Opowiadania grupowe - forum Depesza

Opowiadania grupowe

Nie jesteś zalogowany na forum.

#11 2020-02-10 22:20:19

Arbalester
Szeryf Depeszy
WindowsChrome 79.0.3945.130

Odp: Faith and Power

VHVIjbM.png

igP7jsl.pngZrzuciła z siebie wierzchnie szaty i skryła je w szałasie. Nie ryzykowała jednak zostawienia torby; na pewno jej zawartość znikłaby w jednej chwili. Buty również zdjęła, po czym weszła do strumienia i nachyliła się nad rzeką, której nurt był wyjątkowo mocny. Przeszła w miejsce, lśniące teraz w blasku księżyca srebrem. Najady rzeczne z tego rejonu zostawiały na roślinach i dnie błyszczący śluz, dla Laquiańczyków nie do pomylenia z niczym innym, za to obcym mógł przypominać fakturę roślin czy wypolerowane kamienie. Tam, gdzie Sheila stała, musiały ich zaatakować - wszystko się srebrzyło. Rozejrzała się wokół, jednak jej obawy potwierdziły się; nie popłynęły na północ, nurtem Merise, ale w jej odnogę, wpadającą do Zatoki Nimf. Nachmurzyła się.
igP7jsl.png- Co za mina? Co ich zaatakowało?
igP7jsl.pngMa'alik zerknęła w jego stronę. Zobaczyła, jak patrzył na jej zabandażowane ręce, ale nic na to nie powiedział; może nie chciał poruszać tematu przy Marseenie. Czy tym drugim, Saraanie. Może powinna odróżniać ich na podstawie ilości ciapek?
igP7jsl.png- Najady rzeczne. - Cmoknęła z odrazą. - Prawdopodobnie ze cztery, więc poruszają się dość szybko, a i nurt płynie na ich korzyść. Nietypowo. Kierują się do zatoki, a to niezbyt dobre miejsce dla was.
igP7jsl.png- Zatoka? Dla Serc? - Saraan napiął dumnie pierś, ale Sheila prędko przebiła jego ego:
igP7jsl.png- Zatoka. Dla mężczyzn - pod nosem dodała jeszcze niezbyt pochlebny epitet pod adresem sekretarza Dimki. - Najady uwodzą mężczyzn ciałem i śpiewem, a tam się od nich roi. Rzeczne, jeziorne, morskie, wszelkie najgorsze szlamy. Te ostatnie są najbardziej niebezpieczne, ale raczej nie podpływają do brzegu. Jeśli jeszcze bawią się z nimi inne nimfy... - Splunęła z odrazą do rzeki. - Nie znoszę tych gnid. Będzie lepiej, jeśli sama pójdę.
igP7jsl.png- Poradzisz sobie sama z nimi wszystkimi?
igP7jsl.pngNie potrafiła mu stanowczo odpowiedź, nie w tym czasie. Jeszcze nie tak dawno szybko by się roześmiała i powiedziała, że bez najmniejszego problemu. Teraz nie miała pewności, co się działo w tej części wyspy. Nie mogła też drażnić natury, nie kiedy wojska zaraz wyruszały tam. Ta niepewność ją dobijała, ale ryzyko było zbyt wysokie.
igP7jsl.pngDimka poszedł w jej ślady i zostawił buty w szałasie, po czym stanął obok niej w rzece.
igP7jsl.png- Stworzymy łódź, pchniemy ją, by szybciej płynęła. Wyciszymy nasz słuch, ale najpierw opowiesz nam wszystko o tych najadach. Wspólnie damy radę, nie wyrządzając szkód.
igP7jsl.pngSpojrzała na niego z irytacją, aż dłoń zaświerzbiła ją, by wymierzyć mu policzek. Skubany doskonale wiedział, co powiedzieć, by ją przekonać. Mężczyzna wziął to za niemą zgodę i wraz ze Serananiem począł tkać łódkę. Ma'alik patrzyła na ich tańce z zainteresowaniem, ciesząc oczy widokami. Robili to zupełnie inaczej niż Laquiańczycy. Te wyważone, zharmonizowane i wyćwiczone ruchy mocno kontrastowały z pełnym wolności, energicznym tańcem, do jakiego przywykła w swojej ojczyźnie. I choć proces wyglądał fascynująco, jego efekt traktowała z dużą dozą ostrożności. Bez przekonania podeszła do łodzi i pchnęła jej burtę, kołysząc środkiem transportu. Nie miała zaufania do imitacji. W jej świecie imitacja oznaczała poważne problemy, jak trafienie do jamy mięsożernych motyli czy zboczenie ze ścieżki wprost do lasu Tysiąca Szeptów. Pchnęła jeszcze raz burtę.
igP7jsl.png- Przysięgam wam, że jeśli to się rozpłynie-
igP7jsl.png- Nie rozpłynie się - wtrącił Dimka.
igP7jsl.png- Jeśli to się rozpłynie i moje włosy zmokną, to mój tygrys was rozszarpie na skrawki.
igP7jsl.png- Twój co?
igP7jsl.pngNie wyjaśniając, wskoczyła z gracją na łódź i usadowiła się na dziobie, splatając ciasno włosy. Nie podobało jej się, że musieli zboczyć mocno z trasy; chciała koniecznie zobaczyć wymarsz wojsk ze stolicy, a najlepiej jeszcze wzmocnić ich swoją eskortą. Nie ufała jednak ciapkom, że sobie odpowiednio poradzą, mimo obecności jej przyjaciela. Ostatnimi czasy zaobserwowała w cyklach wyspy wiele zakłóceń i zachowań stworzeń, odbiegających od normy. Do tej pory jednak dotyczyło to pomniejszych zwierząt i małych ludów, ale ten atak mocno ją zmartwił. Mogło to oznaczać, że ta zaraza rozprzestrzeniała się także drogą wodną, nie tylko lądową, a to mogło ją mocno przyspieszyć.
igP7jsl.pngNie wspominała o tym nikomu, ale postawiła blokady po obu stronach rzeki. Szybko uplotła magią siatkę z trujących bluszczów, trwałą i parzącą, odstraszającą wszelkie większe stwory. Mijając jednak teraz jedną z nich, zobaczyła rozszarpane, zakrwawione strzępy resztki siatki. Najadom nie brakowało pożywienia, więc kierowała nimi tylko żądza krwi, szaleństwo. Jeśli to prawda, musiała zobaczyć skalę problemu.
igP7jsl.png- Najady rzeczne posiadają kły z jadem paraliżującym, działa w przeciągu sekund - zaczęła swój wywód, gdy płynęli tak z nurtem rzeki. Rozglądała się wokół, upewniając czy byli bezpieczni, ale żadnych niepokojących dźwięków ani ruchów. - Mieszkają zazwyczaj w jamach lub jaskiniach, choć ciężko to nazwać w zasadzie mieszkaniem. Przypływają tam najczęściej tylko wtedy, kiedy zdobędą pożywienie, a ono starcza im zazwyczaj na parę dni. Człowiek na dłużej. Niektóre gatunki najpierw ich wykorzystują, a potem dopiero pożerają żywą tkankę, ale nie trwa to zbyt długo. Szybko dochodzą do kości. - Odwróciła się, by dostrzec zniesmaczone miny Talentów. Uśmiechnęła się trochę kwaśno. - Też ich nie lubię. Rzeczne najady łatwo rozpoznać pomiędzy innymi, bo mają żywe kolory włosów, imitujące rośliny porastające dna rzek, ich ogony z kolei mają barwę mułu lub kamieni. Nie śpiewają, tak jak jeziorne. Te są mniej szkodliwe, mają tylko piękny śmiech i uwielbiają się bawić, choć z tym trzeba uważać, bo jak cię dopadną, to cię nie puszczą, aż opadniesz kompletnie z sił. Nie robią tego umyślnie, są zwyczajnie skrajnie głupie. - Odrzuciła warkocz na drugie ramię, przez chwilę nasłuchując w ciszy dźwięków lasu. - Najgorsze z najad są, jak wspomniałam, morskie. Mieliście okazję się z nimi spotkać?
igP7jsl.png- Ostrzegano nas przed syrenami, ale nie trafiliśmy na nie - odrzekł Saraan.
igP7jsl.png- Syreny - prychnęła. - Tak, zapomniałam, że tak je nazywacie. Mylicie je z Nefelinami, one trzymają się morskiego brzegu i niższych głębokości. Morskie najady żerują tam, gdzie światło nie dochodzi. Są paskudnie brzydkie, moim skromnym zdaniem, ale okazjonalnie wabią ludzi swoim pięknym śpiewem. Obiecują im wspaniałe rzeczy, mamią ich oczy, aż sami wpadają w ich ramiona. Na płytsze wody zatok  i wybrzeży wpływają, kiedy muszą odpocząć, rozmnożyć się lub pokazać pozostałym najadom, kto rządzi. Do tych ścierw nawet się nie zbliżajcie.
igP7jsl.png- Myślałem, że kochasz wszystkie istoty wyspy - rzucił Dimka z przekąsem.
igP7jsl.png- Ja i inne gatunki żeńskie rzadko się dogadujemy - odparła na to, odwracając się w jego stronę. - Pamiętasz tamtą driadę brzozy?
igP7jsl.png- Tą, której połamałaś gałęzie, zerwałaś korzenie i prawie posiekałaś pień siekierą? - upewnił się mężczyzna, z rozbawieniem zerkając na swojego zdegustowanego towarzysza. - O co tam w końcu poszło, bo się nie dowiedziałem? Taka wściekła wciąż chodziłaś.
igP7jsl.png- Ścięła moje włosy, kiedy spałam.
igP7jsl.pngDimka przez parę długich sekund wpatrywał się w nią bez słowa, aż w końcu parsknął śmiechem.
igP7jsl.png- Dlaczego mnie to nie dziwi?
igP7jsl.png- Dobij tutaj do brzegu - poleciła jakiś czas później.
igP7jsl.pngGdy tylko łódź zetknęła się z lądem, wyskoczyła na trawę. Rozłożyła swoją torbę, prezentując tym samym swoje zapasy ziół, wywarów, maści i innych niezidentyfikowanych przedmiotów. Otworzyła jeden z niewielkich słoiczków o kleistej, nieco złotej zawartości. Lepiła nią coś między palcami. Dochodził ich już szum wody i damskie głosy, ale na tej odległości jeszcze nieskuteczne.
igP7jsl.png- W pierwszej kolejności musimy spróbować wypatrzeć zza drzew norę najad. Rozglądamy się za czerwonymi włosami. Jeśli będziemy mieć szczęście, nasze zguby będą akurat unosić się na powierzchni. Natomiast gdyby to się nie udało, wespnę się na wodospad, bo jestem prawie pewna, że tam któreś z nich będą miały legowisko. Lubią trudno dostępne miejsca. Musicie mnie wtedy osłaniać, ale z lądu! - uniosła głos, podkreślając ostatnie słowa. - Pod żadnym pozorem nie wchodźcie do wody. Trzymajcie. Do uszu.
igP7jsl.pngPodała im ulepione zatyczki. Wzięli je dość niepewnie, oglądając w dłoniach. Użyła do nich miodu od elfów, który twardniał bez izolacji i pod wpływem ciepła. Powinno ich to skutecznie ogłuszyć. Nim Sarsen je włożył, zapytał jeszcze:
igP7jsl.png- Chciałabyś, żebyśmy cię w jakiś sposób wspomogli zawczasu?
igP7jsl.pngSheila, pochylona nad zatrzaskiem torby, spojrzała na niego spod wachlarza rzęs i szybko wróciła do swego zajęcia.
igP7jsl.png- Nie potrzebuję niczego od bogów, którzy nie raczą się nawet tu zjawić.

erin-lin-study520161212.jpg?1484378839

igP7jsl.pngOczywiście, że nie mogło pójść zbyt łatwo. Na brzegu wylegiwały się różne najady, robiąc mnóstwo hałasu - kakofonia syków, głośnych śmiechów, plusku i szumu w niczym nie przypominała urokliwych szeptów driad. Za żadnymi nimfami nie przepadała, ale te drugie chociaż były milsze dla uszu. I choć irytujący, ten widok i te dźwięki wydawały się naturalne, takie jak zawsze. Wodospad szumiał, rośliny na jego skałach i przy brzegu zatoki kwitły barwnie, wyjątkowo bujnie jak na tę porę dnia. Część z nich dawała już świetlisty, siny poblask, bo słońce zaszło i zmierzch zasnuwał jego światło coraz ciemniejszym płaszczem. W mąconej przez ogony najad tafli zatoki odbijały się coraz wyraźniej widoczne gwiazdy, błyszczące jasno i dodające teraz Sheilii otuchy.
igP7jsl.pngOczywiście umiała się wspinać. Robiła to od dziecka. W dżungli najpierw bachory uczyły się wspinać po drzewach, a dopiero potem chodzić po gruncie. Odkąd mieszkała w stolicy, podszkoliła się we wchodzeniu na tamtejsze góry i wdrapywanie na mury zabudowań. Nie tym się martwiła, nie to zjadało ją od środka. Dawno temu zakorzenił się w niej niepokój i powoli rósł, zdradziecko oplatając pnączami jej żebra, serce, żołądek. Zaczęło się od Law. Wtedy ziarno zagnieździło się w jej wnętrzu.
igP7jsl.pngKawałek skały odłamał się od wzniesienia i potoczył hałaśliwie w dół. Sheila przylgnęła do klifu, zerkając na swoich towarzyszy ukrytych w drzewach, ale żadna z istot na dole nie zwróciła uwagi na to, co się stało. Po krótkim złapaniu oddechu, wznowiła wspinaczkę, aż wreszcie jej głowa wychynęła znad szczytu. Ostrożnie rozejrzała się, czy nie czekały ją tam żadne niespodzianki. Dopisywało jej póki co szczęście, więc wdrapała się na trawę, przylegając do niej nisko całym ciałem. Wyjrzała za krawędź skał i mogłaby przysiąc, że w tym kotle na dole dostrzegła rubinowe przebłyski. Zmęczyło ją skradanie się. Cmoknęła i stanęła pewnie na dwóch nogach. Machnęła wyraźnie rękami w stronę morza. Minęła chwila, nim woda zaczęła szaleć przy ujściu zatoki. Kiedy to trwało, ona wykorzystała ten moment, by skoczyć. Wzięła lekki rozbieg. Czując ciśnienie wody pchające ją w dół, przyznała sobie, że prawdopodobnie zbyt lekki.
igP7jsl.pngPoczuła uderzenie o wodę w każdej najmniejszej kości; wiele kosztowało ją utrzymanie ust zaciśniętych. Oczy piekły, wokół tłoczyło się tysiące bąbelków, małych i dużych, wodospad wciąż pchał ją ku dnu. Próbowała się wyrwać i zaraz straciła orientację, gdzie góra, a gdzie dół. Powoli ogarniała ją panika, ale nagle znalazła się w bańce, a wszystko działo się teraz wokół niej, a raczej - poza nią. Mogła oddychać. Zauważyła jednocześnie smugę krwi, spływającą po jej nodze, co oznaczało mało czasu. Najady świetnie wyczuwały krew w wodzie.
igP7jsl.pngTak jak przewidywała, pod klifem znajdowała się jama, a w niej unosiła się kolacja dla rzecznych paskud. Sheila nacisnęła krawędź bańki przed sobą, a ta posłusznie posunęła się naprzód. Kobieta wydobyła zza pasa nóż i wzięła się za rozcinanie więzów, co chwila oglądając się przez ramię. Jeśli w tym miejscu ją otoczą, nie da rady się wydostać. Przyspieszyła swe ruchy, uwalniając Marseena. Wciągnęła go do swojej bańki, która natychmiast napęczniała. Na'agima zdążyła tylko odciąć od głazu. Gwałtowne szarpnięcie wytrąciło jej ostrze, opadające teraz ku czarnemu dnu. Bardziej czuła, niż widziała prędkość, z jaką się przemieszczali, aż nagle znaleźli się na powierzchni.
igP7jsl.png- Sheila, nie możemy tak szybko Tkać!
igP7jsl.pngPędząc w stronę brzegu, dostrzegła Dimkę, walczącego falami ze stadem najad morskich, wydających teraz tak przerażające skowyty, że Sheila żałowała nie założenia zatyczek. Jeziorne musiały się schować lub uciec, ale rzeczne zostały i to przed ich gniewnymi kłami ratował ich Saraan. Doliczyła się dziesięciu. Dwie kolejne płynęły w przeciwnym kierunku. Wyskoczywszy na grunt obok Saraana, uderzyła pięścią w glebę i natychmiast chwyciła kostur, jednocześnie wyrastający drobnymi gałęziami i zaplatający je wokół trzonu.
igP7jsl.png- Zdołasz utrzymać ławicę z dala ode mnie? - zapytała Talent, patrząc mu prosto w oczy.
igP7jsl.pngWidziała krople potu spływające po jego czole, słyszała szybki oddech, ale skinął głową, więc pobiegła wzdłuż brzegu zatoki, uskakując przed szponami najad, kiedy próbowały chwycić jej nogi. Zatrzymała się ślizgiem przy wodospadzie i wsunęła ręce do wody, przyciskając je mocno do dna. Wzięła głęboki oddech, wsłuchując się w każdą cichą melodię, jaką szeptały rośliny zatoki, a kiedy złączyły się w jedną muzykę, wstała gwałtownie, wyciągając ręce do góry. Długie pnącza wystrzeliły w stronę jamy, ale woda hamowała szybkość działania magii Sheilii. Najady uniknęły ataku i ciągnąc za sobą ofiarę, wyskoczyły w powietrze, sycząc w jej kierunku. Z dwóch stron jednak już były odcięte przez magię Talentów, więc mag szybko postarała się, by zamknąć im dostęp do ujścia rzeki, a reszta to już walka z czasem. Unieruchomiła je po wielu próbach i atakach, ale nie mogła wydostać Na'agima, trzymanego przez nie pod powierzchnią. Obnażały na nią bez przerwy kły.
igP7jsl.pngRuszyła w ich stronę po wodzie, mocząc stopy do kostek, stąpając ostrożnie po napiętej sieci podwodnych liści. Jedna z ryb przypłynęła do niej ze sztyletem, który teraz wymierzyła w gardło jednej z najad. Z bliska ich twarze wyglądały jeszcze straszniej, jak wyrwane z koszmaru. Oczy równie czerwone co włosy, usta białe jak u trupa, a kły długie i ostre, przypominające węża. Nie wycofały się, a Sheila nie miała więcej czasu, więc rozcięła stworzeniu gardło. Krew ciemna i gęsta jak szlam spłynęła do zatoki. Druga najada trzasnęła ogonem o taflę, ale wypuściła swoją ofiarę. Nie tracąc ani chwili, Sheila złapała przyjaciela i wyciągnęła go na brzeg i dalej, wgłąb lądu. Odcięła swój przepływ magii i część roślin wróciła do dawnych rozmiarów, a część opadła na dno. Talenty wykonały ostatni gest, odpychając falą najady w stronę morza, a potem pobiegli do niej, ciągnąc za sobą drugą zgubę. Pozwoliła im działać, podczas gdy sama wstała i obejrzała się na Zatokę Nimf. Cała woda kotłowała się i barwiła krwią, gdy najady walczyły o skrawki martwej rzecznej. Nigdy wcześniej nie widziała, by najady tego samego gatunku pożerały swoje. Sheila spojrzała na swój sztylet, z którego jeszcze kapała świeża krew. Oczyściła ostrze na trawie, przetarła je rąbkiem szaty, a potem nacięła nieco swój obojczyk i zmieszała na ziemi swoją ciepłą krew z wystygłą istoty. Schyliła czoła ku ziemi, szepnęła parę słów. Dopiero wtedy odwróciła się do towarzyszy. Odzyskani powoli dochodzili do siebie.
igP7jsl.png- Powinniśmy iść. Wieść o tym, co się wydarzyło, szybko poniesie się po lesie.
igP7jsl.png- Muszą chwilę odpocząć - zaprotestował Talent.
igP7jsl.png- Odpoczną, kiedy będziemy bezpieczni, Saraanie - uciął dyskusję Dimka.

