Opowiadania grupowe - forum Depesza

Opowiadania grupowe

Nie jesteś zalogowany na forum.

#11 2018-10-11 19:05:33

Arbalester
Łoś Przewodnik
Windows 7Chrome 69.0.3497.100

Odp: Faith and Power

oh5zYsc.png

Fyf9Edx.jpg

chinese_dragon_by_fennecfoxaim-d9y9pen.png
Przed przeszłością można uciekać. Długo, potykając się o teraz, rozsypując pamięć.
Ale lepiej, gdy ma się odwagę, by stanąć i spojrzeć w jej umarłe oczy.
I powiedzieć: jesteś już nieważna.

Samir Shazim kiedyś był jedynie Samirem. Choć może trafniej brzmiałoby - . Mieszkał ze swoim plemieniem i jak każde z nich na Bezdrożach, przemieszczał się często,  zostawiając za sobą wszystko, czego nie zdołał unieść. Wchodził w konflikty z innymi plemionami, walcząc z rodzicami, siostrą, bratem i pozostałymi ramię w ramię. Młody, silny, bystry. Czasem zbyt niepowściągliwy - to właśnie go zgubiło w osiemnastym roku życia. Matka wypominała mu to wiele razy, ojciec karał boleśnie za każdy niemądry żart, wszelkie bagatelizowanie. Poważna starsza siostra patrzyła na niego z góry, ale Samir nic sobie z tego nie robił. Twierdził, że w ten sposób wprowadza kolorytu do ich stonowanego świata brązu i beżu. Mimo posiedzeń przy ogniu w każdą noc wśród śmiechu, widział towarzyszące temu zmęczenie w oczach, zmęczenie i ulgę - oto przeżyli kolejny dzień. Nie dali się piekącemu słońcu, gruboskórnym jaszczurom, ruchomym piaskom. Przetrwali. Świętowali. I choć cieszyli się każdą drobną rzeczą - były na wagę złota na Bezdrożach - to uporczywie trzymali się tradycji, przekonań, zbijając całość w wielką, denną papkę, której Samir nie potrafił przełknąć. Brakowało mu przypraw. Dlatego opowiadał niesmaczne dowcipy, urządzał dziwne zabawy.
Dlatego zgłosił się na Poszukiwacza. Ich poprzedni hazun zaginął (co na Bezdrożach traktowano jako śmierć) i plemię niezwłocznie potrzebowało nowego na jego miejsce. Chociaż większość wydobytego kryształu sprzedają, gdy zawędrują w pobliże miasta, to część przetwarzają na swój użytek - głównie na lampy i kręgi ochronne. Bez tego ciężko przeżyć ludom mieszkającym w dziczy, choć wtedy Samir nie poświęcał temu swojej uwagi. Interesowało go tylko to, by oderwać się od swojej rodziny i pójść nowymi drogami, testując swoją wytrzymałość i siłę.
Razem z Sirwanem, ich allą, przemierzyli kawał drogi, aby dotrzeć do nowego źródła kryształu. Jego ścieżka okazała się dłuższa i bardziej kręta, niż Samir przypuszczał. Kiedy wreszcie dotarli do złoża i Sirwan zabrał się do pracy, Samir oddalił się, chcąc rozejrzeć się po okolicy i upewnić, że nie groziło im niebezpieczeństwo. Na szczęście baldachimy skał ich dobrze ukryły, bo nieopodal stacjonowało wrogie im plemię. Wśród nich właśnie poznał dziewczynę, która straciła dla niego głowę.
Zaś kiedy ich związek wyszedł na jaw, a ją schwytano - Samirowi udało się uciec - rzeczywiście straciła głowę. Miała szesnaście słońc, on osiemnaście.

So I went back to my home and I burned it to the ground.
An angel sat beside of me, we both watched it all fall down.
"I'm a loner of a lover, I'm a lover of my ways,
so if you're here to take me back, there ain't nothing left to save."

Wtedy chłopak jeszcze nie uświadomił sobie, co to wszystko spowodowało. Nastąpiło to dopiero, gdy został wygnany ze swojego plemienia, skazującym tym samym siebie na niemal pewną śmierć - nie posiadali w szeregach nikogo, kto mógłby zostać hazunem. Nie, Samir zrozumiał siebie dopiero na środku prażącej pustyni, w samotności, prawie bez szans na przeżycie. Dotarło do niego, że nie zależało mu nigdy na koloryzowaniu dnia czy rzeczywistości plemienia - inaczej przestałby im grać na napiętych, zszarganych nerwach; nie pozwoliłby sobie na związek z wrogiem; nie zostałby Poszukiwaczem. Tym, co pchało go ku tej drodze, była najzwyklejsza nuda. Trwał w przekonaniu, jakoby jego sposób na przeżycie dnia był tym najsłuszniejszym, bo przełamywał schemat, ale w rzeczywistości nudził się jak małe dziecko, a ponieważ nie potrafił sobie wyznaczyć granicy, posypały się błędy, za które przyszło płacić innym. W ten sposób przelał swoje nieszczęście na osoby wokół.
Samir wzgardził sobą, lecz jednocześnie postanowił najważniejsze - xis usinov, nigdy więcej. Wyrzekł się bezmyślnych działań i nieświadomości. Odpowiadał za siebie i swoje czyny. Nie zamierzał się poddać, odrzucić to, kim był. Chciał walczyć, byle nie kosztem innych. Dlatego modlił się do bóstwa, modlił się do aniołów, aby dali mu drugą szansę, by stał się człowiekiem godnym boskich pałaców. Człowiekiem godnym innych ludzi, w pierwszej kolejności.
Jego modlitwy zostały wysłuchane i droga wskazana, choć nie tam spodziewał się trafić. W pobliże shourzu hashun, u stóp którego leżał róg. A konkretnie, ułamany kawałek rogu. Olbrzymiego, czarnego jak otaczający teren żwir, ale gładkiego, niczym wypolerowany przez morze kamień. Lśnił kusząco, podczas gdy komin pluł wokół swoimi trzewiami. Samir wiedział, co to było i jaką niesamowitą wartość posiadało, a jednak bał się zbliżyć. Nie ze względu na wciąż tryskającą lawę, nie; obawiał się, że jeśli tylko zbliży się do rogu, na ziemi zamajaczy gigantyczny cień, przesunie się po niej z wielką prędkością i nim chłopak się obejrzy, będzie stał przed bramą raju, martwy.
Nie spieszyło mu się na drugą stronę, ale zdawał sobie sprawę z tej szansy. Takie znaleziska były niezwykle rzadkie, a dodatkowo jeśli już ktoś miał szczęście na nie trafić, pierwotny właściciel odłamka zazwyczaj nie posiadał szczególnie wielkiej mocy. Nie zmieniało to jednakże faktu, iż dzięki smoczym odłamkom, ludzie mogli posługiwać się magią ognia, jeśli tylko oprawili je poprawnie. Chęć potęgi walczyła długo ze strachem, ostatecznie zwyciężając i Samir pobiegł po róg, zabrał go i z tym wyruszył w dalszą podróż, nocami chodząc, dniami kryjąc się przed skwarem i wpatrując z nabożną czcią w obsydianowy odłamek. Jego ostrym czubkiem wyrył sobie na ramieniu słowa, które stały się jego maksymą.

Bo walka z samym sobą to jest prawdziwa walka. A pokonanie siebie jest jedynym, prawdziwym zwycięstwem.
I to jest jedyna wojna, która jest i sprawiedliwa, i konieczna. I jest to jedyna wojna prawdziwa, rzeczywista.
Najtrudniejsza z możliwych.

Wędrował, nożem ryjąc w odłamku. Skupiał się na tym tak bardzo, że nie zauważył przed sobą oazy, dopóki jego stopa na niej nie stanęła. Szczęśliwy, wskoczył do wody, napił się, umył, nabrał nadziei. Po raz pierwszy od dawna czuł, że był na dobrej drodze. Do przyszłości, lepszego życia. Uzupełnił zapasy i wznowił podróż, aż wreszcie za którąś wydmą wyrosła przed nim stolica. Ulokowana w zielonej dolinie, aż raziła najróżniejszymi barwami, zielenią, szumem wody w oddali... Oszołomiony, zsunął się po górze piasku prosto pod jedną z bram. Choć obrzeża nawet nie równały się z centrum miasta, Samir szedł, przytłoczony wrażeniami wszystkich zmysłów. Uszu dobiegała muzyka, śpiew, nawoływanie; oczy podążały za barwnymi mozaikami, pstrokatymi welonami kobiet; nos wciągał w nozdrza ostre i słodkie zapachy, a ciało odczuło lekki spadek temperatury. Momentalnie zakochał się w tym miejscu. Zatrudnił się u jedynego antykwariusza, który nie wystraszył się jego barbarzyńskiego akcentu. Dopiero kiedy go przyjął, powiedział, iż był świetnym hazunem, znał się co nieco na fachu ally, a nawet trudził się trochę jako xakt, bo jego plemię czasem potrzebowało pewnych drobnostek, których nie opłacało się kupować. Antykwariusz, sam będący wybitnym rękodzielnikiem, niezmiernie się ucieszył i obiecał go szkolić. Niedługo później uczeń przerósł mistrza. Wyroby Samira stały się niezwykle popularne, bo wymyślał co rusz to nowe przedmioty; najbardziej rozchwytywanym stała się pozytywka, w której dało się zakląć coś, co Samir określał jako bahitat ambi nikara, melodię własnego serca  - mówiącą wszystko o podmiocie i jednocześnie chwytającą go za serce. Wraz z rosnącą sławą został zmuszony do nadania sobie nazwiska, ze względów czysto technicznych - ludziom ułatwiało to odnalezienie i rozpoznanie go. Wkrótce stał się szanowanym sprzedawcą przedmiotów magicznych na cesarskim dworze i tworzył dla samego cesarza. Niektórzy szeptali, iż niedługo zostanie mianowany Xakt Kishwau, Mistrzem Dworu. Samirowi jednak nie paliło się do otrzymania tego tytułu; lubił pracować w antykwariacie podeszłego wiekiem mężczyzny, gdy podczas rzeźbienia przylatywał do niego jego ciekawski wnuk. Często bawił się z małym chłopcem, kiedy zostawali w sklepie sami.
Swoją smoczą zdobycz przerabiał bardzo długo, a gdy wreszcie ją ukończył, zawiesił na solidnym rzemieniu na swojej szyi, kryjąc go za pazuchą. Wypróbował swoje moce daleko za miastem, kiedy szukał złóż. Porządnie się wtedy poparzył i zrozumiał jednocześnie, iż nie powinien pokazywać swoich zdolności w stolicy. Nie chciał przykuwać do siebie więcej uwagi cesarstwa. Toteż ćwiczył na Bezdrożach, myśląc o dniu, gdy wreszcie będzie mógł zabłysnąć w całej swojej okazałości i nadane zostanie mu wspaniałe, płomienne imię. Tego sobie życzył.


2JyT7mY
"Do not pity the dead, Harry.
Pity the living, and, above all, those who live without love.”

