr deptał jej po piętach. W połowie drogi odwróciła się raptownie, a on zatrzymał się krok od niej. Przewyższał ją o głowę, choć do najniższych nie należała. Frustrowało ją, że musiała wyciągać szyję, by nawiązać z nim kontakt wzrokowy. Jego krzywy uśmiech utwierdził ją w przekonaniu, że zdawał sobie z tego doskonale sprawę. Był bezczelny.
- Co robisz? - wysyczała.
- Zadajesz bardzo niekonkretne pytania - odparł, nachylając się minimalnie. - Powinnaś je precyzować.
- Wiesz, o czym mówię.
Usta rozciągnęły mu się powoli w szerokim uśmiechu, co wywołało w niej nagłą potrzebę wydrapania mu oczu. Obnażyła na niego zęby jak kot, po czym odwróciła się na pięcie, wściekle kręcąc biodrami.
- Nie idź za mną, dobrze radzę! - zawołała, a gdy następnym razem spojrzała przez ramię, po Rakshahrze nie było śladu.

JHU3YyP.jpg

Od tamtej pory Rakshahr pojawiał się często na ich dworze, a Sheila, która chodziła już uczesana, czysta i jak zwykle nieskromnie ubrana, przestała reagować na jego docinki złością. Zamiast tego rozpoczęła z nim swoistą grę w kotka i myszkę, gdzie oni sami gubili się w tym, kto akurat odgrywał jaką rolę. Wydawało się jej, iż byli w pewnym sensie podobni - tak samo lubili działać ludziom na nerwy, robić rzeczy niebezpieczne i zgłębiać tematy, które pospólstwo omijało szerokim łukiem, a przede wszystkim - byli równie nieprzewidywalni. W pewnym momencie zrozumiała, że ją fascynował; oczywiście nie dała tego po sobie poznać, ale ciągnęło ją do niego. Postrzegała go jako magicznie zamkniętą skrzynię, którą mogła potrząsać, próbując zidentyfikować obiekty kryjące się wewnątrz, ale nie potrafiła jej otworzyć. Z każdym spotkaniem - a te zdarzały się nieregularnie, na różną ilość dni - wydawało jej się, że znalazła pęknięcie, dzięki któremu zdoła zajrzeć do środka, ale na próżno. Dopadała ją natrętna frustracja. Ponadto człowiek ten był Ognioplujem; znał sztuki magii ognia i chociaż obowiązywał surowy zakaz posługiwania się nią w Laquii bez pozwolenia, sam fakt posiadania tej mocy wzbudzał wśród wszystkich wokół strach. Sheila również słyszała setki opowieści o Pożodze, która strawiła tak wielką część ich kochanej wyspy, zresztą nie była głupia. Wiedziała, ile szkód mógł wyrządzić jedną iskrą. Ona również się go obawiała, ale to tylko wzmagało jej ciekawość. Dotąd nie znała człowieka, który tak by ją frapował. Nie chodziło jedynie o kwestię ognia. Im więcej się nad tym zastanawiała, tym mniej rozumiała.
Robili podchody względem siebie. Przychodziło im to zupełnie naturalnie; ród Sheilii znany był ze zmieniania kochanków jak rękawiczek. Najwyraźniej Rakshahr również. Ileż razy dostrzegła go gdzieś w zakamarkach zamku, obściskującego się z kolejną niewiastą. Dokuczała mu potem, że mógł wybrać lepiej lub czy w Avalonie posiadał tak kiepski wybór kobiet, że zadowalał się takimi - wtedy on następnym razem brał się za ładniejszą. Nie przeszkadzało jej to, a przynajmniej tak siebie przekonywała. Chcąc to sobie udowodnić, przespała się z nim, by potem pokazać mu, że to nic nie znaczyło. W nocy wymknęła się do Królewskich Ogrodów i czekała tam do rana, wspominając świeże przeżycia i wciąż je porównując, umniejszając, bagatelizując. Poszła na wspólne śniadanie z przeświadczeniem, że rzuci Raksharowi kpiące spojrzenie, a potem zajmie swoimi sprawami. Tymczasem przy stole dostrzegła, jak mknie dłonią po nodze kuzynki królowej i po raz pierwszy zapłonęła w niej wściekłość. Przygotowała wywar, po którego wymieszaniu z daniem dziewczyny, przykuła ją na tydzień do łóżka. Mężczyzna przyszedł do niej następnego dnia, akurat gdy medytowała, zbierając myśli i energię. Usiadł naprzeciw niej i nic nie mówił. Gdy otworzyła jedno oko, zobaczyła, że wpatrywał się w nią. Zrozumiała wtedy dwie rzeczy - jedną: on też nie potrafił jej rozszyfrować, co przyniosło jej ulgę; a drugą... Bała się tego, że nie mogła go rozgryźć, tego, że obdarzyła go sympatią, jakiej dawno do nikogo nie czuła. Bała się jego zagadkowych oczu i nieprzeniknionego uśmiechu, a jednocześnie one ją do niego przyciągały. Sheila była skołowana, ale przywdziewała pewny siebie wyraz twarzy i niecny uśmieszek. Niewiele o nim wiedziała, nie znała powodu, dla którego wciąż tutaj wracał. Dla niej jednak wystarczyło kontynuować grę.
Jej zabawy z nowym stałym gościem Dworu okazały się jedynym, co potrafiło ją zbliżyć do dawnej siebie, tej, która wykonywała powolne gesty, ale wskakiwała na wyższe obroty, gdy tylko się ją sprowokowało. Jeśli kiedyś Sheila wzbudzała nawet we własnej rodzinie niepokój, to teraz dało się to jasno określić jako strach; ta dzikość, która przytłoczyła ich po powrocie kobiety, wcale nie odeszła. Złagodniała, częściowo obumarła, ale nadal w niej tkwiła, jakby przez te lata wędrówki zakorzeniała się w niej, coraz głębiej i głębiej, czyniąc nieodwracalne zmiany. Często syczała i prychała jak kot, czaiła się po zakamarkach zamku, łaziła po drzewach, kryjąc się w nich lepiej niż niejeden Łucznik Lotosu. Czasem wykwitał na jej ustach dawny cwaniacki, szyderczy uśmiech, lecz poza tym przejawiała małe zainteresowanie czymkolwiek. Swoje dawne grymasy, kaprysy i zmiany zdania uskuteczniała nadal, bardziej jednak z wyrabianego przez całe życie nawyku, niż z działania przejrzystego umysłu.
Raz tylko jeszcze wybrała się w podróż, tym razem w obstawie Zwiadowców, ze względu na naciski królowej. Sheila wzruszyła tylko ramionami na jej decyzję. Chciała dostać się do Nieprzebytej Dżungli i odnaleźć raz jeszcze Jukifa, tego wspaniałego Ducha Tygrysa o sierści złocistej, przeplatanej pasami czarnymi jak najgłębsze wody oceanu, a oczach tak starych, jak tylko stary był świat. W kaplicy na skraju dżungli złożyła mu ofiarę, modliła się cały dzień i całą noc. Wiedziała, że nie musiała go szukać; jeśli mieli się znów spotkać, to on przyszedłby do niej. Tak się jednak nie stało. Po tygodniu czekania już miała zawrócić, kiedy z chaszczy wyskoczył tygrys. Zwiadowcy natychmiast sięgnęli po swoją broń, bo zwierzę obnażało na nich swoje gigantyczne kły, pierś wbijało w ziemię, zaś tylne łapy gotowe miało do skoku; Sheila jednak kazała im się cofnąć. Wyszła spokojnie naprzeciw tygrysa, wolno stawiając każdy krok, nie unosząc swojej ręki do jego pyska, a patrząc mu prosto w oczy. To nie jej zapach skrywał zamiary, ale dusza, a ją mogło zwierzę dostrzec jedynie w oczach. Zatrzymała się o krok od niego i patrzyli tak na siebie, las wokół huczał od dźwięków przyrody, która nawet w tak ważnym momencie nie wstrzymywała oddechu, i trwali w bezruchu, aż zwierzę schowało kły, po czym delikatnie pochyliło łeb. Usta kobiety po raz pierwszy do dawna rozciągnęły się w czystym, niewinnym uśmiechu. Z nabożną niemal czcią wsunęła palce w miękką sierść posłańca Jukifa, będąc przekonaną, iż nie dotykała w życiu nic delikatniejszego. Okrążała zwierzę, sunąc dłonią po stalowych mięśniach, po każdej kostce kręgosłupa, aż wróciła do jego pyska. Nadała mu imię Ayela, co w pradawnym języku oznaczało zbawienie, i wróciła z nim na Dwór, ku niezadowoleniu wszystkich mieszkańców stolicy. Od tamtego momentu stali się nierozłączni.