florian-dreyer-florian-dreyer-forest3.jpg?1471601218

igP7jsl.pngMinęła może godzina marszu, kiedy znaleźli się na skraju niewielkiej polanki. Sheila syknęła na nich, by się zatrzymali i byli cicho. Przyklękła na ziemi i przyłożyła do niej po swoich bokach dłonie. Przymknęła oczy. Ubrana tylko w swoją zwiewną szatę, w rozpuszczonych włosach i z kwiecistą koroną na głowie, mogłaby stać się posągiem, a nikt nie wziąłby jej za obcy element, niewspółgrający z otoczeniem. Gdyby położyła się na boku, skulona i zamarła, wzięliby ją za kwiat. Nowym tutaj Talentom miało jednak jeszcze zająć trochę czasu, nim pojmą, dlaczego tak się działo.
igP7jsl.pngJej twarz rozjaśnił uśmiech. Machnęła im ręką, podekscytowana tym, co zamierzała im pokazać.
igP7jsl.png- Chodźcie. Wiem, gdzie będziemy mogli odpocząć. - Odwróciła się do jednego z małych Talentów. - To nie gałąź, to wąż. Lepiej go nie budź.
igP7jsl.pngChłopak prędko odskoczył od nie-gałęzi, o którą chciał się oprzeć. On również, jak i pozostała część świty, nosił na głowie wianek z kwiatów. Każdemu z nich Sheila uplotła po jednym z drobnych kwiatów w różnych kolorach, sama zaś przywdziała tę najbardziej barwną i bujną. Na'agim, z pomarańczowymi pąkami, po krótkiej wymianie zdań z Sheilą objął rolę przewodnika, dzięki czemu ona i Dimka mogli pozostać na tyłach, zyskując nieco prywatności. Jakiś czas szli jednak w milczeniu, oboje zmęczeni, chłonący spokojne, senne dźwięki lasu nocą i jego zapachy, subtelniejsze niż za dnia. Drzewa szumiały cicho, gdzieś w oddali pluskał niegroźnie strumień. Chmara świetlików podleciała w ich stronę i zakręciła się wokół z zaciekawieniem. Sheila złapała jednego z nich w dłonie i pokazała Dimce przez palce, jak seledynowe światło zmienia się na białe, upodabniając do płatków kwiatów, na których żerują.
igP7jsl.png- Opowiesz mi, co stało ci się w ręce? - zagadnął ją lekkim, niezobowiązującym tonem.
igP7jsl.png- Musiałam z kimś porozmawiać - odparła, zrywając stare bandaże. Odsłoniła zasklepione, ale jeszcze świeże rany. Skóra nadal się czerwieniła wokół. Wyjęła z torby drobny flakonik i rozsmarowała na przedramionach intensywnie gorzko pachnący olejek. - Królowa wysyła wojska do Nira'anu. Zwróciłam się do Silueia o pomoc.
igP7jsl.png- Ducha Zwierząt?
igP7jsl.pngSkinęła głową.
igP7jsl.png- Mnóstwo żołnierzy straci życie. Modliłam się, by jak najwięcej wróciło i by ich ofiara nie poszła na marne.
igP7jsl.png- Czego tam szukają?
igP7jsl.png- Źródła. Choroby, która zabiera do Matki coraz więcej dusz, źródła anomalii, szerzącej się zarazy. Szukając leku, kiedy... - urwała nagle i spojrzała na swe dłonie, kiedy wspomnienia zabrały ją daleko w przeszłość. Otrząsnęła się, gdy Dimka odchrząknął. - Kiedy szukałam leku, weszłam do Lasu Tysiąca Szeptów. Wszystko wydawało się takie jak zawsze, a jednocześnie... Bardziej żywotne. Jakby coś karmiło las od wewnątrz i dawało mu siły, by się rozrastał.
igP7jsl.png- Dlaczego nie zetniecie lasu? Jeśli jest takim zagrożeniem, co was powstrzymuje?
igP7jsl.pngSheila spojrzała na Marseena, który nagle znalazł się tuż przed nimi.
igP7jsl.png- Czy wiesz, kim był Nirasil? - Otrzymując kiwnięcie głową w odpowiedzi, zapytała znów: - A czy znasz historię o tym, jak zdobył swą postać? - Tym razem zaprzeczenie, więc powiedziała: - To długa opowieść. Mówi o tym, że zepsuta magia krąży. Nie oddziałuje bezpośrednio, przenika przez rośliny, ale i ziemię, z której wyrastają, przez skały, trzymające ją nad przepaścią, unosi się w powietrzu i bez przerwy szuka nowego naczynia, w które może wniknąć. Nie da się jej "ściąć". Dotychczas trzymała się w ryzach, zwalczana zdrową magią. Teraz...
igP7jsl.pngUrwała raptownie, nasłuchując. Tym razem i do uszu pozostałych dotarły odległe dźwięki bębnów i nawoływań. Sheila roześmiała się, chwyciła dwa młode Talenty za dłonie i pobiegła w stronę źródła muzyki. Niedługo potem ich oczom ukazała się rozległa polana, której granice wyznaczały trzy odnogi rzeki i ściana niesamowitych drzew, o koronach szkarłatu krwi,  niknących w gęstwinie w barwach pomarańczy zachodu, żółci słońca i bieli kości.
igP7jsl.png- Nazywamy ją Kia'amba Naakuda, szkarłatna polana. Barwa liści zależy od ilości słońca, jaka na nie pada - wyjaśniła, słysząc nagłe westchnienia zachwytu. - Zbierają się tu czasami druidzi.
igP7jsl.pngNa wschodzie i zachodzie dwa ołtarze wznosiły się na dwóch wzgórzach. Prowadziły do nich kamienne stopnie i trawa obsypana fioletowo-różowymi, drobnymi kwiatkami. Ich główny punkt stanowiły ściany ze szlachetnej skały, całe zapisane starolaquiańskim językiem, posiadające okrągły otwór, pokrywający się z tarczą słońca o odpowiedniej porze. Pozostawiając skupisko szałasów na środku polany, ludzie zebrali się przy zachodnim ołtarzu i to stamtąd dochodziła hipnotyzująca, szarpiąca za struny serca muzyka. Tańczyli w kole, z wnętrza którego dochodził zimny blask i zawodzący płacz, przebijający się przez donośne głosy mężczyzn i melodie bębnów. Zbliżywszy się, w świetle księżyca dostrzegli czaszki zwierząt, noszone przez tancerzy, zwierzęce skóry na ich plecach, przecinające powietrze w obrotach. Jeden z druidów na ich widok wystąpił z szeregu. Otoczony srebrnymi cieniami, z długą czaszką zamiast głowy, z szerokimi barkami i przytłaczającym wzrostem mógł napędzić strachu, ale on dygnął przed nimi, a potem gestem zaprosił ich do towarzystwa.
igP7jsl.pngSheili nie trzeba było dwa razy powtarzać. Szarpnęła chłopców Dimki i dołączyli do koła. Wtedy dostrzegli zawodzącą kobietę - leżała na ziemi, co chwila przygarniając do siebie coś, co gruchotało i spadało na trawę, rozsypując się. Girlandy świetlistych kwiatów i ich pąki w misach z wodą ukazały stertę drobnych kości. Świętowali pogrzeb małego dziecka, a robili to z taką werwą, ponieważ według laquiańskich wierzeń, Druhny przychodziły po duszę człowieka, kiedy jego ciało zostanie oddane ziemi i stanie się paszą dla drzew. Dlatego w Laquii tak mało było żeglarzy - jeśli zginą na morzu, ich dusze mogą błąkać się tam wiekami. Takie obrzędy odprawiano, by zwrócić uwagę Zaklinaczy i Druhen Zaświatów, aby mogły zagubioną duszę odnaleźć i zaprowadzić do Drzewa Matki.
igP7jsl.pngGdy tarcza księżyca pokryła się ze ścianą ołtarza, głosy powoli ucichły, a tańce zwolniły, aż wszyscy się zatrzymali. Matka w żałobie leżała nadal bez ruchu, ale nie łkała. Sheila cały czas patrzyła tylko na nią i dopiero teraz jej wzrok powędrował ku wykończonym towarzyszom. I choć widziała zmęczenie na ich twarzach, malowała się tam również swoista ciekawość oraz satysfakcja. Dimka uśmiechnął się do niej, a ona odpowiedziała mu tym samym, po czym uklękła przed matką. Zebrała do rąk przerażająco drobne kości i oddaliła się z nimi od ołtarza. Słyszała, jak wszyscy za nią podążają, choć nikt nic nie mówił. Złożyła chłopca na ziemi, a dłońmi dotknęła subtelnie wierzch polany. Szeptała tak cicho, że sam wiatr nie mógł pochwycić jej słów. Gleba zapadła się, pochłaniając zmarłego, a potem wypuściła pędy. Pięły się w górę, jeden za drugim, splatając powoli ze sobą, pęczniejąc, rozkwitając w purpurowe gałązki, kolce, liście, by na końcu pokazać drobne czarne kwiatki.
igP7jsl.pngOsiągnąwszy maksymalną wysokość krzewu, Sheila wstała i jeszcze nim się odwróciła, kobieta rzuciła się na nią z płaczem, dziękując gorąco. Druidzi zagrzmieli pojednawczo, a ten, który zaprosił ich do tańca, chwycił matkę za ramiona i odprowadził na bok. Tymczasem do Ma'alik zbliżyła się niska kobieta o czarnych puklach włosów i ciemnej karnacji. Za nią posłusznie dreptali jej towarzysze.
igP7jsl.png- Witaj, Magu - powitała ją z dozą szacunku, więc Sheila postanowiła nie zwracać się do niej złośliwie. - Twój towarzysz zdradził mi, że potrzebujecie miejsca do spania. Możecie spać w dwóch szałasach na wschodniej stronie; kobiety stamtąd spędzą dzisiejszą noc w głównym szałasie.
igP7jsl.png- W głównym? - zdziwiła się Ma'alik. Podekscytowanie zatliło się w jej brzuchu.
igP7jsl.png- Czy to znaczy...? - Na'agim wtrącił się do rozmowy.
igP7jsl.png- Tak - potwierdziła druidka z uśmiechem. - O wschodzie witamy nowe życie.
igP7jsl.pngMag aż krzyknęła z radości i rzuciła się na Dimkę, by go uściskać. Chwilę potem go odepchnęła i zwróciła się do wszystkich:
igP7jsl.png- Musimy w takim razie szybko iść spać, do wschodu nie zostało dużo czasu. Raz, dwa, trzy, z Na'agimem śpicie wy. Chrapie jak stara koza po owocach. - Palcem wskazała młodzików przyjaciela, zaś jego samego po prostu pociągnęła za sobą. - Wiesz - odezwała się, kiedy mościli się na szorstkich, plecionych kocach. - Miło dla odmiany być kwiatuszkiem, a nie jędzą, wariatką, wdową i tak dalej... - Westchnęła głęboko, wpatrując się w szczyt szałasu. - Bycie wdową jest potworne.
igP7jsl.png- Co właściwie zrobiłaś dla tej kobiety, że była ci tak wdzięczna? - zapytał Dimka, wciąż nie mogąc znaleźć sobie wygodnej pozycji.
igP7jsl.png- Na kwiaty tego krzewu mówi się Wdowie Łzy. Machezi ua la'ana. Owoce z niego zbierają Zaklinacze do wielu obrzędów, a ponoć ich sam zapach wabi Druhny Zaświatów. Jest to swego rodzaju podarunek dla nich, wynagradzający trudy znalezienia zagubionej duszy.
igP7jsl.png- Och. Chcesz znać moją opinię?
igP7jsl.png- Hmm... Niekoniecznie - przyznała, przykrywając się nieco mniej gryzącym pledem.
igP7jsl.png- Zmieniłaś się. Widzę, że dużo bardziej lubisz dawać, niż brać, nie tak jak kiedyś.
igP7jsl.png- A ja widzę, że na starość pleciesz głupoty. - Odwróciła się do niego plecami. - Jak będziesz chrapał, to wylądujesz w szałasie z Na'agimem. Dobranoc, Dimka.
igP7jsl.pngPrzeciągłe westchnienie poprzedziło nieco zmęczone "dobranoc" w odpowiedzi.

igP7jsl.pngSheila rozmawiała z jednym z druidów lekkim tonem, zupełnie innym niż przed chwilą, kiedy wyjaśniał jej okoliczności śmierci chłopca. Jego zabawę nad strumieniem, bieg za rybą, aż wreszcie schwytanie przez najady, bezowocne poszukiwania. Mężczyzna opowiedział ponuro swą wycieczkę nad zatokę i znalezienie kości na plaży, wyrzuconych na plażę po ostatniej burzy wraz z glonami i skorupiakami. Oboje chcieli pociągnąć ten temat zmian w rytmie przyrody, ale jednocześnie cieszyć się dzisiejszym świętowaniem, dającym możliwości oddalenia od siebie trosk najdalej, jak tylko się dało. Skorzystali z niej chętnie, przekierowując tory rozmowy na niespodziewanych gości, teraźniejszych i przeszłych, po których zostały jedynie ślady w pamięci.
igP7jsl.pngMag spojrzała w kierunku przybyszy z Gyengye. Pomimo wydarzeń z zeszłej nocy i małej ilości snu, cała trójka, tak jak i ona, promieniała spokojem i radością, tak charakterystycznymi po laquiańskich zabawach i świętowaniach. Przywiązywali do nich ogromną wagę i choć nierzadko kładło to duży nacisk fizyczny na ciało, dusza miała okazję się wyzwolić i zregenerować. Nic zaś nie przynosiło takiej ulgi oraz satysfakcji, jak zdrowe, nowo narodzone dziecko.
igP7jsl.pngUśmiechnęła się z rozbawieniem na wspomnienie ich zagubionych min, gdy o brzasku rozbrzmiał dźwięk rogu, zagłuszając nagły, bolesny krzyk kobiety. Sheila już czekała pod szałasem, ale widziała stamtąd, jak dwoje Talentów wychyla głowy i rozgląda się, obserwując druidów zmierzających jeden za drugim ku centrum ich obozowiska. Posłusznie za nimi podążyli i śladem pozostałych, zajęli swoje miejsce w kręgu. Wzięli do ręki marakasy, patrząc na nie jak na największy dziw świata. Do tej pory ciszę zmącały nucenia jednej melodii i coraz głośniejsze cykanie owadów, budzących się do życia. Obcy nie zdawali sobie jeszcze sprawy z powodu, dla którego wszyscy tam się zebrali. Zrozumienie spływało powoli, z każdym pełnym radości głosem, wzbijającym się ponad śpiewający chór, zagłuszający krzyki z szałasu. Nie dali się jednak porwać, dopóki Sheila nie zerwała się z dzikim okrzykiem, wtórując prowadzącemu, rozpoczynając tym samym tańce. Im bardziej dało się słyszeć zaogniającą się sytuację wewnątrz szałasu, tym głośniej druidzi śpiewali. Pieśń, utrzymana w starolaquiańskim języku, opowiadała przede wszystkim o życiu, wiośnie, nadziei, a także śmierci, która jest końcem, ale i początkiem tego wszystkiego. Do rytmu bębnów, miękkich dźwięków marakasów i wyzwolonych śpiewów tańczyli w koło, dziko, bez ładu ani składu, uzewnętrzniając całą energię, tlącą się w ich ciałach, przekazaną im przez drzewa, rośliny, zwierzęta, wodę. Oddawali ją teraz, bijąc szacunkiem i wdzięcznością, choć obcy potrzebowali trochę czasu, by wypatrzeć dziękczynność w pląsach.
igP7jsl.pngNajwiększy raban podniósł się wraz z tarczą słońca wypełniającą puste miejsce kamienia na wschodnim ołtarzu, gdy z wnętrza szałasu wyszła opiekunka rodzącej z noworodkiem na rękach. Nastały śmiech, łzy radości, poklepywanie po plecach i wznoszenie nowego członka społeczności ku niebu, by każdy mógł dostrzec jego rozpłakaną buzię. Zaraz jednak kobieta zabrała dziecko z powrotem, zanosząc je do wymęczonej matki. Sheilę często zastanawiało uczucie, jakie musi je przepełniać, gdy trzymają taką małą istotkę w swych rękach, zrodzoną z ich krwi i kości. Czy ta miłość jest faktycznie tak głęboka, jak ta, którą obdarza ich Bogini? Czy jej matka miała szansę spojrzeć w jej niewidzące oczka i pozwolić zalać się falą uczuć? W szałasie za jej plecami nad swą żoną stał mąż, towarzyszył jej od początku do końca, a teraz kręcił się po polanie, chwaląc wszystkim, że został ojcem, że ma syna.
igP7jsl.png- Może czas najwyższy ruszać w drogę, Sheils?
igP7jsl.pngMa'alik odwróciła się zaskoczona do Dimki, jednocześnie orientując się, że stała zupełnie sama, pochłonięta myślami. Wspomnienia, próbujące się wedrzeć do jej głowy i rozbłysnąć żywymi barwami na szczęście ulotniły się wraz z głosem przyjaciela. Objęła go w pasie, podążając podobnie jak on wzrokiem za wniebowziętym druidem.
igP7jsl.png- To była piękna ceremonia, prawda? - zapytała go lekkim, niewinnym tonem, podtrzymując w sobie uczucia towarzyszące jej w tańcu.
igP7jsl.png- Prawda. Dziwi mnie, że wcześniej mi jej nie pokazałaś - zauważył.
igP7jsl.png- Wiesz, że to nomadowie. Trafić na nich, a jeszcze w takim czasie, to duże szczęście.
igP7jsl.png- Może to dobry znak.
igP7jsl.pngSheila skrzywiła się na to stwierdzenie, odsuwając od Dimki. Nie lubiła gdy przypisywało się losowym przypadkom wagę większą, niż powinny mieć. Ufała znakom przyrody, bo to przez nią przemawiała ich Bogini, ale wydarzenia, które ich spotkały, ciężko pod to podpiąć. Nie powiedziała jednak tego na głos.
igP7jsl.png- Zbieraj kolegów, czeka nas niemała wspinaczka - zarządziła, wracając do typowej siebie. - Ja porozmawiam z Na'agimem. Niech wraca do siebie.


2tlGTsD
"Art, the ability to make it, gives meaning to sadness in a way that many aren’t able to experience.”