Offline

#12 2018-10-12 10:53:33

Faworek
Faworek wrocławski ziemniakiem natarty
WindowsChrome 69.0.3497.100

Odp: Faith and Power

Rozdział I
Na granicy Lasu Tysiąca Szeptów

Opadające słońce wyglądało do nich zza koron drzew niczym nieśmiałe, lecz ciekawskie pisklaki schowane w gniazdach - im bardziej posuwali się w jego kierunku, tym bardziej chowało się za obrazem ziem Laquii wyrastających ponad horyzontem. Jeszcze przed nadejściem zmierzchu powinni byli postawić stopy na gruncie, lecz póki nie nadejdzie ten moment, będą popychać łódź utkanymi przez nich falami. Ich dłonie nie przestawały tkać odkąd opuścili granicę Gyengye. Wody poza nimi były nieujarzmione i krnąbrne, więc tkanie za ich pomocą wymagało więcej zdecydowania i skupienia. Zamieniając się wartami co pewien okres czasu, utrzymywali łódź na powierzchni wody walcząc ze sztormami lub flautą. Dla wytrawnych marynarzy nie był to w żadnym wypadku większy kłopot. Dzikie morze nazywano Gamm-achu. Dosłownie tłumacząc, było to Wyzwanie.
Ujrzawszy linię brzegową Nefelinowego Wybrzeża, pięciu mężczyzn jednocześnie zaczęło unosić grzywy morza, by ominąć skały oraz mielizny. Grzbiet wody nastroszył się, dźwigając ich wciąż wyżej. Wspólnie utkali przypływ, który wypchnął ich łódź głęboko w ląd, po czym cofnął się z powrotem, zostawiając ich na piaszczystej plaży.
Pierwszy mężczyzna, który wyszedł wyróżniał się spośród pozostałych czterech. Włosy miał białe, cerę bladą, a od jego skóry bił łagodny chłód przyjemny niczym powiew wiatru w upalne dni. W kraju, w którym żył, nazywano go imieniem Lepan.
Jego towarzysze wzrostem sięgali jego ramienia. Mieli skóry wilgotne, o barwie ziemi, lecz pokryte łatami w kolorze piasku. Każdy z nich ubrany był w szaty o szerokich rękawach. Obyci z wiedzą o poszczególnych wyspach uczeni w szybkim tempie mogli rozpoznać w nich nieodrodnych mieszkańców Gyengye, ludzi Osnovy.
- Jesteśmy wdzięczni za wasz czas. Możecie wracać na wyspę - rzekł Lepan, wręczając najętym marynarzom sowitą zapłatę za przeprawę do Laquii - Czekajcie na wiadomość. Poprosimy o pomoc w powrocie do domu.
Mężczyźni skinęli głowami z szacunkiem. Pomogli wytaszczyć pakunki podróżników z pokładu. Nie ruszyli z miejsca dopóki Lepan wraz ze swym przyjacielem nie zniknęli z ich pola widzenia. Odwrócenie się plecami do odchodzącego sprowadzało nieszczęście.
Lepan, znając przesądy Serc, nie był oszczędny w krokach. Przemierzył plażę szybko i zniknął im z oczu przy najbliższej możliwości, aby i oni mogli odejść. Saraan, jego przyjaciel jak również prawa ręka, zdołał przywyknąć do tempa jego kroków, więc dreptał tuż za nim. Marseen, jego uczeń, próbował nie pokazywać, że nogi jego nauczyciela urosły, jego zdaniem, stanowczo zbyt długie. Trójka podróżnych zwolniła dopiero przed bramą portu.
- Potrzebujemy znaleźć przewodnika - Rzekł Saraan jakby zlękniony nagle myślą o pobycie w nieznanym mu kraju, wśród ludzi mówiących w obcym mu języku. W Gyengye nie mieli dobrego zdania o harmonii Laquii. Uważali tutejszych bogów za zdziczałych i opanowanych niewyjaśnionym gniewem. Był to świat urodzajny, ale wewnętrznie zepsuty. Starsi bogowie ani Osnova nie znajdywali przyjemności w przebywaniu na tych ziemiach, więc je omijali. Bez ich błogosławieństw Saraan czuł się więc bezbronny i opuszczony.
- Och, nie myl się, mój drogi. Potrzebujemy, aby nasz przewodnik znalazł nas. Pozwólmy, żeby zajęło mu to trochę czasu i zajmijmy nasze myśli zwiedzaniem.
Lepan nie odwiedzał Laquii odkąd ukończył nauki u Inicjatora. Nie był w tamtych czasach już dzieckiem, ale nie nazywano go jeszcze mężczyzną. Był rozentuzjazmowanym młodzieńcem, który pragnął dowiedzieć się i zobaczyć najwięcej jak się da, bojąc się przy tym popełnić jakikolwiek błąd. Wyprawa przez wyspy Krainy była lekcją, która uwieńczyła pracę jaką wkładał w swoje umiejętności, ucząc się języków w dzieciństwie i studiując w Akademii. Były to lata odległe, ale Lepan potrafił przywołać wspomnienia z podróży z nauczycielem wyraźnie, jakby dzień temu ledwie ją rozpoczęli. Za sprawą Nem-e, która prosiła go o opowieści o wyspach, każdego dnia na nowo przywoływał ich obrazy. Laquiia była najbarwniejszą wyspą, spośród wszystkich jakie wówczas odwiedzili i jego żona najbardziej lubiła słuchać o niej, więc miasta zawieszone w koronach drzew, drogi prowadzące wszędzie jak i donikąd, rośliny wyznaczające reguły człowiekowi nie wydawały się jego oczom tak odległe, jak się spodziewał.
- Czy tutejsi przewodnicy są jak kraby? - Zapytał Marseen, kierując słowa do Lepana.
- Nie. Nie mają dziesięciu odnóży.
Młodzieniec domyślał się, że jego nauczyciel żartuje sobie z niego, ale nie rezygnował:
- Czy będziemy czekać, aby to jeden z nich wybrał nas, zamiast wynająć któregoś?
- Będziemy czekać na przybycie przewodnika, któremu ufam. To on musi odnaleźć nas, ponieważ ja nie wiem, gdzie mógłbym go szukać.
- Skąd on będzie wiedzieć, gdzie szukać nas? - Lepan pochwalał jego chęć poznania magii innego państwa. Jednak na pytania o moce wykorzystywane w Laquii nie mógł dać wyczerpującej odpowiedzi.
- Ponieważ pochodzi z Laquii. Nie potrafię bardziej szczegółowo odpowiedzieć na twoje pytanie, chłopcze. Tutejsi ludzie nie lubią zdradzać swoich sekretów. Jednak nie musisz rozumieć ich postępowań. Wystarczy okazywać szacunek dla ich decyzji.
Zanim przewodnik do nich dotarł, trzech mężczyzn zdołało obejrzeć targ przy porcie, obejść zatoczkę rybacką i utkać wystarczająco pieniędzy tutejszej waluty, aby kupić dla każdego z nich ciepły, parujący posiłek. Kiedy się pojawił, niebo od dawna rozświetlała srebrzysta tarcza księżyca, a podróżni zaczęli rozglądać się za miejscem na nocleg. Lepan rozpoznał go jeszcze zanim ich twarze stanęły przed sobą. Kroczył drogą, którą i oni przed momentem przemierzyli, jakby nic nie było w stanie zmienić jego trasy, zatrzymać go ani zawrócić. Aura, która od niego biła, nie zmniejszyła swej siły przez te lata. Wciąż wyglądał zdrowo i krzepko. Lepan musiał zdobyć od niego tajemnicę, która się za tym kryła. Byłby to dobry podarunek dla jego żony. Byłaby zachwycona.
- Witaj, Na'gim - Zawołał z dala do niego Lepan w języku ludzi Laquii - Zacząłem już wątpić, abyś pojawił się jeszcze tego dnia.
- Zmieniłeś zapach. Cuchniesz flądrą, Dimka - Odkrzyknął Na'gim, zbliżając się.
- Czuję to samo ciepło w sercu, widząc ciebie - Lepan uśmiechnął się, słysząc imię, które nadał mu ojciec. W Gyengye używała go wyłącznie Nem-e.
Zwrócił się do swych towarzyszy:
- Przyjaciele, to właśnie człowiek, na którego czekaliśmy. Jego imię brzmi Na'gim - mężczyźni złączyli dłonie na znak przywitania według ich zwyczaju, po czym Lepan skierował słowa do Laquiczyka - Na'gim, przedstawiam tobie mojego pomocnika, Saraana, oraz ucznia, Marseena. Będą mi towarzyszyć.
- Nie ostrzegłeś mnie przed towarzystwem. W takiej sytuacji musimy przeczekać noc - Nastroszył się Na'gim, ignorując powinność odpowiedzenia na powitanie - Nie wyprowadzę obcokrajowców z portu prosto w mrok. Zbyt wiele stworzeń i ludzi czyha w nim na nieprzewidujących zagrożenia wędrowców. Nie mam zamiaru nadstawiać za nich karku.
Na'gim machnął ręką, aby ruszyli za nim, a ludzie Osnovy spojrzeli na Lepana, prosząc o przetłumaczenie słów przewodnika.
- Na'gim pragnie, abyśmy wypoczęli i odświeżyli się przed dalszą podróżą. Nie pozwoli nam iść dalej póki nie odpoczniemy.
- Cenimy troskliwość z jego strony. Przekaż mu to, Lepanie - Odparł Saraan.
- Zrobię to, skoro sobie życzysz - Obiecał, po czym w języku przewodnika krzyknął do niego, bo ten wyrwał w przód:
- Na'gim, stary grzybie! Zdradź mi, dlaczego nie wyglądasz jeszcze jak pomarszczona kora wierzby? Miałeś tyle wiosen za sobą, gdy widzieliśmy się poprzednim razem. Teraz masz ich znacznie więcej, a wciąż chodzisz o własnych siłach. Jakie ziółka łykasz? Czego to korzonki?
- Jadam marchew podlewaną krwią nieznośnych bladych twarzy.
Lepan wiedział, że to przekomarzanie, lecz gdyby okazało się to prawdą, choćby tylko po części, nie zdziwiłby się w żadnym stopniu.


Próżno ich sypkie zatrzymują śniegi
i lodem wzdęte odpychają brzegi.
Przeszli zawady, bo miłość szła wprzódy,
zmiatała śniegi i topiła lody

