Opowiadania grupowe - forum Depesza

Opowiadania grupowe

Nie jesteś zalogowany na forum.

#101 2019-08-27 16:20:20

Lavender
Użytkownik
WindowsChrome 76.0.3809.100

Odp: The Letter

dekade.regular.png

   Oparłem się o ścianę krzyżując przy tym ręce na piersi i rozważając słowa Light. Jej teoria mogła miała sens.
- Wydaje mi się, że coś w tym jest – odparłem – Hannah wspomniała, że Takako mówi do Luke’a „mój książę”… Z resztą nie skrzywdziła żadnego z nich, z pewnością nie stało się tak bez powodu. - powiedziałem.
   Wiedziałem, że udanie się do posiadłości Wrightów wiązało się z niewiarygodnym wręcz ryzykiem. Tak samo jednak zdawałem sobie sprawę z tego, że w końcu musieliśmy to zrobić. Nie mogliśmy dłużej tego odwlekać, chociaż miałem wrażenie, że żadne z nas tak naprawdę nie chciało tam iść.
- Musimy jeszcze raz pomówić z Wrightami – powiedziałem na co Light skinęła głową. Wróciliśmy do stolika i wytłumaczyliśmy małżeństwu całą sytuację. Nie oponowali, zgodzili się by od razu pójść do ich domu i spotkać się z medium. Aż trudno było mi uwierzyć, że to się działo. Żadne z nas nie wiedziało czego się spodziewać i wszyscy byliśmy w równym stopniu przerażeni. Niemalże dało się to wyczuć w powietrzu.
- Przyjechaliśmy samochodem. Możecie jechać z nami – odezwała się Hannah. Skinąłem głową.
- Myślę, że to dobry pomysł – odpowiedziałem. Powoli wstaliśmy z krzeseł i udaliśmy się w stronę wyjścia. Żadnemu z nas jakoś nie śpieszyło się do opuszczenia kawiarni i wkroczenia w paszczę lwa.
   Wziąłem Light za rękę chcąc dodać otuchy nie tylko jej, ale i sobie. Najbardziej przerażało mnie to, że nie miałem pojęcia co się tam wydarzy i czy w ogóle stamtąd wyjdziemy. Czułem się, jakbym wystawiał swoje życie na tacy. Z drugiej zaś strony i tak czyhało na nas niebezpieczeństwo. Mogliśmy zginąć także w swoich domach.
  Milczeliśmy całą drogę. Hannah próbowała zagaić konwersację, jednak szybko zaprzestała starań. Żadne z nas nie było w nastroju do rozmów. Wszyscy pogrążeni byli w swoich własnych myślach. Musiałem przyznać, że moje były dość mroczne. Oczami wyobraźni widziałem, jak duch rozrywa Zacharyego na strzępy, jak Luck i Hannah w jednej sekundzie zostają pozbawieni życia, a co najgorsze, jak Light wydaje ostatnie tchnienie w moich ramionach. Pokręciłem głową, jakby to mogło pomóc i odegnać niechciane obrazy z głowy. Oczywiście nic to nie dało.
  Poczułem nieprzyjemny skurcz w żołądku, gdy dotarliśmy na miejsce. Spojrzałem na Emergadle Masion i przeszedł mnie dreszcz.
- No to jesteśmy – powiedziałem. Wszyscy byli jakby odrętwiali. Tylko patrzyliśmy się na posiadłość. Nikt nie kwapił się by wysiąść, postanowiłem więc zrobić to jako pierwszy. Light podeszła do mnie i delikatnie złapała mnie za ramię. Niemal czułem jej przerażenie, delikatnie pocałowałem ją w czubek głowy, chcąc chociaż odrobinę ją uspokoić. Chciałem powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, że na pewno wyjdziemy z tego żywi, ale tak naprawdę niczego nie mogłem zagwarantować. To mnie dobijało. Chciałem dać mojej dziewczynie i mojemu dziecku maksimum bezpieczeństwa.
- Light… - wiedziałem, że dziewczyna i tak nie spełni mojej prośby, jednak chciałem spróbować – Może jednak wrócisz do domu? Błagam cię, postaram się to wszystko naprawić, po prostu poczekaj bezpiecznie w jakimś miejscu – spojrzałem na nią z nadzieją.
- A zagwarantujesz mi, że wrócisz? - nie mogłem jej okłamywać. Ponuro pokręciłem głową.
- Dobrze wiesz, że nie mogę ci tego zagwarantować – szepnąłem.
- Wiem. Właśnie dlatego nie pozwolę ci pójść samemu – westchnąłem, jednak skinąłem głową. Light podjęła decyzję i nie mogłem w żaden sposób na nią wpłynąć. Tak naprawdę niewiele teraz mogłem.
  Odwróciłem głowę słysząc, że nadjeżdżał drugi samochód. Ze srebrnego BMW wysiadła kobieta, o krótko ściętych brązowych włosach.
- Dzień dobry – powiedziała idąc w naszą stronę – Nazywam się Lucy Harmon i jak się domyślacie, jestem medium. W miarę możliwości, postaram się wam pomóc. Myślę, że im szybciej zabierzemy się do działania, tym lepiej.