Offline

#12 2020-02-10 22:24:53

Faworek
Pochwalony Faworek Depeszek
AndroidChrome 76.0.3809.132

Odp: Faith and Power

KpVp636.png

Dimka był niezmiernie szczęśliwy biorąc udział w pogrzebie, w którym żaden spośród jego przyjaciół nie był źródłem wydarzenia. Niektórzy mogliby odebrać jego odczucia tak, jakby cieszył się z powodu śmierci dziecka. Nie to chciał osiągnąć, więc nie chwalił się pozostałym swymi uczuciami. Jednak nie musiał ich skrywać sam przed sobą, więc tego nie robił.
Z myślą tą obudził się kolejnego dnia. Koiło to jego udrękę wspomnieniami wczorajszych zdarzeń, choć nie niwelowało jej. Zaczynał wątpić, czy właściwym wyborem było doprowadzenie do Laquii ludzi narodu, który nie jest zdolny do atakowania i uśmiercania nawet w obronie własnej. Jeśli u celu ich wyprawy czekały jeszcze większe zagrożenia, dla nich mogła to być podróż w jedną stronę. Nie istniał już jednak sposób, aby zawrócić. Dimka nie chciał poddać się przestraszony przeszkodami, a wątpił, aby Saraan i Marseen pozwolili mu iść dalej samemu. Nawet gdyby udało mu się ich do tego przekonać, musiałby osobiście odprowadzić ich tą samą drogą, którą tu przyszli, ponieważ nie powierzyłby zadbanie o ich bezpieczeństwo nikomu obcemu. Nie miał na to czasu. Jedynym rozwiązaniem wydawało się poproszenie królowej o ugoszczenie przybyszy.  Potrzebował ku temu logiczne uzasadnienie, aby królowa nie odprawiła ich do Gyengye, ani też Talenty nie poczuli się porzucani jak nieporadne płocie.
Przekonał Sheilę do wyruszenia w dalszą drogę, choć miał wrażenie, że nie musiał tego robić. Wydawało się, że jej również zależy na szybkim wymarszu do stolicy. Ona skierowała się więc do Na'agima, który od rana ucinał luźne pogawędki z nomadami. Zaś Dimka zawrócił do szałasu, w którym spali jego przyjaciele, aby sprawdzić, czy są gotowi. Im bliżej podchodził tym wyraźniej słyszał dźwięki muzyki, śpiew i śmiech. Kiedy dotarł do celu, ujrzał swych przyjaciół otoczonych tłumem dziewcząt i dzieci. Marseen utkał shakuhachi, prosty flet tradycyjnie rzeźbiony z łodygi bambusa. Przygrywał wesołe, rytmiczne melodie, do których kilka z dziewcząt śpiewało radosne, laquiańskie pieśni. Reszta z obecnych tańczyła w kółku, klaszcząc i kręcąc się jak bączki. Nagle dziewczęta urwały jednocześnie i spojrzały się na Saraana, który siedział wraz z nimi na powalonym pniu. Mężczyzna ze słuchu powtarzał wersy, które przed chwilą usłyszał. Niektóre słowa zamieniał i przekręcał, nie rozumiejąc ich znaczenia, a wtedy jego nowe koleżanki chichotały rozbawione.
Lecz mimo, że nie znał i gubił znaczenie tekstu, jego głos wciąć brzmiał czysto i melodyjnie, jakby to ptak świegotał, a nie człowiek. Unosił swe słowa jakby próbował rozbujać nimi fale na jeziorze. Uprawiał dźwięki tak troskliwie, żeby zebrać z nich najdorodniejsze plony. Bawił się przy tym doskonale, co widać było po blasku jego błękitnych oczu.
Gyengyeczycy uwielbiali muzykę. Zachwycali się każdą jej formą: różnorakimi instrumentami, śpiewem, gwizdaniem. Wśród Serc nie narodził się jeszcze nikt, kto nie fascynowałby się tą ulotną sztuką.
Marseen, zauważywszy swego nauczyciela, przestał grać. Wstał i skłonił się mu nisko, witając się w języku Laquiaczyków. Podniesie głowę dopiero, kiedy jego nauczyciel mu odpowie.
- Habari za asubuhi - orzekł z uśmiechem nieskrywanego samozadowolenia.
Dimka cieszył się, że nauka języka sprawiała mu przyjemność.
- Habari za asubuhi. Jesteście gotowi, aby wrócić do wędrówki, przyjaciele?
Mężczyźni skinęli głowami. Saraan podniósł się na nogi, skłonił się towarzyszkom i podziękował im za zabawę, również mogąc pochwalić się znajomością nowego słowa. Stanął potem wyprostowany, z wypiętą piersią, uniesioną dumnie głową i bystrym spojrzeniem.
- Musimy jedynie uzupełnić zapasy wody - rzekł.
Tłum dzieci odbiegł w stronę środka obozowiska. Marseen pokierował się do szałasu, skąd przyniósł ich torby wraz z bukłakami. Dimka wyjął mu je z rąk.
- Pomogę to zrobić Saraanowi. Ty, Marseenie, skoro przyswajasz nauki tak sprawnie, myślę, że gotów jesteś, aby za ratunek swej wybawicielce podziękować osobiście. Idź do niej natychmiast, mówiąc te słowa: Maumbo yako yananinyonga.
- Maumbo yako yananinyonga - powtórzył młodzieniec, skłonił się nisko towarzystwu i odszedł żwawo, raz za razem mamrocząc pod nosem nowo poznaną formułę.
Mężczyźni wpatrywali się w jego oddalające się plecy, a na usta Dimki wpływał cyniczny uśmiech.
- Jak cię znam, słowa te nie oznaczają podziękowań - odezwał się Saraan.
- Nie dosłownie. To pewnego rodzaju komplement - odparł Dimka - Oznaczają twoje kształty mnie uwodzą.
Saraan zaśmiał się niskim głosem.
- Czy te słowa mogą ją obrazić? - Dopytał, ponieważ słyszał, że w Wezoshu kierowanie bezpośrednich komplementów ku kobiecie było oznaką obrazy i brakiem szacunku; równie dobrze można było nazwać kobietę ulicznicą.
- Ależ skąd. Gdybym wiedział, co denerwuje Ma'alik, sam poszedłbym ją tym podręczyć- zaśmiał się Dimka, stawiając pierwsze kroki w stronę najbliższego źródła wody. Jego towarzysz szedł jego śladem między szałasami. Szukali czegokolwiek, nawet beczki wypełnionej deszczówką. Potrzebowali zapasu wody, by tkać.
- Dziwią mnie czasami twoje słowa i czyny, Lepaanie - Saraan pokręcił głową. - Po tym, co powiedziałeś teraz, nie umiem już zgadnąć, czy panna Sheila jest twą przyjaciółką czy wprost przeciwnie.
- To specyficzny rodzaj relacji, przyjacielu. Oparty na naturze człowieka, w której tkwi szczypta samolubstwa, zuchwałości i zamiłowania do konkurencji. Mam do tej kobiety również ogromny szacunek za jej wiedzę i inteligencję. Wiem również, że mogę spać w jej obecności spokojnie i nie doznam wówczas krzywd - Dimka widział niezrozumienie w spojrzeniu przyjaciela. W jego kraju nie spodziewano się po ludziach i zwierzętach złych intencji, nie było więc powodów, aby nie wierzyć w dobroć innych - Możesz mieć początkowo problem z rzeczywistym pojmowaniem, że za granicami Gyengye trzeba ograniczać ilość ludzi darzonych zaufaniem, ale warto tę naukę przyswoić.
- Nie wątp w moją moc zrozumienia - odparł Saraan - Jest bardziej obszerna niż podpowiadają to pozory.
Obok jednego z szałasów Dimka ujrzał koryto ustawione dla zwierząt nomadów. Stała przy nim włochata owca wraz z dwoma jagniętami. Na widok zbliżających się, obcych im ludzi, zabeczała i szybkim krokiem czmychnęła spod wodopoju. Młode pobiegły za matką.
- Chcę powiedzieć, że Kraina poza wyspami Osnovy może być nieposkromiona, niebezpieczna i przerażająca. Starsi bogowie nie przychodzą tu nie bez powodu.
Dimka podał Saraanowi jeden z bukłaków. Obaj odkorkowali je i zanurzyli w stojącej wodzie. Patrzyli chwilę na bąbelki powietrza, które uciekały do  powierzchni tafli i słuchali wesołego bulgotania.
- Nie czuję strachu przed stworzeniami tego świata, Lepaanie. Nieważne, jak dzikie i przerażające mogłyby się wydawać to wciąż twory Krainy. Są jej częścią, jak Ty, ja czy bogowie.
- Owszem, ale zdążyły nabyć już złych nawyków - Dimka przerwał, oblizując usta - Obawiam się, że możemy paść ich ofiarą; martwi lub nimi przesiąknięci.
Nie chciał powiedzieć wprost, że ta wyprawa może pchnąć ich do uniesienia broni przeciwko innym istotom. Saraan poczułby się dotknięty brakiem wiary w jego honor i wierność ideałom.
- Widzę, że ty już stałeś się ich ofiarą. Złe nawyki weszły wczoraj w twoje trzewia i wypełniły je. Wypełniły je strachem.
Miał rację. Dimka bał się. Nie tyle o siebie, co o swych przyjaciół, albo raczej o swoje własne sumienie. Nie chciał, aby do końca życia ciążyła na nim wina za ich śmierć.
-Pozbądź się go, przyjacielu. Nie zapominaj, że moc naszych źródeł jest po stokroć silniejsza od złych nawyków, o ile ich nimi nie zbrudzisz. Zapomnij o wczorajszym zdarzeniu. Damy jeszcze powody, byś był pewien naszej siły.
- Nie wątpię w naszą siłę. Jej ogrom jest wspaniały, ale ukierunkowany w inny sposób niż jest to tutaj potrzebne. Powiedz mi, w jaki sposób obronisz się nią przed tym, co zechce cię pożreć, a porzucę swój strach natychmiast.
- Rzekłem to przed chwilą: nie będę przekonywać cię o swojej sile, pokażę ją.
Dimka westchnął w akcie bezradności, ale musiał przyznać, że po słowach Talenta zniknął ciężar, który od wczorajszej kąpieli gniótł jego serce.
- Wybacz mi moje zwątpienie.
- Nie miej do siebie pretensji. - Mężczyzna sięgnął ręką do ramienia Dimki i ścisnął je pocieszająco - Zdarzało się to nawet Legendzie.
Mężczyźni zakorkowali swoje bukłaki, podziękowali sobie za rozmowę, po czym zaczęli szukać Sheili oraz Marseena. Przez ten czas dobiegały do nich dzieci nomadów, łapały ich za dłonie i zadawały masę przeróżnych pytań, prosząc jednocześnie, aby zostali jeszcze trochę. Najwyraźniej Talenty zdobyły ich serca śpiewem i grą na flecie.
Kobieta jak i uczeń Dimki czekali na nich u dołu pagórka, na którym rozstawione były szałasy. Sheila opowiadała coś zahipnotyzowanemu tą historią chłopcu, ale z odległości Dimka nie mógł dosłyszeć znaczenia jej słów. Dostrzegając zbliżające się sylwetki mężczyzn, Sheila przerwała snutą opowieść.
- Wreszcie jesteście - powitała ich Sheila.
- Nic ci nie umknie, kwiatuszku.
Dziewczyna posłała mu mordercze spojrzenie i nie zwlekając dłużej, weszła na ścieżką, która miała zaprowadzić ich grupę do bram stolicy. Mężczyźni zanim podreptali jej śladem, odmachali dzieciakom żegnającym ich ze szczytu pagórka.
- Lepaanie - Marseen zrównał swój krok z Dimką - powtórzyłem pannie Sheilii podziękowania, ale przyznam się, że nie zrozumiałem jej odpowiedzi.
- Nic nie szkodzi, chłopcze. W takim wypadku podziękujemy jej raz jeszcze - odparł Dimka, po czym krzyknął w stronę przyjaciółki:
- Maumbo yako yananinyonga, Ma'alik.
Sheila spojrzała za siebie, nie przerywając marszu. Z miną niewzruszoną jego słowami, powtórzyła to, co wcześniej usłyszał Marseen:
- Niambie jambo lisilo wazi kabisa.
Co można było tłumaczyć jako wyjaw mi rzecz mniej oczywistą.
Dimka poczuł się jednocześnie oczarowany jej śmiałą pewnością siebie, jak i rozczarowany lichą reakcją dziewczyny.
Odnosił jednak wrażenie, że od tego momentu każdy ruch biodra dziewczyny prowokował wzrok do spojrzeń, tak jakby czerpał satysfakcję z tego, że jest podziwiany.
Reszta trasy mijała im, na szczęście, spokojnie i bez przygód: Sheila kierowała ich leniwie sunącymi się po laskach duktami, a krajobraz co rusz zachwycał ich zmieniającymi się widokami wypełnionymi wszelkimi odcieniami zieleni. Kiedy mijali polanę porośniętą roślinami o kwiatach, których pojedyncze płatki i łodygi potrafiły być dwa razy dłuższe od człowieka, Marseen chciał zatrzymać się i naszkicować je. Zrobili więc tam postój i zjedli posiłek. Młodzieniec biegał między roślinami zachwycony ich blaskiem, kształtami i niepowtarzalną paletą barw każdego z osobna. Gdy skończył szkice, pokazał je wpierw Dimce, który pochwalił jego starania, a potem Sheilii, prosząc o krótką lekcję na temat każdego z kwiatu, który narysował. Jego ręka gwałtem robiła notatki z tego, co chłopak usłyszał. Kilka zwierząt i magicznych istot przyszło wówczas przywitać się z nimi lub spróbować zwędzić mniej lub bardziej wartościowe skarby, ale żadne nie okazało się wrogie. Jedno z nich, poczęstowane przez Dimkę kawałkiem chleba, postanowiło nawet zostać z nim na dłużej i zasnęło na jego ramieniu. Pozwolił zrzucić się z ramion dopiero na skraju lasu, kiedy Sheila obnażyła mu swoje kły ostrzegawczo.
Potem doszli do głównego traktu handlowego, a idąc nim, mogli podziwiać pomniki, kapliczki domy i gospodarstwa, które postawiono wzdłuż trasy. Sheila opowiadała im o historiach i imionach, które kryły się za posągami. Dimka usłużnie podrzucał jej słowa języka kropel deszczu, jeśli któregoś nie znała lub zapomniała.
Wyprawa trwała tak dopóki nie zaczęło zmierzchać. Wszyscy, poza Sheilą, opadli z sił nieprzystosowani do długich, pieszych podróży i włóczyli nogami mozolnie. Dimka nie widział sensu, by iść tego dnia dalej. Sheila zaproponowała więc nocleg w najbliższym gospodarstwie, jaki pojawi się przed nimi. Wszyscy przystali na to z wdzięcznością. Zanim jednak natrafili na jakiś budynek, zdążyło zrobić się ciemno.
Domostwo, do którego przyszło im zapukać, wyglądało z zewnątrz przytulnie i gościnnie. Spadzisty dach porastał mech. W oknach kolorowe szkiełka tworzyły witraże i przepuszczając delikatne światło ze środka, zamieniało je w paletę tęczowych smug. Pod nimi na zewnątrz stały gromady przeróżnych donic wypełnione kwiatami. Niektóre z nich zamknęły się, kiedy słońce przestało ogrzewać ich płatki - inne natomiast zaczęły emitować urokliwe, delikatne światło. Drewniana weranda zbudowana na przedzie budynku wyposażona była w ławkę, niewielki stolik i bujane krzesło. Główne wejście pomalowane było na zielono, a kołatka na nich przedstawiała drzewo wraz z korzeniami.
Sheila zapukała w drzwi. Musieli poczekać chwilę nim usłyszeli zza nich kroki i szmery. Pchnięte drewno jęknęło, jakby na powitanie, a za nimi stała młoda blond-włosa kobieta, której strój wydawał się niecodzienny nawet jak na Laquiaczyków: czoło, od pomalowanych na czarno brwi po sam czubek głowy, zakryła czymś w rodzaju wianka, lub tiary z brązowych piór; usta, nos oraz górne powieki zamalowała różowym barwnikiem, a dolne powieki i brodę przyozdobiła czarnymi kreskami i kropkami, na pozór wzoru motylich skrzydeł, i pociągnęła je przez szyję aż do dekoltu; na całą długość brzegów uszu przykleiła skrawki kory drzewa. Minę miała znudzoną i niezadowoloną.
- Nocleg? - Odezwała się, nie marnując śliny na żadne słowa powitania, czy grzeczności. Grupa podróżnych pokiwała głowami, więc kobieta przysunęła się do ściany, robiąc im przejście.
- Biorę dziesięć pieniążków za osobę - dodała, zakładając ręce na piersi.
- Mogę dać łącznie dwadzieścia za dwa pokoje - targowała się Sheila.
- Daj trzydzieści, albo będziecie szukać schronienia pod innym dachem - podsumowała gospodyni.
- Zgoda - rzekła Sheila, wyciągając zapłatę.
- Moja matka pokaże wam pokoje. Jest w ogrodzie - rzekła, wskazując ręką wyjście od strony ogrodu, a jej wzrok taksował cudzoziemców jednego za drugim - Nie spodziewajcie się luksusów.
- Będziemy wdzięczni za wszystko, co nam zaoferujesz - Dimka skłonił się z szacunkiem, nie spuszczając z kobiety spojrzenia. Talenty wzięli z niego przykład i również wykonali ukłony.
Kobieta uniosła tylko brew w odpowiedzi.
- Kolacja będzie gotowa za godzinę - rzuciła przez ramię, odwracając się do nich plecami i odeszła.
Kiedy zniknęła za zakrętem korytarza i zostali w pomieszczeniu we czwórkę, Dimka zwrócił się do Sheilii:
- Czy tutaj wszystkie kobiety traktują tak wyniośle miłe gesty mężczyzn?
- Jeśli pozbędziesz się z tego zdania słów miłe gesty i zamienisz mężczyzn na obcych, odpowiedź będzie brzmiała tak.
Mag pchnęła drzwi, za którymi miał kryć się ogród, przeszła przez nie, a zaraz potem wychyliła głowę z powrotem do środka i powiedziała:
- Czekacie za ukłony i zaproszenie?
- Nie zaszkodziłyby - zaznaczył Saraan ledwo co dosłyszalnym szeptem.
- Mądre słowa - odpowiedział mu Dimka, uśmiechając się.
Wyszli jednak, nie dostawszy zaproszeń ani ukłonów. W ogrodzie za domkiem znaleźli kobietę, która przekopywała grządki warzywniaka. Twarz miała zarumienioną od wysiłku, zapyloną i ubrudzoną od przecierania potu wierzchem dłoni, ale mimo zadyszki i brudu wydawała się pokrzepiona pracą. Przyłapali ją na zagadywaniu w międzyczasie stojącego niedaleko błękitnego jelenia, którego poroże przypominało rafę koralową rosnącą przy wyspach Gyengye. Zwierzę, widząc gości, zaryczało przeraźliwie głośno, przez co kobieta podniosła wzrok i rozejrzała się wokół.
- Czemu krzyczysz? Co się stało? - Zapytała zwierzaka, ale nie potrzebowała odpowiedzi. Zaraz potem ujrzała twarze grupki podróżnych.
- Witajcie! - Zawołała radośnie. Na jej policzki wpłynął szeroki, przyjazny uśmiech. Znów przetarła czoło wierzchem dłoni i potrząsnęła głową, aby odrzucić na bok łaskoczące jej twarz, frywolne kosmyki włosów. Jej córka wyglądałaby niczym jej młodsza kopia, gdyby tylko się uśmiechnęła.
- Witaj - Odpowiedziała jej Sheila - Wpuściła nas twoja córka. Zapłaciliśmy jej za wynajem dwóch pokoi na tę noc.
- Moja córka, mówisz? - Spochmurniała nagle kobieta - Ja nie mam córki. Mieszkam tu sama.
Dimce i Sheilii serce przestało bić na drobną sekundę. Wyrazy ich twarzy musiały zdradzić ich niepokój, ponieważ sekretarz Dimki chwycił go za ramię, pytając:
- Co się stało? Co powiedziała?
Kobieta wybuchnęła nagle głośnym śmiechem.
- Żartuję, żartuję - uspokoiła ich, wychodząc z warzywnego ogródka - Mam córkę, choć czasami wolałabym nie mieć. Wierzcie lub nie, ale to strasznie humorzasta pannica.
- Coś o tym wiem - bąknął Dimka pod nosem, zerkając sugestywnie na przyjaciółkę. Sheila udawała, że nie czuje na sobie jego spojrzenia.
Kobieta stanęła w odległości metra od nich.
- Mam na imię Kumara. Możecie mnie tak nazywać. - To było niecodzienne zapewnienie. - Mówię to, bo córa moja nazywa się Sinemis, ale nie pozwala do siebie tak mówić. Każe wołać się Nasch'we. Mówi, że to imię przybierze, jak już zostanie kapłanką.
Kumara, nie przestając mówić, dała im znak ręką, by szli za nią kamienną ścieżką, która sunęła dalej od głównego domu, w głąb ogrodu. Wiła się między korzeniami drzew oraz kwitnącymi krzewami, szła pod łukami bluszczu i kończyła się pod krótką drabinką. Pokonawszy jej stopnie, stanęli na tarasie, z którego piątka drzwi prowadziła już do pokoi dla gości.
- Możecie wybrać sobie dowolny pokój. Poza wami, nie gościmy tu dziś nikogo innego.
- W takim razie weźmiemy te dwa - Dimka wskazał najbliższe pary drzwi, po czym skłonił się gospodyni. Talenty zrobiły to samo, co on - Dziękujemy bardzo za gościnę.
- Och, co za niezwykle sympatyczni chłopcy - zaśmiała się Kumara, ściskając pieszczotliwie polik Dimki zanim zdążył się wyprostować - Przyniosę wam ciasteczka po kolacji. Mam nadzieję, że lubicie kabaczki.
Kobieta nie czekała na odpowiedź. Ześlizgnęła się po drabince na ziemię i zniknęła za warstwami zarośli.
- Proszę, wybierzcie pierwsi - Rzekł Saraan, zwracając się do Dimki i Sheilii - My zajmiemy drugi pokój.
- To chyba logiczne - wyburczała dziewczyna i skierowała się do najbliższych drzwi.
- Nie bądź opryskliwą jędzą. Dzięki nim dostaniesz ciasteczka - upomniał ją Dimka, idąc za nią - Czemu ty nie wytarmosisz mnie czule za policzek, kiedy jestem miły?
Dimka zaraz pożałował tego pytanie, ponieważ ręka Sheilii wystrzeliła w górę i wbiła paznokcie w skórę na twarzy mężczyzny.
- Jesteś szalona? To boli!
Saraan i Marseen przyglądali im się z zewnątrz bez słowa.
- Wejdziemy do środka? - Zapytał wreszcie uczeń Dimki.
- Tak - odparł Saraan.