OsuhtjE.png

nature_lady_by_sakimichan-d4o7plc.jpg


2tlGTsD
"Do not pity the dead, Harry.
Pity the living, and, above all, those who live without love.”

Offline

#8 2018-09-19 16:21:28

Dolores
Kucyponek Jednorogi
MacintoshSafari 604.1

Odp: Faith and Power

Odessa Ennis
DwlblAgX4AAQZHL.jpg

Poznałem kiedyś mieszkankę ludu zamieszkującego kraj Hvalseyjar. Była istotą iście fascynującą i niezaprzeczalnie piękną, choć jej uroda znacznie różniła się od tej znanej mi z innych części Krainy. Na pierwszy plan wybijała powaga i dostojeństwo: przywodziła na myśl członków najznamienitszych rodów królewskich, choć w jej kroku pobrzmiewała nuta wojskowej musztry. Ciało miała gibkie i wysportowane, można było zaobserwować jak pod alabastrową skórą płynnie poruszały się wyćwiczone mięśnie. Smukłe plecy zdobił tatuaż złożony ze skomplikowanych wzorów, łagodnie rozpływających się w okolicach lędźwi. Długie włosy nosiła splecione w misterny warkocz, czasem ozdobione metalowymi spinkami w kształcie delikatnych kwiatów.
Twarz miała pociągłą, z wyraźnie zarysowanymi kośćmi policzkowymi i spiczastym podbródkiem. Oczy stalowo-szare, głęboko osadzone. Bił z nich chłód, gdy czujnie obserwowały otoczenie. Usta były wąskie i blade, nos pociągły. Przez lewy policzek przechodziła ledwie zauważalna blizna, która znikała gdzieś za uchem. Było w tej twarzy coś, przez co nie dało się przejść obok obojętnie. Może to nieznaczne skrzywienie ust, jakby w wyrazie odrazy czy ściągnięcie wyrazistych brwi. Cokolwiek to było, wyraźnie dawało znać, że nie była stąd.
Odessa, bo tak miała na imię, była osobą małomówną. W jej głowie działo się zdecydowanie więcej niż chciała uzewnętrznić. Przeważnie siedziała cicho, zabierając słowo jedynie w zupełnej ostateczności. Miała nienaganne maniery, zdawała się doskonale znać etykietę innych wysp, jakby od dawna przyuczano ją do tej roli. Mimo wszystko nie dało się uniknąć wrażenia, że Odessa odgrywała pewną rolę. Czasem zaledwie przez ułamek sekundy dawało się dostrzec jak niekomfortowo się w niej czuje. Zupełnie jakby ktoś przebrał żołnierza w strój damy i kazał zabawiać gości na przyjęciu.
Niewiele mi wiadomo o kulturze Hvalseyjaru, aczkolwiek Odessa zdecydowanie była osobą wykształconą. Potrafiła mówić i pisać w kilku językach, grała na instrumencie, a jej krok w tańcu był lekki. Jej sylwetka zdradzała umiejętności strzelania z łuku oraz walki bronią białą.
W Odessie było coś dziwnego. Jakaś dzikość serca, nieokiełznana rządza.