- W pełni się z panią zgadzam – powiedział Luck, obrzucając kobietę spojrzeniem. Ten facet był wprost niewiarygodny. Nawet w takiej sytuacji potrafił zwęszyć świeże mięsko. Powstrzymałem się od pokręcenia głową z dezaprobatą.
  Powoli zaczynało się ściemniać. Żałowałem, że nie przyszliśmy tu w dzień. Czułbym się chociaż odrobinę pewniej.
  Przeszliśmy przez ogromne drewniane drzwi i znaleźliśmy się w posiadłości. Poczułem jak przechodzi mnie dreszcz. Posiadłość zdawała się zionąć mrokiem. Lucy rozglądała się po korytarzu ze ściągniętymi brwiami. Wyglądała, jakby coś czuła.
- Myślę, że powinniśmy zacząć od… - wszystko stało się bardzo szybko. Ciało Lucy zostało poderwane z ziemi i z impetem rzucone o ścianę, Light i Hannah krzyczały. Harmon raz po raz uderzała o ścianę, z jej głowy zaczęła ściekać krew.
- Niech ktoś coś zrobi! - krzyknęła Hannah. Nikt z nas nie zdążył jednak chociaż spróbować czegokolwiek uczynić, gdy zakrwawione ciało medium bezwładnie upadło na podłogę.
- Co do… - zaczął Zach, jednak słowa, jakby utknęły mu w gardle, gdy spojrzał w górę schodów. Podążyłem za jego spojrzeniem.
- Przyszliście… - głos Takako niemal ociekał głodem – Nareszcie przyszliście… - syknęła. Jakby instynktownie, wszyscy przysunęliśmy się do siebie. Objąłem Light w pasie i przyciągnąłem ją jeszcze bliżej siebie.
- Czego ty od nas chcesz?! - wrzasnął Luck – Nie możesz wreszcie zostawić nas w spokoju?!
- Mój książę… Chcę ciebie… chcę zemsty… chcę ofiary…
- Dlaczego chcesz mścić się na nas?! Chcemy ci pomóc! - krzyknęła Light. Takako tylko się uśmiechnęła, po czym na moment zniknęła, tylko po to, żeby pojawić się obok Hanny. Złapała się za szyję i w mgnieniu oka odciągnęła od nas.
- Zostaw ją! - krzyknął Luck – Proszę cię, nie rób jej krzywdy! - Takako ciągnęła Hannah w górę schodów, kobieta wydawała się być wręcz bezwładna.
- Mój książę… dlaczego wolisz ją ode mnie? Nie pamiętasz już jak dobrze było nam razem? Obiecywałeś, że ją dla mnie porzucisz, że razem uciekniemy! - głos Takako uległ zmianie. Brzmiała teraz jak rozwścieczony demon.
- Luck, to prawda?! - Hannah jakby oprzytomniała.
- Oczywiście, że nie! Nie mam pojęcia o czym ta kobieta mówi! - ja natomiast doskonale zdawałem sobie sprawę z tego co się działo, a raczej co wydarzyło się całe wieki temu. Lord Emergadle musiał mieć romans z Takako, obiecywał jej pomoc, obiecywał, że zostawi dla niej Charlotte. Tak się jednak nie stało. Takako wróciła nie tylko, by się zemścić. Ona chciała odzyskać swojego ukochanego. Z tym, że nie rozumiała, że ten odszedł przed laty.
  Duch wciąż ciągnął za sobą Hannah, kobieta krzyczała i prosiła o pomoc.
- Błagam, zostaw ją! Błagam cię! - wrzeszczał Luck, jednak Takako nie słuchała. Były już z Hannah na szczycie schodów i zaczęły znikać w ciemnym korytarzu.
- Cholera! - warknąłem i niewiele myśląc zacząłem za nimi biec. Czułem, że nie mogę pozwolić, by kobiecie coś się stało. Nie darowałbym sobie, gdyby zginęła kolejna osoba.
- Ash! - Light zaczęła biec za mną, za nią pojawili się Luck i Zachary.
- Nie rozdzielajmy się! - krzyknął Zachary. Takako próbowała wciągnąć Hannah do pokoju na poddaszu. Do tego samego, w którym pierwszy raz zobaczyła ją Light.
- Będziesz cierpieć Lady Charlotte… Będziesz cierpieć, tak jak ja cierpiałam – wysyczała Takako wprost do ucha Hannah.
- To nie jest Lady Charlotte! - krzyknąłem.
- Jak to? - odezwała się Takako tym przerażającym głosem.
- Ona odeszła lata temu! Wróciłaś z zaświatów i ją zabiłaś! Kobieta, którą trzymasz to Hannah, ona nie jest niczemu winna!
- Wiemy przez co przeszłaś Takako, już wszystko wiemy! Pozwól sobie pomóc! - błagała Light.
  Takako puściła Hannah, a ta rzuciła się w ramiona Lucka. Duch zaczął płakać, ten dźwięk niósł się po całej posiadłości. Spojrzałem na ściany, z których zaczęła spływać gęsta, czerwona ciecz. Krew, ze ścian spływała krew. Nie wiedziałem co mieliśmy teraz robić. Medium nie żyło, a my byliśmy w potrzasku. Nie mogliśmy się już wycofać.