Kolacja zrobiona przez gospodynie nie była najlepszą rzeczą, jaką Dimka kiedykolwiek jadł, ale nasyciła jego brzuch. Z pewnością pozwoli mu później zapaść w głęboki sen i  porządnie wypocząć. Smak gorzkich warzyw, grzybów i ziół przywodziła mu na myśl chwile, gdy w domu rodzinnym zasiadał do stołu. W Wezoshu nie przykładano zbyt wielkiej uwagi smakom potraw - nie było z czego ich wydobywać. Dodatkowo, aby nikt nie miał prawa narzekać, powtarzano, że gorzki smak pozwala uspokoić roztrzęsione serce i oczyszcza umysł.
Po latach Dimka przekonał się, że żaden smak nie był w stanie uspokoić roztrzęsionego serca.
Myśl o kraju zasmuciła go. Od dawna nie wracał do ojczyzny - ani nostalgią ani ciałem. Jego rodzeństwo wysyłało mu czasami listy, opowiadając o kolejnych narodzinach, pierwszych krokach ich pociech, rozpoczętych szkołach i zapewniając, że zostanie on radośnie powitany, jeśli zdecyduje się ich odwiedzić. Ciwen, jego starsza siostra, swego czasu przyjeżdżała wraz z dziećmi do domu Dimki w Gyengye, ale od kilku lat jej zdrowie nie pozwalało jej na kolejne podróże.
On sam miał opory, by stanąć na progu rodzinnej posiadłości, choć tęsknił za ojcem, braćmi i siostrami. Brakowało mu również tej relacji - tej więzi z ziemią i z We. W Wezoshu kamienne ściany umiały mówić. Oczywiście, nie używały słów. Zamiast nich, rozmawiały zmysłami. Shu za pomocą dotyku potrafili wyczuć rytm oddechu skał, emocje, które się w nim kryły, ostrzeżenia i sekrety. Wskazywały drogę zagubionym, o ile ci umieli słuchać głosu ziemi i szanować jej wolę.
Poza granicami wyspy grunt pod jego nogami wydawał się być jedynie grudą ziemi: zimną, milczącą i bezrozumną. Dimka próbował rozmawiać z nią w Gyengye, myśląc, że brak wpływów We nie mógł doszczętnie pozbawić jej osobowości, ale zawiódł się. Żaden skrawek podłoża nie potrafił mu odpowiedzieć. Jedyne co osiągnął próbami to rozbawienie Nemee, która przyłapywała go z dłońmi i twarzą przytuloną do trawy czy stosu kamieni. Śmiała się, mówiąc, że nie tak zbiera się przynętę na ryby.
O ile łatwiej byłoby, gdyby mądrość starożytnego żywiołu mogła mu teraz zdradzić, jak postąpić, co zrobić i czy jest jeszcze sens, by przeć dalej. Gdyby czuł bliskość jednego ze swych bogów, przestałby bać się o powodzenie wyprawy.
Dimka pomyślał, że nie zaszkodzi spróbować raz jeszcze tutaj, w Laquii, gdzie magia przesiąkała ziemię i mogła rozbudzić jej ducha. Wyszedł więc z pokoju i zeskoczył na ziemię. Wieczorne powietrze wciąż było ciepłe i pachniało kwiatami, choć zaczepiające go porywy niewielkiego wiatru przeszywały skórę chłodem.
Mężczyzna zawahał się przez moment, choć nie wiedział dlaczego. Potem klęknął i rozłożył dłonie na ziemi. Długie, białe włosy zsunęły się z jego ramion i zawisły nad trawą.
Cisza.
Położył się na brzuchu, zgniatając twarzą zimne źdźbła trawy.
Nie słyszał niczego. Ląd pod nim przesiąknięty był głuchą pustką.
Przewalił się na plecy. Zamknął oczy i skupił się na wyciszeniu własnego oddechu i umysłu. Jego palce w dalszym ciągu przylegały do podłoża.
Chciał wyciszyć otaczające go dźwięki, odciąć się od wszystkiego, co tkwiło na zewnątrz i wejść wgłąb i tkwić w nim dopóki ziemia się nie odezwie - dopóki nie przywita go jak starego, dawno niewidzianego przyjaciela; nie opowie mu tego, co się z nią działo, od kiedy rozmawiali ostatnio; nie wysłucha jego lęków i nie odwdzięczy się dręczącymi ją strapieniami. 
To był jego sposób na oczyszczenie, jego katharsis, powrót do korzeni.
Nie. To było coś więcej. To powrót do czegoś, do czego jego korzenie tylko prowadziły, do czegoś, co leżało dużo głębiej, co wydawało się trwalsze i o wiele bardziej wiekowe.
- Co robisz? - Usłyszał głos, ale pochodził on z zewnątrz. Należał do Sinemis.
Dimka westchnął i podniósł głowę, spoglądając na intruza, który przeszkodził mu w randce ze skałą. Dziewczyna stała na ścieżce, trzymając w ręku półmisek pełen ciastek. Zdjęła już ozdoby oraz makijaż. Założyła koszulę nocną, uszytą z cienkiego materiału, który nie zasłaniał zbyt wiele.
- Skoro wolisz spać na trawie, po co wynajmowałeś łóżko?
- Lubię wydawać cudze pieniądze bez potrzeby - warknął sfrustrowany rozczarowaniem, które spotkało go na jego własne życzenie.
Podniósł się nieśpiesznie z gruntu i otrzepał ubrania.
- Matka kazała wam to przynieść - powiedziała córka gospodyni, wysuwając zdobiony półmisek w stronę mężczyzny.
- Przekaż jej nasze podziękowania - poprosił, odbierając podarunek. Jego palce prześlizgnęły się po jej dłoni niechcący.
- Dobrze się czujesz? Jesteś wilgotny i zmarznięty do kości. - Dziewczyna cofnęła szybko rękę i zmarszczyła brwi.
Dimka zaśmiał się głośno.
- Woda na mej skórze to dar od mej matki, a chłód od ojca. Jestem w połowie Gyen, w połowie Shu - odparł. Podniósł jedno z ciastek pod nos i zaciągnął się ich zapachem - Co w nich jest?
- Cynamon, kandyzowane owoce, trochę miodu. Nic trującego, jeśli o to pytasz - Sinemis wzruszyła ramionami. Dimka nie odpowiedział. Rozmowa się urwała, ale dziewczyna wciąż stała w miejscu i przyglądając się obcokrajowcowi, wyglądała jakby biła się z myślami.
- Chcesz zapytać o coś jeszcze? - Zagaił Dimka.
Dziewczyna wzięła oddech, jakby miała zamiar zadać swoje pytanie, ale zawahała się i ostatecznie powiedziała:
- Nie, jesteście dziwni. Nie chcę mieć z wami styczności. - Odwróciła się na pięcie i zawróciła drogą, którą przyszła.
On wrócił do pokoju. Zastał w nim Sheilę podczas żmudnej misji rozczesania własnych włosów. Poprosił ją, by upewniła się, czy w ciastkach nie ma niczego podejrzanego, a kiedy potwierdziła, że to najzwyklejsza przekąska, Dimka zaniósł połowę Talentom. Wróciwszy po kilku minutach, usiadł po turecku na podłodze za plecami przyjaciółki i wyjął jej szczotkę z rąk. Sheila mogła zrelaksować się, kiedy on gładził ją grzebieniem po głowie.
- Co robiłeś tak długo na zewnątrz?
- Chciałem się wyciszyć. Miałem nadzieję, że uda mi się usłyszeć głos ziemi.
Sheila uśmiechnęła się, zerkając do niego przez ramię:
- Jeśli chcesz się wyciszyć i usłyszeć głosy, mam na to lepszy sposób. Podaj mi moją torbę. Leży obok łóżka.
Dimka spełnił jej prośbę. Kobieta zaczęła szperać wśród swoich rzeczy i wyciągnęła z niej niewielką, błyszczącą fioletem i zielenią buteleczkę. Zębami wyrwała korek tkwiący w szyjce. Po pokoju natychmiast rozszedł się słodki, ziołowy zapach.
- Co to jest?
- To wywar ze szczekomielu. Opowiadałam ci o nim kiedyś, pamiętasz?
Sheila sięgnęła po miskę z ciastkami i położyła je na podłodze obok. Wzięła jedno ze słodkości i wylała na nie kilka kropel napoju.
- Jego kwiaty są żółte, przypominają kształtem głowy wilków. Wyją i ujadają, kiedy zakwitną. Szczekomiel ma działanie uspokajające i poprawia apetyt. Dodatkowo leczy rany emocjonalne.
Kiedy mówił, kobieta obróciła się i usiadła przodem do niego, prezentując zadziorny wyraz twarzy.
- Zgadza się. Przyrządzony z nich napar ma zwielokrotnioną siłę działania.
Jej dłoń zaczęła sunąć wraz z ciastkiem w stronę jego ust. Zanim dotarła do celu, Dimka odwrócił subtelnie twarz, odmawiając.
- Nie wiem, czy chcę tego próbować - rzekł.
W odpowiedzi na jego słowa, pół nasączonego ciastka zniknęło między wargami Sheili. Kobieta wyciągnęła ku niemu drugą dłoń i pogłaskała go po policzku, co ostatecznie było jedynie podstępnym sposobem, aby znów zwrócił się ku niej.
- Nie ufasz mi? - Zapytała, machając długimi rzęsami. Wiedział, że bawiła się teraz w kokietkę, aby zrobił to, czego ona chce. Wysunęła przy tym nieczystą broń: Dimka nie mógł zaprzeczyć, że ufał jej, jak żadnemu innemu człowiekowi na tej wyspie.
Nie odpowiedział, ale nie musiał nic mówić.
Sheila wysunęła do niego pozostałą część ciastka, a on przyjął to, czując się zdominowany.
Poczuł na języku smak cynamonu, miodu i szczekomielu.


Próżno ich sypkie zatrzymują śniegi
i lodem wzdęte odpychają brzegi.
Przeszli zawady, bo miłość szła wprzódy,
zmiatała śniegi i topiła lody

Offline

#13 2020-05-07 11:33:35

Arbalester
Szeryf Depeszy
WindowsChrome 81.0.4044.129

Odp: Faith and Power

VHVIjbM.png

igP7jsl.png- Pospieszcie się!
igP7jsl.pngPłotki przedzierały się z trudem przez zagęszczającą się roślinność w centrum wyspy. Pot spływał po ich czołach, które ocierali co chwilę niecierpliwym gestem. Regularnie ktoś z nich popiskiwał, kiedy liczne robactwo przysiadało na ich mokrej skórze, robiąc sobie przystanek w locie. Jeden z tęczowych żuków zabzyczał nisko i groźnie, kiedy został brutalnie odtrącony, ale odleciał, zupełnie jakby się obraził. Mężczyznom ciężko było nadążyć za Sheilą, zwinnie przeskakującą przez konary i wspinającą się na liany jak wyjątkowo piękna małpka.
igP7jsl.pngWstała wraz z brzaskiem ze świetnym humorem. Pomogła ich gospodyniom przygotować śniadanie, co niestety odbiło się gorzkim smakiem w daniu. Nie zdążyli nawet opróżnić talerzy, a ona już chwyciła ich manatki, by zbierali się w drogę i ruszyła natychmiast żwawo, narzucając im nieznośne tempo w rosnącym upale. Korony drzew na szczęście rzucały cień odpoczynku na zmęczone spiekotą słońca skóry. Jej towarzysze nie rozumieli jeszcze, może poza Dimką, jakim wspaniałym doświadczeniem było stanięcie na Voleańskim moście i spojrzenie na największe miasto Laquii w całej swej okazałości. Sheila nigdy nie przypuszczała, że pokocha jakiś widok równie mocno, co swe rodzinne strony, ale Let'hethe prędko skradło jej serce. Okazało się żywym dowodem na to, że nawet taka metropolia potrafiła współistnieć w harmonii z ich magiczną naturą. Wielbiła stałość tego miejsca, pokrywaną warstwą zmienności, tak gęsto skupione życie wszelkich form pomiędzy białymi, kamiennymi murami. Mogła im to wszystko opowiedzieć, ale wolała im pokazać. Dlatego pędziła, jakby ogień deptał jej po piętach.
igP7jsl.pngNastępnym razem, kiedy się odwróciła, nikogo za sobą nie zobaczyła. Zaklęła z irytacją, cofając się. Miała nadzieję, że nie pogubili kompletnie drogi, choć w tym miejscu to nie takie trudne. Szlaki szybko chowały się pod gęstą roślinnością, wystarczało parę dni bez opiekuna. Okazało się, że obcy nie zboczyli z trasy, jedynie dostawali burę od kruczowłosej rusałki. Choć niższa od nich o połowę i tak bezbronna, jak mogła być naga kobieta, piekliła się w języku pełnym świstów i przeciąganych sylab, a jej barwne skrzydła trzepotały nerwowo. Szmaragdowy, szafirowy i bursztynowy pył zawisł w powietrzu jak drobinki kurzu. Stała w otwartym pąku księżycowej zmory - kwiatu, otwierającego się tylko podczas księżycowych nocy. Sheila zrozumiała problem - któryś z żabek musiał chwycić wrażliwą na dotyk roślinę, a rusałka ucinała tam sobie drzemkę. Mieli szczęście, że to dorosły osobnik i nie musieli oglądać jej w stanie larwalnym.
igP7jsl.pngOdsunęła kmiotków na bok i przejęła ciężar dyskusji na siebie, jako że nawet Dimka nie potrafił porozumieć się w języku tutejszych istot. Niektóre słowa wymagały długich opisów, do jakich Sheilii brakowało cierpliwości, ale bardzo nie chciała, żeby ta niepozorna istotka zwołała swoją rodzinę i uprzykrzyła im resztę dnia, więc starała się zażegnać spór po ichniemu. Czarne skrzydła rusałki układały się w nierówne pasy i plamy, a pod nimi rozciągały się gradienty zieleni, błękitu i żółci. Górna część formowała się w dość symetryczny trójkąt, a dolna przekształcała w falbany i cienkie pasma. Osobiście Sheila wolała ich nocne siostry, miały mniej gwałtowne usposobienie.

tumblr_inline_pdoj45HoAh1r8jbqm_75sq.gifv
Where the hills are green

igP7jsl.pngKiedy po kwadransie nie zdołały dojść do konsensusu, Ma'alik prychnęła i jednym, szybkim ruchem wydobyła sztylet z pochwy ukrytej na udzie. Ostrze zakrzywiało się w półksiężycowy kształt, przy rękojeści cofało się obłym wzorem, jak gdyby wyżarły je krople kwasu. Identyczne, lecz mniejsze znajdowały się po przeciwnej stronie sztyletu, blisko czubka. Żłobienia, delikatne jak pajęcza sieć, układały się w roślinne motywy, przeplatane starolaquiańskim językiem. Rękojeść zdawała się wyciosana z ciemnoszarej skały, jak niebo gwiazdami usłanej jasnymi drobinami, nielśniącymi w słońcu. Na samym końcu osadzono mętny, biały kamień. Sheila przysunęła broń do gardła nimfy. Przyjęła przy tym dziwną pozycję, jak kot czający się do skoku na zdobycz. Motyla istota była bardzo nieduża. W dużych, bursztynowych oczach bez białek zalśnił strach.
igP7jsl.png- Teraz oddalimy się, a ty poszukasz sobie innego miejsca na spanie. Polecam kwiaty, które nie są demimozami.
igP7jsl.pngRusałka zatrzepotała raptownie skrzydłami, a potem skinęła nieznacznie głową, by nie skaleczyć się o przytknięte do szyi ostrze. Sheila uśmiechnęła się rozbrajająco i wycofała, a istotka w jednej chwili zniknęła w gąszczu.
igP7jsl.png- Męczycie mnie - zwróciła się do młodych żab, a potem spojrzała z wyrzutem na Dimkę. - Mówiłam, żebyś ich pilnował.
igP7jsl.png- Tak właściwie, to moja wina...
igP7jsl.pngDezaprobata promieniowała z całej osobowości Sheilii, począwszy od powabnie wygiętego ciała, przez obracany w dłoni sztylet, jakby chciała nim zaraz rzucić, po niedowierzającą minę, że nadal tu stała. Wolną ręką odgarnęła z twarzy długie, złociste fale. Zamierzała bez słowa wznowić marsz, ale Dimka wyciągnął do niej dłoń.
igP7jsl.png- Mogę zobaczyć?
igP7jsl.pngPytał o sztylet. Ma'alik zerknęła na broń zaskoczona, jakby zapomniała, że wciąż ją trzymała. Po chwili wahania podała mu ją. Mężczyzna sapnął, gdy ciężar pociągnął go w dół. Chwycił ją pewniej, zważył, zamachnął się, przyjrzał uważniej.
igP7jsl.png- Interesujące - mruknął, przyglądając się uważniej żłobieniom. - Co to oznacza?
igP7jsl.png- Ma te mate ka maatau atu i nga mahi o te ora. Śmierć poniesie mnie dalej, niż życie kiedykolwiek zdoła - odpowiedziała cicho. - Należał do Lawrence'a.