The light goes down, a mark from God. You're shaking now your brother's blood.


Ja pierdolę, ale ameby.

Offline

#9 2018-09-19 16:22:57

Dolores
Kucyponek Jednorogi
MacintoshSafari 604.1

Odp: Faith and Power

rTsQB4D.png
f23345c1b274c13611cd8958daf855bd.jpg

vDBY8tJ.png

Deep within the shadows, I'm the hungry wolf you fear
But I can see that you're the only evil creature here
Before you came we lived in peace but you brought us death
I sing my pain up to the moon but it's a waste of breath




Ukryta wiadomość

the_city_of_shakar_by_noahbradley-d55frpt.jpg
1d5eb7f9711c64f83e02b314b9f4c535.jpg
476fb2cfc8ae918fb8be4b231ea7b864.jpg

6h5kTqU.png

Bóstwa:
SELASUND - główny bóg
LEIRA - pierwsza żona Selasunda
OSTA - wredna jędza


Ja pierdolę, ale ameby.

Offline

#10 2018-10-10 22:00:05

Arbalester
Łoś Przewodnik
Windows 7Chrome 69.0.3497.100

Odp: Faith and Power

maxim-revin-saiph21.jpg?1443929720

POWIEŚĆ O WYSPIE PIASKU (RA), SKAŁY (RIK) I OGNIA (HA)

Kiedy Rarikha odłączyła się od reszty Krainy, przetoczyły się przez nią niszczycielskie pożary, podsycane przez smoki. Ogień strawił wszelką roślinność na nowo powstałej wyspie, wysuszył źródła. Bóstwo opiekujące się nią, patrzyło na to z trwogą. Aaman, bo tak brzmiało imię onego, próbowało okiełznać dziką siłę natury, ale płomienie skażono złą magią i nie istniała możliwość, by je zgasić czy przegnać - to tylko przeniosłoby problem ostatecznie na inną wyspę, a tego Aaman nie chciało. Postanowiło je zdusić i nadać im nową formę. Stworzyło na całej wyspie pionowe twory ze skał wulkanicznych, później nazwane przez ludzi shourzu hashun, kominami płynnego ognia. Tam przeniosło ogień i przekuło go w lawę. Ta, choć wyciekała i pluła z kominów, nie była w stanie przerodzić się z powrotem w ogień i rozprzestrzenić jak wcześniej.
Ze smokami Aaman miało większy problem. Kochało je całym sobą i nie chciało ich krzywdzić. Długo prowadziło z nimi rozmowy i niektóre zgodziły się oddać onemu posłuszeństwo, ale wiele z nich uniosło się dumą i nie zgięły karku przed bóstwem. Starało się część z nich przepędzić, zakląć w górach i kanionach, uśpić, aż spokornieją. Te jednak, które nie dały się nawet schwytać, Aaman musiało zgładzić. Ze smutku pękło onemu serce, a z kropli krwi opadłych na ziemię i skały, powstały złoża magicznego minerału o wspaniałych właściwościach -
saalarium, kryształ słońca. Później miał się on stać podstawą funkcjonowania ludzi na Rarikhrze.
Aaman wiedziało jednak, że czysty żywioł nigdy nie zostanie poskromiony i wciąż stwarzał zagrożenie. Poza tym noce niosły zdradziecko niskie temperatury, do pokonania których ludzie będą potrzebowali ciepła. Zdecydowało się na przekazanie niektórym śmiertelnikom niewielkiej ilości magii, umożliwiającej kontrolę ognia, ale nie tylko. Aaman oświetliło Wybranych swoim blaskiem, a ten padł na nich jasnymi promieniami. Światło i niesiona z nim magia nie posiadały jednej formy, toteż Dary,
Haishtai, przejawiały się różnie. Każdy zaś Wybrany, Hasi, na skórze posiadł symbol, nafi. Nafi przybierały różne kształty i pojawiały się w różnych miejscach, a interpretować potrafili je tylko Uczeni, Yafami.
Jeżeli ludzie mają tu żyć, myślało bóstwo, drapiąc brodę jedną z wielu rąk, potrzebują źródeł wody. Używając swej magii, zdołało stworzyć kilka studni, z których trysnęła pitna woda, ale niestety więcej nie mogło - groziło to rozpadnięciem się wyspy na mniejsze części. Już dokonane działania naruszyły mocno strukturę wyspy, od tego czasu będącej w ciągłym ruchu sejsmicznym. Kolejne mniejsze źródła otwierały się i zamykały w przypadkowych miejscach. Bóstwo, obawiające się dalszych ingerencji w tym kierunku, dopilnowało, aby pierwotnie utworzone przez onego studnie nie wyschły. Dzięki temu wkrótce woda wsiąkła w otaczającą ją ziemię i powstały oazy. Aaman wierzyło, iż ludzie sobie poradzą.
Sama woda jednak nie była w stanie im wystarczyć. Potrzebowali pożywienia. Niewiele roślin mogło przetrwać gorące dni, zimne noce i minimalną ilość opadów. Z magią Aaman, ziemię w niewielkim stopniu pokryły płowe trawy, gąbczaste kolonie, kaktusowe twory, pojawiło się nawet trochę drzew, rodzących wielkie, soczyste owoce w porach deszczowych. Tym mieli się żywić nie tylko ludzie, ale i zwierzęta. Te również Aaman musiało przystosować do rakhirańskich warunków. Włosie futrzanych chłodziło je w upały, a grzało w zimnie, jaszczurowate posiadły grubą, pancerną skórę, pełniącą tę samą rolę. Gady mogły zakopać się w piasku, ptaki traciły pióra, by potem odrosły w ciągu doby. Bóstwo było zadowolone ze swojej pracy. Udało się onemu tchnąć życie w miejsce, gdzie znikło ono zupełnie. Nie wyglądało tak, jak przed Rozpadem, ale miało swój urok i piękno, które wzruszały serce Aaman.
Szykując się do wpuszczenia człowieka na Rarikhę i myśląc o tym, jak szybko ją zaludni, Aaman stwierdziło, że będzie potrzebowało pomocy w pilnowaniu ludzi. Miało jedenaście złotych mieczy, a każde z nich powierzyło innemu aniołowi. W ten sposób narodziły się:
Tarkhak, anioł pokoju, Afruzeb, anioł przebaczenia, Ramiruz, anioł uczciowści, Yarsha, anioł prawdy, Yavee, anioł niewidocznego, Khish, anioł snu, Israfel, anioł pieśni, Sheev, anioł nowego życia, Ifra, anioł czasu, Rahma, anioł nocy oraz Birhar, anioł niebiański. Każdy z nich pełnił inną rolę, przedstawiał inne wartości i odpowiadał za inne aspekty. Sprawowały się znakomicie bardzo długo, aż pewnego dnia trzy z nich zbliżyły się za bardzo do ludzi, a ten bezpośredni kontakt poskutkował ich Upadkiem. Tarkhak stał się aniołem wojny, Afruzeb aniołem zemsty, a Ramiruz aniołem mistyfikacji. Były to mroczne lata w historii Rarikhy. Upadłe anioły próbowały z pomocą pozostałych stworzyć magiczne istoty, które pomogłyby ludziom w poskromieniu dzikości, jaka się w nich rozpaliła, ale ich twory obracały się przeciwko nim. Wiele ze stworzeń nie potrafiło zachować neutralności, jaką planowały anioły. Ifryty, impy, magogi, dżiny, nagi, wiwerny, mantikory, chochliki, sukkuby, czarty, rakszasy czy sabiry to tylko część istot, jaka powstała. Wiele z nich do dziś stanowi dla śmiertelników duże zagrożenie. Aaman dotąd nie ingerowało w wydarzenia, świadome, że mrok i jasność to nieodłączna już natura ludzi. Dlatego poświęciło swoją Upadłą Trójcę, nie próbując jej nawrócić. Tylko w ten sposób miało szansę w najmniejszy choć sposób mieć kontrolę nad ciemną stroną Rarikhan, a po tytanicznym wysiłku naprawiania wyspy, ostatnimi swoimi siłami powołało do życia dwa ptaki - Simurgha i Feniksa, sprawujące pieczę nad wodą i ziemią oraz ogniem i powietrzem. Na ich wzór powstały później kolejne mityczne ptaki na usługach aniołów, będące wykonawcami ich woli.
W ten sposób światło i mrok zazębiły się na wyspie, dopełniając cykl istnienia.
Rarikha żyła.

