Opowiadania grupowe - forum Depesza

Opowiadania grupowe

Nie jesteś zalogowany na forum.

#31 2017-09-04 13:30:19

Arbalester
Łoś Przewodnik
Windows 7Chrome 60.0.3112.113

Odp: Whisper

TaNFXNm.png
And if I stayed, I couldn't help but lay awake
'Cause it's not you, it's just a dream
It's only fake
Just gotta leave, I gotta leave

poranek po imprezie...

Schowałem telefon do kieszeni i wyszedłem na zewnątrz, w końcu wyrywając się z uczelni po serii nieciekawych wykładów. Monotonny głos dwóch profesorów pod rząd wprawił mnie w tak senny nastrój, że znalezienie się na ostrym, chłodnym powietrzu walnęło we mnie jak piłka na boisku – natychmiast otrzeźwiając. Zapatrzyłem się na kolorowe liście drzew i trawniki usiane ich barwami, skrzętnie zagarnięte z chodnika przez pracowników, których nikt nigdy nie zauważa, dopóki ich nie zabraknie. Czułem zimno, przenikające przez cienką zelówkę trampek (dlaczego je ubrałem?) i ostry wiatr, drapiący mroźnymi pazurami moją szyję, którą czym prędzej owinąłem szalem, sprezentowanym przez mamę, trzy zimy temu. Wciąż pamiętałem paskudną grypę, jaką wtedy przechodziłem i jej głęboko zatroskane spojrzenie, wywołane zbyt dużą ilością czasu spędzoną nad lekturą forów "medycznych". Uśmiechnąłem się lekko na to wspomnienie, kryjąc głowę między ramiona. Ledwo wyszedłem, ale już dostałem kataru.
Uszedłem zaledwie parę kroków, nim wyciągnąłem z powrotem komórkę. Bawiłem się nią nerwowo, kręcąc w ręce, myśląc intensywnie. Dopiero co ustawiłem się z Mikiem na „kawę”, po tym jak zostawił mi na lodówce karteczkę, by się spotkać. Teraz zaczynałem rozważać wycofanie się z tego... wszystkiego. Cieszyłem się niezmiernie na wizję pogadania z nim, spędzenia czasu po tak długiej ciszy, ale jego zachowanie poprzedniego dnia i dziwna powaga notki rzucały głęboki cień niepokoju na moją radość. W dodatku cały czas świerzbiły mnie ręce, by wykręcić numer do Petera; nie znosiłem takich niedopowiedzianych sytuacji, niezamkniętych i nieprzyjemnych. Okienko iMessage otwierałem sześć razy w ciągu wykładu, by zaraz wkurzyć się na siebie i rzucić telefon na blat.
Gapiłem się na ekran, jakby mógł mi magiczną apką dać rozwiązanie na wszelkie problemy i rozwiać wątpliwości. Podskoczyłem, gdy zabrzęczał na nową wiadomość. „Zaraz będę, idziesz? ;)”. Powoli wystukując litery wskazującym palcem, odpisałem: „Przetrzymali mnie, spóźnię się 10 minut”. Meteoryt w tym czasie nie spadł, by wybawić mnie z opresji, więc wysłałem tekst, wzdychając cicho, a potem patrząc, jak z moich ust ulatuje obłok pary. Ręce mi zgrabiały od temperatury, także skryłem je głęboko w kieszeniach kurtki. Zdecydowanie preferowałem lato, pełne zewnętrznych sportów, krótkich rękawów i palącego słońca, aczkolwiek jesienią nie gardziłem. Miała swoje plusy. Deszcz i mróz oraz wiążące się z nimi powikłania zdecydowanie do nich nie należały. Dodatkowo ta gęsta, smętna atmosfera umierającej natury i zasypiających zwierząt mocno oddziaływała na moją pewność siebie, już wystarczająco cierpiącą po obiciu mordy, podejrzliwym Richu i dziwactwach Pete'a. Ta aura sprawiała, że kuliłem ramiona; spłycała mi dech, jakby coś oplatało mi ciasno pierś. A może to po prostu strach przed tym, o czym chciał porozmawiać Mike. I przed nieoczekiwanymi zachowaniami ze strony Petera. Nie mogłem zapomnieć o Hunterze. To na zmianę zapełniało mi myśli przez cały spacer do kawiarni. Co, jak, dlaczego, kiedy, po co? W końcu zmęczony tym, skupiłem się na odmarzających stopach i dźwięku, jaki wydawały przy każdym zderzeniu z ziemią. Wzrokiem błądziłem po okolicy, wyszukując znajomych twarzy, by móc pozdrowić ich właścicieli i zaserwowanym uśmiechem na chwilę rozjaśnić sobie duszę. Mijając ostatni zakręt pomyślałem, że chciałbym mieć przy sobie teraz Marię; wiedziałem, z jaką łatwością dodałaby mi otuchy choćby i bez jakichkolwiek słów pokrzepienia. Zatrzymałem się nagle, gryząc wargę. Czy to o to chodziło? Byłem z nią, bo zapewniała mi psychiczny komfort? Dlatego tak łatwo...?
Potrząsnąłem głową, wznawiając marsz. Jakież natrętne myśli.
Szybciej niż byłem na to gotowy, stanąłem przed kawiarnią "Alternatywną", jeszcze rozważając ucieczkę, jakbym miał usłyszeć od niego co najmniej wiadomość, że zachorował na raka...
Czy to mógł być rak?
Czym prędzej szarpnąłem drzwiami, zatrzaskując za sobą resztki pewności siebie i odwagi, jakie mi pozostały. Wnętrze Alternatywnej urządzono w industrialnym stylu w pomieszaniu z nowoczesnym, a przynajmniej na moje oko średniego znawcy. Pełno tu drucianych lamp, łysych żarówek, miedzianych kontaktów, startych desek, cegieł, skórzanych kanap, ale także betonu, oktagonalnych kafelków czy kwiatów, zarówno małych jak i dużych. Dzięki temu czuło się tu jednocześnie przytulnie, jak i elegancko.
Michael siedział parę stolików przede mną, zwrócony w moją stronę, ale zerkał nerwowo na zegarek i w stronę kasjerki, zupełnie mnie nie dostrzegając. Obserwowałem chwilę, jak skubał serwetkę pod kubkiem kawy, jak rozrywał ją na części, a chwilę potem jakby upomniał w myślach sam siebie, bo nagłym gestem wcisnął śmieci pod naczynie, zaś dłonie złożył na nogach. Nie podniósł głowy, dopóki z głośników nie poleciał jeden z naszych ulubionych utworów, a wtedy nasze spojrzenia się skrzyżowały i nie miałem wyboru, jak uśmiechnąć się i podejść do stolika, by się z nim przywitać.
- To było trzynaście minut - wypomniał mi żartobliwym tonem, w którym łatwo wychwyciłem nutkę spięcia, tak samo jak w szybkim uścisku.
- Pan prawnik liczy każdą sekundę - odparłem, zerkając na wypisane kredą menu nad ladą.
- Nie wiedziałem, na co miałbyś ochotę tym razem, więc nic ci nie zamawiałem...
- Spoko. Ty latte, jak zwykle? - Błysnąłem zębami, usilnie starając się zachowywać swobodnie.
- Tak, ale możesz mi zamówić drugą, bo tą kończę.
- Jasna sprawa.
Podszedłem do uroczej blondynki przy kasie, która poczęstowała mnie tak słodkim uśmiechem, że nie musiałem już kupować ciasta.
- Dzień dobry. Mamy nową gorącą białą czekoladę z orzechami i bitą śmietanką...
- Biorę. Miała mnie pani na "czekoladzie". - Mrugnąłem do niej, nie podoławszy niestety rozładowania napięcia. - I jedną latte. Też tą nową. I ciasto marchewkowe - dodałem na koniec, stwierdziwszy jednak większego zapotrzebowania na cukier.
- To wszystko?
Kiwnąłem głową, zapłaciłem, wrzuciłem napiwek do słoika, po czym usiadłem naprzeciw Mike'a. Skrzyżowałem ramiona na piersi, czekając, aż się odezwie. Chyba miał spore problemy z zaczęciem tematu, w powietrzu wisiała niezręczna cisza, jaka raczej się między nami nie zdarzała. Rozpaczliwie szukałem jakiegoś luźnego pytania, ciekawostki naukowej, czegokolwiek, by zapełnić tworzący się między nami dystans, ale w głowie huczała mi pustka jak nigdy. W momencie, gdy otworzył nareszcie usta, nie wytrzymałem i, zaskakując sam siebie, wypaliłem:
- Nie jesteś chory, prawda?
Michael spojrzał nagle prosto na mnie, szeroko otwierając oczy, by chwilę potem parsknąć śmiechem.
- Nie, Luke. Jestem zdrowy. - Widząc, jak wypuszczam z siebie ciężko powietrze, nie kryjąc ulgi, pokręcił głową. - Myślałeś, że co? Że przyciągnąłem cię do studenckiej kawiarenki, żeby powiedzieć, że mam raka?
Od oczywistej odpowiedzi uratowała mnie kelnerka, przynosząc nasze zamówienie. Uśmiechnąłem się do niej grzecznie, a kiedy poszła, skupiłem się na mieszaniu orzechów w czekoladzie. Pachniała nieziemsko, ale niewiele mnie to w tym momencie obchodziło.
- To wykrztusisz z siebie w końcu, o co chodzi? Zaczynam naprawdę wariować.
- Po prostu nie wiem od czego zacząć... - Mike podrapał się po głowie, ściągając brwi. - Po prostu... Ucieszyłem się, kiedy dostałem od ciebie to zaproszenie urodzinowe, wiesz? A potem zauważyłem, że jednocześnie źle mi z tym.
- W jakim sensie?
- W takim, że tak rzadko się widujemy. Oddaliliśmy się od siebie. Obaj wiemy, ze to nie tylko przez naszą przeprowadzkę.
Zerknąłem na niego, upijając łyk czekolady, ale on patrzył gdzieś w bok. Zrozumiałem, co prawdopodobnie chciał mi opowiedzieć - jego kłótnię z wujkiem. Ewidentnie leżało mu to ciężko na sercu, więc nie pospieszałem go.
- Znasz doskonale mojego ojca. - Obdarzył mnie kwaśnym, bolesnym uśmiechem, który może pokazać jedynie ktoś, kto regularnie doświadczał zawodu ze strony najbliższej rodziny, a jednocześnie wciąż szukał od niej aprobaty. - Wydaje mi się, że są z twoim dość podobni i pewnie dlatego dobrze się dogadują, więc zrozumiesz, kiedy powiem, że łatwo się z nim nie żyło.
Skinąłem głową, zaciskając usta, ale nie odezwałem się słowem, nie chcąc wytrącać go z potoku słów, który nareszcie popłynął.
- Często mnie bił za dzieciaka. Ja też najgrzeczniejszym chłopakiem nie byłem, oczywiście. Wtedy wydawało mi się to jasne, że za takie zachowanie dostaję taką, a nie inną karę. Wtedy dużo dzieciaków dostawało w skórę. Tylko wiesz, Gerald najbardziej wściekał się nie o wybryki, choć za nie też dostawałem lanie, ale za słabe oceny. Nieważne czy ścisłe, czy humanistyczne. Łoił mi tak skórę, że na koniec zamykałem się w łazience i płakałem. Czasem słyszałem, jak matka podchodzi do drzwi, ale nigdy nie zapukała, nigdy nie zainterweniowała. - Patrzyłem, jak opuszcza wzrok i mocniej zaciska dłonie na kubku z latte. Po chwili podjął: - W czasach gimnazjum i liceum ojciec już nie podnosił na mnie ręki, ale zawsze znajdował jakiś sposób, by mnie ukarać. Oczywiście znalazł też mnóstwo innych sposobów na to, by mnie zachęcać do nauki. Wysokie kieszonkowe? Jasne, leciało na imprezy. Fundowanie wyjazdu do Portugalii? Natychmiast pakowałem walizki. Auto? Żeby jedno. Rozbiłem dwa, a przy trzecim skończyłem na posterunku. Wyciągnął mnie stamtąd dzięki wykorzystaniu tony znajomości, bo byłem pod wpływem. Bogu dziękuję teraz, że nikomu nic się nie stało i że ciebie wtedy ze mną nie było.