yongsub-noh-002.jpg?1443930335

igP7jsl.pngZa zakrętem, na końcu tunelu wytworzonego przez gęste listowie, zwisające liany i barwne krzewy w szczycie rozkwitu, zalśniła turkusowa woda w słońcu, biel kamieni raziła czystością, plamiona jedynie barwnymi szatami przechodniów. Odkąd wrócili na główny trakt, ruch się wzmógł. Drogami maszerowały patrole w opinających ciało giętkich strojach, odcinających się ciemnym różem na tle świeżozielonych gęstwin. Piersi mieli przyobleczone w twarde zbroje barwy alabastru, żłobione podobnie misternymi wzorami, co sztylet Sheilii. Ich wzór przedstawiał kwiat lotosu, świadczący o przynależności do najlepszej armii wyspy. Ich biel, podobnie jak rękawice na dominującej ręce i buty, przecinały smugi złota. Ich oczy obserwowały czujnie otoczenie, ale słowa wędrowały między nimi niezobowiązująco. Kłaniali się, gdy Magini Wyspy ich mijała, choć sama nie zwracała na nich uwagi. Odtrącała co wolniejszych maruderów, biegnąc w stronę mostu.
igP7jsl.pngBose stopy stanęły na wydeptanych do gładkości kamieniach. Czekała, aż towarzysze staną obok niej, a wtedy teatralnym gestem rozłożyła ręce, prezentując główny wjazd do stolicy, jak gdyby sama go wybudowała.
igP7jsl.pngPowietrze przesycała świeża woda, wznosząca się mgłą z licznych fontann, przenosząc intensywne zapachy kwiatów i zwierząt. Nagie posągi kobiet i mężczyzn stały wychylone z barier nad przejście, w dłoniach trzymali przechylone głębokie, bogato zdobione misy. To z nich przelewała się turkusowa woda do kanałów po obu stronach mostu, ciągnących się aż do bram. Bluszcze pięły się po posągach, wysokie drzewa za nimi krzywiły swe gałęzie, tworząc żywy baldachim. Kilka ptaków uwiło tam sobie gniazda i karmiło właśnie swoje rozwydrzone małe. Sfora małpek wielkości dłoni przycupnęła w cieniu , chłepcząc wodę i bawiąc się w niej z komicznym jazgotem. Ich rude futerka jaśniały miedzianym poblaskiem, kiedy dosięgały ich promienie światła, przedzierające się przez listowia.
igP7jsl.pngTrasę przebywali i Laquiańczycy. Tutejsi nosili luźne, obszerne stroje, wyszywane i barwione we wspaniałe wzory o najróżniejszych motywach. Część odmieniła swe ciała na podobieństwo zwierząt, inni przyodziali się w intensywnie pachnące pąki kwiatów. Jedna z kobiet, która ich minęła, o skórze barwy cynamonu, miała parę kozich różków na czole, skomplikowane czarne tatuaże na twarzy i powieki pociągnięte malunkiem indygo. Skinęła im głową, obdarzając uśmiechem pełnym ostrych kłów. U jej boku dreptał brunatno-biały lis o uszach wielkich jak u nietoperza i ogonie równie długim, co jego ciało, a dwa razy bardziej puszystym. Zwierzę również obejrzało się na nich wąskim pyszczkiem i wydało z siebie niezachęcający syk.
igP7jsl.png- Chodźcie, chodźcie!
igP7jsl.pngSheila ruszyła dalej i machnęła na nich niecierpliwie. Musieli pobiec, by się z nią zrównać, a potem pilnować, by nie zgubić. Minęli główną bramę, Ma'aseroth - w dawnym laquiańskim oznaczało to ostoję serca. Żelazna krata kryła się za murami; zamykano ją jedynie w nocy, by większa zwierzyna nie wtargnęła na ulice miasta. Po białych kamieniach do kanału spływała woda, odżywiając porastające je pnącza, całe drżące od tętniącego w nich życia. Płotki obejrzały się, by zaobserwować tysiące owadów uwijających się z zapylaniem kwiatów.
igP7jsl.pngWewnątrz jak fala pochłonął ich tłum ludzi. To po najniższych poziomach krążyło najwięcej mieszczan, załatwiających swe dzienne sprawunki. Sheila nie nadążała tłumaczyć obcym działania towarów sprzedawanych na stoiskach, ani objaśniać agresywnych kłótni ich właścicieli. Uwagę Serc najbardziej przyciągnął kontrast, gdy jeden sprzedawca wymierzył cios drugiemu, a w cieniu drzewa obok w tym samym czasie dwie kobiety wymieniały pocałunki. Ich szyje łączył sznur ze złocistych kwiatów. Jedna miała skórę barwy miodu, a druga świeżej, żyznej gleby. Włosy stworzyły brunatno-czarną kurtynę wokół nich, ale zorientowały się, że miały widownię. Z początku uśmiechnęły się i uniosły ręce jak w geście pozdrowienia, jednakże zorientowawszy się, kto stał przed nimi, straciły zainteresowanie i ponownie splotły się w mocnym uścisku. Płotki wznowiły marsz, zarumienione. Tylko Dimka sprawiał wrażenie rozbawionego. Z wrzaskiem minął ich złotowłosy brzdąc na burej owcy, pędzącej w górę ulicy, a za nimi banda dzieciaków, równie głośna, machająca kijami i liścmi.
igP7jsl.png- Zdążyłem zapomnieć, jak tutaj jest... żywo.
igP7jsl.png- Nie martw się. - Wzruszyła ramionami, wzrokiem odprowadzając grupę maluchów, nie pierwszy raz zastanawiając się, czy kiedyś wśród nich zobaczy swą krew, swe kości. - Zaraz dotrzemy do Pałacu. Tam będzie spokojnie.
igP7jsl.png- Ależ absolutnie się nie martwię.
igP7jsl.pngNigdy nie odczuła potrzeby posiadania dziecka. Oczywiście nadal była młoda i nie musiała się spieszyć, choć już większość kobiet w jej wieku zachodziło w ciążę. Obserwowała nie raz, jak niektóre reagują na pulchne bobasy, jak radośnie chwytają swoje pociechy w ramiona, ale nie potrafiła nawet wyobrazić siebie na ich miejscu, ani zachwycić istotą, która wymagała wycierania odchodów i wymiocin. Może powodował to fakt, iż sama wciąż myślała o sobie jako dziecku pod wieloma względami - nie przez niesamodzielność lub kaprysy, ale swobodę poddawania się emocjom, jeśli zechce, bez oglądania się na konsekwencje. Nadal oczekiwano od niej wielu rzeczy, lecz ona sama nie wymagała od nikogo niczego. I choć budziła strach i respekt, jednocześnie postrzegano ją jako niestabilne dziecię. Nie do końca traktowała to jako negatyw, sama sobie na to ostatecznie zapracowała swym zachowaniem. Nikt jednak nie potrafił jej zrozumieć; kiedyś uznawała to za najlepszą swoją zaletę - teraz uwierało ją to czasem jak drzazga pod paznokciem. Mógł minąć dzień bez bólu, a następnego ranka stawał się on nieznośny. Wzniosła własnymi rękoma klatkę, której drzwi bała się otworzyć.
igP7jsl.pngKręciła się wokół mężczyzn. Interesowali ją tak samo, jak uczonego fascynują gwiazdy i liczby. Było w tym coś chłodnego, kalkulującego, gdy sprawiała, że otwierali przed nią swoje dusze i umysły, a ona odchodziła, nie znalazłszy tam tego, czego szukała. Nie miała nawet pojęcia, cóż takiego wypatrywała, ale wiedziała, że to nie to. Łamanie serc okazało się czynnością tyleż nieczystą, co satysfakcjonującą. W swym pokrętnym myśleniu czuła się górą, choć w duchu przyznawała, iż biedacy uniknęli dalszych marnych doświadczeń. Co innego kobiety - och, je traktowała zupełnie odmiennie. Rywalizacja pomiędzy kuzynkami w rodzinnym domu na pewno znacznie wpłynęła na jej postrzeganie. Zawsze musiała utrzeć im nosa, spojrzeć na nie z góry. Z czasem nauczyła się zachowywać nieco względnej neutralności. Z obcymi, dopóki nie weszły jej w drogę, nie szukała zwady. Te jednak, które ją otaczały - to zgoła inna sprawa.
igP7jsl.png- Sheila? Słuchasz, co mówię?
igP7jsl.pngNagle sprowadzona na ziemię, Laquianka odwróciła głowę do Dimki. Stali przed wejściem do pałacu i wszyscy dreptali w miejscu niecierpliwie.
igP7jsl.png- Słuchałam - bąknęła, kierując się do strażników pod bramą. Tutejsza w niczym nie przypominała tej prowadzącej do miasta. Wrota pałacowe to stolarski majstersztyk, ze wspaniałymi rzeźbieniami i złotymi okuciami. Po obu jej stronach stały pary straży, a na murach przechadzali się kolejni.
igP7jsl.png- Szumu wiatru chyba - zripostował Dimka, depcząc jej po piętach. - Nie tylko się wyłączyłaś, ale miałaś też bardzo głupi wyraz twarzy. Myślałaś o mnie?
igP7jsl.png- Och, ależ oczywiście - odparła wesoło, łudząco słodko. Przypominała owadożerną roślinę, tylko wabiła do siebie uśmiechem zamiast nektarem. - Zawsze przybieram głupi wyraz twarzy, gdy o tobie myślę, by zrównać się z twym poczuciem humoru.
igP7jsl.pngPrzyjaciel zatrzymał się parę kroków za nią, na wpół rozbawiony i naburmuszony, podczas gdy Mag Wyspy rozmawiała ze strażnikami. Musiała jednak zboczyć z tematu, bo choć brama stanęła otworem, ona dalej dyskutowała. Żołnierze przestępowali z nogi na nogę, wyraźnie pozbawieni komfortu. W końcu Dimka postanowił wziąć sprawy w swoje ręce - dosłownie - i chwycił kobietę za łokieć, prowadząc ją za mury pałacu.
igP7jsl.pngStanęli na kolejnym moście. Liczne podpory, rzeźbione w skręcone konary drzew, zamykały się nad ich głowami białym zadaszeniem, przetykanym roślinnością. Okazałe, barwne kwiaty, rosnące w zdobnych, równie kolorowych donicach, kołysały się delikatnie na wietrze, niosącym zapach ziemi, pyłku i przypraw. W oddali, w cieniu jednej z podpór, leżał mężczyzna, z głową złożoną na balustradzie. Gdy zbliżyli się do niego, Sheila rozpoznała Sayeda. Na podołku trzymał spore zawiniątko. Nie odwróciła się do niego, ale kątem oka widziała, jak unosi powieki i zrywa się na równe nogi. Wydała z siebie pomruk, spodziewając się zamieszania.
igP7jsl.png- Ma'alik! Magini! - zawołał za nią Rarikhan. W paru krokach zrównał się z nią, wyciągając zawiniątko w jej stronę. Zupełnie zignorował towarzyszących jej mężczyzn. - Zechcesz spróbować?
igP7jsl.png- Zatrute? - Jej głos przesycał ton wyższości, na jakim jej nie zależało, ale użyła go tak, jak rycerz zasłania się tarczą podczas ciosu wroga.
igP7jsl.png- Czy zatrute? - oburzył się ciemnoskóry mężczyzna, wyprzedzając ją. Szedł teraz tyłem. Jego spojrzenie na chwilę powędrowało do Serc, ale nic go najwyraźniej nie zaciekawiło. Na jego usta okolone długim wąsem i brodą wypłynął uśmiech. - To byłoby bardzo okrutne, ratować cię, by potem otruć.
igP7jsl.png- "Ratować" to trochę zbyt wielkie słowo, nie uważasz?
igP7jsl.pngPrzejęła od niego pakunek tylko po to, by przestał ją dręczyć, ale wyglądało na to, iż nie zamierzał. Objął ją nagim ramieniem, a jego skóra parzyła gorącem. Szarpnęła się, próbując go nieskutecznie odsunąć. Czarne oczy, jarzące się w centrum jak słońce podczas zachodu, wpatrywały się w nią intensywnie.
igP7jsl.png- Jakie wolałabyś określenie? Twoje kości tylko skóra trzymała na miejscu.
igP7jsl.pngSheila wydała z siebie groźny syk. Wtedy do rozmowy wtrącił się Dimka, stając u jej drugiego boku.
igP7jsl.png- Radziłbym nie drażnić tygrysa i zostawić ją w spokoju, jeśli życie ci miłe.
igP7jsl.pngZatrzymała się w pół kroku, zirytowana. Obaj ją irytowali. Jeden swoim głupim, wieloznacznym uśmiechem, drugi spojrzeniem przeszywającym duszę na wskroś. Zapragnęła kopnąć ich obu w golenie, na tyle mocno, by nie zdołali się roześmiać na ten pokaz dziecinnej frustracji. Zwłaszcza Sayed. Jego skóra naprawdę parzyła i to nie ze względu na ukryte namiętności. Temperatura ciał Rarikhan była wyższa, niż innych ludzi - najwyraźniej w ten sposób przystosowali się do warunków panujących w ich ojczyźnie. Lubiła jednak czuć to ciepło, tak samo jak wejście w plamę słońca rano po zimnej nocy. Podobnie kojące uczucie ogarniało ją, gdy obejmował ją w ten sposób - swobodnie, nie natarczywie, ale i pewnie, nie bojąc się, że pokruszy ją jak porcelanę. I to nawet potrafiła przed sobą przyznać, bo nieraz czerpała przyjemność z bliskości mężczyzn - w przeciwieństwie do tlącego się na dnie serca strachu przed jego magią, niszczącym żywiołem. Nadal pamiętała swąd dymu, smród spalenizny wypełniający jej płuca jak trucizna krew. Choć powtarzał, że uratował jej życie, Sheila nie potrafiła mu zaufać. Nie był dyplomatą, a wciąż się tutaj pojawiał i zgodnie z żądaniem królowej, nie opuszczał Pałacu. Władczyni w mniemaniu Sheilii nie traktowała sytuacji poważnie, wydawała się nią wręcz rozbawiona. Niemniej, zdarzały się dni i wieczory, kiedy zamykała się z nim w sali narad, wraz ze swymi doradcami. Mag wiedziała o tym od służących i kuzynek, bo spotkania te odbywały się zawsze akurat, gdy ona przebywała poza stolicą. Nie miała cierpliwości do śledzenia polityki, ale myśl o tym, co rozgrywało się za kulisami, wciąż zajmowała jej myśli, tak jak i choroba tocząca Wyspę. Królowa zaś miała przygotowaną odpowiedź na każde jej pytanie, a jeśli Magini za mocno naciskała, traciła cierpliwość i milkła. Jak na kogoś, kto rzadko używał jednego ze swych zmysłów, kobieta chętnie pozbywała się możliwości posługiwania drugim.
igP7jsl.png- Dimka Lepaan ze Stusohl, Sayed Phiryx - przedstawiła ich sobie.
igP7jsl.pngMężczyźni wymienili między sobą zdziwione spojrzenia. Sheila miała wrażenie, że dostrzegła jakąś iskrę zrozumienia, ale zniknęła ona tak szybko, jak się pojawiła i ukłonili się sobie z należytym szacunkiem. Ona zaś zastanawiała się, czy Dimka wiedział cokolwiek o niedawnych wydarzeniach.
igP7jsl.png- Szokuje mnie, że Laquianie przyjęli w swe progi Rarikhana. To naprawdę zadziwiające czasy.
igP7jsl.pngSayed uśmiechnął się, choć jego twarz nieco stężała. Opuścił rękę z ramienia Maga, nadal stał jednak na tyle blisko, że czuła żar bijący od jego ciała.
igP7jsl.png- Wiele teraz się zmienia, Dimko ze Stusohl. Pomiędzy naszymi wyspami rodzi się nowe przymierze, zaś ja zaskarbiłem sobie zaufanie królowej Nakanaeli. Dawne zatargi to tragiczne nieporozumienie. Nie ma sensu odrzucać znaczącej przyjaźni dla starej waśni. Wasz lud podejrzewam to rozumie.
igP7jsl.pngMierzyli się przez chwilę spojrzeniami, aż i Dimka uniósł kąciki ust.
igP7jsl.png- Nie da się ukryć.
igP7jsl.png- Skończyliście? - zapytała Sheila zniecierpliwiona. - Na politykę przyjdzie zaraz czas. Zmierzamy do królowej, Sayedzie. Pozwolisz, że już pójdziemy.
igP7jsl.pngNie pozwolił. Chwycił ją za nadgarstek, by nie odeszła, otrzymując w zamian piorunujące spojrzenie. Każdy mięsień Maga napiął się, gotów do skoku.
igP7jsl.png- Chodzi o wyprawę? - Jego oczy rozbłysły jasnymi iskrami.
igP7jsl.png- Nie dotyczy to ciebie - odparła twardo, choć zapragnęła ukryć się przed jego wzrokiem i tańczącym w nim ogniem.
igP7jsl.png- Ale mogłoby i może powinno! - syknął z pasją, na co Sheila wyrwała rękę z uścisku, a jej twarz nachmurzyła się groźnie.
igP7jsl.png- Sayedzie Phiryx!
igP7jsl.pngStanęła wyprostowana jak struna, pierś wypięła do przodu. Jej oczy barwy podeschniętej trawy ciskały gromy, a płowe włosy, nastroszone wokół głowy jak lwia grzywa, zdawały się żyć własnym życiem na wzmagającym się wietrze. Potrafiła onieśmielać w ten sposób obce osoby, ale to ci, którzy ją znali bali się bardziej, świadomi do czego była zdolna. Mętny kryształ na rękojeści sztyletu rozjaśnił się zachęcająco, jakby tylko czekał na wydobycie go z pochwy i użycie na żywej tkance.
igP7jsl.pngNa ciemnoskórym mężczyźnie nie zrobiło to jednak wrażenia, a przynajmniej świetnie to maskował. Wsunął dłoń w jej włosy i przesiał je między palcami, wyciągając parę listków. Pozwoliła mu na to przez moment, a potem gwałtownym gestem odtrąciła jego rękę i po prostu ruszyła dalej przed siebie. Rarikhan już za nimi nie podążał.
igP7jsl.pngKtoś obok wydawał dźwięk, jakby się dławił. Sheila spojrzała w bok i zrozumiała, że to Dimka wstrzymywał śmiech.
igP7jsl.png- Chyba pierwszy raz widzę, żeby jakiś mężczyzna dotknął twoich włosów bez pozwolenia i nie stracił ręki.
igP7jsl.png- Mówisz, że zmiękłam? - spytała ostro, obserwując uśmiech błąkający się po jego ustach. Drażnił ją.
igP7jsl.png- Nie do końca... Długo się znacie? Kim on jest?
igP7jsl.png- Dostatecznie długo, by działał mi na nerwy. Do czego dążysz?
igP7jsl.pngPrzyjaciel chrząknął i rozłożył ręce. Most zostawili już za sobą, a wstąpili w chłodniejsze mury pałacu. Na każdym zaułku i korytarzu czatowali strażnicy, ich zbroje zlewały się z jasną barwą kamieni. Zewnętrzne ściany dziurawiły ogromne okna z podporami rzeźbionymi w kształcie drzew, za którymi ziała gigantyczna przepaść. Klify obmywały strumienie wody, a pomiędzy nimi fruwały ptaki. Jeden z nich zatoczył łuk i przycupnął w oknie. Jego czarne opierzenie, lśniące nieco kobaltem pod słońce, wyglądałoby może zwyczajnie, gdyby nie bujna, jaskrawopomarańczowa grzywa, niemal tak wielka jak on. Kiedy go mijali, nastroszył ją jak paw ogon i wydał z siebie wesoły trel.
igP7jsl.png- Do niczego, jestem jedynie ciekaw twojego nowego... towarzysza - wyznał Dimka, wyciągając dłoń do ptaka. Zaraz ją cofnął, gdy ten kłapnął na niego żółtym dziobem. - Wydaje się tu zaaklimatyzowany.
igP7jsl.png- Nie jest moim towarzyszem - warknęła, niecierpliwie machając na odźwiernych, by otworzyli im drzwi. Nie zwalniając kroku, weszli na główny dziedziniec.
igP7jsl.pngSheila uwielbiała spędzać tu czas. Cztery wspaniałe drzewa owocowe górowały nad budynkiem, splatając ze sobą gałęzie i tworząc zielony baldachim. Zwisały z nich liany, na których kołysały się małpy, a w pobliżu pni wypoczywały mniejsze dzikie koty. Owoce zbierano każdego ranka, ale już kilka leżało w trawie. Dimka podniósł ten w kształcie aloesu, również z kolcami, ale i białym, soczystym wnętrzem skrytym pod różową skórką owalu pośrodku. Obierając go, rozejrzał się, tak jak i młode płotki. Przechadzali się wte i z powrotem po ścieżkach wśród pasm i geometrycznych połaci traw, okolonych niskim murkiem, obitym lśniącymi mozaikami w barwie bieli, indygo, maków i oranżu. Pomiędzy jaskrawozielonymi źdźbłami wybijały się delikatne kwiatki w podobnych kolorach, kołyszące się wesoło na wietrze, który był tu spokojniejszy, ale nie zanikł zupełnie. Wąskie kanały odprowadzały czystą wodę, pitą chętnie przez ptaki. Gromadziło się ich po kilkanaście w różnych kątach dziedzińca i chłeptały ją lub myły się w niej, podśpiewując. Nie brakowało linii kwitnących krzewów, ani ogromnych kwiatów, niektórych głodnych na coś więcej niż deszczówkę. Centralnie widniał niewielki stawik, również otoczony murkiem, choć wyższym. Jedna z ryb, czerwona w białe plamy, wyskoczyła w powietrze i machnęła falistym, skrzącym ogonem, jak gdyby ich witała. Może faktycznie tak było, bo Serca natychmiast podbiegli do zbiornika z podekscytowanymi twarzami.
igP7jsl.pngWzdłuż dziedzińca ciągnęły się dwa rzędy arkad, aż do głównego budynku. Na szczycie obu stało po kilka małych kapliczek, misternie, cienko rzeźbionych z jedną figurą boga w każdej z nich. Posążki różniły się między sobą materiałami oraz barwą, ale wszystkie stworzono z drobnych płytek lub kafelek. Stworzeni przez Matkę pomocnicy zawsze czuwali nad jej dziećmi.
igP7jsl.png- Więc kimże jest? Wspomniał, że uratował ci życie. - Dimka wyrósł znów przy jej boku, nie zamierzając odpuścić tematu. - Takich słów nie rzuca się lekko.
igP7jsl.png- To długa historia. - Sheila przystanęła obok wysokiej łodygi, zakończonej pąkiem w kształcie dzwonka. Pogłaskała go delikatnie, a ten zadrżał, jakby ucieszył się na dotyk. - Jakiś czas temu wyciągnął mnie z komnaty, kiedy się zamknęłam. Po tym, jak wróciłam z Lasu. Myśleli, że umrę, dlatego Sayed pyszni się teraz, że uratował mi życie - prychnęła. - Oczywiście, to absurd.
igP7jsl.pngDimka milczał. Jeśli miał jakieś wątpliwości, to zachował je dla siebie. Była mu za to wdzięczna.
igP7jsl.png- Meiadia pozwoliła mu użyć ognia. Gdybym nie wyszła, dym by mnie udusił.
igP7jsl.pngDziecię Wezoshu odchrząknęło. Pojął w pełni powagę sytuacji, bo sam przekonał się dawno temu, jak surowe panują na Laquii przepisy odnośnie rozpalania ognia.
igP7jsl.png- Pojawił się znikąd. Królowa twierdzi, że pochodzi z rodu Idru, tamtejszych Uczonych i magów, ale on się z nimi nie utożsamia. Dlaczego? - Wbiła płonące spojrzenie w przyjaciela. - Teraz się tu pojawia, wnika w sprawy naszej wyspy... Chce ruszyć z nami do Nira'anu, po co? Nie ufam mu, Dimka. - Chwyciła go za kark i przyciągnęła do siebie, by skupił całą swoją uwagę na niej. - Miej na niego oko, proszę. Dla mnie.
igP7jsl.png- Oczywiście - odparł bez wahania. Kiedy go puściła, dodał jednak z wahaniem: - W zasadzie, to miałem na niego oko cały czas...
igP7jsl.pngSheila uniosło wysoko brwi. Nie rozumiała. Nim zadała pytanie, przyjaciel kontynuował:
igP7jsl.png- Królowa Meiadia zwróciła się do mnie o pomoc, bo sądziła, że będę w stanie ci pomóc, ale gdy opowiedziała mi całą sytuację, zrozumiałem, że moja przyjaźń z tobą to za mało. To ja poleciłem jej, by posłała po Sayeda Idru. Wiedziałem, że uniesiesz się dumą, jeśli powie ci prawdę, więc to przemilczał na moją prośbę.
igP7jsl.pngDimka uśmiechnął się przepraszająco, a Magini zapragnęła zdzielić go pięścią w twarz. Oddychała szybko.
igP7jsl.png- Więc o wszystkim wiedziałeś?
igP7jsl.png- Napisał do mnie, że będzie tutaj pojawiał się częściej. Chciałem, by mnie informował, jak się czujesz. Nie mogłem przybyć wcześniej, ale Sheils, możesz mu zaufać. On i ja...
igP7jsl.pngSpojrzała na niego pustym wzrokiem.
igP7jsl.png- Po co ta szopka? - przerwała mu. - Dlaczego mnie zwodziliście? To miał być kiepski dowcip? Pytałam o niego królową. Powtarzała, że to zaufany człowiek i mam się o niego nie martwić.
igP7jsl.pngMężczyzna potarł kark, zastanawiając się nad bezpieczną odpowiedzią.
igP7jsl.png- I miała rację. Dzisiaj chciałem tylko dowiedzieć się, jak go odbierasz. Tworzycie ciekawy duet... - Na widok jej miny natychmiast urwał. - Dobrze. Królowa chciała odsunąć cię do polityki. Gdybyś wiedziała, że został przysłany przeze mnie, nie odstąpiłabyś go na krok, a tak zaprzątnęłaś swoją głowę większymi problemami, czyli wyspą. To twój priorytet, według niej.
igP7jsl.png- Więc okłamywaliście mnie, bo waszym zdaniem jestem zbyt ciekawska, by skupić się na swoim zadaniu?
igP7jsl.pngDimka milczał. Sheila odgarnęła włosy gwałtownym gestem.
igP7jsl.png- Dlaczego Sayed chce iść do Nira'anu?
igP7jsl.png- Zaraz się dowiesz. - Serce wskazało ręką drzwi Sali Tronowej. - Królowa zamierza przedstawić plan.
igP7jsl.png- Widzę, że wiesz więcej o planach mojej królowej, niż ja sama - warknęła zjadliwie, cofając się o krok. - Skoro tak to wygląda, nie widzę powodu, by mnie wtajemniczać w wasze polityczne rozgrywki. Mogę przypadkiem coś zepsuć, a tego nikt by nie chciał.
igP7jsl.pngOdwróciła się na pięcie i ruszyła szybkim krokiem w stronę wyjścia z dziedzińca. Gdy tylko schowała się za murami, puściła się biegiem. Gardło piekło ją złością i rozczarowaniem. Wymagano od niej wiele, ale nie ufano. Sądziła, że udowodniła swoje oddanie sprawom wyspy i dobrobytowi jej mieszkańców. Najwyraźniej jednak zaufanie do umiejętności to nie to samo, co zaufanie do osoby. Sheila została rozwarstwiona pomiędzy to, co umiała, a kim była, chociaż przecież żyła jako jeden byt. Została wepchnięta za kulisy jak niesforne, przeszkadzające dziecko. Co gorsza, nawet jej jedyny przyjaciel miał o niej to samo zdanie. Wiedziała też, że ta ucieczka tylko potwierdza ich przypuszczenia, ale przepełniał ją zbyt wielki wstyd, by mogła stanąć przed Dworem i patrzeć im w twarze z tą samą dumą i wyższością, co zawsze - marną iluzją, którą omamiła nawet siebie samą.
igP7jsl.pngKrzyknęła z zaskoczeniem, kiedy wpadła na kogoś za zakrętem. Odgarnęła włosy sprzed oczu i zobaczyła zdziwionego Sayeda.
igP7jsl.png- Sądziłem, że będziesz w Sali Tronowej? - odezwał się, lustrując ją dziwnie.
igP7jsl.png- Sądziłam, że Rarikhanie są prawdomówni, ale ty kłamałeś o tym, jak tu przybyłeś - odparowała.
igP7jsl.pngPatrząc teraz na niego, zastanawiała się, dlaczego Dimka uznał, że nie odstąpi go na krok, jeśli pozna prawdę. Na pewno chciałaby wiedzieć, jak się poznali, jak długo trwała ta znajomość i jak zażyła. Głowiłaby się, co budzi w nim zaufanie - jaka cecha, której jej brak. Czułaby się obserwowana, więc zabroniłaby mu pisać listy, jednocześnie dociekałaby, czego jeszcze tu szukał, skoro to tylko przysługa dla przyjaciela. Powinność skłoniłaby ją do śledzenia jego poczynań, brzydkie ukryte uczucia dążyłyby do znalezienia dowodu na to, że nie zasługiwał na zaufanie.
igP7jsl.png- Nie skłamałem. Nigdy mnie o to nie zapytałaś. - Przechylił głowę, jak gdyby coś oceniał. - Przykro mi. Spełniałem jedynie prośbę, choć po czasie przestałem się z nią zgadzać.
igP7jsl.png- Dlaczego? - dociekała opanowanym głosem, choć ręce zaciskała mocno na otrzymanym zawiniątku.
igP7jsl.png- Uznałem, że to zbędne środki. - Rarikhan wzruszył ramionami. - Jesteś silna i masz swój rozum.
igP7jsl.png- Może po prostu za dobrze mnie nie znasz - odpowiedziała, dziwiąc się sobie, że brzmi jakby mu zaprzeczała, choć w innej sytuacji natychmiast przyznałaby mu rację i wyśmiała go przy okazji.
igP7jsl.pngSayed uśmiechnął się krzywo, a potem stanął bokiem.
igP7jsl.png- Może. Zdaje się, że gdzieś się spieszyłaś?
igP7jsl.pngOtworzyła usta, jakby chciała coś dodać, ale zrezygnowała. Nie zamierzała już bardziej się pogrążać. Skierowała kroki do łaźni, nie oglądając się za siebie.