hSApvEN.jpg

SAALARIUM, KRYSZTAŁ SŁOŃCA (SAALAR)

Złoża minerału saalarium były dla Rarikhan najcenniejszym darem od bóstwa. Pojawiały się w najróżniejszych miejscach, większe i mniejsze, łatwiej i trudniej dostępne. Tych, którzy zajmowali się ich odszukiwaniem, nazywano hazun, co oznaczało poszukiwacza. Niektórzy ułatwiali sobie zadanie, podróżując z Amuletami Kierunku, swoistym kompasem na złoża. Były to jednak bardzo drogie i skomplikowane cacka, a jeśli xakt nie wykonał ich doskonale, potrafiły szwankować i wyprowadzić na manowce (czyt. legowiska smoka). Hazuni przede wszystkim musieli posiadać zdolności do przetrwania w pojedynkę na Bezdrożach. Oznaczało to obeznanie z mapami, oznaczanie miejsc, odczytywanie położenia z gwiazd, umiejętność racjonowania żywności i ewentualnego jej upolowania, a przedtem - wytropienia. Ponadto wznoszenie lub odszukanie schronienia, zwłaszcza takiego, do którego nie dobiorą się dzikie zwierzęta. Fach Poszukiwaczy był zdecydowanie najbardziej ryzykownym, dlatego też niezwykle ich ceniono.
Hazuni często robili też za
allę, czyli wydobywcę minerału. Wymagało to ogromnego wyczucia, delikatności i umiejętności, by dokopać się do złoży minerału, a następnie je pozyskać. Alla nie zajmował się niczym więcej. Najczęściej zostawały nimi osoby pracujące w kopalniach i wykopaliskach, podejmując się tej pracy jako dodatkowego zlecenia, gdy brakowało im pieniędzy.
Ostatnim etapem przygotowywania minerału do użytkowania był
xakt, czyli mistrz, bądź rękodzielnik, zajmujący się zazwyczaj także tworami przyziemnymi. On przekształcał minerał w kryształ gotowy do dalszej obróbki, a co lepsi sami przekształcali saalar i wytwarzali z nim różne przedmioty do sprzedaży lub na zlecenia - prywatne, bądź z góry. Im lepszy xakt, tym porządniejsze i efektywniejsze przedmioty tworzył. Często dostawali także zlecenia od magów, zbyt leniwych na brudną robotę, chcących na sam koniec jedynie dodać magii, by wzmocnić magią działanie przedmiotu, bądź nagiąć jego efekt do swojej woli.