- Pamiętam to, ale nie wiedziałem, że trafiłeś na policję... - wydukałem, zszokowany, na co Michael prychnął kpiąco.
- Och, pewnie. Nie jest to coś, czym ktokolwiek w naszej rodzinie chciałby się chwalić. W każdym razie byłem mocno rozdarty. Wiesz, wjeżdżał mi mocno na poczucie winy; oczywiście miał w dużej mierze rację. Wydaje mi się, że mściłem się wtedy za tamte lata dzieciństwa i zwyczajnie robiłem mu na przekór za wieczne kontrole i opresje. Niemniej, dostrzegłem, że jednocześnie zrobiłem z siebie niewdzięcznego dupka bez poszanowania dla pieniędzy. Postawił mi ultimatum. Albo pójdę na studia prawnicze i nauczę się sam siebie wyciągać z sytuacji takich, jak tamta, albo odcina mi zupełnie dopływ pieniędzy i mam zarabiać na siebie sam. Oczywiście wkurzyło mnie to na początku. Kolejne zasady, kolejne narzucanie swojej woli. Ale, jak zresztą wiesz, finalnie zmiękłem i zrobiłem jak chciał. - Pokiwał głową, a potem wypił pół kawy na raz. Oblizał usta w zamyśleniu. - Meghan poznałem dzięki rodzicom, ale gdy zacząłem ją odkrywać, zupełnie zapomniałem o tamtym fakcie. - Uśmiechnął się nagle. - Na początku mnie nie trawiła. Widywaliśmy się na przyjęciach, na których wciąż próbowałem ją podejść, zagadać, a wiesz, że gadki akurat miałem wyćwiczone. - Zaśmialiśmy się obaj, mimowolnie wspominając wspólne wypady klubowe. - W końcu jednak dała się przełamać. Chodziliśmy ze sobą całe studia, a gdy te się skończyły, nasz związek nadal trwał.
- Wszyscy o tym wtedy gadali. - Wyszczerzyłem zęby, przypominając sobie tamten okres. - Każdy był w szoku, że wytrzymałeś dłużej niż miesiąc.
- Taa... Ja też byłem zaskoczony, ale też to mnie przekonało, że to jest najwyraźniej ta jedyna. Powiedziałem ojcu, że chcę się jej oświadczyć. To było jakoś dwa lata po studiach. Tydzień później zaprosił mnie na kolację do jakiejś wyszukanej restauracji... Wyobrażałem sobie poważną rozmowę między ojcem a synem przed ożenkiem, wiesz, jak w filmach. Matka została w domu. Nawet się cieszyłem, bo wydawało mi się, że naprawiamy swoje relacje.
Dopijając czekoladę, siorbnąłem przypadkowo głośno, ze stresu przed nadciągającym finałem powieści. Przechwyciłem karcące spojrzenie okularnika ze stolika za nami.
- Opowiadałem mu o pierścionku, jaki znalazłem, mówiłem, że chcę zapłacić go w stu procentach ze swojej kieszeni, opowiadałem o tym, jak mi się dobrze żyło z Meghan... A wtedy ojciec oświadczył mi, że powinienem z nią zerwać.
- Co? - wykrztusiłem jedynie, nie będąc w stanie jakkolwiek uściślić swojego szoku. - Dlaczego...?
- To jest teraz najlepsze, więc słuchaj. - Mike'a twarz znów wykrzywił grymas zawodu. - Powiedział mi, że rozmawiał ze swoim kolegą ginekologiem i przypadkowo okazało się, że Meghan jest jego pacjentką. Dowiedział się, że Meghan jest bezpłodna i w żadnym wypadku nie będzie mogła mieć dzieci, że jest prawie zero procent szans. Dlatego, oznajmił, powinienem natychmiast zakończyć ten związek, bo kobieta, która nie  może spłodzić mi potomka, a jemu wnucząt, to nie kobieta.
Powoli odchyliłem się na oparcie. Ręce bezwładnie zsunęły mi się z blatu na uda. Z trudem trawiłem opowiedzianą historię, przetwarzałem słowa, opinie, porównywałem do tego, co mój ojciec mówił o pedałach. Czułem, jak ściska mi się żołądek i robi niedobrze. Michael czekał cierpliwie, by móc kontynuować, bo najwyraźniej nie był to jeszcze koniec.
- Na początku roześmiałem mu się w twarz, myśląc, że to żart. W końcu sam mnie z nią zapoznał. Kiedy zrozumiałem, że był zupełnie poważny, ogarnęła mnie furia. Powiedziałem, a właściwie wykrzyczałem mu, że jeśli miałbym być takim ojcem jak on, to wolę nie mieć dzieci, a jeśli będę je miał, to wychowam z dala od ich dziadka. Potwornie się kłóciliśmy, aż nas wyrzucili z restauracji. Pojechaliśmy osobnymi taksówkami, on do domu, ja do sklepu biżuteryjnego, gdzie natychmiast kupiłem pierścionek. Ale wiesz, Luke, to nawet nie to jest w tej historii najgorsze. Najgorsze jest to, że pracowałem dalej w zawodzie prawniczym, chociaż cholernie nienawidziłem tego. I dalej nie znoszę. Próbuję to sobie zrekompensować sprawami pro bono, ale moje zdrowie psychiczne niewiele na tym zyskuje... Meghan chciałaby, żebym zrezygnował i zajął się czymś, co by mi sprawiało przyjemność, ale jest mi z tym cholernie trudno. Zbudowałem jednak sobie jakąś reputację przez te pięć lat, a wizja rzucenia tego teraz do śmieci wydaje się marnotrawstwem, którego już tak wiele razy się dopuszczałem, że to aż boli. Miałbym zaczynać od zera? Pasożytując na zarobkach żony? Jej to zupełnie nie przeszkadzałoby, ale mi owszem. Nie tak sobie to wyobrażałem. Nie tak wyobrażałem sobie swój sukces. Jestem w kropce, nie wiem co robić, ojca jednocześnie nienawidzę, ale nie potrafię się od niego odciąć... - Zgiął kark i zacisnął na nim dłoń, mając chyba problemy z zebraniem myśli. Czekałem cierpliwie, starając się nie przybierać zbyt współczującej miny, wiedząc, jak to potrafiło rozsierdzić ludzi. - Nie opowiadam ci tego, żeby ci się poużalać nad sobą, jaki to byłem biedny. Wiem, jaki jest wujek, to jest, twój ojciec. Dawno nie rozmawialiśmy od serca i boli mnie to, i martwi, bo chciałbym być przekonany, że to co robisz, robisz dlatego, że tego chcesz, że to lubisz, a nie dlatego, że taką drogę ci wybrali rodzice. Wiem, jak ciężko jest im się postawić, a znam też ciebie i twój charakter. - Wbił we mnie natarczywy wzrok brązowych oczu. Dostrzegłem sieć drobnych zmarszczek wokół nich, choć przecież był siedem lat starszy. Usta, które do niedawna wciąż się poruszały, teraz zamarły w ciasnym uścisku, czekając na odpowiedź z mojej strony.
- Nie wiem, co ci powiedzieć, Mike - wydusiłem z siebie w końcu, dziobiąc okruszki marchewkowego ciasta, które prędko pochłaniałem w trakcie opowieści kuzyna. Uciekałem przed jego spojrzeniem, czując się nagle obnażony jak nowo narodzone dziecko. - Cholernie mi przykro, ale wydaje mi się, że Meghan-
- Nie, nie. Nie przyszedłem tutaj szukać z tobą rozwiązania moich problemów. Chcę zapobiec twoim.
Tym razem to ja uśmiechnąłem się kwaśno.
- Chyba na to już za późno.
Mike machnął gwałtownie ręką, marszcząc gniewnie brwi.
- Nie pierdol. Nie może to być nic tak poważnego, czego nie dałoby się-
- Jestem biseksualny - wypaliłem nagle, bez uprzedzenia nawet samego siebie, co mnie tak zdziwiło, że zrobiłem równie zaskoczoną minę, jak Michael. - I chcę zostać kucharzem - dodałem prędko, jakbym mógł wymazać tamte słowa kolejnymi, nadpisać je długopisem. Serce w piersi biło mi teraz w tak szaleńczym tempie, iż skłonny byłem poprosić go o prewencyjne przywołanie karetki, bo czułem nadchodzący zawał. Czy drętwiała mi już ręka? Podobno wtedy ból promieniuje do ramienia. Nie byłem pewien, czy to nie nadwyrężenie po treningu, ale jeśli nie? Oddech mi przyspieszył, wzrok błądził wszędzie, byle nie skupić się na kuzynie. Czułem się przesycony cukrami czekolady i ciasta do granicy mdłości, a kurtka, której nie zdjąłem z przemarznięcia, teraz była zupełnie zbędna, taki gorąc rozlał się po moim ciele i uderzył do głowy. Nieświadomie napiąłem mięśnie, gotów w każdej chwili do zerwania się i natychmiastowego ewakuowania z kawiarni. Mógłbym to zrobić teraz. Chyba tak.
Ledwo drgnąłem, Mike się odezwał:
- Wybacz moją ignorancję, ale wnioskując po przedrostku "bi", wnoszę, że lubisz zarówno dziewczyny, jak i chłopaków...? - Nie byłem w stanie zrobić nic, poza minimalnym skinięciem głową, na co on nabrał głęboko powietrza w płuca i odchylił się na oparcie. Powoli wypuścił je ustami. - Okej, tego się nie spodziewałem. To chyba spore zaniedbanie z mojej strony. Kolejne na długiej liście - mruczał do siebie niemrawo, że ledwo go słyszałem. - Co się mówi w takich sytuacjach? Trzeba było czytać te broszurki LGBTQ czy jak to tam się zwie... Eeee... Kucharz, tak?
Wybuchnąłem nagle śmiechem, czując, jak spięcie powoli ze mnie ustępuje, jak woda z kraniku w butli, regularnym strumieniem, w swoim tempie. Michael zaśmiał się też, trochę nerwowo, obracając w dłoniach pusty już kubek.
- Dla mnie to nic nie zmienia, Luke, ale wiem, dlaczego to w sobie dusisz - wrócił do poważnego tonu. - Moja jedyna rada to: nie rób tego. Nie wyjdzie to ci na zdrowie. Ojciec nie przeżyje za ciebie życia, ani za ciebie nie umrze, więc nie będzie odczuwał za ciebie żalu, jeśli podejmiesz decyzje wbrew sobie.
Potarłszy czoło dłonią, przeczesałem powoli palcami włosy, myśląc intensywnie, jednak Mike nie dał mi jeszcze dojść do głosu.
- Wiem, że się boisz. Ale uwierz mi, że to, co cię może spotkać potem, będzie gorsze od postawienia się mu.
- Masz rację. Wiem o tym - odpowiedziałem cicho.
- No. To postaraj się, okej? Tyle dla siebie, co dla mnie. - Uśmiechnął się do mnie pokrzepiająco, a potem dostrzegłem w jego oczach błysk dawnego chłopaka rozrabiaki. - Powiedz, czy to dlatego tak chętnie chodzisz na te treningi?
Zaśmiałem się, kręcąc z niedowierzaniem głową, choć czułem gigantyczną ulgę na to, jak to przyjął. Wciąż tliła się we mnie niezręczność, tak jakbym wyjawił mu jakiś swój wstydliwy sekret, który nie powinien ujrzeć światła dziennego i chyba zdawał sobie z tego sprawę, bo próbował żartami sprowadzić to do normalnego tematu, zwykłej pogawędki, jakie uskutecznialiśmy kiedyś, nim odłączył się od naszej rodziny. Byłem mu za to nieziemsko wdzięczny.
Cholernie mi go brakowało.