Offline

#13 2018-10-12 11:28:14

Arbalester
Łoś Przewodnik
Windows 7Chrome 69.0.3497.100

Odp: Faith and Power

tumblr_inline_pdoj45HoAh1r8jbqm_75sq.gif
VHVIjbM.png

igP7jsl.pngSłońce chyliło się ku zachodowi, oświetlając coraz czerwieńszym światłem kamienną kapliczkę Bogini. Kamienny posąg przedstawiał kobietę z rozłożonymi rękoma i obszerną szatą, spływającą aż do ziemi, gdzie leżała na kamiennym podeście misa wykonana z błyszczących minerałów, skrzących się teraz kolorowo. Rzeźbę pokrywały ślady czasu w postaci ciemniejszych i jaśniejszych pasm, zupełnie jak sieć żył; porastające ją gałązki regularnie ktoś oczyszcza i składa u jej stóp. Dzisiaj zrobiła to Sheila.
igP7jsl.pngSzmaragdowy Las wokół, niedaleko granicy z dżunglą, powoli cichł, przechodząc w nocny tryb. Za dnia w dusznym powietrzu, ciężkim od zapachów roślin, aż szumiało od latających stworzeń i owadów. Zewsząd dochodziły kumkania żab, nawoływania skrzatów, piski leśnych wróżek i szepty driad. Ryby i wodne istoty pluskały się radośnie w sennie płynącej przez las Merise. Wieczorem zaś, kiedy cień spowijał otoczenie, a gorąc dnia ustępował nieco chłodniejszym temperaturom, chaotyczna i nieokreślona muzyka cichła, ustępując niemal bezgłosowi; tak duży istniał kontrast. Jednak Sheila nadal opędzała się od robactwa, nie chcącego usnąć. Siedziała ze skrzyżowanymi nogami przed kapliczką, w utworzonym przez nią kręgu z kwiatów, które miały niedługo zalśnić. Przed nią leżał lekki, zgrabny sztylet o rękojeści z amarytu i zdobieniem w postaci ważki.
igP7jsl.pngChwyciła go teraz, obróciła się, by spojrzeć jeszcze raz na zachodzące słońce, a potem powoli wstała, podnosząc ze sobą ostrze. Lawendowa, jedwabna suknia spłynęła z niej, odsłaniając silną nogę. Gorset przypominający skrzydła ptaka napiął się na biuście, gdy wyprostowała łopatki i nabrała w płuca głęboki oddech. Powoli go wypuściła, wsłuchując się w blednące dźwięki i patrząc na krwiste w promieniach liście. Postąpiła dwa kroki naprzód, uklękła, a następnie nacięła skórę na przedramionach i złożyła ręce na misie posągu. Szkarłatna krew spływała do naczynia dwoma strumieniami. Kobieta czuła, jak opuszcza ją ciepło; cień sunął od jej pośladków, po plecach, aż po czubek głowy. Rany pulsowały nieprzyjemnie, ale przywykła do tego. Bardzo często używała swojej krwi, by nawiązać rozmowę z przyrodą. Zazwyczaj wystarczyło nacięcie dłoni, skropienie trawy, ale nie dziś.
igP7jsl.pngDziś czekała, aż misa wypełni się po brzegi.
igP7jsl.pngProces był mozolny i trwał długo. Kwiaty w kręgu, zwane srebrnolistnymi jedwabnicami, rozwinęły się, a ich białe płatki dawały w wieczornym półmroku siny poblask. Kielichy zwróciły do wewnątrz, dając magowi chwilę spokoju przez odrobinę witalności. Słońce zdążyło zupełnie zniknąć, przyjmując na swoje zastępstwo księżyc. Kwiaty zdawały się smutnieć, bo opadały ku ziemi, a ich światło gasło. Rozkwitały tylko na jedną noc. Kiedy martwe położyły się na trawie, Sheila ostrożnie wstała. Pewna, że się nie wywróci, cofnęła się parę kroków, po czym sięgnęła do swojej torby podróżnej po przygotowane wcześniej bandaże. Najpierw obmyła ręce wodą, odpędzając się od złośliwych miodnych elfów, trzepoczących nad jej głową swoimi złotymi skrzydełkami ważek. Paskudnie ciekawskie istotki, a niby wiecznie takie zapracowane, że miodu na handel nie mają czasu wystawiać. Kobieta parsknęła na nie z jawną groźbą, ale nie zraziły się tym. Dwie elfki poczęły ciągać ją za splecione misternie włosy, chcąc obejrzeć je ze wszystkich stron (lub ukraść klamrę ze szmaragdem). Inny elf wsunął łepek do jej torby, ale Ma'alik szybko go chwyciła i pstryczkiem posłała na pobliski kamień. Jej zielone oczy ciskały pioruny do kolejnej chmary elfów, czającej się za pniem mlecznego dębu. W tym czasie przewiązała prędko lewe przedramię liśćmi pieprzogłogu wielkolistnego, nasączonego w leczniczym naparze. Starannie oplotła je misternym, acz wytrzymałym sznurkiem i jedną ręką już mogła skutecznie odpędzić się od nieproszonych gości. Wreszcie, piszcząc wściekle, elfy odleciały do swoich uli, a Sheila mogła w spokoju zabandażować drugą rękę.
igP7jsl.pngKiedy napoiła się i najadła, marzyła tylko o tym, by rozłożyć się niedbale na tym skrawku nieporośniętej trawy, ale musiała zachować odpowiednią pozycję i czuwać. Ciągle czuwać, aż wreszcie Siluei zechce się zjawić i skosztować jej ofiary, by potem jej wysłuchać. Zdawała sobie sprawę, jak wysoka była stawka, ale mimo tego powieki ciążyły mocno, kusząc, aby poddała się snu. W końcu straciła wiele krwi. Chcąc utrzymać przytomność, szczypała na zmianę dłonie, złożone grzecznie na kolanach.
igP7jsl.pngKsiężyc na bezchmurnym niebie przesuwał się nieznośnie powoli, jakby próbował zrobić jej na złość. Czas mijał, a ciemnogranatowe niebo zaczynało  się rozjaśniać. Po Duchu Zwierząt zaś ani śladu. Parę razy zbliżyło się do niej kilka istot, zainteresowanych, co tu wyprawiała, ale zaraz szły dalej, zajęte swoimi własnymi sprawami. Ponieważ szczypanie w którymś momencie przestało działać, co jakiś czas drapała świeże rany. Nad nią roztaczał się już chłodny, złotawy blask brzasku, kiedy Siluei wreszcie się zjawił.
igP7jsl.pngNajpierw wysunął łeb zza tego samego dębu, za którym wcześniej czaiły się miodne elfy. Sam nos, wychwytujący zapachy, a zaraz za nim reszta głowy wraz z ogromnym, imponującym porożem. Srebrne oczy patrzyły spokojnie na siedzącą przy posągu kobietę - nieufnie, ale bez strachu. Postąpił krok, potem następny, aż oczom Sheilii ukazała się smukła szyja i długa noga. Duch był większy od pospolitych jeleni, rozmiarem przypominał raczej łosia, a kiedy go rozpieszczano i odczuwał szczęście, rósł jeszcze bardziej, aż jego poroże przedzierało się przez korony drzew. Teraz zbliżył się ostrożnie w stronę kapliczki, a Ma'alik obserwowała go, zupełnie oczarowana jego pięknem i majestatem. Cały promieniał białym światłem, od którego robiło się ciepło na sercu. Wydawało się, że mocniejszy podmuch wiatru mógłby go rozproszyć jak mgłę, a jednocześnie stał na ziemi tak mocno i zdecydowanie, jak drzewo z korzeniami.
igP7jsl.pngCicho parsknął, zaglądając do misy. Przeniósł wzrok na Sheilę, a kiedy ta ukłoniła mu się z szacunkiem, począł wypijać ofiarę z naczynia. Świetlistym językiem wylizał je do ostatniej kropli krwi, a potem usiadł, wyczekująco patrząc na kobietę. Ta powoli zbliżyła się do niego, wyciągnęła rękę. Nie otrzymawszy żadnego sygnału przeciw, nachyliła się do Ducha, objęła jego szyję ramionami i wyszeptała swoje prośby. Bliskość Silueia i jego ciepło przywodziły na myśl pierwszy kontakt z ramionami matki - bezpieczeństwo, miłość, troskę. Czyste, niewinne szczęście. Gdy skończyła mówić, Duch wstał i odszedł w głąb lasu, nie obejrzawszy się za siebie, ale zostawiając po sobie poczucie przykrycia miękką pościelą.
igP7jsl.pngZnad koron drzew wychynęła tarcza słońca, budząc las z powrotem do życia. Sheila zrzuciła z siebie niepraktyczną suknię, nie przejmując się tym, że tuż za jej plecami biegła główna droga. Zamiast niej nałożyła skórzane spodnie i koszulę dopasowaną w talii. Włosy rozplotła, a wszelkie ozdoby pochowała do szczelnie zamkniętych kieszeni torby. Opadły gęstą, miękką, złotą kaskadą na jej plecy. W oddali dostrzegła człapiącego mozolnie ku strumieniowi leśnego trolla, więc pomachała mu wesoło, a i ten po chwili uniósł swoją potężną, ciężką łapę porośniętą mchem i odmachał, a jego spiralne oko pojaśniało. Bardzo lubiła te niezgrabne istoty, adorujące ją jako najpiękniejszą w Laquii. Zawsze wręczały jej dziwne prezenty, jak znalezione na dnie rzeki gładkie kamienie (trolle lubiły rywalizować, kto ma gładszy i większy kamień) czy idealnie jednokolorowe liście (twierdziły, że przynoszą szczęście).
igP7jsl.pngWłaśnie podnosiła torbę, kiedy rozległ się za nią niski, chrapliwy głos:
igP7jsl.png- Magu?
igP7jsl.pngUpuściła torbę, zaskoczona bliskością głosu. Odwróciła się z irytacją. Jej oczom ukazała się baba bagienna, jak zwykle brzydka jak purchawka. Bosa, zgarbiona od juków przy pasie i na plecach, z futrem grotołaza owiniętego wokół szyi i powykrzywianą laską, obwieszoną roślinami, zębami i fiolkami, patrzyła z dziurawym uśmiechem na Sheilę. Wychyliła się, by spojrzeć za jej plecy.
igP7jsl.png- Wychlipał do dna?
igP7jsl.png- Czego chcesz, Gladuko? - Ma'alik, jak i reszta Laquiańczyków, nie darzyła bab zbyt wielką sympatią. Były dziwaczne, często śmierdziały, a kiedy czegoś potrzebowały, ich nachalność nie znała granic.
igP7jsl.png- Wiadomość od Bladuki niosę - odparła głosem kogoś, kto przepija całe noce. Uniosła wymalowaną w rytualne wzory rękę, a wtedy jak na sygnał zleciał z drzewa plisk czarnoczuby. Jego szpony zacisnęły się na wątłym, pomarszczonym przedramieniu Gladuki, mającej całkiem podobne pazury. - Chcesz posłuchać?
igP7jsl.pngSheila podrapała się w czoło, dusząc w sobie chęć wybuchu. Wiedziała, że jeśli odpowie jej złośliwie lub nieuprzejmie, baba zrobi jej na złość i zniknie w chmurze śmierdzącego pyłu albo zrobi podobnego psikusa. Dlatego odchrząknęła i odpowiedziała:
igP7jsl.png- Oczywiście.
igP7jsl.png- Wczoraj wieczorem przypłynęła delegacja z Gyengye.
igP7jsl.png- Mhm.
igP7jsl.png- Za przewodnika robi im Na'gim. Na jednego z przybyszów woła Dimka.
igP7jsl.png- Dimka? - Sheila zmarszczyła nos. - Mówiłam mu, żeby się tu nie fatygowali. Gdzie teraz są?
igP7jsl.png- Nocowali na Wybrzeżu. Wyruszyli o świcie.
igP7jsl.pngKończąc wypowiedź, wyciągnęła przed siebie rękę. Sheila mruknęła z niezadowoleniem, ale wręczyła jej jeden ze swoich słoików z zielem. Baba wyszczerzyła zęby, a potem bez pożegnania oddaliła się, człapiąc niespiesznie na swoich krzywych nogach.
igP7jsl.png- Gdziekolwiek idzie, na pewno dojdzie szybciej, niż tamci tutaj - mruknęła do siebie mag, kładąc się z westchnieniem na trawie. Chciała choć na chwilę zmrużyć oko, nim ruszy znów w podróż.

a8eJ26U.jpg

igP7jsl.pngSmacznie spała, zwinięta w kłębek przy brzuchu leśnego trolla, którego skała pod mchem chłodziła ją miło w ten parny dzień, gdy zbudziło ją delikatne szturchanie w ramię. Stwór pokazał jej słońce, dając do zrozumienia, że powinna ruszać. Usiadła, a potem wstała, nie zważając na mroczki przed oczami. Szybko wyplątała z włosów liście i źdźbła trawy, przyjęła z uśmiechem kamyk od trolla, zebrała swoje rzeczy i ruszyła przez Szmaragdowy Las.
igP7jsl.pngZ tego, co Dimka jej pisał w liście, chciał chyba najpierw udać się do królowej. Na pewno będą szli główną trasą handlową, skoro są w grupie, więc wystarczyło, by Sheila kierowała się prosto na zachód. To oczywiście oznaczało wędrówkę poza szlakami, ale ona jako jedyna nie musiała się tym martwić w Lesie. Choć różne istoty porywały się na to, by ją zaczepiać, na nic więcej by się nie odważyły, nie tylko przez jej silną magię, ale i sam tytuł maga, który musiały respektować bezwzględnie. Zdawały sobie sprawę, że wyrządzenie krzywdy magowi oznaczało zemstę korony, ale także i bogów. To nie obowiązywało dzikich zwierząt, ale te panoszyły się raczej w Dżungli, od której się oddalała, niźli w Lesie.
igP7jsl.pngSzła więc pewnie, aż trafiła na główny trakt. Rozejrzała się, poszukując śladów, czy ktoś tędy niedawno przechodził, ale nic takiego nie zauważyła. Przysiadła więc pod drzewem, skubiąc śniadanie wyjęte z torby. Liście szumiały miękko na wietrze, a w powietrzu unosił się słodki zapach kwiatów. Pogoda sprzyjała dziś podróżom. I snowi. Oparta z głową na pniu, znów usnęła, otulona laquiańskim ciepłem, ptasią melodią i tak doskonale znanymi sobie woniami. Na kolana wspięła się do niej jelenia kuna. Po umoszczeniu się i ułożeniu w kłębek, towarzyszyła swojemu legowisku we śnie.
igP7jsl.pngDługo ta błoga chwila nie potrwała. Nad Sheilą rozległo się chrząkanie. Przetarłszy oczy, spojrzała w górę, by poznać kto zakłócał jej odpoczynek. Przed nią stała bardzo niezadowolona driada, trzymając swoje gałązkowe ręce skrzyżowane na dorodnej piersi. Chciała dostać się do swojego drzewa. Mag wywróciła oczami. Nie zamierzała się teraz z tymi kapryśnymi istotami użerać, więc wzięła w ramiona kunę, uważając na jej poroże, i wstała. Zwierzę ziewnęło przeciągle, wyciągając drobny, różowy języczek, nastroszyło brunatne futerko, a potem wspięło się po ręce Sheilii i owinęło wokół jej szyi. W tym czasie driada otworzyła pień drzewa i weszła do środka, nie odmawiając sobie ostatniego, nieprzychylnego spojrzenia w kierunku złotowłosej kobiety. Ta zaś przeciągnęła się, niewzruszona, a potem spojrzała wgłąb drogi, na północ. Wydawało jej się, że dostrzegała na horyzoncie parę sylwetek, więc przysiadła na pobliskim kamieniu, a twarz wystawiła do słońca, przymykając oczy. W takie dni i o takiej porze można było nabrać pewności, iż nic złego nie działo się na wyspie i wszystko toczyło się swoim utartym trybem.
igP7jsl.pngNiestety, nie była to prawda.
igP7jsl.png- Kogóż to moje oczy widzą? - Dawny znajomy odezwał się w jej ojczystym języku.
igP7jsl.png- Chyba wasza sprawa nie jest tak pilna, skoro tyle zajęło wam dojście tutaj - odwdzięczyła się Sheila w języku Wezoshu.
igP7jsl.pngNiespiesznie podniosła się, otrzepała ciuchy. Jelenia kuna wbiła pazurki w jej prawe ramię i nastroszyła się, ukazując rząd ostrych ząbków. Potrząsała głową, prezentując swoje poroże, obwieszone pajęczymi sieciami. Sheila czuła na sobie spojrzenia wszystkich czterech mężczyzn, toteż pozwoliła sobie najpierw poprawić włosy, niby to dając przestrzeń zwierzakowi, a dopiero potem odwróciła się. Dwoje towarzyszy Dimki pochodziło z Gyengye. Widziała na ich twarzach dyskomfort i swego rodzaju dezaprobatę, choć krzyżując z nią spojrzenia łagodnieli i starali się okazać szacunek. To im jednak przyszło za późno. Laquiańczycy nie bez powodu z dystansem traktowali nietutejszych - mało kto potrafił zrozumieć i docenić prawdziwą naturę wyspy. Mag zaś wyjątkowo była przewrażliwiona na punkcie swojej ojczyzny i źle znosiła fakt, że komuś mogła się ona nie podobać.
igP7jsl.pngSyknęła na kunę, by się uspokoiła, z pełną efektywnością. Obrzucając wodnych dupków pogardliwym spojrzeniem, minęła ich, kręcąc biodrami i stanęła przed Dimką. Dłuższą chwilę lustrowali się spojrzeniami, aż wreszcie Sheila pocałowała przelotnie kolegę w usta i uśmiechnęła się wesoło.
igP7jsl.png- Miło cię widzieć, Dimka. Choć uważam, że wasza podróż tutaj jest zupełnie bezcelowa.
igP7jsl.pngTalenty patrzyli na nich z zaskoczeniem.
igP7jsl.png- Sheila - westchnął mężczyzna, poprawiając białe włosy. - Mówiłem ci już, że takie powitania w naszym kraju nie są zbyt... gustowne.
igP7jsl.png- Kto by się tym przejmował. - Machnęła niedbale ręką, a potem wyciągnęła rękę do ich przewodnika, dobrze sobie znanego podróżnika. - Dzień dobry, Na'agim.
igP7jsl.pngNa'agim ucałował delikatnie jej dłoń, a oczy mu się zaśmiały, ukazując sieć drobnych zmarszczek.
igP7jsl.png- Magu.
igP7jsl.png- Sheilo, to są... - Nagle z języka Gyengye wrócił do laquiańskiego. - Nie wywracaj proszę oczami...  - I znów na ich ojczysty: - Mój przyjaciel, Saraan oraz mój uczeń, Marseen.
igP7jsl.pngSaraan i Marseen skinęli jej głowami z szacunkiem, ale Ma'alik nie mogła się powstrzymać i wybuchła śmiechem. Zastanawiała się, czy powinna pozwolić elfom ich okraść czy ich ostrzec. Skupieni na chichrającej się wariatce, zupełnie nie widzieli i nie czuli, jak elfy otwierają im torby i wygrzebują co ciekawsze znaleziska, podając sobie dalej. To Na'agim pierwszy zorientował się, skąd ten jej wybuch i ostrzegł Serca. Ci jak poparzeni poczęli odganiać od siebie elfy, jakby były bezmyślnymi robalami. W momencie, gdy uczeń przypadkiem uderzył jedną z istot, Sheila wyciągnęła z pochwy sztylet i doskoczyła do durnia, który pozwolił sobie na taki ruch. Dimka ściskał jej ramię, ale ostrze zdążyło dotknąć szyi niczego nie spodziewającego się Marseena.
igP7jsl.png- Sheila.
igP7jsl.pngTon Dimki był stanowczy i chłodny. Równie chłodny, co w tym momencie spojrzenie kobiety. Wszelka wesołość zniknęła w mgnieniu oka, zastąpiona zimną złością. Kuna uciekła w krzaki.
igP7jsl.png- Chcesz stracić głowę z karku, rób tak dalej - syknęła do niego cicho. - Jeśli myślisz, że skoro elfy są małe, to nieszkodliwe, bardzo się mylisz. Szmaragdowy Las jest tylko pozornie potulny.
igP7jsl.pngUpewniwszy się, że wiadomość dotarła do zakutego łba, Sheila cofnęła się, chowając nóż i na powrót przywdziewając lekki uśmiech. Za nią z drzewa wychynęła głowa driady i syknęła na nich uciszająco.
igP7jsl.png- Pilnuj lepiej swojego ucznia, Dimka. Następnym razem po prostu odetnę mu paluchy. - Prychnęła kpiąco. - Turyści.