qhky3x2.jpg

MIASTO POCZĄTKU (IPHIRRAX) ORAZ INNE METROPOLIE

Ludzie, dotąd skryci przez Aaman w skalnej grocie, wyszli na światło dzienne, głodni, spragnieni, wystraszeni. Bóstwo zesłało do nich Yavee, aby wskazała im drogę do studni. Yavee, niewidoczna dla ludzkich oczu, machnęła swym krystalicznym mieczem. Nagły błysk oślepił ludzi, ale ponieważ wszędzie jak okiem sięgnąć otaczał ich złoty piasek, postanowili iść w kierunku, skąd dobiegło ich światło. Yavee niestrudzenie kierowała ludzi, aż padli na skraju wielkiego zbiornika wodnego. Sama również przysiadła na pobliskiej skale, obserwując podopiecznych. Ci zaś początkowo nieufnie podchodzili do wody, ale gdy poczuli jej orzeźwiający, czysty smak, niemal stracili zmysły. Wskoczyli do źródła, umyli się z pyłu i potu, a kiedy brud z nich spłynął, spojrzeli wokół siebie świeżym wzrokiem i dostrzegli ziemię, pokrywającą się coraz dalej zielenią, a nawet pierwsze krzewy i drzewa. To tam powstała stolica, Miasto Początku. Pierwsi z Rodów, Iphyr Mahron, postawili pierwsze kamienie, na których później wspólnymi siłami wznieśli pałac, a wokół niego dwór, gdzie za parę setek lat miała mieszkać cesarska rodzina. Kompleks zawierał wszystko to, czego potrzebowało do funkcjonowania małe miasteczko - bo tym też początkowo było. Wieki mijały, społeczeństwo się rozrastało, a tkanka miasta wraz z nim. Najznamienitszy xakt swoich czasów wynalazł sposób, aby doprowadzić wodę ze źródła na obrzeża, tworząc sztuczne rzeki, napędzane saalarem. Wynalazek ten nazwał akweduktami. Jezioro Yavee, bo tak zostało nazwane przez Pierwszych, posiadało niewyczerpalne zapasy wody, dzięki czemu udało się wytworzyć kolejne skwery zieleni, a wkrótce i cały system, wrastający w tkankę miasta tak, jakby istniał w nim od zawsze. Powstały miejsca upraw, co możniejszych stać było na własne ogródki - oznaczało to opłacenie sztukmistrzów kryształu, by doprowadzili na ich teren połączenie z głównego akweduktu, po czym musieli się liczyć z podwyższeniem podatków.
Niedługo w ślad za stolicą podążyły kolejne miejscowości, choć nigdzie ziemia nie była na tyle urodzajna, by się aż tak rozrosły - zamiast tego w niektórych miastach wkopano się pod ziemię; tam panował chłód i wilgoć łatwiej się utrzymywała. Wymyślono charakterystyczne systemy świetlików, lustrzanych korytarzy i wnęk, dzięki którym podziemiom nie brakowało słońca, ale pomimo tego standard życia tam znacząco spadał, a również wzrastała przestępczość. Szczególnie to zjawisko rozwinęło się w Iphirraxie. Wykopywano tam poziom za poziomem, w coraz głębsze ciemności, gdzie chętnie osiedlali się wyrzutki i zbrodniarze, a także biedni i odrzuceni. Ludzie z Bezdroży często łudzili się, iż zrobią w mieście wielką karierę, ale tylko niektórym z nich udało się znaleźć choćby uczciwą pracę o minimalnej płacy. Miastowi ich nie lubili, uważali za gorszy typ ludzi; dopiero w Podziemiach stawali się równi. Z bandytami i kalekami. Bez problemu z kolei zatrudniano ich do wojska, jako ochroniarzy i sługi. Patrolowanie miast i pilnowanie, by nikt nie naruszał kryształowych tworów to ciężka i niewdzięczna praca, i właśnie dlatego przypadała najczęściej im oraz tym, których pozbawiono wyboru.

Z7cyYfs.jpg

SPOŁECZNOŚĆ MIEJSKA I CIENIE RARIKHY

Lud zamieszkujący Rarikhę to ludzie twardzi i zdecydowani, nie obawiający się sięgnąć po swoje. Wiedząc, czego chcą, rzadko coś potrafi ich odwieść od raz podjętej decyzji - co nie zawsze okazuje się cechą pozytywną. Wśród nich są najlepiej targujący się sprzedawcy oraz wybitni wytwórcy szkła i ceramiki. Najwięksi mistrzowie tych kunsztów nie mają sobie równych, a szkło iphyrraxańskie jest znane we wszystkich pięciu krainach. Podstawową wartością niezmiennie jest dla nich rodzina, co znajduje swoje odzwierciedlenie tak w życiu codziennym, jak i w polityce oraz mitologii i religii . Choć tutejszy lud do obcokrajowców odnosi się zazwyczaj z szacunkiem i przyjaźnie (w mieście postrzega się ich wizyty jako swego rodzaju atrakcję), tak między nimi samymi istnieje wiele podziałów. Tym, co głównie poróżnia społeczeństwo, to wzajemna pogarda mieszczan do dzikich i odwrotnie.
W najlepszej sytuacji znajdowali się rolnicy, bo ich uprawy wyżywiały wszystkich, łącznie z dynastiami. Ze względu na ogromne trudności, z jakimi muszą się mierzyć, wysoko ceni się tych, którzy od lat niezmiennie radzą sobie z tą funkcją, pierwotnie powierzoną rodowi złotej krwi Shaix, choć można i powiedzieć, że ktokolwiek będący w swoim fachu na tyle dobrym, by znaleźć się w zasięgu zaufanego wzroku dynastii, jest w stanie żyć na godnym poziomie. Dostrzeżenie przez Złoty Ród wiązało się z wieloma przywilejami, ale i ciężką pracą. Zdarzało się też, że chcąc nie chcąc, niewinni wikłali się w polityczne gry, czasem nawet bez własnej wiedzy. Niektórzy jednakże celowo parli w tym kierunku, spodziewając się kolejnych profitów. Ci właśnie ludzie znajdowali się na szczycie łańcucha pokarmowego, tuż poniżej utytułowanych osób. Za nimi klasa średnia - mniej obserwowana przez same dynastie, a pilniej przez złote wojsko - prowadzi życie często na służbie podwładnych dynastii i przez nich uprzywilejowanych. Niekiedy podejmują się paru prac lub przyjmują dodatkowe zadania, by udźwignąć koszty życia w mieście. Rzadko pozwalają sobie na więcej niż jedno dziecko lub w ogóle, gdyż utrzymanie jest wysokie. Najbiedniejsi z nich schodzą na pierwszy poziom podziemi, uznawany jeszcze za względnie jasną część miasta. Jakkolwiek mało monet nie mieliby w sakwie, zawsze znajdą coś na korzystanie z atrakcji miasta.
Niemal równie szeroką grupą co ta powyżej nich, są ludzie z podziemi. Zajmują się mniej lub bardziej legalnymi biznesami, niekiedy nawet współpracują z samą górą - oczywiście potajemnie. Tam znajdzie się tych, którzy podejmą się zadań, jakich ci na powierzchni z reguły unikają szerokim łukiem. Pod miastem panuje niemal raj dla przestępców i szemranych interesów, bo złote wojsko rzadko zapuszcza się tam, by zrobić porządek. Regularnie widuje się ich na pierwszym poziomie, ale nadal ciężko to określić jako "często". Przeklęci, bankruci, eksperymenty, chimery, wygnani, kalecy, najemnicy - to oni spacerowali wśród cienistych korytarzy Podziemi, wyjątkowo wyzbyci uprzedzeń, wypełnieni zamiast tego nieufnością i dystansem.
Życie w mieście także miało swoją cenę i nie było usłane kwiatami.