***

– Nie martw się, w końcu się odezwie. - Maria złożyła głowę na jego ramieniu i oplotła rękę swoją. – Jeśli to tylko kwestia tego zerwania, to może musi odreagować po prostu.
Maritza myślała, że Peter zakończył związek z dziewczyną. Luke nie wyprowadzał jej z błędu. Zamiast tego westchnął po raz setny w ciągu tych paru dni. Ucałował Marię w czoło i uśmiechnął się, starając się wmówić sobie dobry nastrój, skoro ten nie chciał go zaszczycić.
Masz rację. Jak zwykle.
– Przyzwyczajam się do noszenia spodni w tym związku – zaszydziła z niego, wyciągając jednak paczkę oreo jakby w geście dobrych intencji. – A Richard dalej u ciebie nocuje?
Tak. Mówił, że chce się przyczaić na tydzień jakoś. – Wziął skromnie jedno ciastko. – Nie dziwię mu się. To tak, jakbym ja mojemu ojcu... – urwał nagle i potrząsnął głową. Wstał z ławki, podnosząc dziewczynę za sobą.
– Co? Co byś musiał zrobić, żeby bać się wrócić do domu? – zapytała beztroskim tonem, myśląc, że to tylko zwykła gra w gdybanie, a nie szczere zaniepokojenie. – Ja myślę, że po tekście "mamo, jestem w ciąży z białym" nie wpuściliby mnie do domu – zaśmiała się, zaraz jednak otwierając szerzej oczy na zszokowaną minę Luke'a. – Jezu, Luke. Nie martw się, nie powiększyliśmy rodziny. – Wywróciła oczami, wyprzedzając go.
Wcale tak nie myślałem – prychnął, starając się uspokoić szalenie szybko bijące serce.
– Ta. A ja jestem ze Skandynawii.
Luke krzyknął na nią, a gdy się odwróciła, chwycił ją prędkim gestem w pasie i przerzucił przez szyję chwytem strażackim, ignorując wszystkich znanych i nieznanych sobie studentów, przyglądających się zajściu.
Panno Moncada, jest pani oskarżona o bycie niebywale zuchwałą.
– Luke! – syknęła na niego, słyszał jednak, że powstrzymuje się od śmiechu. – Postaw mnie na ziemi! Nie bądź dziecko. Oreo mi wypadło!
Czy dziecko zrobiłoby tak?
– Nie!
Nie zważając na jej protesty, przerzucił ją sobie na ręce i wyrzucił niewysoko w powietrze – to jednak wystarczyło, by krzyknęła, trochę ze strachu, trochę z rozbawienia.
– Zabiję cię! – zarzekała się, aż zmieniła taktykę: – Weź no, spodnie mi spadają, Luke!
Wtedy dopiero zareagował, ostrożnie odstawiając ją na ziemię. Nie chciał w końcu dopuścić do sytuacji, gdzie ktoś poza nim zna kolor bielizny jego dziewczyny.
Maria walnęła go w ramię, czerwona na twarzy od krwi nabiegłej w pozycji do góry nogami, ale z szerokim uśmiechem. Była wtedy prawie tak piękna, jak kiedy marszczyła nos w złośliwym albo zdegustowanym wyrazie. Skupił się na tej chwili i na tym uczuciu, obejmując ją w talii.