2JyT7mY
"Do not pity the dead, Harry.
Pity the living, and, above all, those who live without love.”

Offline

#14 2019-07-16 12:33:12

Faworek
Faworek wrocławski ziemniakiem natarty
WindowsChrome 75.0.3770.100

Odp: Faith and Power

KbOzWKa.png

Ma'alik, nawet gdyby była świadoma, że to zachowania, jakie przejawia odstręczają i uprzedzają cudzoziemców od Laquii, nikt  ani nic nie zmusiłoby jej, aby miała to na uwadze i brała na wstrzymanie chociażby w obecności przedstawicieli dyplomacji. Groźby i zastraszanie męczeniem i bólem nie były tu niczym nienormalnym ani niemoralnym, ale wśród ludzi Osnovy było to szokujące i skandaliczne. Nazywali to bestialstwem. Czynami dorównującymi hańbą pierwszemu morderstwu popełnionemu przez człowieka. Nie widzieli uzasadnienia, dlaczego mieszkańcy Laquii są narodem agresywnym i rządnym krwi, choć takowe istniało i nie potrzeba było więcej niż dwa miesiące poszukiwań, aby je odnaleźć, poznać i zrozumieć. Żadne z Serc nigdy jednak nie odważyło się spędzić tyle czasu na wyspie Lia'ris.
Gdyby Saraan czy Marseen mieli prawo poniechać dalszej wierności zwierzchnikowi, oni również nie podjęliby się tej podróży. Nie dziwiło to Lepana. Nie winił ich. Lata temu, kiedy on stawiał swoje pierwsze kroki na ziemiach Laquii, czuł się równie zagubiony, bezbronny i przestraszony. To miejsce było całkowicie odmienne od kraju We czy Osnovy i najbardziej przerażało swoimi niespodziankami - istotami i zdarzeniami, po których nie wiadomo, czego można się spodziewać.
- Daruj mu, Sheila. Jest wciąż dzieckiem - Szepnął magowi w jej języku. Schylając się do jej ucha, uniósł czujne spojrzenie ku naburmuszonej driadzie - Dla wszystkich nas lepiej będzie, jeśli sprawimy, by tryb życia waszego poznali i polubili. Straszenie brakiem palców odniesie odwrotny niż w zamierzeniu skutek .
- Lepiej byłoby gdybyś mnie posłuchał i nie przyjeżdżał, Dimka.
- Nie pozwolono mi dokonać wyboru.- To nie było kłamstwem. Chociaż wyjazd był jego decyzją i to on błagał władcę o pozwolenie na wyprawę, nie było opcji, by tego nie zrobił. Nie dał jej sobie.
Przyjrzał się wciąż zachmurzonej minie kobiety, po czym ze zgrywnym uśmiechem wysunął dłoń w jej stronę i pogładził ją po włosach.
- Na domiar tego, ciągnęła mnie tu wizja ponownego spotkania z Tobą.
- Nie kpij ze mnie. Za to również traci się paluchy - Sheila dotkliwie odtrąciła jego rękę, jednak wyraz jej twarzy był już mniej kwaśny. Chwyciła rzeczy, które czekały na nią przy kamieniu i bez słowa uprzedzenia ruszyła w kierunku, w którym i oni się kierowali. Na'agim zamachał ręką, dając znak, aby przybysze szli jej śladami. On sam miał zamiar zamykać pochód.
- Gdzie podziała się twoja kreatywność z dawnych lat w wymyślaniu kar i krzywd?
- Tęskniłeś za zwisaniem głową w dół nad mokradłem, Dimka? Dlatego wróciłeś?
Lepan roześmiał się serdecznie, oczami umysłu widząc świat obrócony do góry nogami. Spędził wówczas kilka godzin uwieszony za kostki na lianach, czując krew dudniącą w czaszce. Sheila wraz z jego Inicjatorem siedzieli na gałęziach nad nim i wspólnie śpiewali wesoło brzmiące pieśni o nieuważnych podróżnikach ginących okrutną śmiercią w lesie. Dziewczyna odmawiała prośbom o uwolnienie. Powtarzała, że to nauczka za łażenie, bycie głośnym i wściubianie nosa tam, gdzie nie powinno się tego robić. Miał to odczuć i zapamiętać, zanim ona znudzi się i rozplącze go z więzów. Wówczas nie myślał, że zasłużył na karę i nie było mu do śmiechu. Czas pozwala jednak na dystans podczas odwracania się do wydarzeń z biegu życia. Przynajmniej do większości.
- Żadne inne wspomnienie nie rozgrzewa mnie od środka bardziej niż to.
- Jesteś większym dziwakiem niż większość istot, które znam.
- Uznam to za komplement.
Kolejne godziny na Złotym trakcie dla Lepana były niczym podróż przez najpiękniejsze sny o cudnej wstędze. Gdy szli wzdłuż niej, otaczały ich ściany z girlandami kwiatów. Od skwaru słońca czy porywczych wiatrów osłaniały ich markizy powstałe z większych od człowieka liści.  A ścieżka wydawała się wołać: "Tylko spójrz! Mój piasek mieni się niczym złoto. Krocz po nim niczym król." Tylko tutaj barwy miały zapach, woń brzmiała jak muzyka, a dźwięki miały kolor. Zmysły napawały się powietrzem nasączonym intensywnością, choć słusznym było powiedzieć, że to intensywność wisząca wokół była zaledwie lekko skropiona oparami powietrza. Horyzont buczał od natłoku życia i krzepy w nim buchającej. Lepan czuł, że ta energia wypływa - wręcz wylewa się i szuka kolejnego naczynia, które mogłaby wypełnić i natchnąć.  Czuł też, że właśnie się nim staje i cieszył się, że został uznany za wartego tej energii.
Nie każdy potrafił skorzystać z dóbr, które tu czekały. Jego pomocnik oraz uczeń wyglądali na przytłoczonych i zgnębionych siłami ich otaczającymi. Byli wyczerpani i każdy krok stawiali z coraz większym oporem. Lepan, który na swych długich kończynach, nadążał za wartkim tempem Sheili, musiał prosić co pewien czas, aby zwalniała i pozwalała Talentom zmniejszyć narastający dystans między nimi.
- Dobrze się czujesz, Dimka? - Spytała Sheila, kiedy kolejny raz zatrzymali się, a reszta towarzystwa mozolnie starała się nadążyć.
- Doskonale - Odparł, wypinając pierś do przodu. Rozglądał się wokół, pragnąc zobaczyć jak najwięcej.
- Nie masz źrenic. Hej! Hej! Spójrz na mnie. Skup się na moment chociaż. - Kobieta chwyciła jego twarz w obie ręce i ścisnęła mocno, żeby nie mógł się wyrwać - Na'agim dawał wam jakieś zioła?
- Nie. Tak działa zwykła euforia. Od kiedy jako Talent honory pracy na dworze królewskim objąłem, poza granice Gyengye udać się prawo miałem wyłącznie na teren Wezoshu - Wyznał, a potem przymuszony zaglądając w oczy Ma'alik, przypomniał sobie, że nie przyjechał tu, aby radować się i korzystać z chwili ulgi od obowiązków. Delikatnie zsunął dłonie kobiety z policzków i wzdychając, dodał:
- Ale masz rację. Powinienem się opanować. Jednak nie o mnie powinniśmy się martwić - oboje skierowali wzrok w stronę ciągnącego się za nimi ogona - Ludzie Osnovy nie przywykli do wielogodzinnego chodzenia. Dłuższe podróże odbywają rzekami. Łodzią lub wpław. Pozwólmy sobie na postój. Najlepszym miejscem będzie bliskość wody.
Na te słowa Sheila wycelowała palcem na lewo od traktu.
- Za błoniami jest rzeka. Powinni być tam bezpieczni.
Poprowadziła więc całą czwórkę mężczyzn przez trawy ku brzegowi strumienia. Nie musieli mówić tego na głos. Talenty wyczuły zbliżającą się wodę. Radość w ich oczach wypłynęła z powrotem na wierzch, siły w stopach wróciły i pchały ich coraz szybciej do miejsca, z którego dochodził szum fal i pluski potoku. Gdy ujrzeli błyszczący jak diament błękit sunący się po kamykach na dnie niczym wąż, puścili się we dwóch biegiem.
- Nie wolno! Stać! - Wrzasnęła za nimi Sheila, lecz bezskutecznie. Jej władczy ton nie miał na nich wpływu.
Lepan w odpowiedzi pośpiesznie wyszeptał modłę do We. Liście zaczęły szeleścić w nagłym tańcu, kępy na łące pochyliły fale powietrza, a Talenty wbiegli w nadlatującą z naprzeciwka, dławiącą siłę wiatru, która powaliła ich na łopatki.
- Moje serca najdroższe - rzekł do nich, pomagając im pośpiesznie zebrać się z ziemi i wycofać się z powrotem - kiedy nasz kwiatuszek czegoś zakazuje, dla własnego dobra warto jej słuchać.
- Dlaczego? Wśród fal bezpieczni będziemy, mistrzu. Prawda? - Jęknął Marseen, podpierając obitą przez upadek głowę.
- Musimy sprawdzić teren zanim rozbijemy się na noc. Nie ma sensu iść dziś dalej. - Wyjaśnił Na'agim, co Dimka przetłumaczył swoim towarzyszom.
- Idź na prawo - Przytaknęła mu Sheila - Ja przeczeszę drugą stronę.
Lepan czekał więc cierpliwie z resztą Talentów, wyglądając w nadciągającym półmroku wieczornego na sygnał, że brzeg rzeki jest bezpieczny i wolny od stworów dybiących na ich krew.  W końcu przez trzcinę przedarł się pojedynczy świergot ptaka. Z drugiego brzegu odpowiedział mu identyczny śpiew, a po upływie kilku minut Sheila i Na'agim szli z powrotem, aby ogłosić, że rozbijają się na noc.
- Pozwólcie, że my się tym zajmiemy - Rzekł Saraan, kłaniając się dystyngowanie. Lepan przetłumaczył jego prośbę i z zawadiackim uśmiechem śladem przyjaciół wszedł do rzeki.
Cała trójka zanurzyła dłonie. Gdy je wyciągali, za ich palcami ciągnęły się cieniutkie przędze wody ledwo zauważalne, gdy przebijało przez nie światło wschodzącego księżyca. Pierwszy tkać zaczął Saraan. Wysunął dłonie przed siebie. Jedną z nich uniósł ponad głowę, za ucho  i oplótł nią kark. Zrobił delikatny obrót wokół osi, a kiedy poznał już prąd i dno rzeki, zgrabnym wykopem wysunął z niej kilka kropel wody. Złapał je zręcznie palcami i wplótł w nicie. Dwaj mężczyźni u jego boku robili to samo, w swoim tempie, w swoim stylu. Zdawało się, że to taniec - intymna chwila między wodą a Talentem, który ją tkał. Ich ruchy były zmysłowe, delikatne, ale zdecydowane. Wydawali się lekcy i eteryczni, jakby mieli zaraz zamienić się w jedną z rozchlapywanych kropel i oddać się nurtowi rzeki, aby stać się spełnioną, szczęśliwą całością.
Z każdym ruchem, z każdą kolejną wydartą ponad taflę  i wplecioną kroplą, tkane nicie stawały się coraz grubsze i dłuższe. Przypominały teraz bardziej liny pokładowe. Kiedy Saraan zdecydował, że ich rozmiary są wystarczające, wyszedł na brzeg, przeplatając je wciąż między palcami.  Lepan  i Marseen zrobili to samo. W trójkę zaczęli krążyć wokół siebie, wymijać się i plątać sznury wody tak, aby uzyskać płynny warkocz szerszy niż mur stworzony przez ustawioną ramię w ramię trójkę rosłych mężczyzn. Warkocz zaczął spływać z ich dłoni ku ogromnemu krzewowi, gdzie u jego podstaw zaczął się przekręcać, kształtować, ustawiać, a gdy przybrał już tę postać, którą zamierzał, zmaterializował się jako szałas.
Na'agim podszedł do postawionego przez Talenty schronienia. Obejrzał go ze wszystkich stron, dotknął niepewnie i zastukał w gałęzie.
- To drewno - Rzekł z niedowierzaniem, otwierając szeroko oczy.
- To imitacja. Jednak bezspornie prawdziwa - Wyjaśnił Lepan. 
Sheila bez słowa komentarza zostawiła ich przy szałasie. Wróciwszy, postawiła przed szałasem ucapione robaczki, których odwłoki świeciły delikatnym, ciepłym światłem. Dzięki nim nie musieli spędzać nocy w całkowitej ciemności, a przy tym nie rzucali się w oczy.
- Idźcie przemyć się pierwsi - Nakazała cudzoziemcom, przemawiając ich językiem  - Na'agim, pilnuj ich.
- Jesteśmy wielce wdzięczni - Odpowiedział jej Saraan - ale wychowanie, które odebraliśmy nie pozwoli nam doznawać z radością kąpieli, nie puściwszy przodem kobiety. Nie chcielibyśmy, aby pani niecierpliwiła się, czekając na swoją kolej. Mamy nadzieję spędzić w wodzie dłuższą chwilę.
Sheila zachmurzyła czoło, słysząc odmowę, ale zanim zdążyła wszcząć kłótnię, Lepan wtrącił się w rozmowę:
- Nie odmawiaj. To kwestia honoru. Jeżeli się nie zgodzisz, oni odmówią sobie kąpieli całkowicie. Nie sprawiaj im tego bólu.
Długo nie odpowiadała. Wreszcie westchnęła pojednawczo i kiwnęła w stronę Lepana.
- Idziesz ze mną, Dimka.
Talenty zdębieli z oburzenia. Lepan wstał i poszedł za nią, domyślając się, że własnie ten efekt zamierzała uzyskać Sheila. Chciała im zagrać na nosie - pokazać jak głęboko w poważaniu ma ich nadęty honor i spróchniałe zasady.
Kiedy zniknęli, Marseen odezwał się nieśmiało:
- Co w języku Laquijczyków oznacza słowo "dimka"? To tutejszy tytuł szlachecki czy określenie na kochanka?
Saraan prychnął bezgłośnie pod nosem.
- To nie wyraz laquijski. To imię, z którym urodził się twój mistrz. Nosił je zanim stał się jednym z dzieci Osnovy.