lloyd-allan-lloyd-allan-windmills-small.jpg?1443930449

DZICY I BEZDROŻA

Ludzi zamieszkujących Bezdroża nazywano Dzikimi. Ich rodziny identyfikują się z poszczególnymi plemionami, z jakich pochodzą. Te między sobą mają waści stare jak wyspa, ale i zupełnie świeże. Z tymi, z którymi nie żyją w pokoju, nie mają prawa handlu, udzielania pomocy, komunikowania się - zależnie od stopnia zaognienia konfliktu i czasu jego trwania. Bywa, że atakują się bez namysłu, kiedy tylko się napotkają (rozpoznają się przez wyrysowane na ciałach tatuaże), choć zazwyczaj to bardziej osobiste porachunki. Atak bez planu to czysta rzeź, a żadne plemię nie chce umyślnie wybijać swojej rodziny w pień. Za łamanie praw plemiennych, zwłaszcza tych dotyczących innych plemion, obowiązywały surowe kary, egzekwowane przez  Wodza, Abula. To Wódz ustanawiał prawa, później zatwierdzane lub negowane przez Starszego, Awo i nie zostawały nigdy zmieniane, poza bardzo wyjątkowymi sytuacjami. Byli to ludzie głęboko tradycjonalistyczni i bezkompromisowi - językiem miastowych, sztywni.
Dzicy żyli z dnia na dzień, wciąż się przemieszczając za źródłami wody. Każdy kolejny wschód to walka o pożywienie, a zachód to bitwa o spokojny sen, ale tym się szczycili, bo wierzyli, iż Aaman taki los im przeznaczyło, a nie obrastanie w tłuszcz nad jeziorem oazy i oddawanie się wszelakim niegodnym czynnościom. Jakkolwiek trudny nie byłby ich tryb życia, to nadawało im sens istnienia. Większość Dzikich nie potrafiła żyć w bezruchu, osiąść w jednym miejscu i oglądać do śmierci te same widoki. Tylko na Bezdrożach czuli się prawdziwie wolni.
W ich szeregach powinien, wręcz musiał, znajdować się choćby hazun i alla, bo bez żadnych zapasów saalaru ciężko przetrwać na Bezdrożach. Większość mężczyzn poznawała w niewielkim stopniu sztukę przerabiania kryształu, a poważniejszymi rzeczami zajmował się Wódz, choć rzadko kiedy zdarzało się, by osiągał on poziom xakta. Wznosili obozy, jeśli sprzyjało szczęście, w osłoniętym miejscu, a im więcej czasu tam przebywali, tym solidniejsze się stawały. Nie zawsze zabierali wszystko ze sobą, kiedy pobliskie źródło się zamykało; często zostawiali wiele rzeczy, nie będąc w stanie ich unieść. Inni Dzicy podbierali wtedy z tego później co się dało lub rozbijali swój własny obóz na ich miejsce, jeśli źródło ponownie się otworzyło lub powstała niedaleko inna wyrwa. I chociaż nie lubili miastowych, to kiedy tylko ich drogi krzyżowały się na Bezdrożach, dzicy służyli im strawą, pomocą lub schronieniem. Zazwyczaj.

R4431C7.jpg

GILDIE MAGÓW (HASI) I UCZONYCH (YAFAMI)