***

Następnego dnia obudziłem się w lepszym humorze, z tym specyficznym poczuciem, że miało się dobry sen, chociaż się go nie pamiętało. Włączyłem z rana skoczną muzykę, ignorując protesty śpiącego jeszcze Olivera. Tańcząc, wziąłem ciuchy z garderoby, a gdy z niej wyszedłem, zobaczyłem wstającego Richa w promieniach równie leniwie wstającego słońca.
Rich Dich! Chciałem cię budzić, bo szkoda marnować taki piękny dzień, ale widzę jesteś gotów go chwytać! Carpe diem! – zawołałem na koniec, klaszcząc wesoło w dłonie.
Richard posłał mi spojrzenie mówiące, że żałował swojej decyzji o nocowaniu u mnie. A może po prostu był głodny.
– Zamierzam – odparł, dochodząc powoli do siebie.
Co chcesz na śniadanie? Zrobię co tylko sobie zamarzysz – powiedziałem z pełną powagą, jedną rękę kładąc na ramieniu chłopaka.
– Jajecznicę.
Posłałem mu spojrzenie mówiące, że zaczynałem żałować zaoferowania się z nocowaniem. Zaraz jednak rozpromieniłem się na nowo.
Challenge accepted.
Zasalutowałem mu, po czym pobiegłem się umyć szybko i ubrać. Pod prysznicem śpiewałem do popowych kawałków, dudniących z łazienkowego radia, tracąc poczucie czasu, dopóki Richie nie zabębnił w drzwi, pośpieszając mnie. Ubrany w dżinsową koszulę i czarne spodnie minąłem chłopaka w progu, popisując się swoim marnym wokalem. W kuchni zacząłem tworzyć połączenie jajecznicy z tostem na patelni, nie pozbywając się świetnego humoru. Radio grało, ja śpiewałem, tańczyłem, gotowałem i wydawało mi się, że ten dzień będzie idealny, bo lepiej zacząć się go nie dało.
Wtedy do pokoju wszedł Archibald. Wyczułem jego aurę i złowrogie spojrzenie na plecach; nie musiałem nawet się odwracać. Wiedziałem doskonale, co zobaczę. Dopóki stałem skierowany w przeciwną stronę, mogłem udawać, że mężczyzny wcale tam nie było. Tak bardzo chciałem, by teraz go tam nie było.
– Co robisz, Luke? – usłyszałem za sobą zimny głos i już wiedziałem, jak ta chwila spowije cieniem resztę mojego cudownego dnia.
Śniadanie dla mnie i Richarda.
– A czemu nie robi go twoja matka?
Nie chciałem jej kłopotać.
– Przestań głupio kłamać, Luke! – warknął ojciec, podchodząc do mnie i odkładając gorącą patelnię na bok.
Możesz się chociaż nie wtrącać w trakcie?! Zmarnujesz jedzenie!
– Ada! Adelaine! – krzyczał Archie, ignorując mnie. – Zejdź i zrób chłopcom śniadanie!
Przestań się tak zachowywać, proszę.
– Wiesz, kto robi śniadanka dla swoich „kolegów”? Pedały. A ja w swoim domu tolerować pedalstwa nie będę.
Ty mówisz poważnie? – Uniosłem wysoko brwi, nie dowierzając. Miałem nieziemską pokusę wykrzyczenia mu w twarz, że ma biseksualnego syna, choć wątpiłem, by chociaż wiedziałem, na czym to polegało. W końcu logika ojca opierała się na tym, że gotować mogą tylko kobiety. – To nie jest żart?
Zazwyczaj rodziców nie było w mieście, kiedy schodzili się do niego znajomi. A jeśli akurat zdarzyło się inaczej, nikt nie bawił dłużej, niż na tę jedną noc. Ojciec z rana wyjeżdżał do pracy prawie zawsze. Pech chciał, że tego dnia trafiłem na „prawie”.
– Jak długo zamierza tutaj być? – Archibald uniósł brodę, co robił za każdym razem, gdy chciał okazać swój autorytet.
Teraz kolega nie może się u mnie zatrzymać? – Rozsadzała mnie wściekłość, pompowana przez coraz szybciej bijące serce i rozlewająca się żyłami po całym ciele. Zacisnąłem pięści, skupiłem się na oddechu, tak samo, jak podczas ciężkich treningów. – Zamierzasz go potraktować tak jak Petera ostatnio?
Ojcu policzki poczerwieniały na sam dźwięk jego imienia, a oczy zaszły złością.
– Nawet mi nie wspominaj o tym chłopaku!
Przywaliłeś mu drzwiami i nawet nie przeprosiłeś! – krzyknąłem, wspominając żałosne zajście, za które nadal było mi wstyd, chociaż nie było moją winą. – To jest ta twoja „wielka kultura“?!
– Uważaj lepiej na słowa, dziecko, bo zaraz pożałujesz! – Archie chwycił nagle patelnię z zimną, niedokończoną jajecznicą i wyrzucił ją do śmieci, nim  zdążyłem zareagować. – Nie mam z czego ci się tłumaczyć, poza tym za smarkaty jesteś, by zwracać się do mnie takim tonem.
Do reszty oszalałeś?! – Wskazywałem na wyrzucone jedzenie, zdumiony i zły.
– Ostatni raz cię upominam-
Ostatni raz pozwoliłem ci go traktować z buta – warknąłem w końcu, przerywając mu. Minąłem go, ze wściekłą gwałtownością wyłączyłem pochłaniacz i światło nad kuchenką. Nim odszedłem, rzuciłem mu tylko jeszcze pełne pożałowania spojrzenie. Na górze trzasnąłem drzwiami od swojego pokoju, czując potrzebę rozładowania emocji w fizyczny sposób. Dopiero po chwili dostrzegłem Richarda, siedzącego na łóżku i wlepiającego we mnie pytający wzrok.
– Twój tata uważa, że jeśli gotujesz, to jesteś „pedałem”...? – odezwał się niepewnie, chyba skrępowany całym zajściem.
Podejrzewam, że urodził się bez piątej klepki – odparłem, chodząc po pokoju w tę i z powrotem.
– A wie, że w większości restauracji kucharzami są mężczyźni?
Prychnąłem, unosząc ręce ku niebu.
Pewnie. I gardzi nimi, mówiąc, że to zawód „niegodny mężczyzny”.
– Łał.
Ta.
Zapadła chwila ciszy, podczas której usilnie starałem się uspokoić nerwy, aż przerwało ją ciche pytanie Richiego:
– Dlaczego nie lubi Petera?
To mnie zatrzymało. Spojrzałem na niego w lekkiej konsternacji. Przypomniałem sobie, że widział nasze zdjęcie (w końcu sam je zrobił), a potem w dodatku był świadkiem mojej reakcji, która delikatnie mówiąc, zbyt subtelnie nie wyglądała. Dłuższą chwilę nie odpowiadałem, mierzyliśmy się tylko obaj równie kruchymi spojrzeniami, gotowi w każdym momencie uciec od tej niewerbalnej wymiany niejasnych myśli. W końcu skrzyżowałem ramiona i oznajmiłem:
Powiem ci, jeśli mi wytłumaczysz, dlaczego mnie okłamałeś z tym pobiciem przez kiboli.
Zdecydowanie się tego nie spodziewał, choć kłamstwo, które mi zaserwował tamtego dnia, było tak beznadziejnie zlepione, iż dziwiłem się, że wcześniej nie wyszło na jaw. Przecież byłem ze sportowego światka. Czekałem cierpliwie, aż przyswoi to do wiadomości.
- Może innym razem.
Pokiwałem głową, błądząc wzrokiem gdzieś po ścianach i suficie.
- Tak. Innym razem.


2tlGTsD
"Do not pity the dead, Harry.
Pity the living, and, above all, those who live without love.”