intercom-jessicaroux-72nowm.jpg?format=1500w

tumblr_inline_pdoj45HoAh1r8jbqm_75sq.gifv
Winter III

igP7jsl.pngKiedy szła, spod kostura z wierzby złotolistnej stukającego o białe kamienie posadzki, sypały się zielone iskry, zamieniające się w drobne kwiatki. Umyta i świeża, ciągnęła za sobą intensywny zapach owocowych olejków, od których jej skóra lśniła w zachodzącym słońcu, padającym wielkimi plamami przez ażurowe okna. Założyła na siebie wygodną suknię z mocniejszym gorsetem i ramionami, bez rękawów. Tren barwy wrzosu, bez zbędnych metrów materiału, wycięto na przedzie, odsłaniając kolana i wysokie srebrne sandałki, których pasma owijały się wokół nóg kobiety jak węże. Dzięki temu zachowała swobodę ruchów. Włosy przestały się puszyć, spływały teraz na piersi gładkimi falami, a kosmyki normalnie opadające na twarz splotła z tyłu głowy łańcuszkiem. Zagryzane długo wargi pulsowały krwią, przybierając kolor dojrzałych jabłek. Zielone oczy patrzyły pewnie przed siebie i już nic nie zdradzało zdenerwowania poza lekkimi rumieńcami, kryjącymi rozsiane po twarzy piegi.
igP7jsl.pngNie weszła od razu do Sali. Poszła boczną drogą, wspięła się na drzewo i z góry przez dziurę w witrażowym oknie obserwowała powitanie. Dimka stał przed królową, trzymając w dłoniach sporych rozmiarów misę wypełnioną wodą. Po jego prawej stronie, na odległość ramion, przed królową składał ukłon Saraan. Talent trzymał swoje ręce również wyciągnięte przed siebie, a z ramion zwisał mu długi, jedwabny szal o barwie nieba. Z jego szyi zwisał drugi, biały szal. Za lewym ramieniem Dimki był również Marseen. On ręce miał puste, sztywno ułożone wzdłuż ciała.
igP7jsl.png- Pozwól proszę, Wasza Wysokość, że przywitamy się z tobą na sposób, w jaki to robimy w Gyengye.
igP7jsl.pngKrólowa wykonała gest na zgodę, a wtedy Dimka kontynuował:
igP7jsl.png- W Gyengye tradycyjne powitania polegają na wymianie khat na początku spotkania. To tradycyjny szal ceremonialny. Symbolizuje czyste serce dawcy, dobrą wolę i pozytywne myśli. W imieniu Senatu Zwierzchności chcielibyśmy wręczyć Waszej Wysokości jej własną khatę, aby Wasza Wysokość mogła być witana w Gyengye jak powracający do domu przyjaciel, gdyby zechciała odwiedzić wysepki Gyengye.
igP7jsl.pngW tym momencie Saraan zbliżył się do królowej i przekazał jej błękitny pas materiału. Sheila zmarszczyła nos. Taki podarunek to idealny pomysł - Meiadia uwielbiała podróże, a zwłaszcza morze, więc możliwość przybycia do Gyengye na pewno ją ucieszy.
igP7jsl.png- Oto twoje khat, Wasza Wysokość – odezwał się Saraan. - Teraz możemy powitać się zgodnie z naszą tradycją.
igP7jsl.pngSerce zdjął z szyi biały szal. Królowa uśmiechnęła się, wymieniając właśnie zyskany podarunek na inny. Prawdopodobnie myślała, że to absurdalne, ale uszanowała wolę gości. Ostatecznie wciąż trzymała w dłoniach własne khat. Oficjalny rytuał powitania był dłuższy, bardziej wzniosły i wypełniony mnóstwem małych, symbolicznych gestów, ale dziś nie było na nie czasu. Nie po przybył Dimka, a Sheilii już teraz powieki opadały. Zmęczenie wielodniową podróżą i utrata krwi powoli zbierały żniwa.
igP7jsl.pngSaraan wycofał się na swoje miejsce u boku Dimki, gdy ten w międzyczasie kontynuował przemowę:
igP7jsl.png- Teraz nasze poselstwo, w podzięce za gościnę w progach Waszej Wysokości, chciałoby przekazać w jej ręce kolejny dar.
igP7jsl.pngZ tymi słowami Dimka klęknął przed misą. Jego dłonie zaczęły tańczyć nad powierzchnią wody i robiły to dopóki z jej wnętrza nie zaczął wysuwać się przedmiot, który wyglądał jak przewieszony nad łódką bambusowy most wiszący. Marseen chwycił go i ustawił przed sobą. Dimka ostatnimi ruchami rąk wyciągnął z misy parę pałeczek i podał je w ręce ucznia. Gdy to zrobił, w misie nie było już wody.
igP7jsl.pngMarseen zaczął stukać w rząd równo ułożonych sztabek drewna, wydobywając z nich wesołe, rześkie dźwięki. Uderzenia były szybkie, dynamiczne, ale wyważone i brzmiały jak dzwonki wietrzne, które nagle wiedziały, co chcą grać.
igP7jsl.png- To instrument zwany ranad – rzekł Dimka, gdy Marseen skończył. – Wraz z nim, Wasza Wysokość, w twe ręce przekazuję ci mego ucznia, aby nauczył grać na tym instrumencie każdego, kogo zechcesz nauczyć.
igP7jsl.pngMarseen rzucił zaskoczone spojrzenie Dimce, ale nic nie powiedział. Skłonił się natychmiast królowej, czekając na jej odpowiedź, a Sheila omal nie gwizdnęła, zdradzając swoje położenie. To nie lada propozycja. Czy jej przyjaciel też miał plany, o których nie wiedziała?
igP7jsl.png- Z przyjemnością skorzystam z twoich umiejętności, chłopcze – królowa skierowała słowa do Marseena. – Dziękuję za wszystkie dary, które od was dostałam.
igP7jsl.pngCała trójka skłoniła się po raz kolejny. Talenty, odchodząc na bok, zabrały ze sobą misę i wszyscy stanęli na tyłach sali. Sheila pozwoliła sobie jeszcze na krótką drzemkę, po czym wróciła na dziedziniec. Najmłodsza żabka kręciła się bez celu po ogrodzie.
igP7jsl.pngOtworzyła z impetem wrota do Sali Tronowej. Wszystkie głowy zwróciły się ku niej, a było ich mniej, niż się spodziewała. Obok Nakanaeli zasiedli jej Doradcy, ale brakowało Labradorów, nie wspominając o Rodach Dworu. Dimka stał z Saraanem i nieznanym jej mężczyzną na skraju wody, zaś Sayed znajdował się w samym centrum ścieżki, rozchodzącej się tam w formę placu. Nie kłopocząc się dyganiem przed władczynią, Sheila minęła ich wszystkich, po czym przecięła kanał, wchodząc do niego z pluskiem, od którego Doradcy się wzdrygnęli, a rybki załopotały ogonami w desperackiej ucieczce. Zatrzymała się przed swym miejscem, ale nie zasiadła na rzeźbionym fotelu. Stała wyprostowana jak struna i patrzyła prowokacyjnie na Sayeda. Udowodnij, że mogę ci zaufać, mówiły jej oczy.
igP7jsl.png- Cóż za łaska na nas spłynęła! - zawołała Meiadia suchym głosem. Szkarłatne promienie słońca rzucały na Salę barwne wzory witraży. Jeszcze za wcześnie, by zamieniła żelazną maskę z drogocennym kamieniem na cienką koronkę, ale słuch miała wyostrzony jak nietoperz. Wszędzie poznałaby dźwięk kostura swojej podwładnej. - Magini Wyspy zaszczyciła nas swą obecnością. W samą porę.
igP7jsl.png- Gdzie są Labradorowie, Meiadio? - zapytała Sheila, nie odrywając oczu od Rarikhana. - Gdzie są Rody Dworu?
igP7jsl.png- Czekają na moje zaproszenie. - Głos królowej emanował spokojem i cierpliwością. - Które otrzymają, lecz dopiero po naszej rozmowie.
igP7jsl.pngMagini dopiero teraz zwróciła uwagę na trzeciego mężczyznę, stojącego obok Dimki. Miał rysy Hjerrijczyka - szpiczaste uszy, nietypowy odcień skóry, a postawę wojskową. Mina przyjaciela również pogrążyła się w skupieniu i powadze. Nie zareagował nawet na motyla, który przysiadł na jego ramieniu. Cała ta sytuacja coraz mniej jej się podobała. Zrozumiała, że królowa zamierza omówić z nimi sprawy, jakie nie wyjdą poza ten krąg. Serce zatrzepotało nerwowo w jej piersi w oczekiwaniu na następne wydarzenia.
igP7jsl.png- Bjórto Eihnersennie, przewodniku Pionierów, dziecię Hjerry, oto Sheila Ma'alik, Magini Laquii. Wybacz jej aroganckie zachowanie. - Królowa skinęła mu głową, na co i on lekko dygnął. Następnie zwróciła się do Sheilii: - Bjórta wspomoże nas w podróży przez Las Tysiąca Szeptów, jego jednostka specjalizuje się w penetrowaniu niebezpiecznych i nieznanych terenów. W zamian my nawiążemy nową linię handlową naszych ziół, które pomogą im zwalczać choroby trucizn. Po wszystkim wyruszysz także na Hjerrę, by przekazać im swą wiedzę.
igP7jsl.pngSheila zdusiła w sobie ryk. Została przehandlowana jak zwykła klacz, bez choćby uprzedzenia zawczasu. Przełknęła po raz pierwszy w życiu swą dumę i milczała, choć złość gotowała się w jej żyłach.
igP7jsl.png- Bjórto. - Srebrzyste włosy władczyni zsunęły się z jej ramion, a rubin na masce zalśnił w zbłąkanym promieniu słońca. Jej głos był twardy i niewzruszony jak żelazo. - Czy rozumiesz, z czym wiąże się nasza umowa?
igP7jsl.png- Tak, Pogromczyni Fal.
igP7jsl.pngGestem nakazała mu się cofnąć, co też uczynił.
igP7jsl.png- Sayedzie Idru - teraz zwróciła się do Rarikhana, cierpliwie czekającego w centrum ścieżki. Jej krwistoczerwona suknia zaszeleściła, kiedy zmieniła pozycję, głowę opierając na dłoni. - Opowiedz swój plan.
igP7jsl.pngSayed rozpoczął więc swą opowieść. Zaczął od początków Rarikhy, kiedy ogień trawił jej połacie, niszcząc wszelkie życie, rozprawiał o tym, jak żywioł został poskromiony, o łzach Bóstwa, z których powstało saalarium, o trudnościach z dostępem do wody i odradzającej się florze i faunie. Trwało to na tyle długo, że Sheilii ścierpły nogi i w końcu zasiadła w fotelu, nogi podwijając pod siebie. Rarikhan kontynuował historię swej ojczyzny, aż doszedł do sedna sprawy.
igP7jsl.png- Ogień zniszczył zielone wzgórza naszej wyspy, to prawda, ale także stworzył ziemię pod nowe życie. Odmienione, trudniejsze, ale stało się to aktem tworzenia. Jestem świadom, jak wasz lud postrzega ten żywioł i naprawdę, nikt nie jest w stanie zrozumieć was lepiej, niż my sami. - Wokół czarnych źrenic roziskrzyły się bursztynowe światła. Skierował je na krótki momentu ku Magini, jak gdyby starał się przekazać jej coś bez słów. - Teraz jednak nad nim panujemy. Stał się naszym atutem, najlepszym przyjacielem w noce tak zimne, że nieuważnym odbierają palce. Kontrolowany, może zdziałać wiele dobrego.
igP7jsl.pngUrwał, nabierając oddechu. Sheila zrozumiała, że wszystko sprowadzało się do tego momentu. Te intrygi, pokątne spotkania. Co zamierzał zaproponować? Wychyliła się mimowolnie.
igP7jsl.png- Dawniej ogień nie budził w Laquiańczykach przerażenia. I słusznie. Ogień powinno się respektować, ale nie bać. Strach wobec ognia jest wrogiem. Kiedyś wasz lud to rozumiał.
igP7jsl.png- Wykrztuś to z siebie - syknęła w końcu zniecierpliwiona.
igP7jsl.png- Uważam, że powinniście spalić Nira'an doszczętnie, a na oczyszczonych popiołach zasadzić nowe życie, wolne od skażonej magii.
igP7jsl.pngW sali zapanowała cisza, na tyle na ile mogła ona zapaść w Laquii - ptaki nie przerwały śpiewów, wiatr szumu, a zwierzęta nawoływania się nawzajem. W oddali szemrała płynnym językiem woda. Sheila oniemiała. Przez moment sądziła, że to żart, tak bardzo abstrakcyjny wydał jej się ten pomysł. Gdy zrozumiała powagę Sayeda, wybuchnęła śmiechem. Jej sztuczny chichot poniósł się między murami nieprzyjemnym echem. Słońce zdążyło skryć się za murami i zapadło chłodne, niebieskie światło, przetykane bladymi świetlikami.
igP7jsl.png- Nie dziwię się, że nie zaproszono nawet Labradorów.
igP7jsl.pngWstała, zbliżyła się do Rarikhana i pchnęła go w pierś. Cofnął się o krok, ale nie stracił równowagi. Odwzajemniał jej wściekłe spojrzenie spokojem i determinacją.
igP7jsl.png- Las Tysiąca Szeptów to nie ogródek na tyłach pałacu waszej cesarzowej - warknęła, dźgając go kosturem. - To wielka połać lasu. Jak zamierzasz utrzymać pożar w ryzach, sam jeden?
igP7jsl.png- Najpierw zrobimy pierścień ognia, który wyznaczy granicę - wyjaśnił jej mężczyzna spokojnie.
igP7jsl.png- Leepan razem ze swym pomocnikiem Saraanem oraz Sayedem będą pilnować, by pożar nie rozprzestrzenił się poza obręcz. Mieszkańcy Dżungli pomogą, kiedy nadejdzie czas.
igP7jsl.pngSheila odwróciła się zszokowana do przyjaciela. Nie uśmiechał się, a jego oczy wyrażały smutek. Nie rozpacz, jak po utracie bliskiego, ale smutek wynikający z dokonania czegoś nieprzyjemnego, lecz koniecznego.
igP7jsl.png- Choroba wymknęła się poza granice Lasu, Meiadio! - wykrzyknęła Magini z oburzeniem, podbiegając do władczyni. - Nawet jeśli to zadziała, ona już dosięgnęła stworzenia na zdrowym terenie! Może powstać nowe ognisko!
igP7jsl.pngBrat królowej, o równie srebrzystych i długich włosach, wysunął się naprzód z groźną miną. Sheila zupełnie zapomniała o jego istnieniu. Nakanaela jednakże ani drgnęła. Jej pierś unosiła tak lekko i rytmicznie, jakby spała. Teraz opuściła dłoń i wygładziła szeleszczącą suknię.
igP7jsl.png- Plan Sayeda to ostateczność, Sheilo. Najważniejszym jest, byście znaleźli źródło choroby. Obawiam się, że bez tego już nigdy nie zaznamy spokoju. Niemniej, korupcja Nira'anu zaszła za daleko. Trzeba go zniszczyć.
igP7jsl.png- To wbrew wszelkim naszym zasadom! - zawołała w ostatniej desperackiej próbie przekonania kogokolwiek.
igP7jsl.pngKrólowa wstała i zerwała z twarzy maskę. Cienkie, jasne brwi układały się w grymas złości, a przymrużone blade, szkliste oczy wpatrywały w kobietę przed nią. Sheila rzadko widywała jej twarz i teraz aż cofnęła się, zaskoczona. Dostrzegała w jej oczach swoje odbicie, przerażająco zniekształcone i pozbawione kolorów.
igP7jsl.png- Znasz się na znachorstwie, Sheilo Ma'alik. Kiedy rana na twym ciele gnije, wycinasz ją, prawda? Kiedy wszystkie próby uleczenia spełzają na niczym, nie masz innego wyboru, jak pozbyć się tego, co toczy choroba, by uratować cierpiącego człowieka. - Meiadia w swej krwawej sukni i ciele bladym jak księżyc powinna sprawiać wrażenie delikatnej, ale w rzeczywistości onieśmielała. Z jej postawy biła pewność siebie i siła. - Być może moi poprzednicy za bardzo bali się wykonać ten krok, ale ja się nie zawaham. Zrobię wszystko, co trzeba. I oczekuję tego samego od ciebie, Magini Wyspy.