Dar mógł być dziedziczony, ale nie musiał. Dziecko dwóch Hasi mogło okazać się niemagiczne, a to mające dwóch zwykłych śmiertelników za rodziców - Wybranym. Mówi się, że taki plan stworzyło Aaman, aby zapobiec magicznym dynastiom, mogącym stać się zagrożeniem dla całego społeczeństwa. Bez względu jednak na przyczynę, magowie raczej nie przywiązywali wielkiej wagi do rodziny, a skupiali się zamiast tego na zgłębianiu nauk. Wielu z nich nawet nie wiedziało o posiadaniu Haishtai; jeżeli nie przebudził się on naturalnie w wieku dojrzewania, tkwił uśpiony wewnątrz człowieka, czekając na katalizator, na odpowiedni moment. Nie w życiu każdego on nadchodził, choć niektórzy usilnie szukali w sobie ziarna magii. Przejawiała się ona z różną intensywnością. Największy Uczony w dziejach Rarikhy twierdził, iż wszystko zależało od charakteru Wybranego. To samo dotyczyło specjalnych zdolności, jakie niósł ze sobą Dar. Bywało, że magom zajmowało całe życie odkrywanie swojej wyjątkowości, choć symbole często zdradzały część lub całą prawdę. Czytanie aury, przyszłości, zaklinanie umysłu to część tego, co mogło nieść ze sobą błogosławieństwo. Nie każdy potrafił to udźwignąć. Słynna Irinieth Nesseth wytrzymała jedynie rok wysłuchiwania głosów zmarłych, nie dających się wyciszyć żadnymi trunkami ani truciznami, aż odebrała sobie życie. Magowie posiadali wrażliwe dusze i umysły, dzięki czemu łatwiej im przenikać magię i zaglądać w niewidoczne, ale to też odsłaniało ich na ataki; zarówno wrogiej energii, jak i samych siebie. Tak jak przed tymi pierwszymi mogli się obronić, tak przed drugimi było im ciężej.
Gildie to kompleksy budynków, pomniejsze miasta, skupiające najwybitniejszych wśród Hasi i Yafami, ale także ich pomagierów i tych, którzy chcieli się uczyć. Choć nie spotyka się tam przestępczości takiej, jak w miastach Niewidzących (tak magowie nazywali nie-magów), to właśnie tam dusze i umysły stają przed największymi wyzwaniami, a śmiertelnikom brak granic. Wielu Hasi uwikłało się w politykę, zarówno pomniejszą, jak i całej krainy. Zza kulis pomagali Rodom, interweniowali w konfliktach. Dzięki temu na wiele ich wybryków i zbrodni patrzono z przymrużeniem oka, co pozwalało jednostkom nawet na eksperymenty na ludziach i innych stworzeniach. To rodziło wiele przekrętów, tym bardziej niebezpiecznych, bo owianych tajemnicą i niepozornością magii. W cieniach kryły się cudze oczy, w upominkach klątwy, trucizny w kosmetykach. Na ulicach dymiło od fajek i substancji odurzających, światło lamp migotało zdradliwie, przyciągając jak ćmy. Wszystko to obciążało magów na wiele sposobów, a odbite zaklęcia lub klątwy ich niszczyły, dlatego często Hasi nosili różnorakie maski (co zamożniejsi lub zdolniejsi - złote), by ukryć przed ludźmi swe zniekształcenia czy ubytki, lub zakamuflować swoją tożsamość. Yafami starali się trzymać od tego wszystkiego z dala, ale dopóki człowiek człowiekiem, i oni będą ulegali złotym obietnicom i układom. Bywało, że nie dawano im wyboru. Gildie to labirynty duszy oraz umysłu i wielu się w nich gubiło.
Ponadto miejsca te były głównymi fabrykami przedmiotów magicznych, a przede wszystkim golemów robotniczych. Kuźnie znajdowały się na obrzeżach i tam pracowali mniej zdolni magowie, zaś kopalnie wydobywające niezbędne złoża kamieni zazwyczaj powstawały w pobliżu gildii. Transportowano je do miast przez specjalnie utworzony przez Hasi portal, którego rysy wypełniało płynne saalarium. Oprócz tych, co im życie niemiłe, nikt inny nie korzystał z portali. Ich rozmiar niósł ze sobą niestabilność, która przy odrobinie szczęścia skutkowała utraceniem kończyny.

A5llY5x.jpg

PIERWSI Z RODÓW (IPHYR MAHRON) I ZŁOTA KREW (KHISS NAZU)