Offline

#32 2017-09-04 20:43:37

Dolores
Kucyponek Jednorogi
Windows 7Chrome 60.0.3112.113

Odp: Whisper

2Xtqnr1.png

NIEDZIELA, 10/30/2016

Byłam na łodzi, którą w lecie żeglowaliśmy z rodzicami po Europie. Chodziłam boso po rozgrzanym pokładzie zalanym słońcem. Raziło mnie w oczy, a nigdzie nie mogłam znaleźć okularów. Wiał ostry wiatr, ale mi nie było zimno, chociaż nie byłam szczególnie grubo ubrana. Miałam na sobie tylko białe spodnie przed kostkę i błękitną koszulkę polo - jedną z moich ulubionych, dostałam ją kiedyś od byłego chłopaka. Lubiłam ją, czasem mam tak, że w danym ubraniu czuję się wyjątkowo dobrze. Lubię takie rzeczy wkładać w moje gorsze dni. Ale tamten dzień nie wydawał się być gorszy. Było pięknie, wymarzona pogoda na jachty. Nic nie zapowiadało złych wydarzeń... Pochyliłam się nad przejrzystą wodą, od której odbijały się promienie słoneczne. Niemal mogłam zobaczyć w niej swoje odbicie. Ale odbicie było zniekształcone. Pod falami znajdowała się wykrzywiona, zmasakrowana twarz. Pochyliłam się niżej. Trupie ręce wystrzeliły z wody i wciągnęły mnie pod jej taflę.

***

- Widziałaś mój sweter?
Anna wychyliła się zza drzwiczek swojej szafy. Nawet na nią nie spojrzałam tylko wskazałam palcem na nasze krzesło do stylizacji. W ostatnich dniach leżała na nim znacznie większa ilość ubrań niż przewidywała to niepisana ustawa. Zawsze starałam się kontrolować ilość bałaganu w naszym pokoju i nawet zaraziłam tym trochę Annę, ale ostatnio widać obie miałyśmy gorszy okres.
- Tam.
- Dzięki, kochana!
Miałam wrażenie, że mnie ucałuje, ale na szczęście od razu ruszyła do krzesła i zaczęła zrzucać z niego części garderoby, by znaleźć tę jedną właściwą. Obiecała, że potem wszystko pozbiera, a ja trzymałam ją za słowo. Miałam dziś za dużo do zrobienia, żeby się jeszcze przejmować jej bałaganem, a w takiej przestrzeni nie mogłam pracować. Kiedy ja potwierdzałam DJa na jutrzejszą imprezę i wysyłałam poprawioną listę dań do firmy cateringowej, Anna biegała po pokoju w samym staniku i ciemnych jeansach. To szukała bransoletki, to nakładała na ust beżowy błyszczyk. W końcu uniosłam spojrzenie znad tabletu i wbiłam je we współlokatorkę.
- Wybierasz się gdzieś?
Spojrzała na mnie jakbym się urwała z zeszłorocznej choinki, a potem wybuchła śmiechem. Prawie jej się tusz rozmazał kiedy ocierała łezkę z kącika oka. Nie wiedziałam co w tym takiego śmiesznego.
- Tak. Ten ratownik, o którym ci wspominałam, zabiera mnie do kina na Inferno. Wiesz jak uwielbiam Dana Browna...
Nie dało się nie zauważyć, kiedy połowa półki nad łóżkiem Anny zajęta była przez książki znanego pisarza. Już miałam o tym napomknąć, ale w ostatniej chwili ugryzłam się w język. Dziewczyna stanęła przede mną trzymając w rękach cienki sweter koloru kawy z mlekiem, którego rękawy chciała wywrócić na drugą stronę, jednocześnie nie zahaczając o materiał czarnym zegarkiem. Czyli jednak nie znalazła bransoletki...
- Ale pamiętasz, że przystrajamy magazyn o drugiej? - uniosłam pytająco jedną brew.
- Pamiętam, pamiętam! - uniosła ręce w obronnym geście. - Będę punktualnie.
- No, ja myślę - pogroziłam jej palcem.
- Okej, to do zobaczenia później! - nachyliła się i pocałowała mnie w policzek, a potem zgarnęła swoją torbę i płaszcz, i wyszła.
Gdy tylko drzwi się za nią zamknęły, odrzuciłam tablet na łóżko z głośnym westchnieniem. Miałam już dość tego dnia, a jeszcze się na dobre nie zaczął. Czekało mnie dzisiaj dużo ciężkiej pracy przy organizacji eventu, a ja już opadłam z sił. W dodatku od rana myślałam o tym śnie, niepokoił mnie. Miałam ochotę najzwyczajniej w świecie rozpłakać się, zaszyć w łóżku z pudełkiem czekoladowych Haagen Daazs. I wtedy rozdzwonił się mój telefon. Na wyświetlaczu pojawiło się zdjęcie chłopaka o pociągłej twarzy z paroma kolczykami i z zielonym irokezem, obok niego była ucięta twarz nastoletniej mnie dającej mu całusa w policzek. Bez wahania nacisnęłam zieloną słuchawkę.
- Dobrze, że dzwonisz.
- Zawsze idealne wyczucie czasu - niemal widziałam jego uśmieszek. - Coś się dzieje?
- Dużo się dzieje, mam złe przeczucia...
Potem opowiedziałam mu swój dzisiejszy sen. Nie odzywał się, ale wiedziałam, że słucha. Często robił inne rzeczy podczas rozmowy ze mną i wlatywało mu jednym uchem, a wylatywało drugim, ale tym razem miałam pewność, że jest szczerze zainteresowany moimi słowami. Znałam go.
- I co zamierzasz z tym zrobić?
- Nie wiem... Naprawdę nie wiem, jestem już tym zmęczona. Całą tą sytuacją...
- Z takiej odległości nie mogę ci za bardzo pomóc, ale wiesz, że możesz na mnie liczyć?
- Wiem, dzięki.
Raz jeszcze zapewnił, że wszystko będzie dobrze i w razie czego mogę dzwonić, a potem się rozłączył. Nigdy się nie witaliśmy ani nie żegnaliśmy. Tak już mieliśmy. Kiedy odłożyłam telefon uznałam, że czas zmienić dres na coś bardziej reprezentacyjnego. Pierwszą rzeczą po jaką sięgnęłam była błękitna koszulka polo.