avatar_fan_film_forest_vegetation_test_1_by_massi_san_d68mrmo-pre.jpg?token=eyJ0eXAiOiJKV1QiLCJhbGciOiJIUzI1NiJ9.eyJzdWIiOiJ1cm46YXBwOjdlMGQxODg5ODIyNjQzNzNhNWYwZDQxNWVhMGQyNmUwIiwiaXNzIjoidXJuOmFwcDo3ZTBkMTg4OTgyMjY0MzczYTVmMGQ0MTVlYTBkMjZlMCIsIm9iaiI6W1t7ImhlaWdodCI6Ijw9NjM5IiwicGF0aCI6IlwvZlwvOTExZDEyZTUtZTNiNi00OGE4LTg2MDAtMWNmMDFmMDgwZDhjXC9kNjhtcm1vLTY4YzhmY2MxLWRhYTYtNDhiNy1hZTk3LWFhNzY2NGJjN2QyOC5wbmciLCJ3aWR0aCI6Ijw9MTQwMCJ9XV0sImF1ZCI6WyJ1cm46c2VydmljZTppbWFnZS5vcGVyYXRpb25zIl19.Cj4TWTsAyJDVnunnUWlu80Nx-Em3hL2TkwCW_5wLFRY

- Nie możesz się tak zachowywać, Ma'alik. Sprawiasz mi kłopotów.
Na tle roślin budzących się po zachodzie słońca, rozkwitających leniwie i lśniących własnym, kolorowym blaskiem, ciało kobiety, która zsuwała przed nim ubrania, było pięknym widokiem. Sheila zdawała sobie z tego sprawę. Wiedziała jak z niego korzystać: kiedy chciała, umiała kusić, wabić, zachęcać. Zharmonizowała się z obrazem przed nim niczym nimfa. Zarzucała długimi włosami sprawiając, że nie mógł oderwać wzroku i walczył z odruchem wysunięcia ręki - chciał sprawdzić czy to czar, omamy czy rzeczywistość.
Kiedy znalazła się na środku strumienia, a tafla wody sięgnęła jej bioder, zaczął zrzucać ubrania z siebie.
- To głupota mówić mi, co mogę robić. Wiesz, że nie posłucham - Wyśmiała go.
- Nie chcę, aby niepotrzebne szepty po powrocie dotarły do mojej żony. "Dimka ma kochankę w Laquii." - Wysyczał, zaciskając zęby przy ostatnim słowie, jakby było czymś brudnym i niewartym wypowiedzenia - Tak brzmieć będą ich słowa.
Woda wydawała się cieplejsza teraz, gdy powietrza nie ogrzewały już promienie złotej tarczy na niebie. Parowała nieśmiało, zachęcając Lepana, aby wszedł głębiej i zanurzył się w toni.
Sheila z  wściekłością w kilku susach doskoczyła do mężczyzny, przywierając do niego. Oprócz wilgotnej skóry oraz krągłości przyciśniętych do jego torsu, Lepan czuł jej pazury zdzierające mu naskórek z pleców.
- Skoro miałeś zamiar wstydzić się swojej kochanki z Laquii, mogłeś nie przyjeżdżać.
Nie odepchnął jej. Wiedział, że pieczenie na plecach to nie jego ból - to gorycz, którą poczuła Sheila za sposób z jakim mówił o jej wyspie.
- Jednak przyjechałem i powtarzanie mi, że to błąd, już niczego nie zmieni.
Jego dłoń opadła delikatnie u dołu jej talii w nadziei, że czuły impuls ostudzi jej złość. Jej dłonie zelżyły nacisk i zsunęły się na jego żebra. Kobieta odbiła się od nich, wyduszając z Lepana oddech i odskoczyła z powrotem ku wodzie. Lepan nieśpiesznie ruszył jej śladem.
- Niczego nie osiągniesz. Prowadzisz siebie i ich na śmierć - odpowiedziała mu wreszcie, zwilżając włosy mokrymi dłońmi.
- Nie powinnaś ich skreślać. Więcej potrafią uczynić niż się wydaje.
Z gardła Sheili wydobył się szyderczy śmiech.
- Powiedz mi, dostałeś jakieś plamy do przyklejenia, kiedy przygarnęli cię jako swojego?
- Żona regularnie je szyje, ale zostawiłem swój zapas w Gyengye. Nie chciałem zgubić ich w puszczy. - Rzekł, ukazując rząd lśniących zębów.
- Kiedy stałeś się łaciatą kropelką?
- Niedługo po tym jak sprowadziłem Rakshahra na tutejszy dwór, aby pomógł cię wydostać. To wydarzenie dało wyraz szerokich znajomości i umiejętności negocjacji. To cenne wartości dla władcy Gyengye. - Wyznał, wbijając wzrok w przestrzeń.
Nie można było zaprzeczyć tym słowom. Wyczynem było namówienie Laquiczyków, by pozwolili przekroczyć granice państwa człowiekowi panującemu nad ogniem jak i Rakshahra, by wszedł na teren kraju, w którym z przyjemnością podcięliby mu tętnicę. Jego interwencja w tą sytuację została doceniona, choć to nie on bezpośrednio sprawił, że Sheila wyszła z komnaty.
Opuścił wzrok na kobietę. Spostrzegł jej napięte mięśnie i szczękę zawzięcie zaciśniętą.
-Czy wciąż prześladuje cię to, co sprawiło, że zatrzasnęłaś się wtedy przed światem? - Zapytał, nie ukrywając troski.
- Nie. Dawno odesłałam w niepamięć zdarzenia z przeszłości. Wspominanie o nich niepotrzebnie je wraca - Odwarknęła. Zabrzmiała przy tym jak zranione, przestraszone zwierzę. Lepan nie ciągnął więc tematu. Zamiast tego opowiedział, jak wyglądał rytuał nadania imienia i objęcia stanowiska na dworze gyengyeskim. O zaręczynach i ślubie z Nem-e mówił, gdy wracali już umyci i ubrani pod szałas. Sheila, nawet jeśli czuła się wciąż zdołowana przez przywołane wspomnienia, stanąwszy przed Na'agimem i obcokrajowcami, wróciła do swej zwyczajnej postawy, nie chcąc ukazać słabości. Kiedy Talenty z przewodnikiem oddalili się w stronę rzeki, Lepan wyznał, jakich wrażeń  doświadczył, gdy jako młodzieniec pojawił się po raz pierwszy w Laquii i spotkał młodą Sheilę Ma'alik.
- Przerażałaś mnie. Nie śmiej się. Naprawdę się ciebie bałem. Zachowywałaś się jak wariatka. Nadal zachowujesz się jak wariatka, ale nauczyłem się, że nie mogę być niczego pewnym w twoim towarzystwie. Teraz mogę się spodziewać, że nie jestem gotowy na nic, co szykujesz. Wtedy był mój pierwszy raz, kiedy spotkałem kogoś tak zmiennego i zaskakującego. Za każdym razem przeżywałem szok, kiedy nie udawało mi się przewidzieć twoich ruchów, ataków ani odpowiedzi. Myślałem, że jako absolwent Akademii Pięciu Monumentów i uczeń jednego ze wspanialszych Inicjatorów w Wezoshu, jestem bardziej przebiegły i mądrzejszy od dziewczynki skaczącej po gałęziach. Byłem zły za każdą lekcję pokory, jaką mi dawałaś, pokazując mi w jak wielkim błędzie żyłem. Teraz mógłbym ci za nie podziękować.
- Zrób to - Wtrąciła Sheila, odrzucając włosy. W którymś momencie jego opowieści na jej kolana wdrapał się ptalik - królik rozprostował swoje skrzydła, po czym złożył je wzdłuż ciała i zaczął wyciągać z zaciekawieniem szyję, obwąchując kobietę w poszukiwaniu przysmaków.
- Nie masz na co liczyć. - Zaśmiał się, po czym kontynuował - Byłem zły. Chciałem ci wtedy zaimponować, pokazać, co potrafię, ale ty nie dawałaś mi na to szans.
- Ewidentnie szukałeś guza i robiłeś zbyt dużo hałasu. Zachowywałeś się jak zagubiona gęś - łatwa do namierzenia i pożarcia. Musiałabym zabić każde zwierzę, którego uwagę byś zwrócił. To niepotrzebna, bezsensowna śmierć. Unikałam ich, powstrzymując ciebie.
- Mogłaś mnie nie uświadamiać. Przetrwałbym kolejne lata, wierząc, że martwiłaś się wtedy o moje życie, zamiast o tutejsze istoty.
Nagle ich rozmowę przerwały jęki i słabe nawoływanie:
- Lepanie! Lepanie!
Mężczyzna zerwał się z miejsca i pędem ruszył w kierunku głosu. Należał do Saraana.
- Saraanie, co się stało? - Zapytał, znajdując przyjaciela czołgającego się przez trawę w ich kierunku. Chwycił go za ramiona i objął, aby ten mógł się wesprzeć - Gdzie pozostali? Gdzie Marseen?
- One ich zabrały. Zabrały ich - Wymamrotał, ale świadomy, że bredzi, zamilkł i skupił myśli przez moment. Sheila dobiegła do nich, dźwigając swoją torbę. Nie czekając na wyjaśnienia, zaczęła szukać ran na ciele Talentu.
-  Poczułem ukąszenie i upadłem. Zanim przestałem widzieć, scaliłem się z wodą. Nie znalazły mnie. Nie znalazły, ale ich zabrały - Saraan szeptał słowa w kółko, coraz wolniej, coraz ciszej, coraz mniej zrozumiale. Ostatecznie zamknął oczy i zamilkł.
- Saraan! Ocknij się! - Serce Lepana zamarło w piersi, by później zacząć trzepotać szaleńczo. Zmarł. Jego przyjaciel wyzionął ducha w jego ramionach. Jego uczeń został porwany przez laquijskie stworzenia. Wszystko stało się w przeciągu jednego dnia po przybyciu na wyspę. Jak on śmiał wierzyć, że ma prawo narażać ich życie, przywożąc ich tu? 
Ze łzami w oczach spojrzał na Sheilę, która okładała kostkę Talentu mieszanką ziół rozsmarowanych na liściach.
- Żyje - uspokoiła go - Będzie spać dopóki jad nie wypłynie z jego żył.
- Nie ma czasu - Odparł. Uniósł bezwładne ciało przyjaciela i zaniósł je z powrotem do wody.  Wbiegł w środek rzeki i ułożył je delikatnie na powierzchni, pilnując aby nie utonęło. Cienkie stróżki wody wpłynęły się na powierzchnię jego ciała. Zaczęły sunąć w kierunku jego ust, uszu i oczu. Oplotły liść, który przylegał do miejsca ukąszenia. Przez otwory w ciele wdarły się wewnątrz. Czysta woda wypełniła żyły człowieka Osnovy, wypierając zatrutą krew. Jad uciekł gruczołami do rzeki i odpłynął z jego nurtem, ciągnąć się zieloną smugą niczym węgorz.
Sheila gwizdnęła za jego plecami z aprobatą, a saraan otworzył oczy.
- Kiedy dojdziesz do siebie, odnajdziemy Marseena - rzekł Lepan, pomagając stanąć Talentowi na nogi.
- O Na'agima już się nie martwicie? - Wtrąciła kobieta.