2tlGTsD
"Art, the ability to make it, gives meaning to sadness in a way that many aren’t able to experience.”

Offline

#14 2020-05-14 16:19:03

Arbalester
Szeryf Depeszy
WindowsChrome 81.0.4044.138

Odp: Faith and Power

ravedeath-jessicaroux-72nowm.jpg?format=750w

tumblr_inline_pdoj45HoAh1r8jbqm_75sq.gifv
Among trees

igP7jsl.pngNie mogła zasnąć. Im wyżej księżyc wspinał się po nieboskłonie, tym jej serce mocniej biło. Niepokój zakradał się mrowiąc palce, ciągnąc w górę członków. Na skórze skroplił się pot, choć wszystkie okna otworzyła na oścież i zimny wiatr szarpał rosnącymi w  komnacie roślinami i przykrywającą ją pościelą. Gardło drapało suchością, a głowę wypełniało donośne pulsowanie, zgodne z szumem krwi. Włosy walały się po całym łóżku, lepiły do jej ciała, zasłaniały oczy. Poczuła, że się dusi. Oddech przyspieszył. Wstała i zadrżała, gdy chłodny powiew liznął jej niemal nagie ciało, okryte jedynie cienką koszulą nocną. Choć pomieszczenie było przestronne, zdawało się ją osaczać, ściany wokół zamykać. Szarpnęła drzwi, wychodząc na korytarz. Pobliscy strażnicy spojrzeli na nią krótko i stracili zainteresowanie. Przywykli do dziwnych zachowań Magini.
igP7jsl.pngTeraz jednak sytuacja wyglądała inaczej. Ból szarpnął jej brzuchem, serce wchodziło na coraz wyższe obroty, a ciałem wstrząsały dreszcze. Nie wiedząc co robić, pobiegła do małego ogrodu, który sama jedna doglądała. Stopy dotknęły trawy, wzbijając w powietrze dziesiątki bladych świetlików, rozświetlając niedużą przestrzeń. Stała pośrodku, chłonąc szepty roślin. Wdech gonił wydech, aż czerń zakradła się w rogi jej widzenia i powoli poczęła zamykać się wokół niej.
igP7jsl.pngNagle poczuła żar na ramieniu, a potem zobaczyła przed sobą ciemne oczy z tlącymi się w nich iskrami, jak okruchy węgla w popiele. Przycisnęła dłoń do piersi Sayeda, zacisnęła ją na koszuli w niemej prośbie.
igP7jsl.png- Sheila, oddychaj. Spokojnie - mówił niskim, ciepłym głosem. Przywodził jej na myśl poranne bzyczenie owadów, zapowiedź upalnego dnia. - Nic się nie dzieje. Jesteś w pałacowym ogrodzie, bezpieczna. Oddychaj.
igP7jsl.pngPrzyłożył jej drugą dłoń do swej klatki. Unosiła się powoli, a potem swobodnie zapadała. Sheila starała się przystosować swój oddech do jego; mroczki rozproszyły się, oddając wzrok. Po chwili uświadomiła sobie, że strach przed uduszeniem zniknął, bo oddychała znów normalnie. Rozpalona ręka odgarnęła jej włosy z twarzy. Zadrżała pod tym dotykiem, tak drastycznie różnym od chłodnego powietrza i zimnej rosy, na której klęczeli. Przymknęła oczy, a wtedy cała została otulona ciepłem, jak rozgrzaną zawczasu pierzyną.
igP7jsl.png- Jesteś jak kieszonkowe słońce - wyszeptała w szyję Sayeda, na co jego ciało zatrzęsło się od bezgłośnego śmiechu. Kojącym gestem głaskał ją po głowie. Nie miała sił, by myśleć o tym, że się uzależnia, że powinna go odepchnąć, że nie była delikatnym kwiatkiem do opieki. Serce nadal szarpało się między żebrami ostrzegawczo, jak gdyby zaraz znów mogło rozpocząć swój dziki taniec.
igP7jsl.pngWreszcie uspokojona, odsunęła się i położyła na mokrej trawie. Ciemne niebo rozjaśniało srebrne światło księżyca i lśniące drobiny gwiazd. Blade futra nietoperzy przecinały je szybkim lotem, szukając pożywienia. Błony ich skrzydeł rozpościerały się nad ich głowami, a świetliki powolnym lotem opadały na ziemię i krzaki, jak gdyby chciały się skryć przed drapieżnikami. Jeden z ssaków zawisł na gałązce tuż obok Sheilii. Był niewiele większy od dłoni i miał drobne uszka, zaś ogromne, czarne oczy. Wbił pazurki w drzewo i wychylił pyszczek ku perłowo połyskującym kielichom, które właśnie rozchylały swe delikatne płatki. Rozwinęły się, dając słaby poblask, a wtedy nietoperz wsadził w jeden z nich główkę, by spić słodki nektar.
igP7jsl.png- Lubisz to miejsce?
igP7jsl.pngMagini uniosła głowę. Sayed patrzył z lekkim uśmiechem w to samo miejsce co ona, ale dostrzegając ruch, przeniósł na nią wzrok. Jego sylwetka z brązów i oranżów odcinała się na chłodnej palecie barw laquiańskiej nocy. Wieczorne rośliny, posilające się światłem księżyca, nabierały życia za jego plecami, pnąc się po kracie do nieba.
igP7jsl.png- Tutaj problemy wydają się mniejsze - odparła, ręką zgarniając rosę ze źdźbeł trawy. Rana na przedramieniu nadal była lekko zaczerwieniona. - Wyspa potrafi być... - zawahała się na moment - przytłaczająca. Nawet dla nas. - Zerknęła na niego. - A ty dlaczego nie śpisz?
igP7jsl.png- Wasze noce są o wiele cieplejsze, niż nasze. - Usiadł wygodniej, łokieć opierając o kolano zgiętej do góry nogi. Skrzywił się lekko. - Ciężko mi się przestawić, niewiele tu sypiam.
igP7jsl.pngSheila prychnęła.
igP7jsl.png- Masz dzięki temu czas snuć chore pomysły - burknęła. Zamierzała włożyć w te słowa więcej złości, jadu, ale sił wystarczyło jej jedynie na marne bąknięcie od niechcenia pod nosem. To zdecydowanie jeden z jej gorszych dni.
igP7jsl.png- To tego się wystraszyłaś? Nira'anu. Słyszałem legendy o tym miejscu.
igP7jsl.pngJego głos nie wyrażał pogardy, brakowało mu także prześmiewczego tonu, ale w żyłach Sheilii i tak zapłonął gniew. Podniosła się gwałtownie, mordując mężczyznę spojrzeniem. Jak śmiał? Przychodził tu, tworzył plan spalenia jej wyspy, a potem pluł w twarz z wyższością, jak gdyby mógł cokolwiek rozumieć. Nic nie wiedział. Ani on, ani nikt inny. Wspomnienia Lasu Tysiąca Szeptów pozornie wyblakły - nie budziła już się z krzykiem nocą, tonąc w koszmarach - w rzeczywistości pozostały jedynie ukryte na dnie umysłu, gdzieś w podświadomości, na którą nie miała żadnego wpływu. Jej ciało reagowało, choć rozum spoczywał. Czasem jednak otwierał drzwi pamięci. Sheila traktowała swą wyspę jak Sayed ogień - nie bała jej się, ale respektowała ją i utrzymywała odpowiedni dystans. W Lesie to nie obowiązywało. Mordercze rośliny i zwierzęta czyhające choć na kroplę krwi, pomimo swej brutalności i szkaradnej formy, to dla Laquian nic nowego. Zasadzki, trucizny, wabiki... Ryzyko schwytania rosło, ale to to, co działo się w umyśle przerażało najbardziej. Głosy, jakie rozbrzmiewały, echa przeszłości i przyszłości, teraźniejsze lęki, ból, rozterki. Skażona magia, tętniąca własnym życiem wnikała w człowieka jak gaz w płuca, trzymała się w nim jak piach w otarciu, uciążliwy i bolesny do usunięcia. Czuło się obcą siłę, osobny byt przejmujący kontrolę, nabierający energii z każdym kolejnym oddechem. Jak pasożyt wędrował po ofierze, zostawiając po sobie spustoszenie - wydrążoną z życia duszę.
igP7jsl.png- Nie boję się Lasu - warknęła, zaprzeczając swym odczuciom. - Już raz stamtąd się wydostałam. To... To co innego.
igP7jsl.pngSpojrzała na wnętrza swych dłoni, złożonych na udach. Głębokie linie przecinały skórę w identyczny sposób, jak jej zmarłego kuzyna. Kiedy byli małymi dziećmi, często malowali ręce farbą i zostawiali ich odciski na drzewach, ścianach domu. Wytyczali w ten sposób swoje własne, wspólne ścieżki, jakimi chadzali. Zwiedzali dżunglę, zadamawiali się z nią, choć ciotka krzyczała na nich, że to niebezpieczne, ale oni nie znali strachu. To, co za łukiem rzeki, za pniem ogromnym jak domy w stolicy, fascynowało ich zbyt żywo, by mogli przejmować się tak przyziemnymi sprawami, jak rany czy groźne zwierzęta. Nieznane wołało ich serca, pchając naprzód. Gdy dziś wróciła do swej komnaty, przejrzała szkatułkę ze starymi skarbami, jakie zebrali w trakcie tych podróży i zastanawiała się, czy i tym razem podążyłby za nią. Chciałaby wiedzieć, co by powiedział.
igP7jsl.png- Człowiek, który mnie wychował, przekazał mi pewne słowa. Zapadły mi w pamięć.
igP7jsl.pngMagini przyjrzała się Rarikhanowi. Pod oczami malowały mu się cienie, lekkie bruzdy na twarzy zdradzały zmęczenie i stres. Postawę jednak miał odprężoną, spoglądał gdzieś poza nią - może obserwował dalej nietoperze.
igP7jsl.png- Powiedział, że życie bez strachu to głupota. Strach jest tym, co nas napędza. Prawdziwa odwaga to wiedza, co przed tobą i zmierzenie się z tym pomimo strachu. - Uśmiechnął się subtelnie, ze smutkiem. Jego oczy przestały wędrować po ogrodzie i skupiły się na niej. - Nie uważam, by emocje umniejszały ludziom. Tylko czyny są w stanie to zrobić.
igP7jsl.png- Biegle posługujesz się językiem, Sayedzie - przyznała, krzyżując nogi. Za dnia nie wpadało tu na tyle światła, by ziemia zdążyła zatrzymać ciepło i chłód od niej bijący powoli docierał do kości Sheilii. - To tylko sprawia, że mniej ci ufam.
igP7jsl.png- Zdaję sobie sprawę, że słowa to za mało, by cię przekonać. Twoim zdaniem również o człowieku świadczy przede wszystkim to, co robi, choć może z innych powodów. Będę jednak próbował. O cokolwiek mnie nie zapytasz, odpowiem z pełną szczerością. - Nachylił się w jej stronę z niepokojącym błyskiem w oku. - Mogę także coś ci pokazać. Zdradzić sekret, znany tylko mojemu opiekunowi.
igP7jsl.pngWydawał się podekscytowany, jak małe dziecko chcące pochwalić się przed rodzicem znalezieniem idealnie okrągłego kamyka. Ich stosunki były naprawdę pogmatwane.
igP7jsl.png- Dlaczego? - zapytała, marszcząc brwi. - Nie jesteś mi nic winien. - Ponieważ nie odpowiadał, wywróciła oczami zniecierpliwiona i wreszcie się zgodziła: - Dobrze.
igP7jsl.pngKu jej zaskoczeniu, Sayed złapał za krańce swej luźnej, brudnoczerwonej tuniki i krótkim gestem ściągnął ją przez głowę. Pod nią był nagi. Niebieskie światło podkreślało zarys silnych ramion i subtelnych mięśni brzucha. Wydobyło także o kilka odcieni jaśniejszą bliznę, ciągnącą się na skos przez pierś, unoszącą się teraz rytmicznie. Przysunął się bliżej, aż zetknęli się kolanami i wyciągnął przed siebie rękę. Obrócił się nieco bokiem, odsłaniając połać zniekształconej, ciemniejszej skóry na lewym ramieniu. Sheila mimowolnie wyciągnęła dłoń i przesunęła po niej palcami. Była nierówna, jak po oparzeniu. Wyglądała na boleśnie ściągniętą. Nieco poniżej dostrzegła też drobny, czarny zawijas, przeplatający się ze złotym.
igP7jsl.png- To nazywa się nafi.
igP7jsl.pngSheila uniosła brew sceptycznie.
igP7jsl.png- Nadajecie imiona swoim bliznom?
igP7jsl.pngSayed roześmiał się. Brzmiało to jak trzask drew w ognisku.
igP7jsl.png- Nie. Nafi to symbole, przypominające tatuaże, które nadało nam Bóstwo. Mówią o tym, do jakiego rodu się należy. - Zamilknął, obserwując jak Magini muska go delikatnie. Czarne włosy opadły mu na twarz, gdy pochylił głowę. Chwycił jej dłoń w swoją i zamknął, wysuwając tylko wskazujący palec. Jej jasna skóra kontrastowała z jego ciemną. Wskazał na złoty zawijas. - Moje zostały zniekształcone przez wrodzone znamię, dlatego większość życia nie wiedziałem, iż należę do dynastii, ale tu widać ich fragmenty. Ten złoty nafi twierdzi, że pochodzę z Idru. To dynastia uczonych, w naszym języku nazywają się Yafami. - Przesunął ich dłonie obok. - To zaś jest nafi maga. Każdy jest inny, niesie ze sobą różne zdolności.
igP7jsl.png- Niech zgadnę - Sheila przerwała jego monolog, głównie po to, by spróbować opanować krew szumiącą w uszach. - Czytasz w myślach?
igP7jsl.png- Nie. - Dwoje bursztynowych oczu wpatrywało się w nią intensywnie. - Potrafię odczuwać cudze emocje jak własne. Zazwyczaj jest to uciążliwe, ale dziś dosięgnął mnie zimny strach i doprowadził do ciebie. - Tęczówki zapłonęły, a potem nagle ściemniały. Sayed pochylił się, a jego głowa skryła się pod blond włosami Magini. - Wiem też, co czujesz teraz - szepnął, gorącym oddechem owiewając jej szyję. Niespiesznie złożył na niej pocałunek, jeden, drugi, trzeci między obojczykami. Drugą dłoń wplótł  w jej włosy, podczas gdy ona objęła jego nagi tułów i przyciągnęła do siebie, aż gorące ciało Rarikhana sparzyło jej skórę. Plątały im się nogi, kiedy szukali najwygodniejszej pozycji, w której jedno nie będzie drugiemu wbijało kości. Wargi Sayeda zostawiały na jej ciele płonące miejsca, ale nie mogła skupić się na nich przez ciągłe szamotanie. W końcu pchnęła go sfrustrowana na trawę, przygwoździła ramiona do ziemi. Jej fryzura rozsypała się wokół nich jak korona wierzby płaczącej, odcinając od świata i przez moment istniały tylko jego ciemne oczy z iskrami oraz jej własne, barwy łąk i wzgórz.
igP7jsl.png- Co czuję? - zapytała cicho, dłoń przesuwając na jego pierś, gdzie serce szarpało się gwałtownie.
igP7jsl.png- To - odparł z łobuzerskim uśmiechem.
igP7jsl.pngObjął ją  w talii i jednym ruchem obrócił. Potoczyli się po mokrej trawie i teraz to on górował nad nią. Opierał się na łokciu, ale trzymał ją mocno resztą ciała. Jego uśmiech rozpłynął się na jej ustach w namiętnym pocałunku, obojgu odbierającym oddech. Przewrócili się na bok, Sheila oplotła go wolną nogą, przywarli do siebie mocniej. Dłoń Sayeda wędrowała z pleców na talię; gdy zsunęła się na pośladek, Magini ugryzła go w wargę. Rarikhan syknął, odsuwając się.
igP7jsl.png- Za co to? - Spojrzał na nią z wyrzutem.
igP7jsl.png- Za coś zawsze się znajdzie - stwierdziła, marszcząc niewinnie nos jak królik.
igP7jsl.pngSkorzystała z tej chwili, by przyjrzeć mu się z bliska. Oczy okalał wachlarz długich rzęs, gęste brwi ciągnęły się łukiem. Ostrość rysów kryły wąsy i broda, spod których wyglądały pełne, ale nie wydatne usta. Wcześniej tego nie zauważyła, ale na jego twarzy także widniała blizna, bardzo cienka, niemal niewidoczna. Zaczynała się nad lewą brwią, ciągnęła przez nos i urywała, by znów zabłysnąć w kąciku ust. Zastanawiała się, czy ich historie też kiedyś jej opowie.
igP7jsl.png- Myślałem, że lubisz, jak posługuję się językiem - zauważył przekornie.
igP7jsl.png- Nie dodawaj sobie. Powiedziałam, że robisz to biegle. A czy lubię, muszę jeszcze sprawdzić...
igP7jsl.pngSayed nie potrzebował drugiej zachęty. Pocałował ją znów, aż poczuła metaliczny posmak jego krwi. Musiała użyć przed chwilą więcej siły, niż się spodziewała. Jakaś część umysłu chciała zastanawiać, dlaczego akurat dziś, dlaczego teraz, kiedy była najsłabsza, ale została zupełnie zagłuszona pożądaniem płonącym w żyłach. Zacisnęła w dłoni kępkę trawy, odchylając głowę. Sayed wykorzystał ten moment, by zsunąć się niżej, wtulając nos w jej piersi. Porastające ściany bluszcze ożyły i w mgnieniu oka wejście do ogrodu przestało istnieć, zastąpione zieloną połacią. Rarikhan nie zwrócił nawet na to uwagi. Chwycił między palce koszulę Sheilii, ale ta powstrzymała go gestem. Usiadła i sama niespiesznie ją zdjęła. Spojrzała na niego z góry bezwstydnie, rozkoszując się głodem i podziwem dostrzegalnymi w jego oczach. Patrzył jak zaczarowany i musiała sięgnąć do jego spodni, by oprzytomniał. Szarpnął się, by szybko zrzucić je z siebie. Spletli się znów w uścisku, badając każdy skrawek ciała. Gorące palce liczyły jej żebra, jakby żłobiły w glinie, a potem przesunęły się na kręgosłup. Druga dłoń zaciskała się na pośladku, zaś zęby kąsały piersi. Sheila przyciskała mocniej jego głowę do ciała, tak że palił ją jego gorący oddech, rozpływał się po skórze, wzniecając pożar. Nagle Sayed objął ją całą w żelaznym chwycie i spojrzał w oczy pytająco. Czuła jego serce bijące szaleńczo trochę poniżej jej własnego. Oboje oddychali ciężko, chłód nocy rozwiał się, jakby mężczyzna rozgrzał powietrze w całym ogrodzie. Pozwoliła mu trochę pocierpieć w niepewności, a potem złączyła się z nim z cichym westchnieniem, zagłuszonym przez jego niski pomruk zadowolenia. Niecierpliwił się na jej powolne, stateczne ruchy, jego ręce błądziły nieprzerwanie po niej całej, jakby nie wiedziały, co począć. Złapała go więc za nadgarstki i złożyła dłonie Sayeda na swych piersiach, a ten ścisnął je natychmiast boleśnie, aż syknęła. Zatrzymała się. Pulsowali w jednym rytmie. Jego tęczówki zmatowiały, sczerniały niepokojąco. Pchnął ją na ziemię, nie puszczając. Czarne włosy musnęły jej skórę, teraz tak wrażliwą na każde doznanie. Oplotła go nogami, tułów przycisnęła jak najmocniej do siebie, by niczego mu nie ułatwiać. Wygięła się, gdy w niej zatańczył, myśląc, że jeszcze moment, a scalą się w jedno, z taką energią napierali na siebie. Ugryzł ją w ramię, więc oddała mu, tnąc paznokciami plecy. Pomruk w jego piersi wstrząsał jej kośćmi, aż sama zamruczała z rozkoszy. Nie obchodziło jej już, w jakiej znajdowali się pozycji, ani że kamień uwierał ją w bok. Liczył się tylko ogień, trawiący jej uda i brzuch, tętniąca krew w głowie, coraz gwałtowniejsze zderzenia. Uniosła się, przyjmując go po raz ostatni, jak plaża poranny przypływ. Jęknęli oboje. Sayed opadł, dociskając ją swym ciężarem do ziemi. Nie zaprotestowała. Czuła się jak otulona ciepłą pierzyną. Całe napięcie schodziło z niej, gdy kreślił koła na jej boku, podczas gdy ona przesiewała jego czarne, długie włosy między palcami. Pot perlił się na ich ciałach.
igP7jsl.png- A ty? - szepnęła niepewnie, nie chcąc zakłócać ciszy, jaka zapanowała.
igP7jsl.png- Ja? - Sayed ku jej niezadowoleniu zsunął się na bok. Oparł głowę na ręce. Jego tęczówki znów lśniły bursztynowo. - O co pytasz dokładnie? - Usta wykrzywił mu uśmiech samozadowolenia.
igP7jsl.png- Twierdzisz, że wiesz, co inni czują. A ty, co czujesz?
igP7jsl.pngWyzywała go spojrzeniem, szukając najmniejszych oznak kłamstwa. Rarikhan odgarnął jej blond kosmyki za ucho niedbałym gestem.
igP7jsl.png- Często nie jestem pewien. Ale nie teraz - odparł, sunąc palcem wzdłuż jej mostka. Sheila zadrżała. - Nie teraz.
igP7jsl.pngUcałował ją delikatnie w ramię, tuż nad śladem swoich zębów, a potem objął ramionami. Przyjęła to z wdzięcznością, gdyż chłód nocy powoli zaczynał znów do niej docierać. Nim się zorientowała, zapadła w spokojny sen. Nie śniła po raz pierwszy od dawna.