***

Równo o wpół do drugiej przekroczyłam próg starego magazynu na przedmieściach. Stukot obcasów moich kozaków z brązowej skóry obwieścił moje przybycie. Kilka osób rozwieszających pierwsze ozdoby spojrzało na mnie, po czym powróciło do swojej pracy. Na środku magazynu stały pudła, niektóre jeszcze nierozpakowane. Z tych otworzonych wyglądały papierowe nietoperze, sztuczne pajęczyny z gumowymi pajączkami i ręka kościotrupa. Dwie dziewczyny ustawiały na stoliku przykrytym starą koronkową serwetą świece w odcieniach beżu, bordo oraz czerni. Z drugiego końca hali szła do mnie Jenny, główna organizatorka wydarzenia. Jej blond włosy były zmierzwione, a na twarzy widniały resztki rumieńców. Jeszcze miała na sobie płaszcz w kolorze butelkowej zieleni i właśnie ściągała szal w charakterystyczną kratę Burberry. Była wysoka i koścista, nawet kiedy miałam buty na obcasie znacznie nade mną górowała, chociaż dziś ubrała swoje granatowe New Balance.
- Cześć, skarbie. I co ci się udało ustalić?
Wymieniłyśmy się całusami w oba policzki na powitanie, po czym wyciągnęłam z torby swój tablet i zabrałam się za pokazywanie odpowiednich maili.
- DJ będzie punktualnie i dziś wieczorem dośle wstępną playlistę, a firma cateringowa przysłała ostateczny jadłospis do potwierdzenia -Jen kiwała potakująco głową, na znak, że rozumie. - Balony będą jutro z samego rana, Jack załatwi dwie maszynki do dymu, które postawimy tam i tam - wskazałam odpowiednie miejsca. - Przywiezie je za jakąś godzinę z hakiem. Podsumowanie finansowe masz na mailu, wszyscy dostali dane do faktur.
Jenny objęła mnie kościstym ramieniem i uśmiechnęła się blado. Też była zmęczona, ale wiedziałam, że to lubi. W przyszłości chciała zostać organizatorką ślubów, a na studia z zarządzania poszła tylko po to by rodzice dali jej spokój.
- Świetnie! - niemal pisnęła. - Jak ci się podoba, Lu?
- Widzę to. Będzie pięknie!
Kiedy Jenny poszła zająć się swoimi sprawami, zaś ja odłożyłam swój granatowy płaszcz i torbę na stertę okryć wierzchnich, żeby móc zająć się przystrajaniem razem z innymi. Do koszulki polo, po wielu długich minutach spędzonych przed szafą, co wcześniej mi się nie zdarzało, dobrałam obcisłe czarne spodnie i skórzany pasek w kolorze kozaków. Chciałam czuć się wygodnie podczas dekorowania miejsca imprezy, a jednocześnie nie wyglądać jakbym właśnie wstała z łóżka.
Właśnie próbowałam z paroma innymi osobami zawiesić pod sufitem naszego kościotrupka, nazywanego pieszczotliwie Jimmym, kiedy podeszła do nas Sarah, miła drugoroczna o rudych lokach i przeuroczym uśmiechu.
- Hej, Lu! - krzyknęła do mnie i wskazała za siebie. - Jakiś gość z aparatem, pyta o ciebie!
Ostrożnie się odwróciłam, z obecnej wysokości miałam świetny widok na niemalże całą halę i bez większego problemu wypatrzyłam Richa. Zamachałam do niego, ale nie byłam pewna czy mnie zauważył.
- Okej, to znajomy. Zaraz do niego pójdę!
Zeszłam z drabiny i po wydaniu pozostałym dyspozycji co do kolejnych dwóch truposzy, ruszyłam w kierunku Olivera. Stał na środku magazynu i wyglądał na lekko zagubionego. Na jego szyi wisiał aparat. Ponownie do niego zamachałam i uśmiechnęłam się, odwzajemnił uśmiech.
- Cześć! Dobrze, że jesteś - dałam mu całusy w oba policzki na powitanie. Chyba był tym lekko zdziwiony, nieznacznie poczerwieniał.
- Pomyślałem, że zrobię trochę zdjęć - uniósł aparat, a po chwili dodał: - Oczywiście jeśli nikt nie będzie miał nic przeciwko...
Pokręciłam głową przecząco i chwyciłam Ricky'ego pod ramię, żeby pokazać mu co i jak. Chwilowo byłam potrzebna jeszcze w innych miejscach,
więc zostawiłam chłopaka pod opieką innych. Musiałam jeszcze skontrolować wieszanie upiornej zjawy w białej sukni przy wejściu do toalet i ustawienie maszynek do dymu, które Jack przywiózł chwilę temu. Potem raz jeszcze dopadła mnie Jenny z paroma problemami, więc finalnie spotkałam Richa po raz drugi dopiero wtedy, gdy wycelował we mnie obiektywem swojego aparatu. Parsknęłam śmiechem i podeszłam bliżej.
- Nie masz żadnej roboty? - zagadnęłam z pobłażliwym uśmiechem.
- Własnie skończyliśmy ustawianie stołów, więc pomyślałem, że zrobię małą dokumentację - poklepał swój aparat z czułością. - W dodatku chciałem cię o coś spytać... - uniosłam pytająco brwi. - O co chodziło z tą policją w zeszłym tygodniu? Podobno cię zatrzymali...
Momentalnie po żołądku rozlał mi się kwas. Szerzej otworzyłam oczy i przełknęłam ślinę, moje policzki oblały się rumieńcem. Po chwili jednak opanowałam nerwy i spoważniałam. Ściągnęłam brwi i pociągnęłam Richa za ramię, nieco mocniej niż początkowo zamierzałam.
- Nie tutaj... - mruknęłam.
Przeszliśmy w mniej zaludnioną część magazynu i wepchnęłam Richarda za bordową kotarę. Jeśli ktoś nas zauważył, mógł dojść do wniosku, że wybraliśmy się na małe tête-à-tête i nie chciałam nikogo wyprowadzać z błędu. Po upewnieniu się, że nikt nie może nas podsłuchać, zabrałam się za wyjaśnienia. Dobrze było móc komuś w końcu o tym powiedzieć.
- Podejrzewali mnie o morderstwo - szepnęłam, a chłopakowi omal oczy nie wyszły z orbit.
- O morderstwo?! - powiedział nieco zbyt głośno.
Zatkałam mu usta dłonią i raz jeszcze wyjrzałam za kotarę, czy ktoś nie przechodził obok. Na całe szczęście było pusto. Wszyscy zebrali się przy miejscu na konsolę DJa po drugiej stronie sali.
- Cicho... - skarciłam go. - Spokojnie, nikogo nie zabiłam. Po prostu...
Odsunęłam się nieco od Richa i oparłam się plecami o ścianę. Wydarzenia zeszłego tygodnia przemknęły mi przed oczami. Chciałam zapomnieć o widoku martwego ciała studentki, ale miałam wrażenie, że będzie mnie ono prześladować do końca życia.
- Kiedy wracaliśmy z imprezy urodzinowej Luke'a to Alan, wiesz, ten mięśniak z drużyny, zabrał mnie do lasku niedaleko uczelni. Jego znajomi chcieli grać w paintball, bo podobno w nocy większe emocje czy coś... - przewróciłam oczami, nadal nie wiedziałam jak udało im się namówić mnie na ten głupi pomysł. - W tym lasku na chwilę odłączyłam się od nich. Coś mi tam nie pasowało, nie pamiętam dokładnie co, byłam trochę podchmielona, ale widziałam dziwne światła... A potem przeraził mnie jakiś odgłos. Ni to wrzask, ni to ryk. Wiesz... - Przerzuciłam włosy od  przodu z prawej strony na lewą, szybkim ruchem dłoni. Urosły ostatnio, sięgały już nieco za ramiona. - Wystraszyłam się, pobiegłam w las i wpadłam na martwe ciało Allison... - zamilkłam na chwilę, wspomnienie tej chwili wywołało zimny dreszcz na moich plecach, a w kącikach oczu poczułam napływające łzy. Ricky też wyglądał na zszokowanego. Chyba bezwiednie dotknął mojego ramienia i zaczął je gładzić kciukiem. - Po drodze rozcięłam nogę, więc wszędzie była moja krew i moje ślady...
Otarłam łzę z kącika oka. Chłopak widać też nie mógł przez chwilę dojść do siebie, bo stał jak wryty i tylko mrugał powiekami, jakby nie mógł w pełni wybudzić się ze złego snu. Wreszcie odsunął się ode mnie kilka kroków. Potarł palcem podbródek jakby się nad czymś zastanawiał.
- Coś mi tu nie gra... - powiedział w końcu. - Też byłem w tym lesie tamtej nocy i niczego nie zauważyłem. Żadnych aut, żadnej policji... Nic!
Zażenowana spuściłam głowę.
- Bo nie było policji... - wymamrotałam.
- Co?
- Byłam pijana i spanikowałam! - prawie krzyknęłam. - Uciekłam, a wzywanie policji nawet nie przeszło mi przez myśl...
Było mi wstyd. Sama się wpakowałam w kłopoty przez swój brak opanowania i panikę. Rich strzelił facepalma. W sumie słusznie. Byłam głupia.
- I co teraz?
Wzruszyłam ramionami.
- Nie wiem... - westchnęłam. - Na razie nie mają przeciw mnie dowodów, więc mnie wypuścili, ale chciałam się czegoś na ten temat dowiedzieć.
Wyglądał jakby się nad czymś zastanawiał. Przekręciłam głowę i wydałam z siebie pomruk przypominający: hmmm.
- Myślisz, że te sprawy są jakoś połączone?
- To znaczy?
W pierwszej chwili nie zrozumiałam o co może chodzić Richardowi, dopiero później pojęłam jego tok rozumowania.
- No, te morderstwa. Najpierw zniknęła Lilian, teraz Ally, w dodatku to spalenie stodoły...
- Nigdy tak o tym nie myślałam, ale kiedy o tym mówisz, to ma jakiś sens.
- Popatrz, to wygląda na zorganizowaną robotę. Giną studentki naszej uczelni, po jednej nie ma śladu, drugą znajdujesz w środku lasu. Może ciało Lilian, jeśli przyjmiemy, że ją też zamordowano, spłonęło wraz ze stodołą?
- Gdybyśmy się mogli tego dowiedzieć... - wzniosłam oczy ku niebu.
- Chyba możemy - powiedział nieśmiało Ricky.
- Co masz na myśli?
- Widziałem to... W sensie, spłoniecie stodoły. Mam zdjęcia.
Żołądek podszedł mi do gardła.
- Masz... Zdjęcia? - nachyliłam się nad kolegą. - Gdzie one są?
Chłopak speszył się. Wbił spojrzenie w podłogę.
- Imogen je ma. Zabrała mi kartę, bo były na niej też rozbierane zdjęcia jej koleżanki i... - urwał w połowie.
- O cholera...