Offline

#102 2019-08-27 19:48:55

Raika
Użytkownik
WindowsChrome 76.0.3809.100

Odp: The Letter

cantilena.regular.png

          Mój rozsądek niemal wrzeszczał, abym wróciła do mieszkania i się modliła o bezpieczeństwo Ashtona, jednocześnie samemu nie być zagrożoną. Musiałam dbać nie tylko o swoje życie, ale też o życie naszego dziecka. Jednak wciąż istniała szansa, że mógłby zginąć, a ja bym nie mogła żyć bez niego. Śmierć u jego boku wydawała się o wiele mniej tragiczna niż wiadomość, że już nigdy więcej nie mogłabym go zobaczyć, dotknąć czy pocałować. Z drugiej strony byłam przerażona myślą, że naprawdę coś takiego się może wydarzyć. Nie chciałam ginąć, ani oglądać śmierci osoby, którą kochałam. Nie zniosłabym tego…
      - Ash, chodźmy stąd, proszę… - błagałam chłopaka, ale nie zdołałam go przekonać, zanim nie pojawił się duch. Niemal od razu się w niego wtuliłam, obserwując jak ciągnie blondynkę po schodach, jak jakąś szmatę. Starałam się przemówić do Takako, ale ona była tak zaślepiona… Trochę jej współczułam, bo mogłam ją zrozumieć, naprawdę. – Takako, posłuchaj mnie… - wyszłam przed szereg, mimo że Ashton próbował mnie powstrzymać. Starałam się mówić pewnie, chociaż wcale się tak nie czułam. Kobieta niemal w ogóle na mnie nie zareagowała dalej przytulając się do Luke’a. Płakała, a ja z przerażeniem zauważyłam, że razem z nią płakał cały dom. Po ścianach spływała krew i cholernie mnie zemdliło. Niemal cofnęło mi się wszystko, co dzisiaj zjadłam przez ten metaliczny zapach. Powstrzymałam odruch wymiotny i wzięłam głęboki oddech. Zaczęłam mówić i nie zamierzałam przerywać przez nagłe osłabienie. Kobieta co prawda na mnie nie zareagowała, ale wiedziałam, że słuchała. – Posłuchaj, rozumiem cię…
      - Light… - Ash złapał mnie za rękę zaniepokojony. Zabrałam mu ją, bo by mnie odciągnął, a właśnie temu chciałam zapobiec.
      - Kochałaś go, a on cię oszukał. Okłamał, że uciekniecie razem, zranił twoje uczucia. To cię zabolało, poczułaś się zdradzona. Okropnie się zachował, ale na pewno żałował.
      - Niczego nie wiesz! – krzyknął duch, znowu wrogim głosem. Przestała płakać i stała się tym samym potworem, którym była do tej pory. Przynajmniej przy nas.
      - Wiem, jak to jest kogoś kochać! – warknęłam zaciekle, mając dość jej zachowania. Rozumiałam wściekłość i poczucie zdrady, ale żeby przez to zabijać? Sama się dziwiłam, że mogłam mówić tak groźnie. – I mogę sobie wyobrazić, jak okropnym uczuciem by było, gdyby ta osoba mnie zdradziła, jak bardzo by mnie to zabolało, ale do jasnej cholery nie zabijałabym przez to każdego, kto mi wpadnie w ręce! Zwłaszcza tych, którzy chcą pomóc! Skrzywdzono cię, rozumiem, ale myślisz, że jesteś jedyną?! Wiele osób zostało skrzywdzonych i się na nikim nie mszczą!
      - Niczego nie wiesz! – powtórzyła jeszcze bardziej wrogo, jakby chciała kogoś zaatakować. Oczywistym było, że byłam na celowniku, ale strasznie mnie wkurzyła.
      - Wiem, że przez ciebie nie mogę spokojnie cieszyć się z przyszłej rodziny! I jestem cholernie tym wkurwiona! – ryknęłam, co ją tylko bardziej rozdrażniło. Wrzasnęła wyraźnie zamierzając mnie opętać, ale na jej drodze stanął Luke.