Próżno ich sypkie zatrzymują śniegi
i lodem wzdęte odpychają brzegi.
Przeszli zawady, bo miłość szła wprzódy,
zmiatała śniegi i topiła lody

Offline

#15 2019-07-18 19:52:37

Arbalester
Łoś Przewodnik
Windows 7Chrome 75.0.3770.142

Odp: Faith and Power

VHVIjbM.png

igP7jsl.pngZrzuciła z siebie wierzchnie szaty i skryła je w szałasie. Nie ryzykowała jednak zostawienia torby; na pewno jej zawartość znikłaby w jednej chwili. Buty również zdjęła, po czym weszła do strumienia i nachyliła się nad rzeką, której nurt był wyjątkowo mocny. Przeszła w miejsce, lśniące teraz w blasku księżyca srebrem. Najady rzeczne z tego rejonu zostawiały na roślinach i dnie błyszczący śluz, dla Laquiańczyków nie do pomylenia z niczym innym, za to obcym mógł przypominać fakturę roślin czy wypolerowane kamienie. Tam, gdzie Sheila stała, musiały ich zaatakować - wszystko się srebrzyło. Rozejrzała się wokół, jednak jej obawy potwierdziły się; nie popłynęły na północ, nurtem Merise, ale w jej odnogę, wpadającą do Zatoki Nimf. Nachmurzyła się.
igP7jsl.png- Co za mina? Co ich zaatakowało?
igP7jsl.pngMa'alik zerknęła w jego stronę. Zobaczyła, jak patrzył na jej zabandażowane ręce, ale nic na to nie powiedział; może nie chciał poruszać tematu przy Masranie. Czy tym drugim, Sarassanie. Może powinna odróżniać ich na podstawie ilości ciapek?
igP7jsl.png- Najady rzeczne. - Cmoknęła z odrazą. - Prawdopodobnie ze cztery, więc poruszają się dość szybko, a i nurt płynie na ich korzyść. Nietypowo. Kierują się do zatoki, a to niezbyt dobre miejsce dla was.
igP7jsl.png- Zatoka? Dla Serc? - Sarnasan napiął dumnie pierś, ale Sheila prędko przebiła jego ego:
igP7jsl.png- Zatoka. Dla mężczyzn - pod nosem dodała jeszcze niezbyt pochlebny epitet pod adresem ucznia Dimki. - Najady uwodzą mężczyzn ciałem i śpiewem, a tam się od nich roi. Rzeczne, jeziorne, morskie, wszelkie najgorsze szlamy. Te ostatnie są najbardziej niebezpieczne, ale raczej nie podpływają do brzegu. Jeśli jeszcze bawią się z nimi inne nimfy... - Splunęła z odrazą do rzeki. - Nie znoszę tych gnid. Będzie lepiej, jeśli sama pójdę.
igP7jsl.png- Poradzisz sobie sama z nimi wszystkimi?
igP7jsl.pngNie potrafiła mu stanowczo odpowiedź, nie w tym czasie. Jeszcze nie tak dawno szybko by się roześmiała i powiedziała, że bez najmniejszego problemu. Teraz nie miała pewności, co się działo w tej części wyspy. Nie mogła też drażnić natury, nie kiedy wojska zaraz wyruszały tam. Ta niepewność ją dobijała, ale ryzyko było zbyt wysokie.
igP7jsl.pngDimka poszedł w jej ślady i zostawił buty w szałasie, po czym stanął obok niej w rzece.
igP7jsl.png- Stworzymy łódź, pchniemy ją, by szybciej płynęła. Wyciszymy nasz słuch, ale najpierw opowiesz nam wszystko o tych najadach. Wspólnie damy radę, nie wyrządzając szkód.
igP7jsl.pngSpojrzała na niego z irytacją, aż dłoń zaświerzbiła ją, by wymierzyć mu policzek. Skubany doskonale wiedział, co powiedzieć, by ją przekonać. Mężczyzna wziął to za niemą zgodę i wraz ze Serananiem począł tkać łódkę. Ma'alik patrzyła na ich tańce z zainteresowaniem, ciesząc oczy widokami. Robili to zupełnie inaczej niż Laquiańczycy. Te wyważone, zharmonizowane i wyćwiczone ruchy mocno kontrastowały z pełnym wolności, energicznym tańcem, do jakiego przywykła w swojej ojczyźnie. I choć proces wyglądał fascynująco, jego efekt traktowała z dużą dozą ostrożności. Bez przekonania podeszła do łodzi i pchnęła jej burtę, kołysząc środkiem transportu. Nie miała zaufania do imitacji. W jej świecie imitacja oznaczała poważne problemy, jak trafienie do jamy mięsożernych motyli czy zboczenie ze ścieżki wprost do lasu Tysiąca Szeptów. Pchnęła jeszcze raz burtę.
igP7jsl.png- Przysięgam wam, że jeśli to się rozpłynie-
igP7jsl.png- Nie rozpłynie się - wtrącił Dimka.
igP7jsl.png- Jeśli to się rozpłynie i moje włosy zmokną, to mój tygrys was rozszarpie na skrawki.
igP7jsl.png- Twój co?
igP7jsl.pngNie wyjaśniając, wskoczyła z gracją na łódź i usadowiła się na dziobie, splatając ciasno włosy. Nie podobało jej się, że musieli zboczyć mocno z trasy; chciała koniecznie zobaczyć wymarsz wojsk ze stolicy, a najlepiej jeszcze wzmocnić ich swoją eskortą. Nie ufała jednak ciapkom, że sobie odpowiednio poradzą, mimo obecności jej przyjaciela. Ostatnimi czasy zaobserwowała w cyklach wyspy wiele zakłóceń i zachowań stworzeń, odbiegających od normy. Do tej pory jednak dotyczyło to pomniejszych zwierząt i małych ludów, ale ten atak mocno ją zmartwił. Mogło to oznaczać, że ta zaraza rozprzestrzeniała się także drogą wodną, nie tylko lądową, a to mogło ją mocno przyspieszyć.
igP7jsl.pngNie wspominała o tym nikomu, ale postawiła blokady po obu stronach rzeki. Szybko uplotła magią siatkę z trujących bluszczów, trwałą i parzącą, odstraszającą wszelkie większe stwory. Mijając jednak teraz jedną z nich, zobaczyła rozszarpane, zakrwawione strzępy resztki siatki. Najadom nie brakowało pożywienia, więc kierowała nimi tylko żądza krwi, szaleństwo. Jeśli to prawda, musiała zobaczyć skalę problemu.
igP7jsl.png- Najady rzeczne posiadają kły z jadem paraliżującym, działa w przeciągu sekund - zaczęła swój wywód, gdy płynęli tak z nurtem rzeki. Rozglądała się wokół, upewniając czy byli bezpieczni, ale żadnych niepokojących dźwięków ani ruchów. - Mieszkają zazwyczaj w jamach lub jaskiniach, choć ciężko to nazwać w zasadzie mieszkaniem. Przypływają tam najczęściej tylko wtedy, kiedy zdobędą pożywienie, a ono starcza im zazwyczaj na parę dni. Człowiek na dłużej. Niektóre gatunki najpierw ich wykorzystują, a potem dopiero pożerają żywą tkankę, ale nie trwa to zbyt długo. Szybko dochodzą do kości. - Odwróciła się, by dostrzec zniesmaczone miny Talentów. Uśmiechnęła się trochę kwaśno. - Też ich nie lubię. Rzeczne najady łatwo rozpoznać pomiędzy innymi, bo mają żywe kolory włosów, imitujące rośliny porastające dna rzek, ich ogony z kolei mają barwę mułu lub kamieni. Nie śpiewają, tak jak jeziorne. Te są mniej szkodliwe, mają tylko piękny śmiech i uwielbiają się bawić, choć z tym trzeba uważać, bo jak cię dopadną, to cię nie puszczą, aż opadniesz kompletnie z sił. Nie robią tego umyślnie, są zwyczajnie skrajnie głupie. - Odrzuciła warkocz na drugie ramię, przez chwilę nasłuchując w ciszy dźwięków lasu. - Najgorsze z najad są, jak wspomniałam, morskie. Mieliście okazję się z nimi spotkać?
igP7jsl.png- Ostrzegano nas przed syrenami, ale nie trafiliśmy na nie - odrzekł uczeń.
igP7jsl.png- Syreny - prychnęła. - Tak, zapomniałam, że tak je nazywacie. Mylicie je z Nefelinami, one trzymają się morskiego brzegu i niższych głębokości. Morskie najady żerują tam, gdzie światło nie dochodzi. Są paskudnie brzydkie, moim skromnym zdaniem, ale okazjonalnie wabią ludzi swoim pięknym śpiewem. Obiecują im wspaniałe rzeczy, mamią ich oczy, aż sami wpadają w ich ramiona. Na płytsze wody zatok  i wybrzeży wpływają, kiedy muszą odpocząć, rozmnożyć się lub pokazać pozostałym najadom, kto rządzi. Do tych ścierw nawet się nie zbliżajcie.
igP7jsl.png- Myślałem, że kochasz wszystkie istoty wyspy - rzucił Dimka z przekąsem.
igP7jsl.png- Ja i inne gatunki żeńskie rzadko się dogadujemy - odparła na to, odwracając się w jego stronę. - Pamiętasz tamtą driadę brzozy?
igP7jsl.png- Tą, której połamałaś gałęzie, zerwałaś korzenie i prawie posiekałaś pień siekierą? - upewnił się mężczyzna, z rozbawieniem zerkając na swojego zdegustowanego towarzysza. - O co tam w końcu poszło, bo się nie dowiedziałem? Taka wściekła wciąż chodziłaś.
igP7jsl.png- Ścięła moje włosy, kiedy spałam.
igP7jsl.pngDimka przez parę długich sekund wpatrywał się w nią bez słowa, aż w końcu parsknął śmiechem.
igP7jsl.png- Dlaczego mnie to nie dziwi?
igP7jsl.png- Dobij tutaj do brzegu - poleciła jakiś czas później.
igP7jsl.pngGdy tylko łódź zetknęła się z lądem, wyskoczyła na trawę. Rozłożyła swoją torbę, prezentując tym samym swoje zapasy ziół, wywarów, maści i innych niezidentyfikowanych przedmiotów. Otworzyła jeden z niewielkich słoiczków o kleistej, nieco złotej zawartości. Lepiła nią coś między palcami. Dochodził ich już szum wody i damskie głosy, ale na tej odległości jeszcze nieskuteczne.
igP7jsl.png- W pierwszej kolejności musimy spróbować wypatrzeć zza drzew norę najad. Rozglądamy się za czerwonymi włosami. Jeśli będziemy mieć szczęście, nasze zguby będą akurat unosić się na powierzchni. Natomiast gdyby to się nie udało, wespnę się na wodospad, bo jestem prawie pewna, że tam któreś z nich będą miały legowisko. Lubią trudno dostępne miejsca. Musicie mnie wtedy osłaniać, ale z lądu! - uniosła głos, podkreślając ostatnie słowa. - Pod żadnym pozorem nie wchodźcie do wody. Trzymajcie. Do uszu.
igP7jsl.pngPodała im ulepione zatyczki. Wzięli je dość niepewnie, oglądając w dłoniach. Użyła do nich miodu od elfów, który twardniał bez izolacji i pod wpływem ciepła. Powinno ich to skutecznie ogłuszyć. Nim Sarsen je włożył, zapytał jeszcze:
igP7jsl.png- Chciałabyś, żebyśmy cię w jakiś sposób wspomogli zawczasu?
igP7jsl.pngSheila, pochylona nad zatrzaskiem torby, spojrzała na niego spod wachlarza rzęs i szybko wróciła do swego zajęcia.
igP7jsl.png- Nie potrzebuję niczego od bogów, którzy nie raczą się nawet tu zjawić.