***

Kiedy wyszliśmy zza kotary, prace znacznie poszły do przodu. Musieliśmy tam spędzić chwilę, bo przybyło więcej ludzi i uwijali się z robotą jak małe mróweczki. Idąc przez halę natknęliśmy się na Russela niosącego pudło pełne papierowych nietoperzy.
- Jednak zdążyłeś!
Puścił mi oczko.
- Jednak tak - odłożył pudło na stolik  obok. - Fajna koszulka.
Dopiero w tym momencie uświadomiłam sobie, że Russ ma na sobie bardzo podobną polówkę, tylko w nieco ciemniejszym kolorze. Oboje zaśmialiśmy się.
- I twoja też - odgarnęłam włosy z twarzy i postukałam paznokciem w pudło. - Jeszcze je rozwieszacie?
- Dziewczyny uznały, że brakuje kilku w toaletach... - Hooper wywrócił oczami a ja skinęłam głową.
- Pomóc wieszać? - zaoferował się Ricky.
Już wiedziałam co się tam święci, więc tylko skinęłam im głową i powiedziałam, że zobaczymy się później. Miałam dużo więcej innej roboty. Nie minęła chwila a zaraz dopadła do mnie Jenny ze swoim telefonem. Wzięła mnie pod ramię i pociągnęła w stronę stolików.
- Mamy problem, nasze czarne konfetti nie zdąży przyjść na czas. - Podsunęła mi swojego smartfona pod nos. - Właśnie dostałam maila od sprzedawcy.
Z głośnym westchnieniem poklepałam Jen po ramieniu.
- Spokojnie, coś na to poradzimy.
I poradziłyśmy. W międzyczasie także powieszono resztę ozdób, ustawiono stoły, miejsce od bufet i zacieniono całe pomieszczenie. Finalny efekt przerósł moje oczekiwania. Wchodząc do środka zapominało się, że jest się w starym magazynie na przedmieściach. Całość przypominała nawiedzony dwór pełen straszydeł czyhających na każdym kroku. Część dekoracji miała się pojawiać znienacka po nadepnięciu na blokadę przytrzymującą je w górze lub za kotarami.
- Świetna robota! - oznajmiła Jen do wszystkich zgromadzonych. - Dziękuję wam wszystkim za pomoc i miłej zabawy jutro!
Rozbrzmiały brawa i okrzyki zadowolenia, a ja podeszłam do Richa i Russela. Położyłam im obu dłonie na ramionach.
- Dzięki, że przyszliście.
- Nie ma sprawy.
- Do usług!
Zaśmiałam się i wzięłam ich oboje pod ramię. Byłam wykończona ale zadowolona z tego, że tak dobrze nam poszło.
- Pamiętasz, że wraz z każdą imprezą ceny idą w górę? - szepnął mi konspiracyjnie Rich.
Kiwnęłam głową.
- Wieczorem się u ciebie zjawię - puściłam mu oczko.
Chłopaki ubrali się i już mieli ruszać do wyjścia, kiedy odwrócili się w moją stronę. Dalej stałam w samej koszulce nawet nie zamierzając sięgnąć po płaszcz.
- Nie idziesz?
- Nie. Mam jeszcze kilka spraw do załatwienia.
Wskazałam kciukiem na stojącą za mną Jenny z kilkoma innymi osobami. Rich kiwnął głową na znak, że rozumie.
- To do zobaczenia!
- Na razie.
Kiedy ruszyli do wyjścia odwróciłam się w stronę Jen, która wykonała gest dłonią żeby mnie pogonić.

Po omówieniu pozostałych spraw organizacyjnych mogliśmy się rozejść. Zapadał zmierzch kiedy wyszłam na parking przed magazynem. Natychmiast owiało mnie mroźne powietrze i cieszyłam się, że zabrałam szalik. Kiedy upewniłam się, że w moim pobliżu nikogo nie ma, wyciągnęłam telefon i wybrałam jedyny numer, jaki w tej chwili mogłam wybrać. Odebrał po kilku sygnałach.
- Słuchaj, mam problem. Poważny...


Ja pierdolę, ale ameby.

Offline

#33 2017-09-28 12:55:38

Arbalester
Łoś Przewodnik
Windows 7Chrome 61.0.3163.100

Odp: Whisper

TaNFXNm.png
Maybe I, maybe I’m just being blinded
By the brighter side
Of what we had because it’s over
Well there must be something in the tide