      - Przepraszam, Takako… - spojrzał na mnie przez ramię, jakby upewniając się, że byłam bezpieczna. Nagle zamiast obiektu pożądania zobaczył we mnie zagrożoną kobietę? – Obiecywałem ci tyle rzeczy, wyznawałem miłość tyle razy… - całkowicie zmienił kierunek myślenia. Poczuł potrzebę przeproszenia kobiety za to, co zrobił tamten, wziął na siebie winę i przyznam, że trochę mi to zaimponowało. Detektyw z kolei wykorzystał ten moment, aby mnie do siebie przyciągnąć.
      - Oszalałaś?! – warknął wyraźnie zdenerwowany moim naiwnym zachowaniem. Objął mnie i czule pocałował w czubek głowy. Miał rację, ale z drugiej strony miałam już dość. Chciałam się cieszyć z nas i naszego przyszłego dziecka, a nie oglądać za siebie przy każdym zakręcie. – Nie narażaj was, proszę…
      - Was?! – Hannah doszła do siebie na tyle, żeby wyłapać sens tych słów. Nie sądziłam, że kiedykolwiek zobaczę jak ktoś tak szeroko otwiera oczy w zaskoczeniu. Chwilę jej to zajęło, ale szybko zrozumiała. – Przyszłaś tutaj w ciąży? Zwariowałaś?
      - Do tej pory tutaj nie atakowała, a w naszym mieszkaniu owszem… - usprawiedliwiłam swoje zachowanie, chociaż nadal poczułam się jakbym była czemuś winna.
      - Czemu? – Azjatka zaczęła mówić przez łzy. – Dlaczego mnie oszukałeś?
      - Zrobiłem błąd, Takako i naprawdę bardzo cię za to przepraszam, ale proszę, po prostu odejdź – i tu zrobił kolejny. Wystarczyło jedno słowo, a wściekłość kobiety jakby wybuchła. Wrzasnęła tak głośno, że aż zatrzęsła całym domem. Nim ktokolwiek się zorientował, zapanował mrok, a nasze głosy mieszały się ze sobą. Raz słyszeliśmy siebie nawzajem ze wschodu, potem z zachodu, z kilku stron na raz. Szukaliśmy siebie nawzajem, ale zamiast tego się po prostu zgubiliśmy.
      - Ashton! Ash! – krzyczałam przerażona, a czas mi gdzieś umknął. Nie wiem ile tak nawoływałam, szukając kogokolwiek. Mój głos drżał, a ja już wyobrażałam sobie najgorsze scenariusze, dopóki ktoś mnie nie złapał…
      - Znalazłem cię – to nie był głos mojego chłopaka, ani do Zacharego, a był męski. Mogłam się więc domyślić, że to był Luke. – Zaprowadzę cię do reszty. Wiem, gdzie są – podążyłam za nim, bo nie widziałam innej możliwości, ale źle to się skończyło. W pokoju Zachary do mnie podszedł i chciał coś powiedzieć, ale nagle zamilkł, a Luke opadł wyczerpany. Z kolei fotograf opuścił pomieszczenie, zamykając w nim naszą dwójkę. Duch w ciele naszego przyjaciela wciąż powtarzał, że Lady Charlotte będzie cierpieć tak samo jak ona… Ale co to do cholery znaczyło?
      - Hej! – pan Wright podbiegł do drzwi i zaczął w nie walić z całej siły. – Gdzie jest moja żona?! Wypuść mnie do jasnej cholery! Gdzie ona jest? – kiedy on zaczął wrzeszczeć o swoją żonę, ja rozejrzałam się, szukając Ashtona. W pierwszej chwili myślałam, że go tutaj nie było, ale kiedy usłyszałam jakiś jęk w rogu, od razu tam podbiegłam.
      - Ash? ASH! – niemal się rozpłakałam z radości, widząc mężczyznę podnoszącego się z podłogi. Trzymał się za głowę, jakby był obolały, ale stał, miał równowagę, co znaczyło, że nic mu nie było. Dzięki Bogu… Skoczyłam mu w ramiona.