erin-lin-study520161212.jpg?1484378839

igP7jsl.pngOczywiście, że nie mogło pójść zbyt łatwo. Na brzegu wylegiwały się różne najady, robiąc mnóstwo hałasu - kakofonia syków, głośnych śmiechów, plusku i szumu w niczym nie przypominała urokliwych szeptów driad. Za żadnymi nimfami nie przepadała, ale te drugie chociaż były milsze dla uszu. I choć irytujący, ten widok i te dźwięki wydawały się naturalne, takie jak zawsze. Wodospad szumiał, rośliny na jego skałach i przy brzegu zatoki kwitły barwnie, wyjątkowo bujnie jak na tę porę dnia. Część z nich dawała już świetlisty, siny poblask, bo słońce zaszło i zmierzch zasnuwał jego światło coraz ciemniejszym płaszczem. W mąconej przez ogony najad tafli zatoki odbijały się coraz wyraźniej widoczne gwiazdy, błyszczące jasno i dodające teraz Sheilii otuchy.
igP7jsl.pngOczywiście umiała się wspinać. Robiła to od dziecka. W dżungli najpierw bachory uczyły się wspinać po drzewach, a dopiero potem chodzić po gruncie. Odkąd mieszkała w stolicy, podszkoliła się we wchodzeniu na tamtejsze góry i wdrapywanie na mury zabudowań. Nie tym się martwiła, nie to zjadało ją od środka. Dawno temu zakorzenił się w niej niepokój i powoli rósł, zdradziecko oplatając pnączami jej żebra, serce, żołądek. Zaczęło się od Law. Wtedy ziarno zagnieździło się w jej wnętrzu.
igP7jsl.pngKawałek skały odłamał się od wzniesienia i potoczył hałaśliwie w dół. Sheila przylgnęła do klifu, zerkając na swoich towarzyszy ukrytych w drzewach, ale żadna z istot na dole nie zwróciła uwagi na to, co się stało. Po krótkim złapaniu oddechu, wznowiła wspinaczkę, aż wreszcie jej głowa wychynęła znad szczytu. Ostrożnie rozejrzała się, czy nie czekały ją tam żadne niespodzianki. Dopisywało jej póki co szczęście, więc wdrapała się na trawę, przylegając do niej nisko całym ciałem. Wyjrzała za krawędź skał i mogłaby przysiąc, że w tym kotle na dole dostrzegła rubinowe przebłyski. Zmęczyło ją skradanie się. Cmoknęła i stanęła pewnie na dwóch nogach. Machnęła wyraźnie rękami w stronę morza. Minęła chwila, nim woda zaczęła szaleć przy ujściu zatoki. Kiedy to trwało, ona wykorzystała ten moment, by skoczyć. Wzięła lekki rozbieg. Czując ciśnienie wody pchające ją w dół, przyznała sobie, że prawdopodobnie zbyt lekki.
igP7jsl.pngPoczuła uderzenie o wodę w każdej najmniejszej kości; wiele kosztowało ją utrzymanie ust zaciśniętych. Oczy piekły, wokół tłoczyło się tysiące bąbelków, małych i dużych, wodospad wciąż pchał ją ku dnu. Próbowała się wyrwać i zaraz straciła orientację, gdzie góra, a gdzie dół. Powoli ogarniała ją panika, ale nagle znalazła się w bańce, a wszystko działo się teraz wokół niej, a raczej - poza nią. Mogła oddychać. Zauważyła jednocześnie smugę krwi, spływającą po jej nodze, co oznaczało mało czasu. Najady świetnie wyczuwały krew w wodzie.
igP7jsl.pngTak jak przewidywała, pod klifem znajdowała się jama, a w niej unosiła się kolacja dla rzecznych paskud. Sheila nacisnęła krawędź bańki przed sobą, a ta posłusznie posunęła się naprzód. Kobieta wydobyła zza pasa nóż i wzięła się za rozcinanie więzów, co chwila oglądając się przez ramię. Jeśli w tym miejscu ją otoczą, nie da rady się wydostać. Przyspieszyła swe ruchy, uwalniając Marseena. Wciągnęła go do swojej bańki, która natychmiast napęczniała. Na'agima zdążyła tylko odciąć od głazu. Gwałtowne szarpnięcie wytrąciło jej ostrze, opadające teraz ku czarnemu dnu. Bardziej czuła, niż widziała prędkość, z jaką się przemieszczali, aż nagle znaleźli się na powierzchni.
igP7jsl.png- Sheila, nie możemy tak szybko Tkać!
igP7jsl.pngPędząc w stronę brzegu, dostrzegła Dimkę, walczącego falami ze stadem najad morskich, wydających teraz tak przerażające skowyty, że Sheila żałowała nie założenia zatyczek. Jeziorne musiały się schować lub uciec, ale rzeczne zostały i to przed ich gniewnymi kłami ratował ich Sarasen. Doliczyła się dziesięciu. Dwie kolejne płynęły w przeciwnym kierunku. Wyskoczywszy na grunt obok Saraseena, uderzyła pięścią w glebę i natychmiast chwyciła kostur, jednocześnie wyrastający drobnymi gałęziami i zaplatający je wokół trzonu.
igP7jsl.png- Zdołasz utrzymać ławicę z dala ode mnie? - zapytała Talent, patrząc mu prosto w oczy.
igP7jsl.pngWidziała krople potu spływające po jego czole, słyszała szybki oddech, ale skinął głową, więc pobiegła wzdłuż brzegu zatoki, uskakując przed szponami najad, kiedy próbowały chwycić jej nogi. Zatrzymała się ślizgiem przy wodospadzie i wsunęła ręce do wody, przyciskając je mocno do dna. Wzięła głęboki oddech, wsłuchując się w każdą cichą melodię, jaką szeptały rośliny zatoki, a kiedy złączyły się w jedną muzykę, wstała gwałtownie, wyciągając ręce do góry. Długie pnącza wystrzeliły w stronę jamy, ale woda hamowała szybkość działania magii Sheilii. Najady uniknęły ataku i ciągnąc za sobą ofiarę, wyskoczyły w powietrze, sycząc w jej kierunku. Z dwóch stron jednak już były odcięte przez magię Talentów, więc mag szybko postarała się, by zamknąć im dostęp do ujścia rzeki, a reszta to już walka z czasem. Unieruchomiła je po wielu próbach i atakach, ale nie mogła wydostać Na'agima, trzymanego przez nie pod powierzchnią. Obnażały na nią bez przerwy kły.
igP7jsl.pngRuszyła w ich stronę po wodzie, mocząc stopy do kostek, stąpając ostrożnie po napiętej sieci podwodnych liści. Jedna z ryb przypłynęła do niej ze sztyletem, który teraz wymierzyła w gardło jednej z najad. Z bliska ich twarze wyglądały jeszcze straszniej, jak wyrwane z koszmaru. Oczy równie czerwone co włosy, usta białe jak u trupa, a kły długie i ostre, przypominające węża. Nie wycofały się, a Sheila nie miała więcej czasu, więc rozcięła stworzeniu gardło. Krew ciemna i gęsta jak szlam spłynęła do zatoki. Druga najada trzasnęła ogonem o taflę, ale wypuściła swoją ofiarę. Nie tracąc ani chwili, Sheila złapała przyjaciela i wyciągnęła go na brzeg i dalej, wgłąb lądu. Odcięła swój przepływ magii i część roślin wróciła do dawnych rozmiarów, a część opadła na dno. Talenty wykonały ostatni gest, odpychając falą najady w stronę morza, a potem pobiegli do niej, ciągnąc za sobą drugą zgubę. Pozwoliła im działać, podczas gdy sama wstała i obejrzała się na Zatokę Nimf. Cała woda kotłowała się i barwiła krwią, gdy najady walczyły o skrawki martwej rzecznej. Nigdy wcześniej nie widziała, by najady tego samego gatunku pożerały swoje. Sheila spojrzała na swój sztylet, z którego jeszcze kapała świeża krew. Oczyściła ostrze na trawie, przetarła je rąbkiem szaty, a potem nacięła nieco swój obojczyk i zmieszała na ziemi swoją ciepłą krew z wystygłą istoty. Schyliła czoła ku ziemi, szepnęła parę słów. Dopiero wtedy odwróciła się do towarzyszy. Odzyskani powoli dochodzili do siebie.
igP7jsl.png- Powinniśmy iść. Wieść o tym, co się wydarzyło, szybko poniesie się po lesie.
igP7jsl.png- Muszą chwilę odpocząć - zaprotestował młody Talent.
igP7jsl.png- Odpoczną, kiedy będziemy bezpieczni, Saraanie - uciął dyskusję Dimka.