Gdy ludzie na wyspie poczęli działać jako społeczność, a nie jednostki, pojawiły się pierwsze konflikty i zgrzyty. Religia nie łączyła ich tam, gdzie powinna, bo sprawy były czysto przyziemne. Dlatego Aaman posłało Birhara, aby wyszukał wśród ludu wyjątkowe osoby, przejawiające się mądrością, sprytem, inteligencją, siłą, odwagą, wyrozumiałością, empatią, sprawiedliwością, oddaniem. Birhar długo obserwował ludzi, nie ingerując w ich życie. Patrzył i zapamiętywał, a jego uwaga coraz bardziej skupiała się na dziesięciu osobach, każda wyróżniająca się wspomnianą przez bóstwo cechą. Kiedy zdobył pewność w swoim wyborze, objawił się im pod osłoną nocy, dłoń przykładając do serc, obdarzając ich tym samym złotym nafi. Wzeszedł poranek, a anioł czekał na głównym placu, gdzie dzień w dzień zbierali się ludzie. Ten dzień nie różnił się pod tym względem od poprzednich. Gdy wszystkie oczy i uszy skupiły się na niebiańskim Birharze, głosem czystym jak łza, niosącym się echem, ale subtelnym, on przemówił. Kazał wyjść na środek tym, którym objawił się poprzedniej nocy i zapowiedział, że oto są Iphyr Mahron, Pierwsi z Rodów, khiss nazu, złota krew - ich śmiertelni, namacalni przewodnicy w tym zwodniczym, niebezpiecznym świecie, ale także i przyszłe dynastie. Każdy człowiek danego rodu posiada i będzie posiadał złoty nafi, mówiący o przynależności do swego nazwiska. Symbole przedstawiają rolę, jaką rody miały pełnić na wyspie. Pierwsza wystąpiła kobieta, Asebia. Głowę unosiła wysoko z dumą, nie zadzierając jej, a złociste oczy patrzyły poważnie. Należała do najważniejszego rodu Shiuq. Rodzina, jaką założy, zostanie rodziną cesarską, dzierżącą ciężar najwyższej władzy śmiertelnej w Rarikhrze. W ich obowiązku leży uczciwe rządzenie ludem, sprawowanie pieczy nad wszystkimi, którzy są pod nimi, nawet tymi wydającymi się mieć znikome znaczenie. Mają uczestniczyć w życiu duchowym, kultywować tradycję i świecić przykładem tak, by Aaman było z nich dumne. Oni odpowiadają za pozostałe rody. Za Asebią stanęli bracia, Nomah i Psabari. Dwaj mężczyźni urodzili się z jednej matki, ale różnych ojców, więc ich nazwiska różniły się. Nomah Asula, osobnik zwinny i szybki, miał dzierżyć miecz narodu, zaś Psabari Raadha, potężny i silny, jego tarczę. Nierozłączni, odpowiadali za zbrojną ochronę wyspy i do dnia dzisiejszego ich rody żyją w godnej podziwu zażyłości. Zakazano im jednak samosądów i polecono kierować się powściągliwością oraz ponad wszelką miarę rozkazami od zwierzchników. Bracia ukłonili się aniołowi nisko i odstąpili na bok, aby mógł przed nim stanąć Binmut, skromny rolnik. Birhar polecił mu unieść głowę z dumą, bo to jego ród Shaix został wyróżniony jako ten najznamienitszy w swoim fachu, a przy tym uczciwy i sprawiedliwy. Shaix zgodnie z obietnicą złożoną aniołowi od wieków pilnowali interesów rolników, stali się ich głosem na dworze, dbali o nich jak o swą własną rodzinę. Do Birhara zbliżył się Ambis, człowiek spokojny i wyważony, oszczędny w słowach, by ilość nadrabiać ich wartością. Anioł na widok jego poważnej, acz strapionej miny, wyciągnął swój złoty miecz i kolejno dotknął nim jego prawego i lewego ramienia. Unosząc głos, przedstawił ludowi Ambisa z rodu Yadha, od tego dnia będącym słowem prawa na wyspie. To on sporządził zasady, obowiązujące wciąż w Rarikhrze i  to on rozstrzygał spory wśród ludu oraz dynastii. Yadha słynęli z bezwzględnej bezstronności, choć nie brakowało im empatii. Tuż za Ambisem podążyła Sabia Aboh, kobieta młoda, ale duszą stara ponad wiek. Jej strapione spojrzenie wzruszyło anioła, dlatego pozwolił jej zabrać głos, kiedy próbowała pojąć całą sytuację i powtarzała, że nie jest godna takiego zaszczytu. Birhar swą anielską dłonią dotknął czoła kobiety, uodparniając ją tym samym na wiele chorób i wzmacniając jej siły. Zapewnił ją, że ród Aboh zostanie najwspanialszą dynastią medyków i ta sama nadzieja, jaka wstąpiła w lud, ogarnęła także Sabię. Ukłoniła się nisko, przyjmując honor. Za jej plecami gorąco dyskutował opasły mężczyzna ze starszą kobietą. Kulturalnie, ale z pasją, która prędko zwróciła uwagę zgromadzonych. Vardu Jamneh, bogaty kupiec i wybitny handlarz rozejrzał się wokół. Wszystkie oczy zwróciły się ku ich dwójce, a wtedy on wyprostował grubą pierś i stanął przed aniołem. Jego znakomite zdolności Birhar także docenił, ogłaszając go Pierwszym z Rodu kupieckiego, handlującego w przyszłości z innymi krainami, dostarczając na Rarikhę wspaniałe i niezbędne dobra. Jamneh pilnują spokoju i porządku wśród cwanych sprzedawców i trzymają rękę na pulsie monety skarbców wyspy. Otrzymali ogromną odpowiedzialność, bo rozsądne zarządzanie dobrami to nie lada wyzwanie. Następnie z tłumu wystąpiła Neitaari Idru, a cała jej postać emanowała mądrością i wiedzą, zaś w oczach tańczyły ogniste iskierki. Wszyscy wybrani poza Asebią rozstąpili się, by mogła zbliżyć się do anioła. Ten wskazał jej nafi rodu i nafi maga, oznajmiając, że oto Pierwsza z Rodu Idru, przyszłej dynastii uczonych i magów, będąca ich przedstawicielem i wykonawcą woli. Idru mają dbać o ciągły rozwój nie tylko samej wyspy, ale i ludu, walczyć o ich edukację, dbać o wymianę naukową pomiędzy wyspami. Gdy tylko Birhar skończył mówić, podeszła do niego uśmiechnięta Kadamala, władająca słowem równie zwinnie, co Ambis, a do tego niezwykle piękna. Tego dnia zapoczątkowała istnienie Nisih, rodu dyplomatów, nawiązujących koneksje między krainami, będącym także posłańcami i poszukiwaczami okazji oraz szans tam, gdzie inni ich nie dostrzegali. Często nieśli słowa pomiędzy członkami rodów, którzy żyli z dala od siebie, kiedy pojawiała się sprawa do rozstrzygnięcia. Pielęgnują sztukę pięknego słowa do dziś. Jako ostatnia nadeszła Savarava, kobieta pokorna i usłużna, ale jakże niepewna. Nie rozumiała, dlaczego wybrano ją na Iphyr Mahron, skoro nie była w stanie założyć rodziny. Birhar wyjaśnił, że ród Yeshi nie potrzebuje własnych potomków, ponieważ ich wybiera. Wśród tych, którzy chcą służyć Aaman, sami wyłaniają następców swojego nazwiska, przekazując im nafi. Anioł obdarzył Savaravę wewnętrznym okiem, mającym ułatwić jej to zadanie i powiedział, że w ten sposób stworzy rodzinę, której nigdy by nie posiadła. Kobieta skinęła więc, pełna zaufania i szczęścia.
Takie były początki dynastii. Do dziś ich główna siedziba znajduje się w Iphyrraxie, gdzie regularnie spotykają się na dyskusje i planowania.

temple_interior_by_atarts_d99tl93-fullview.jpg

KULT SŁOŃCA

Tu będzie o dynastii Yeshi i wszystkich ich religijnych podwładnych [...]

RARIKHA
Niebiosa
Dynastie
Słownik
Muzyka

obrazky

anato-finnstark-zenyatta-ultimate-overwatch-by-anatofinnstark-db2hhzr.jpg?1489683725

MITOLOGIA

Mocno zakorzeniona

h7isOml.jpg

SMOKI, WŁADCY OGNIA

Smoki?

Q2YIPL9.jpg

STWORZENIA MAGICZNE

Smoki?

shahab-alizadeh-desda-low2.jpg?1463775397

GEOGRAFIA

Się tworzy.

lloyd-allan-lloyd-allan-haul-interrogation.jpg?1451673306

PRZYRODA

Również.


2tlGTsD
"Do not pity the dead, Harry.
Pity the living, and, above all, those who live without love.”

Offline

Użytkowników czytających ten temat: 0, gości: 1
[Bot] CCBot

Stopka

Forum oparte na FluxBB

Darmowe Forum
wspolnotalipowa - twstalker - gtadrop - the - zkbih