the_glass_forest_by_eddie_mendoza_d8s3op6-fullview.jpg?token=eyJ0eXAiOiJKV1QiLCJhbGciOiJIUzI1NiJ9.eyJzdWIiOiJ1cm46YXBwOiIsImlzcyI6InVybjphcHA6Iiwib2JqIjpbW3siaGVpZ2h0IjoiPD02MDAiLCJwYXRoIjoiXC9mXC8wYzZlMDU5MC0wMTFiLTQ5MTItYmZlNC05MzUzYjZlNWRjOThcL2Q4czNvcDYtMThhYTEzNWItZmRhNS00MTIyLThmYmItMDAwM2U3NmU5ZDU0LmpwZyIsIndpZHRoIjoiPD0xMjgwIn1dXSwiYXVkIjpbInVybjpzZXJ2aWNlOmltYWdlLm9wZXJhdGlvbnMiXX0.uPwm7HTuRP4M9UM52B-jFMfY-DePHZjUQSeiTvlnZLk

tumblr_inline_pdoj45HoAh1r8jbqm_75sq.gifv
Concerning Hobbits

igP7jsl.pngObudził ją śpiew rannych ptaków. Kiedy otworzyła oczy, błękit nieba nad nią dopiero nabierał swych dziennych barw. Uniosła się na łokciu. Nieco szorstka, czerwona tkanina zsunęła się z jej ramion. Tunika Sayeda. Siedział pod ścianą, zaabsorbowany obserwacją kobaltowego żuczka, którego chitynowa zbroja połyskiwała tęczowo. Trzymał go na dłoni, a owad przechodził z palca na palec. Wyciągnął rękę, by złożyć go na trawie, a wtedy Sheila dostrzegła kolejne tatuaże na jego plecach, pomiędzy żebrami - niewielkie, czarne. Teraz widziała rytm, geometrię we wzorach.
igP7jsl.png- Nadal tu jesteś? - zapytała bez agresji, za to z wyraźnym zdziwieniem.
igP7jsl.png- Och, wreszcie nie śpisz. Krzyczałaś na mnie, że mam się odsunąć, bo ci za gorąco, wiesz? - Uśmiechnął się lekko, a Sheila zauważyła źdźbła trawy w jego brodzie. Zdusiła śmiech. - Nie chciałem potem tego znów słuchać, gdybyś zmarzła, więc chociaż cię okryłem. Potrafisz być naprawdę groźna przez sen.
igP7jsl.pngTon miał żartobliwy, ale za maską kryło się zmęczenie. Mrużył przekrwione oczy, jakby bardzo chciał je zamknąć, ale coś mu nie pozwalało. Dłonie lekko mu drżały. Nie wyglądało na to, by przespał choć minutę tej nocy. Zapragnęła go o to zapytać, ale brakowało już czasu. Nie wiedziała, która dokładnie godzina, jednak na pewno dawno powinna być ubrana i wyszykowana. Nie mogła nikogo zawieść ani okazać niekompetencji. Nie po wczorajszym dniu i nie dziś.
igP7jsl.png- Zamierzasz nas wypuścić? Jestem potwornie głodny. - Wskazał niedbałym machnięciem zarośnięte wrota do ogrodu.
igP7jsl.pngTo dlatego nie odszedł. Gdyby mógł, już dawno by zniknął; nie potrafił nawet zasnąć u jej boku. Zdusiła w sobie natychmiast ukłucie rozczarowania i wstała, przyodziewając jego tunikę. Pachniała chlebem i pergaminem.
igP7jsl.png- Zostały jeszcze czarrapuni, które ci wczoraj dałem? Nieco je przypaliłem, ale myślę, że świetnie nadadzą się mimo tego na śniadanie, by i inni skosztowali naszej kuchni. - Wydał z siebie pomruk zwątpienia. - Chyba, że nie? W zasadzie to ich nie spróbowałem. Smakowały ci?
igP7jsl.pngPrzypomniała sobie wczorajszy podarunek od Rarikhana. Zjadła jeden. Okrągły chlebowy placek wielkości półmisku, o jasnym, pozłacanym kolorze, posypany czarnymi i białymi ziarenkami. Ozdabiały go dość skomplikowane plecionki, zaskakujące wzory jak na coś, co ma się zjeść. Sheila długo oglądała go najpierw z każdej strony, powoli dostrzegając krzywizny i błędy oraz nieco zwęglony spód, nim go zjadła. Skórka była dość sucha, ale cieniutka, zaś wnętrze smakowało maślanie i rozpływało się w ustach, pomimo gorzkiej nuty. Nie przypominało to niczego, co w życiu próbowała.
igP7jsl.png- Zostały - odparła krótko, podchodząc do roślinnej ściany. Dotknęła lekko gałązek, a te poczęły cofać się na swoje miejsce. - Możesz je zabrać. Wiesz, gdzie jest moja komnata.
igP7jsl.pngNie mogła powstrzymać się przed skrzywieniem. Nadal nie potrafiła wyrzucić z pamięci swądu spalenizny i czarnego dymu, wdzierającego się spod jej drzwi. Miała już przestąpić próg ogrodu, ale zawahała się. Sayed wstał niespiesznie i czekał. Czuła na sobie jego spojrzenie, wypalające jej dziurę w plecach. Nie wiedziała, jak ubrać w słowa to, o co chciała go zapytać. Jedyne, jakie przychodziły jej do głowy, więzły w gardle. Nim się zdecydowała, żarzące palce musnęły jej ramię. Wątpliwości pierzchły, postąpiła krok naprzód.
igP7jsl.png- Czas nagli. Muszę przyszykować się na śniadanie i ceremonię. Twój lud nie może zbliżyć się do Lśniących Głębin, więc dziś nie będziesz chodził sam. - Zerknęła przez ramię. - Tylko w towarzystwie strażników.
igP7jsl.pngSkinęła głową dwóm kobietom stojącym nieopodal na skrzyżowaniu korytarzy. Wyprostowały się natychmiast i stuknęły donośnie halabardami o posadzkę. W jednej chwili znalazły się obok, by eskortować dworskiego gościa. Sheila zaś pospieszyła do łaźni. Włosy rozczesała z trudem, a potem z pomocą kuzynki, która akurat też tam się kąpała, uplotły misterne warkocze wokół głowy, niczym złocistą koronę. Z niechęcią, po długich, jęczących namowach, odwdzięczyła się Asther kłosem na skos, opadającym na jej wątłą pierś. Szybkim krokiem ruszyła do siebie, lawirując pomiędzy coraz większą ilością ludzi na korytarzach. Wyglądało na to, że Rody Dworu wreszcie dostały zaproszenie. Znajome, choć niekoniecznie przyjazne twarze posyłały jej spojrzenia pełne dezaprobaty. Nadal nosiła zagraniczną tunikę, co uświadomiła sobie jak przez mgłę, tak jak i to, że Asther nie zadawała jej żadnych niewygodnych pytań. Postanowiła dziś być nieco milsza dla kuzynki.
igP7jsl.pngZatrzasnęła za sobą drzwi i zasunęła zamek. Zgrzytnął bezpiecznie w kamieniu. Oparła się o pachnące starością drewno i rozejrzała po znajomym pomieszczeniu. Początkowo nie sądziła, że uda jej się tu zadomowić. Kamienne mury wydawały się ją ograniczać, raziły bielą, do jakiej nienawykła. W rodzinnych stronach nie używano tego budulca. Dżungla za bardzo pracowała, oddychała, a budynki musiały dostosowywać się do jej rytmu. Z czasem jednak polubiła spoglądanie przez ażurowe okna w ogromną przestrzeń pałacu. Widziała z nich mosty łączące sekcje Dworu, klify w oddali, słyszała znajomy szum rzek i wodospadów. Lubiła budzić się z kolorowym światłem, wpadającym przez witraże. Wylegiwać się na ogromnym łożu - przestawionym na sam środek - studiując księgi. Zadaszenie baldachimu przerobiła na kratę, dzięki czemu bluszcze porastające ściany i sufit, mogły się piąć i po nim. Okwiecone gałązki zwisały pomiędzy dziurami, wypełniając komnatę słodkim zapachem za każdym razem, gdy powiał wiatr. Wzdłuż ścian ciągnęły się rzędy półek zawalonych doniczkami, słojami, książkami, narzędziami i naczyniami. Tych samych przedmiotów nie brakowało na regałach, układających się w literę U wokół pokoju. Z szafek wysypywały się zwoje i kosmetyki. Pod oknem stało sporych rozmiarów biurko, na nim także panował bałagan. Rozlany dawno temu atrament wsiąknął w drewno, zostawiając ciemny ślad, teraz przykrywały go stosy stronic. Przed odfrunięciem powstrzymywał je wbity drobny sztylecik. Tuż obok leżał połamany grzebień. Przybory do malowania zarówno po płótnie, jak i po twarzy, nie mieściły się już w pojemniku do nich przeznaczonym, więc walały się wokół luzem, razem z biżuterią i czarną ziemią. Owinięte w ścierkę czarrapuni zniknęły. Rysunki roślin, ziół, drzew i istot - niezbyt szczegółowe, ale proporcjonalne - trzepotały, przybite do ściany. Obok tego wszystkiego w rogu komnaty stała szafa, najbardziej masywny mebel. Nie posiadał tych samych ażurowych zdobień, co pozostałe. Upiększały go jedynie żłobienia na wzór tamtych. Florystyczne motywy pięły się po nóżkach i ściankach, aż do zwieńczenia na szczycie.
igP7jsl.pngZgodnie z życzeniem Sheilii, suknia już na nią czekała, zawieszona na drzwiczkach szafy. Prezentowała się wspaniale, zwłaszcza w promieniach słońca wpadających przez okno, choć dopiero były to dwa luźne zwoje materiału. Chwyciła najpierw przejrzystą biel, połyskującą tęczowo jak skrzydła ważki. Oplotła się nim w piersiach ciasno, tak jak uczyła ją ciotka, a resztę puściła luźno. Kilka warstw nałożonych na siebie zakryło jej ciało. Następnie wzięła drugi, liliowy, satynowy w dotyku; odpowiednio go skrojono, więc teraz wystarczyło, by objęła się nim od tyłu, po czym spięła srebrną, rozbudowaną biżuterią tuż pod obojczykami. Misterne dzieło sztuki w kwiaty złączyła z naramiennikami oraz obrożą, w centrum której tkwił pojedynczy, fioletowy kamień z drobinkami skrzącymi się w słońcu. Zimny metal przywarł do skóry, jak gdyby go ukuto na jej własnym ciele. Drobne szpilki i wiszące łańcuszki wplotła we włosy, a pierścionki wsunęła na palce dłoni i stóp. Ostatnim elementem spięła się tuż pod piersiami - pasem z wizerunkiem ważki. Jej kryształowe oczy spoglądały wokół nieufnie.
Spojrzała na siebie w wysokim zwierciadle, opartym niezbyt pewnie o ścianę pokoju. Jego posrebrzana rama zmatowiała i sczerniała w wielu miejscach, ale nie przeszkadzało jej to ani trochę. To była jedna z niewielu rzeczy, jakie zabrała ze swego rodzinnego domu, czas odciskał na nich swoje piętno równomiernie, więc nie odnosiła wrażenia, jakby za czymś goniła lub zwiększał się dystans pomiędzy nią, a przeszłością. Po prostu kroczyła przez linię swego życia. Teraz jednak nie obchodziły ją zmiany w ciele, zmarszczki czy matowiejące włosy. Pomyślała, że może to ostatni raz, gdy ma na sobie suknię. Dziś wyruszają do Nira’anu. Raz udało jej się z niego wydostać, ale naiwnością zdawałoby się liczenie na kolejną taką szansę. Ilu wróci żołnierzy ciałem, a ilu z nich umysł pozostanie nieuszkodzony?
igP7jsl.pngSpojrzała sobie w oczy. Nie robiła tego za często. Laquiańczycy wierzyli, że są takim samym oknem do duszy, jak sny. Zielone tęczówki patrzyły na nią z pretensją. Nie żywe, świeże, jak u Asther, ale wyblakłe, jak dawno nie podlewana roślinka w doniczce. Smutne i stare. Żadnych lśniących iskierek magii, ani kolorowych wysepek. Jedynie blada zieleń, tonąca w czerni źrenicy.
igP7jsl.pngWzdrygnęła się, gdy ktoś zapukał do drzwi. Zacisnęła usta i wyszła ze swojego pokoju. Na zewnątrz czekał Dimka, wyprostowany jak struna, ubrany w swój odświętny strój, tradycyjny dla Gyengye. Skinął jej głową, a ona przytuliła go na powitanie. Bez słowa ruszyli ku sali jadalnianej, choć czuła, że przyjaciela korciło, by się odezwać. Ich kroki ginęły w ptasich trelach, szumie wody i pobrzękiwaniu uzbrojenia strażników. Suknia muskała jej skórę delikatnie, powiewając z każdym ruchem, a biżuteria dzwoniła nieco nieznajomo. Lubiła się wystroić, choć nadal do tego nie nawykła.
igP7jsl.png- Zamierzasz wejść?
igP7jsl.pngZupełnie jakby wybudziła się ze snu, dostrzegła przed sobą wielkie, rzeźbione w drzewa owocowe i krzewy wrota. Odwróciła się do Dimki, który obserwował ją z dozą rozbawienia i lekkiego niepokoju.
igP7jsl.png- Nie wiem. - Ciągnęło ją w przeciwną stronę.
igP7jsl.png- Nie zatrzymasz czasu - powiedział miękko przyjaciel.
igP7jsl.png- To dopiero byłaby magia...
[...]

tumblr_inline_pdoj45HoAh1r8jbqm_75sq.gifv
Adiemus

sylvain-sarrailh-wandering.jpg?1508852567

[...]


2tlGTsD
"Art, the ability to make it, gives meaning to sadness in a way that many aren’t able to experience.”

Offline

Użytkowników czytających ten temat: 0, gości: 1
[Bot] CCBot

Stopka

Forum oparte na FluxBB

Darmowe Forum
swparafiaoliwii - ararauko - lisemc - skycraft - icw