florian-dreyer-florian-dreyer-forest3.jpg?1471601218

igP7jsl.pngMinęła może godzina marszu, kiedy znaleźli się na skraju niewielkiej polanki. Sheila syknęła na nich, by się zatrzymali i byli cicho. Przyklękła na ziemi i przyłożyła do niej po swoich bokach dłonie. Przymknęła oczy. Ubrana tylko w swoją zwiewną szatę, w rozpuszczonych włosach i z kwiecistą koroną na głowie, mogłaby stać się posągiem, a nikt nie wziąłby jej za obcy element, niewspółgrający z otoczeniem. Gdyby położyła się na boku, skulona i zamarła, wzięliby ją za kwiat. Nowym tutaj Talentom miało jednak jeszcze zająć trochę czasu, nim pojmą, dlaczego tak się działo.
igP7jsl.pngJej twarz rozjaśnił uśmiech. Machnęła im ręką, podekscytowana tym, co zamierzała im pokazać.
igP7jsl.png- Chodźcie. Wiem, gdzie będziemy mogli odpocząć. - Odwróciła się do jednego z małych Talentów. - To nie gałąź, to wąż. Lepiej go nie budź.
igP7jsl.pngChłopak prędko odskoczył od nie-gałęzi, o którą chciał się oprzeć. On również, jak i pozostała część świty, nosił na głowie wianek z kwiatów. Każdemu z nich Sheila uplotła po jednym z drobnych kwiatów w różnych kolorach, sama zaś przywdziała tę najbardziej barwną i bujną. Na'agim, z pomarańczowymi pąkami, po krótkiej wymianie zdań z Sheilą objął rolę przewodnika, dzięki czemu ona i Dimka mogli pozostać na tyłach, zyskując nieco prywatności. Jakiś czas szli jednak w milczeniu, oboje zmęczeni, chłonący spokojne, senne dźwięki lasu nocą i jego zapachy, subtelniejsze niż za dnia. Drzewa szumiały cicho, gdzieś w oddali pluskał niegroźnie strumień. Chmara świetlików podleciała w ich stronę i zakręciła się wokół z zaciekawieniem. Sheila złapała jednego z nich w dłonie i pokazała Dimce przez palce, jak seledynowe światło zmienia się na białe, upodabniając do płatków kwiatów, na których żerują.
igP7jsl.png- Opowiesz mi, co stało ci się w ręce? - zagadnął ją lekkim, niezobowiązującym tonem.
igP7jsl.png- Musiałam z kimś porozmawiać - odparła, zrywając stare bandaże. Odsłoniła zasklepione, ale jeszcze świeże rany. Skóra nadal się czerwieniła wokół. Wyjęła z torby drobny flakonik i rozsmarowała na przedramionach intensywnie gorzko pachnący olejek. - Królowa wysyła wojska do Nira'anu. Zwróciłam się do Silueia o pomoc.
igP7jsl.png- Ducha Zwierząt?
igP7jsl.pngSkinęła głową.
igP7jsl.png- Mnóstwo żołnierzy straci życie. Modliłam się, by jak najwięcej wróciło i by ich ofiara nie poszła na marne.
igP7jsl.png- Czego tam szukają?
igP7jsl.png- Źródła. Choroby, która zabiera do Matki coraz więcej dusz, źródła anomalii, szerzącej się zarazy. Szukając leku, kiedy... - urwała nagle i spojrzała na swe dłonie, kiedy wspomnienia zabrały ją daleko w przeszłość. Otrząsnęła się, gdy Dimka odchrząknął. - Kiedy szukałam leku, weszłam do Lasu Tysiąca Szeptów. Wszystko wydawało się takie jak zawsze, a jednocześnie... Bardziej żywotne. Jakby coś karmiło las od wewnątrz i dawało mu siły, by się rozrastał.
igP7jsl.png- Dlaczego nie zetniecie lasu? Jeśli jest takim zagrożeniem, co was powstrzymuje?
igP7jsl.pngSheila spojrzała na Marasana, który nagle znalazł się tuż przed nimi.
igP7jsl.png- Czy wiesz, kim był Nirasil? - Otrzymując kiwnięcie głową w odpowiedzi, zapytała znów: - A czy znasz historię o tym, jak zdobył swą postać? - Tym razem zaprzeczenie, więc powiedziała: - To długa opowieść. Mówi o tym, że zepsuta magia krąży. Nie oddziałuje bezpośrednio, przenika przez rośliny, ale i ziemię, z której wyrastają, przez skały, trzymające ją nad przepaścią, unosi się w powietrzu i bez przerwy szuka nowego naczynia, w które może wniknąć. Nie da się jej "ściąć". Dotychczas trzymała się w ryzach, zwalczana zdrową magią. Teraz...
igP7jsl.pngUrwała raptownie, nasłuchując. Tym razem i do uszu pozostałych dotarły odległe dźwięki bębnów i nawoływań. Sheila roześmiała się, chwyciła dwa młode Talenty za dłonie i pobiegła w stronę źródła muzyki. Niedługo potem ich oczom ukazała się rozległa polana, której granice wyznaczały trzy odnogi rzeki i ściana niesamowitych drzew, o koronach szkarłatu krwi,  niknących w gęstwinie w barwach pomarańczy zachodu, żółci słońca i bieli kości.
igP7jsl.png- Nazywamy ją Kia'amba Naakuda, szkarłatna polana. Barwa liści zależy od ilości słońca, jaka na nie pada - wyjaśniła, słysząc nagłe westchnienia zachwytu. - Zbierają się tu czasami druidzi.
igP7jsl.pngNa wschodzie i zachodzie dwa ołtarze wznosiły się na dwóch wzgórzach. Prowadziły do nich kamienne stopnie i trawa obsypana fioletowo-różowymi, drobnymi kwiatkami. Ich główny punkt stanowiły ściany ze szlachetnej skały, całe zapisane starolaquiańskim językiem, posiadające okrągły otwór, pokrywający się z tarczą słońca o odpowiedniej porze. Pozostawiając skupisko szałasów na środku polany, ludzie zebrali się przy zachodnim ołtarzu i to stamtąd dochodziła hipnotyzująca, szarpiąca za struny serca muzyka. Tańczyli w kole, z wnętrza którego dochodził zimny blask i zawodzący płacz, przebijający się przez donośne głosy mężczyzn i melodie bębnów. Zbliżywszy się, w świetle księżyca dostrzegli czaszki zwierząt, noszone przez tancerzy, zwierzęce skóry na ich plecach, przecinające powietrze w obrotach. Jeden z druidów na ich widok wystąpił z szeregu. Otoczony srebrnymi cieniami, z długą czaszką zamiast głowy, z szerokimi barkami i przytłaczającym wzrostem mógł napędzić strachu, ale on dygnął przed nimi, a potem gestem zaprosił ich do towarzystwa.
igP7jsl.pngSheili nie trzeba było dwa razy powtarzać. Szarpnęła chłopców Dimki i dołączyli do koła. Wtedy dostrzegli zawodzącą kobietę - leżała na ziemi, co chwila przygarniając do siebie coś, co gruchotało i spadało na trawę, rozsypując się. Girlandy świetlistych kwiatów i ich pąki w misach z wodą ukazały stertę drobnych kości. Świętowali pogrzeb małego dziecka, a robili to z taką werwą, ponieważ według laquiańskich wierzeń, Druhny przychodziły po duszę człowieka, kiedy jego ciało zostanie oddane ziemi i stanie się paszą dla drzew. Dlatego w Laquii tak mało było żeglarzy - jeśli zginą na morzu, ich dusze mogą błąkać się tam wiekami. Takie obrzędy odprawiano, by zwrócić uwagę Zaklinaczy i Druhen Zaświatów, aby mogły zagubioną duszę odnaleźć i zaprowadzić do Drzewa Matki.
igP7jsl.pngGdy tarcza księżyca pokryła się ze ścianą ołtarza, głosy powoli ucichły, a tańce zwolniły, aż wszyscy się zatrzymali. Matka w żałobie leżała nadal bez ruchu, ale nie łkała. Sheila cały czas patrzyła tylko na nią i dopiero teraz jej wzrok powędrował ku wykończonym towarzyszom. I choć widziała zmęczenie na ich twarzach, malowała się tam również swoista ciekawość oraz satysfakcja. Dimka uśmiechnął się do niej, a ona odpowiedziała mu tym samym, po czym uklękła przed matką. Zebrała do rąk przerażająco drobne kości i oddaliła się z nimi od ołtarza. Słyszała, jak wszyscy za nią podążają, choć nikt nic nie mówił. Złożyła chłopca na ziemi, a dłońmi dotknęła subtelnie wierzch polany. Szeptała tak cicho, że sam wiatr nie mógł pochwycić jej słów. Gleba zapadła się, pochłaniając zmarłego, a potem wypuściła pędy. Pięły się w górę, jeden za drugim, splatając powoli ze sobą, pęczniejąc, rozkwitając w purpurowe gałązki, kolce, liście, by na końcu pokazać drobne czarne kwiatki.
igP7jsl.pngOsiągnąwszy maksymalną wysokość krzewu, Sheila wstała i jeszcze nim się odwróciła, kobieta rzuciła się na nią z płaczem, dziękując gorąco. Druidzi zagrzmieli pojednawczo, a ten, który zaprosił ich do tańca, chwycił matkę za ramiona i odprowadził na bok. Tymczasem do Ma'alik zbliżyła się niska kobieta o czarnych puklach włosów i ciemnej karnacji. Za nią posłusznie dreptali jej towarzysze.
igP7jsl.png- Witaj, Magu - powitała ją z dozą szacunku, więc Sheila postanowiła nie zwracać się do niej złośliwie. - Twój towarzysz zdradził mi, że potrzebujecie miejsca do spania. Możecie spać w dwóch szałasach na wschodniej stronie; kobiety stamtąd spędzą dzisiejszą noc w głównym szałasie.
igP7jsl.png- W głównym? - zdziwiła się Ma'alik. Podekscytowanie zatliło się w jej brzuchu.
igP7jsl.png- Czy to znaczy...? - Na'agim wtrącił się do rozmowy.
igP7jsl.png- Tak - potwierdziła druidka z uśmiechem. - O wschodzie witamy nowe życie.
igP7jsl.pngMag aż krzyknęła z radości i rzuciła się na Dimkę, by go uściskać. Chwilę potem go odepchnęła i zwróciła się do wszystkich:
igP7jsl.png- Musimy w takim razie szybko iść spać, do wschodu nie zostało dużo czasu. Raz, dwa, trzy, z Na'agimem śpicie wy. Chrapie jak stara koza po owocach. - Palcem wskazała młodzików przyjaciela, zaś jego samego po prostu pociągnęła za sobą. - Wiesz - odezwała się, kiedy mościli się na szorstkich, plecionych kocach. - Miło dla odmiany być kwiatuszkiem, a nie jędzą, wariatką, wdową i tak dalej... - Westchnęła głęboko, wpatrując się w szczyt szałasu. - Bycie wdową jest potworne.
igP7jsl.png- Co właściwie zrobiłaś dla tej kobiety, że była ci tak wdzięczna? - zapytał Dimka, wciąż nie mogąc znaleźć sobie wygodnej pozycji.
igP7jsl.png- Na kwiaty tego krzewu mówi się Wdowie Łzy. Machezi ua la'ana. Owoce z niego zbierają Zaklinacze do wielu obrzędów, a ponoć ich sam zapach wabi Druhny Zaświatów. Jest to swego rodzaju podarunek dla nich, wynagradzający trudy znalezienia zagubionej duszy.
igP7jsl.png- Och. Chcesz znać moją opinię?
igP7jsl.png- Hmm... Niekoniecznie - przyznała, przykrywając się nieco mniej gryzącym pledem.
igP7jsl.png- Zmieniłaś się. Widzę, że dużo bardziej lubisz dawać, niż brać, nie tak jak kiedyś.
igP7jsl.png- A ja widzę, że na starość pleciesz głupoty. - Odwróciła się do niego plecami. - Jak będziesz chrapał, to wylądujesz w szałasie z Na'agimem. Dobranoc, Dimka.
igP7jsl.pngPrzeciągłe westchnienie poprzedziło nieco zmęczone "dobranoc" w odpowiedzi.

igP7jsl.pngSheila rozmawiała z jednym z druidów lekkim tonem, zupełnie innym niż przed chwilą, kiedy wyjaśniał jej okoliczności śmierci chłopca. Jego zabawę nad strumieniem, bieg za rybą, aż wreszcie schwytanie przez najady, bezowocne poszukiwania. Mężczyzna opowiedział ponuro swą wycieczkę nad zatokę i znalezienie kości na plaży, wyrzuconych na plażę po ostatniej burzy wraz z glonami i skorupiakami. Oboje chcieli pociągnąć ten temat zmian w rytmie przyrody, ale jednocześnie cieszyć się dzisiejszym świętowaniem, dającym możliwości oddalenia od siebie trosk najdalej, jak tylko się dało. Skorzystali z niej chętnie, przekierowując tory rozmowy na niespodziewanych gości, teraźniejszych i przeszłych, po których zostały jedynie ślady w pamięci.
igP7jsl.pngMag spojrzała w kierunku przybyszy z Gyengye. Pomimo wydarzeń z zeszłej nocy i małej ilości snu, cała trójka, tak jak i ona, promieniała spokojem i radością, tak charakterystycznymi po laquiańskich zabawach i świętowaniach. Przywiązywali do nich ogromną wagę i choć nierzadko kładło to duży nacisk fizyczny na ciało, dusza miała okazję się wyzwolić i zregenerować. Nic zaś nie przynosiło takiej ulgi oraz satysfakcji, jak zdrowe, nowo narodzone dziecko.
igP7jsl.pngUśmiechnęła się z rozbawieniem na wspomnienie ich zagubionych min, gdy o brzasku rozbrzmiał dźwięk rogu, zagłuszając nagły, bolesny krzyk kobiety. Sheila już czekała pod szałasem, ale widziała stamtąd, jak dwoje uczniów wychyla głowy i rozgląda się, obserwując druidów zmierzających jeden za drugim ku centrum ich obozowiska. Posłusznie za nimi podążyli i śladem pozostałych, zajęli swoje miejsce w kręgu. Wzięli do ręki marakasy, patrząc na nie jak na największy dziw świata. Do tej pory ciszę zmącały nucenia jednej melodii i coraz głośniejsze cykanie owadów, budzących się do życia. Obcy nie zdawali sobie jeszcze sprawy z powodu, dla którego wszyscy tam się zebrali. Zrozumienie spływało powoli, z każdym pełnym radości głosem, wzbijającym się ponad śpiewający chór, zagłuszający krzyki z szałasu. Nie dali się jednak porwać, dopóki Sheila nie zerwała się z dzikim okrzykiem, wtórując prowadzącemu, rozpoczynając tym samym tańce. Im bardziej dało się słyszeć zaogniającą się sytuację wewnątrz szałasu, tym głośniej druidzi śpiewali. Pieśń, utrzymana w starolaquiańskim języku, opowiadała przede wszystkim o życiu, wiośnie, nadziei, a także śmierci, która jest końcem, ale i początkiem tego wszystkiego. Do rytmu bębnów, miękkich dźwięków marakasów i wyzwolonych śpiewów tańczyli w koło, dziko, bez ładu ani składu, uzewnętrzniając całą energię, tlącą się w ich ciałach, przekazaną im przez drzewa, rośliny, zwierzęta, wodę. Oddawali ją teraz, bijąc szacunkiem i wdzięcznością, choć obcy potrzebowali trochę czasu, by wypatrzeć dziękczynność w pląsach.
igP7jsl.pngNajwiększy raban podniósł się wraz z tarczą słońca wypełniającą puste miejsce kamienia na wschodnim ołtarzu, gdy z wnętrza szałasu wyszła opiekunka rodzącej z noworodkiem na rękach. Nastały śmiech, łzy radości, poklepywanie po plecach i wznoszenie nowego członka społeczności ku niebu, by każdy mógł dostrzec jego rozpłakaną buzię. Zaraz jednak kobieta zabrała dziecko z powrotem, zanosząc je do wymęczonej matki. Sheilę często zastanawiało uczucie, jakie musi je przepełniać, gdy trzymają taką małą istotkę w swych rękach, zrodzoną z ich krwi i kości. Czy ta miłość jest faktycznie tak głęboka, jak ta, którą obdarza ich Bogini? Czy jej matka miała szansę spojrzeć w jej niewidzące oczka i pozwolić zalać się falą uczuć? W szałasie za jej plecami nad swą żoną stał mąż, towarzyszył jej od początku do końca, a teraz kręcił się po polanie, chwaląc wszystkim, że został ojcem, że ma syna.
igP7jsl.png- Może czas najwyższy ruszać w drogę, Sheils?
igP7jsl.pngMa'alik odwróciła się zaskoczona do Dimki, jednocześnie orientując się, że stała zupełnie sama, pochłonięta myślami. Wspomnienia, próbujące się wedrzeć do jej głowy i rozbłysnąć żywymi barwami na szczęście ulotniły się wraz z głosem przyjaciela. Objęła go w pasie, podążając podobnie jak on wzrokiem za wniebowziętym druidem.
igP7jsl.png- To była piękna ceremonia, prawda? - zapytała go lekkim, niewinnym tonem, podtrzymując w sobie uczucia towarzyszące jej w tańcu.
igP7jsl.png- Prawda. Dziwi mnie, że wcześniej mi jej nie pokazałaś - zauważył.
igP7jsl.png- Wiesz, że to nomadowie. Trafić na nich, a jeszcze w takim czasie, to duże szczęście.
igP7jsl.png- Może to dobry znak.
igP7jsl.pngSheila skrzywiła się na to stwierdzenie, odsuwając od Dimki. Nie lubiła gdy przypisywało się losowym przypadkom wagę większą, niż powinny mieć. Ufała znakom przyrody, bo to przez nią przemawiała ich Bogini, ale wydarzenia, które ich spotkały, ciężko pod to podpiąć. Nie powiedziała jednak tego na głos.
igP7jsl.png- Zbieraj młokosów, czeka nas niemała wspinaczka - zarządziła, wracając do typowej siebie. - Ja porozmawiam z Na'agimem. Niech wraca do siebie.


2JyT7mY
"Do not pity the dead, Harry.
Pity the living, and, above all, those who live without love.”

Offline

Użytkowników czytających ten temat: 0, gości: 1
[Bot] CCBot

Stopka

Forum oparte na FluxBB

Darmowe Forum
funnyfamily - speedhunters - gildiahusaria - maledictus-regnum - skillhide