Offline

#103 2019-10-27 11:56:56

Lavender
Użytkownik
WindowsChrome 76.0.3809.132

Odp: The Letter

Z moich ust wydobyło się zbolałe jękniecie. Powoli podnosiłem się z podłogi i o mało co nie straciłem równowagi, gdy Light dosłownie rzuciła mi się w ramiona. Musiałem nieźle uderzyć się w głowę, przez moment w ogóle zapomniałem o tym co się działo. A działo się naprawdę wiele. Wpakowaliśmy się w prawdziwy koszmar. Pomyśleć, że jeszcze jakiś czas temu byłem racjonalnie myślącym mężczyzną, który nie wierzył w istnienie zjawisk paranormalnych. Te czasy jednak minęły bezpowrotnie. W tej chwili czułem się  jak w oku cyklonu. Gdy przekraczaliśmy próg Emergadle Masion, wiedziałem, że wchodzimy w paszczę lwa. Nie miałem tylko pojęcia jak się z tej paszczy wydostać.
- Spokojnie, Światełko, jestem tutaj – powiedziałem gładząc ją po głowie.
- Hannah! HANNAH! - Luck krzyczał uderzając pięściami w drzwi, które nie chciały się otworzyć.
- Light! - nagle wpadłem na pewien pomysł – Masz przy sobie ten list? - dziewczyna kiwnęła głową i wyciągnęła przeklęty skrawek papieru z kieszeni jeansów. Niemal wyrwałem jej go z dłoni. Wyciągnąłem zapaliczkę i drżącymi rękami podpaliłem list. Patrzyłem jak powoli zajmuje się ogniem. Płonął, a dom z sekundy na sekundę zaczynał wyglądać lepiej. Krew powoli znikała ze ścian. Luck nie przestając nawoływać swojej żony, szarpał za klamkę, aż w końcu drzwi ustąpiły. Złapałem Light za rękę i wybiegliśmy z pomieszczenia.
   W głębi duszy wiedziałem, że spalanie listu to za mało, by zakończyć ten koszmar. Nie myliłem się, drzwi za nami trzasnęły z hukiem, a ze ścian znów zaczęła spływać szkarłatna ciecz. Ciszę przerwał przejmujący krzyk Hanny. Luck nie zważając kompletnie na nic, pobiegł w stronę skąd dobiegał dźwięk. Nie puszczając dłoni Light, ruszyłem za mężczyzną. Czułem, że nie powinniśmy się rozdzielać.
    Takako stała nad Hanną, przerażona kobieta kuliła się w kącie.
- Nie waż się jej tknąć! - wrzasnął Wright. Duch stał odwrócony plecami do nas. Tylko jej głowa zaczęła nienaturalnie się odwracać, tak by zwrócić się do nas. Zrobiło mi się niedobrze, a Light mocniej ścisnęła moją dłoń. Niemal czułem jej paniczny strach.
- Za późno… - syknął stwór i zrobił krok w tył. Hannah siedziała pod ścianą, z jej nóg ściekała krew.
- Przepraszam… - szepnęła. Luck patrzył na nią szeroko otartymi oczami – Nasze dzieci… przepraszam…
- Ty…  jesteś w ciąży? - spytał mężczyzna.
- Byłam… - szepnęła Hannah i zaniosła się płaczem. Słyszałem, że Light również zaczęła szlochać. Nie dziwiłem się, zebrało się w niej za dużo emocji.
- Jesteś potworem! Jak mogłaś jej to zrobić! - krzyknęła moja dziewczyna – Jak mogłaś…
   Takako spojrzała na nią z czystą nienawiścią w oczach. Był to najstraszniejszy wzrok, jaki dane mi było ujrzeć w całym moim życiu. Zjawa krzyknęła, w jednej sekundzie wyrwała pręt od schodów i cisnęła nim w stronę Light. Wszystko działo się zbyt szybko. Chciałem odepchnąć dziewczynę, lecz nim zdążyłem zareagować pojawił się Zach. Chłopak przyjął na siebie cios. Metalowy pręt przeszedł przez jego ciało, a ja z niedowierzaniem patrzyłem, jak mój przyjaciel pada na podłogę.
- Zachary! - wrzasnąłem, a mojemu krzykowi towarzyszył śmiech ducha. Potworny, potworny śmiech. Light podbiegła do jego ciała i płacząc, błagała go by wytrzymał.
- Zach, proszę, nie umieraj… Nie możesz nam tego zrobić!
- Czego ty od nas chcesz?! - czułem ogarniającą mnie bezsilność. Powoli zaczynałem rozumieć, że nie wyjdziemy z tego żywi. Light płakała, Zach prawdopodobnie wydawał z siebie ostatnie tchnienia, Hannah właśnie poroniła, a Luck wyglądał jakby stracił zmysły. Sam powoli je traciłem.
   Z trudem przeniosłem spojrzenie na Hannę, która powoli zaczęła podnosić się na nogi.
- Hannah, nie… - szepnął Luch, gdy kobieta chwiejąc się podeszła do Takako i zarzuciła jej ręce na szyję.
- Weź mnie… - szepnęła i przytuliła się do tego potwora.
- Co… - powiedział duch głosem, który nie ociekał już nienawiścią. Brzmiało w nim tylko zdumienie.
- Proszę, weź mnie… Wiem jak to jest cierpieć. Właśnie straciłam dzieci, mężczyzna, którego kocham zdradzał mnie od kiedy byliśmy razem… Chcę ci pomóc… Weź mnie… - spojrzałem na Lucka, na jego twarzy malował się strach i wyrzuty sumienia.
- Nie… - szepnął – Nie proszę! Weź mnie! Hannah, nie możesz tego zrobić! Wiem, że byłem okropnym mężem, ale kocham cię! Nie rób tego!
   Nikt nie zwrócił uwagi na jego słowa. Takako odwzajemniła uścisk Hanny.
- Chcesz się dla mnie poświęcić? - spytał duch. Hannah ledwo widocznie skinęła głową. Takako zaczęła przyciągać ją do siebie. Z niedowierzaniem patrzyłem, jak ich ciała zaczynają dosłownie stapiać się w jedno. Takako wchłaniała Hannę. Szara skóra zjawy zaczęła nabierać zdrowego koloru, jej twarz przestała być obrazem czystej nienawiści. Hannah zniknęła, a przed nami stała przepiękna kobieta, o długich czarnych włosach i niesamowicie niebieskich oczach. Luck padł na kolana i zaniósł się płaczem.
- Dziękuję… - powiedziała Takako aksamitnym głosem.
   Było to jedyne słowo, którym nas obdarzyła zanim zniknęła…


     Trzy tygodnie później…



- Kurewsko boli – powiedział Zach. Pokręciłem głową z dezaprobatą.
- Powinieneś się cieszyć, że w ogóle przeżyłeś. Ledwo cię odratowali – posłałem mojemu przyjacielowi dosadne spojrzenie. Westchnął, jednak wiedziałem, że w głębi duszy zdawał sobie sprawę z tego, jakie miał szczęście. Leżał w szpitalu już trzy tygodnie i nie zapowiadało się na to, by miał szybko z niego wyjść. Staraliśmy się odwiedzać go jak najczęściej razem z Light. Leżeli z Beccą na tym samym oddziale.
- Jak się czuje Becca? - spytał Zach – Nawet nie miałem okazji jej odwiedzić.
- Z dnia na dzień coraz lepiej – odparłem. Nasza przyjaciółka wybudziła się ze śpiączki tego samego dnia kiedy… Cóż, nadal ciężko było mi chociażby myśleć o tym co się wydarzyło. Pokręciłem głową nie chcąc wypowiadać tych słów nawet we własnej głowie.
- A co z Luckiem?  - nie przestawał dopytywać mój przyjaciel.
- Wiesz, że nigdy nie byłem z nim blisko. Wyjechał, nie mam pojęcia dokąd się udał, ale prawdopodobnie gdzieś daleko. Oddał dom do rozbiórki. Myślę, że to dobra decyzja.
- Tak, zgadzam się.
- Będę się powoli zbierać – powiedziałem patrząc na zegarek. Dochodziła dziewiętnasta.
- Masz na dzisiaj jakieś plany? W ogóle dlaczego jesteś tak odstrzelony? - Zach omiótł wzrokiem moją elegancką błękitną koszulę i czarne spodnie.
- Zabieram Light na kolację – odparłem. Zachary skinął głową.
- Jakieś ekskluzywne miejsce, co? - skinąłem głową.
- Znasz tę restaurację w mieście, w której mają tak ogromny ogród, że kelnerzy dowożą jedzenie na wrotkach, żeby nie wystygło?
- Wiesz, że do miejsce, w którym najczęściej…
- Wiem – nie dałem mu dokończyć.
- I jesteś tego pewien?
-  W życiu niczego nie byłem bardziej pewien – odparłem z ogromnym uśmiechem na twarzy.







      Po raz pierwszy od trzech tygodni, widziałem uśmiech na twarzy Light. Wyglądała dziś oszałamiająco pięknie. Nie mogłem oderwać oczu od jej ust podkreślonych czerwoną szminką. Miała na sobie absolutnie nieziemską sukienkę. Trzymałem rękę na jej plecach i prowadziłem ją w stronę altanki, gdzie zabukowałem dla nas miejsca. Znajdowała się na samym końcu ogrodu, a ja chciałem byśmy mieli trochę prywatności. Elegancko ubrany mężczyzna grał na pianinie. Delikatna muzyka sprawiała, że czułem się niesamowicie rozluźniony.
- Nie mogę się doczekać, kiedy ściągnę z ciebie tę sukienkę – szepnąłem jej do ucha, a Light zachichotała. Tak dobrze było słyszeć jej śmiech. Przez ostatnie trzy tygodnie praktycznie nie wychodziła z domu i była w naprawdę złym stanie. Z resztą tak jak my wszyscy.
    Dziewczyna zajęła miejsce naprzeciwko mnie.
- Rany, jak tu pięknie – powiedziała.
- Ty jesteś piękna – odparłem. Miejsce może i wyglądało dobrze, ale ja nie mogłem oderwać oczu od mojej dziewczyny. Uśmiechnęła się do mnie, wyglądała na taką szczęśliwą.
   Kelner przyjął nasze zamówienia, poprosiłem jednak, by dano nam trochę czasu, zanim przyniosą jedzenie i wcześniej dostarczyli nam jedynie butelkę czerwonego wina.
- Dlaczego zamówiłeś jedzenie na później? Chcesz mnie najpierw upić – spytała najpiękniejsza dziewczyna na świecie.
- W zasadzie to chcę najpierw z tobą zatańczyć. Pozwolisz? - wyciągnąłem dłoń w jej stronę. Light była trochę zaskoczona, jednak nie oponowała. Wyszliśmy z altanki, złapałem ją w talii, a Light zarzuciła mi ręce na szyję i delikatnie kołysaliśmy się w rytm muzyki.
- Wiem, że przeszliśmy przez piekło, ale obiecuję ci, że teraz zrobię wszystko, żebyśmy żyli jak w niebie…
- Wiem Ash, przy tobie naprawdę czuję się jak w niebie –  obkręciłem Light i znów przyciągnąłem ją do siebie.
- Daj mi dokończyć – powiedziałem ze śmiechem – Pragnąłem cię od pierwszego dnia, gdy cię ujrzałem. Nawet nie wiesz jak bardzo. Życie obok ciebie i nie bycie z tobą, było dla mnie prawdziwą torturą. Jesteś moim światłem Light… - puściłem jej talię, odsunąłem się na krok i sięgnąłem do kieszeni spodni – Czy uczynisz mnie najszczęśliwszym mężczyzną na świecie... – przyklęknąłem na jedno kolano, a Light patrzyła na mnie z niedowierzaniem - … i zostaniesz moją żoną?

Offline

Użytkowników czytających ten temat: 0, gości: 1
[Bot] CCBot

Stopka

Forum oparte na FluxBB

Darmowe Forum
multipoland - counter-strike - ciemnastrona - psw - partylife