Siedziałem na murku przed magazynem, z uparcie nie zapalającym się telefonem i po raz drugi w życiu chęcią zapalenia papierosa. Noc była przejrzyście zimna, ostra, a nieba nie zasłaniała ani jedna chmura. Powietrze niemal stało, z rzadka tylko powiewał lekki wiatr, wywołując ciarki na plecach. Wpatrywałem się w spokojną taflę wody, jakby lada chwila miała się podnieść z niej gigantyczna fala tsunami, zabierając za sobą wszelkie teraźniejsze troski.
Westchnąłem, patrząc, jak para z ust rozpływa się powoli w granat otoczenia. Przystrajanie hali okazało się dobrą terapią, dzięki której zdołałem zapomnieć, a przynajmniej nie myśleć o tym, co mnie ostatnimi dniami dręczyło. Jako jeden z niewielu facetów odpowiadałem za wszelkie roboty fizyczne, ewentualnie robiłem za sięgnik. Nie obyło się bez przerw w formie tańców i pryskania się sztuczną pajęczyną, ku niezadowoleniu Lucy i budżetu, za który odpowiadała. Maria pojechała wcześniej z dziewczynami po kolejne zakupy i robótki ręczne u którejś w domu. Teraz, gdy było już po wszystkim, problemy znów ciążyły mi na barkach i nie miałem już pojęcia, jak się od nich odgonić.
Poprzedniego dnia zawitałem u Hunterów. Drzwi otworzył mi ojciec Petera, nie sprawiał wrażenia zaskoczonego moim widokiem. Uśmiechnął się dziwnie smutno, a ja zauważyłem, ile zmarszczek mu przybyło, odkąd widziałem go ostatnim razem. Mocno też posiwiał. Nie wyglądał najlepiej, co tylko jeszcze bardziej mnie zmartwiło.
- Dzień dobry, panie Gregory. - Uśmiechnąłem się do niego uprzejmie, choć chciałem natychmiast przepchnąć się obok niego i przeszukać dom. - Jak się pan miewa?
- Po staremu, Luke, po staremu...
Czyżby?, pomyślałem gorzko.
- Ale wydaje mi się, że nie przyszedłeś zagadywać o moje samopoczucie?
- Czy Peter jest w domu? - Czułem się jak przedszkolak, chociaż wiele razy wpadaliśmy tak po siebie bez zapowiedzi. - Chciałbym tylko...
Od razu zobaczyłem w jego niebieskich oczach odpowiedź, gdy tylko zmarszczył krzaczaste brwi. Bez względu na to, czy Hunter był w domu czy nie, on i tak by mnie odprawił, jakby trzymał fuckboya z dala od cnoty córki. Poczułem się jak idiota i zapragnąłem natychmiast wyparować. Nie wiedziałem, ile Pete opowiedział o nas swojemu tacie, nigdy też o to nie zapytałem. Odkąd tylko się poznaliśmy, traktował mnie on z niezmienną dozą uprzejmości i uszczypliwego humoru.
- Niedawno gdzieś wyszedł. Luke... - słyszałem, jak mnie woła, bo zdążyłem już się odwrócić. - Załatwcie to między sobą.
Patrzyłem na tego starzejącego się mężczyznę i im dłużej to robiłem, tym boleśniej krajało mi się serce; jego polecenie nie było reprymendą, ale prośbą kogoś, kto się martwił jeszcze bardziej niż ja, co oznaczało dla mnie, iż musiał wszystko wiedzieć.
Ta wizyta w ogóle mnie nie uspokoiła.
Westchnąłem po raz kolejny, a wtedy rozległ się za mną głos:
- Ustanawiasz nowy rekord wzdychania?
Odwróciłem się i uśmiechnąłem krzywo do Richa.
- Ta, pewnie jedyny rekord, na jaki mogę liczyć.
- Już nie bądź taki skromny, panie Kapitanie.
Pokręciłem głową, odpuszczając sobie tłumaczenie, że jeszcze nie otrzymałem tego tytułu. Pewnie i tak wiedział. Przez dłuższy czas wpatrywaliśmy się w milczeniu w ocean, drażniąco niewzruszony jak na wszystko, co się działo w Seaberg. Oderwałem wzrok od wody, by spojrzeć znów na wyświetlacz komórki, który nagle rozbłysł, ale to tylko spam. Zwalczyłem w sobie potrzebę ciśnięcia telefonem w toń; zamiast tego kopnąłem ze złością jeden z kamyków, walających się pod stopami. Przeciął pomost i z pełnym obrazy chlupotem wpadł do oceanu.
- Kiepski dzień?
- Raczej kiepski miesiąc.
Richie prychnął, kiwając głową.
- Wiem, o czym mówisz.
- Przez chwilę było w porządku - odezwałem się raptownie, czując, że obaj mieliśmy potrzebę się wygadać, a przy tym obaj mieliśmy pewien wgląd w życie prywatne drugiego, którego inni nie posiadali. - Teraz. Zazwyczaj łatwo mi zająć myśli, ale ostatnio... - Ukryłem twarz w dłoniach, by zaraz przeciągnąć jej skórę, jakbym chciał ją sobie zedrzeć z czaszki. Zerknąłem na chłopaka. - Studiujesz fotografię, nie?
- Tak. A co?
- Chcesz być fotografem? Robić to zawodowo?
Richard spojrzał na mnie w zamyśleniu, palcami nerwowo stukając o udo. Chyba obaj zaczęliśmy się w tym momencie zastanawiać, jakim cudem akurat my, może-przyszły-kapitan-drużyny, popularny, lubiany, otwarty, i on, nie rzucający się w oczy zapaleniec zdjęć skończyli na nocnych pogaduszkach od serca, chociaż tak krótko się znaliśmy. Może właśnie dlatego widziałem szansę otworzenia się przed nim, bo nie towarzyszyło mi tak jak przy pozostałych uczucie strachu, obawa, że zaczną na mnie patrzyć inaczej lub wyśmieją; gdyby Richard tak zareagował, nie poczułbym się bezpośrednio dotknięty. Poza tym do tej pory zachowywał dyskrecję, więc liczyłem, że to się utrzyma.
- Chciałbym, chociaż liczę się z tym, że różnie to bywa w tym fachu. Możliwe, że będę robił coś innego na co dzień.
- Rozumiem - mruknąłem, wyciągając z kieszeni czapkę i bawiąc się nią dla odmiany.
- A ty? Chcesz zostać gwiazdą sportu? - spytał mnie z krzywym uśmiechem, ale poważnym tonem, siadając wygodniej na murku.
- Lubię sport, lubię też swoją drużynę...
- Ale?
Skinąłem głową, pociągając nosem. Temperatura wciąż spadała.
- Ale zupełnie nie zależy mi na posadzie kapitana i zawsze traktowałem to jako hobby. Chyba jak na złość, sukcesy w sporcie mi przychodziły dość łatwo, stąd jestem, gdzie jestem... - Wzruszyłem ramionami, poprawiając na ramionach dżinsową kurtkę poszytą kożuchem. - Bo widzisz... Wydaje mi się, że dla gotowania mógłbym zrobić wszystko. Bez względu na to, ile bym stracił, chciałbym mieć swoją restaurację. A potem wspinać się coraz wyżej, zdobyć gwiazdkę Michelina... - Bezwiednie moje usta rozciągnęły się w uśmiechu na taką wizję. - Mieć sieć obiektów gastronomicznych. To by było niesamowite.
- Jeśli to takie ważne - odezwał się Rich - to czemu jeszcze nic nie zrobiłeś w tym kierunku?
Na powrót się zasępiłem, palcami trąc czoło.
- Bo jestem pieprzonym tchórzem. Zwyczajnie. Nie mam odwagi skonfrontować się z moim ojcem, bo wiem, że wtedy powiedziałbym mu wszystko, a wiem, jaki ma stosunek do...
- Do Petera? - dokończył za mnie cicho chłopak. Spojrzałem na niego, ale on wzrok utkwił gdzieś daleko na niewidocznym horyzoncie. - Cóż, z ojcami bywa ciężko - przyznał, krzywiąc się kwaśno.
- To dlatego zatrzymałeś się u mnie i wciskałeś wszystkim kit? - zapytałem, starając się nie zabrzmieć ostro lub, co gorsza, jak z wyrzutem.
- Taa... - Błądził nadal gdzieś spojrzeniem, jakby w oceanie wyszukiwał słów. - Miewa... Napady złości.
- Rozumiem. Chyba?
- Rozumiesz - potwierdził cicho Richard, rozwiewając moje wątpliwości.
- Próbowałeś kiedyś komuś to zgłosić? Czy-
- To skąd u twojego ojca ta niechęć do Petera?
Dotarło do mnie, że temat dyskusji o jego sytuacji rodzinnej dobiegł końca, więc uszanowałem jego odepchnięcie mnie na dystans, jednocześnie samemu mając ochotę natychmiast dać nogę. Tyle że zawarliśmy umowę. Niepisaną, ale wciąż. Co mi do głowy strzeliło?
- Właściwie to nie wiem do końca - powiedziałem zgodnie z prawdą. - Może dlatego, że mój ojciec wszędzie dopatruje się pedalstwa, jakby to była śmiertelna choroba zakaźna, a Peter i ja spędzaliśmy ze sobą kiedyś mnóstwo czasu. Nawet moja matka lubiła z nim przebywać, a raczej unika moich znajomych. Myślę, że to mocno nadepnęło tacie na ego. Jest okropnie zaborczy i zazdrosny. Chorobliwie wręcz. - Westchnąłem znów, wznosząc oczy ku niebu. - Nie wiem, może się... Boi?
- Boi? - zdziwił się Rich, pochylając, bezpiecznie trzymając aparat w dłoniach. - Czego?
Potarłem kark, marszcząc brwi, rozmyślając, aż usłyszałem pstryknięcie. Rich odsunął aparat od twarzy z przepraszającym uśmiechem, na co tylko machnąłem już ręką.
- Nie jestem pewien. Może tak naprawdę wie, jedynie nie chce tego przyznać.
- Co wie? - naciskał dalej chłopak, chyba lekko skołowany moim chaotycznym tokiem myślenia. Nie miałem co go winić.
Nabrałem głębokiego oddechu, ale zaraz pokręciłem głową. Parsknąłem, pełen pożałowania dla samego siebie.
- Dlaczego to tak trudno powiedzieć?
- Wiesz, zaczyna mnie męczyć to ciągłe rzucanie "co", byś rozwinął myśl - wytknął mi Rich.
- Sorry. Po prostu z nikim nigdy o tym nie rozmawiałem.
Chłopak zmarszczył brwi, lekko zbity z tropu.
- Nawet ze swoją dziewczyną?
- Maria wie tylko tyle, że lubię gotować, a mój ojciec jest zacofany w tej kwestii. Nie poznała jeszcze nawet moich rodziców. - Wpatrywałem się we wnętrza swoich dłoni, szukając wyjaśnienia w ich liniach, odpowiedzi na to, dlaczego jestem, jaki jestem. - Nie spieszy mi się do tego, by zobaczyła ojca z tej mniej przyjemnej strony. Poza tym gdyby coś nie wyszło z Marią, obawiam się, że trudniej byłoby im zrozumieć, że... Podobają mi się nie tylko dziewczyny - dokończyłem w końcu z trudem. Wydawało mi się, że za każdym razem, gdy mówiłem to komuś na głos, robiło mi się lżej. - Mój ojciec jest ciężki w obyciu, ale to wciąż mój ojciec. Wyobrażałem sobie tysiąc sposobów, jak taka dyskusja mogłaby się skończyć i za każdym razem finał był gorszy.
- Cóż, wydaje mi się, że to dużo delikatniejszy temat, niż twoja kariera. Nie dziwię ci się. Ja nawet nie potrafię sobie wyobrazić takiej rozmowy z ojcem. Jest typem człowieka, co nie ma nic do gejów, ale nie chce żadnego w swojej rodzinie. Myślę, że by mnie wydziedziczył - prychnął bez cienia wesołości. - Może spróbuj zacząć od tego gotowania? Wiesz, ja też zrobiłem coś kiedyś wbrew woli ojca, i choć w konsekwencji wywalił mnie z domu, to tego nie żałuję.
- Nie obawiam się, że mnie wywali albo odetnie pieniądze. Wiem, co zobaczę na jego twarzy. - Pokręciłem głową, zaciskając pięści. - Rozczarowanie i żal.
- Ale tu nie chodzi o wasze relacje, tylko o ciebie.
Spojrzałem na niego, uśmiechając się smutno.
- Wiem. Po prostu wolałbym zerwać plaster za jednym zamachem. Nie potrafiłbym mierzyć się z tym dwa razy. Mimo wszystko go szanuję i jestem wdzięczny... Wydaje mi się, że niczego w życiu nie traktuje poważniej, niż pracy i wychowania mnie. To jego sens istnienia.
- No dobra, a co z Peterem?
Jęknąłem, wstając i otrzepując tyłek z kurzu. Każde wspomnienie o nim waliło we mnie jak łopatą w brzuch.
- Sam chciałbym wiedzieć, co z Peterem. Przylazł do mnie w nocy po imprezie schlany w trzy dupy, bredząc. Rano niby było wszystko okej, aż nagle coś mu odwaliło i po prostu wyszedł. Od tamtego czasu nie mogę się z nim skontaktować. Był z kimś, kiedy mieszkał w NY i zerwali. Nie wiem, czy to dlatego, ale dziwnie się zachowuje. Nigdy mnie tak nie odciął...
- Nie do końca o to pytałem, ale okej. Może przyjdzie na imprezę? - próbował mnie pocieszyć Rich.
- Możliwe, choć wątpię. Can't believe he ghosted on me.
Richard wstał za mną i poklepał mnie po plecach.
- Może spróbuj napuścić kogoś na niego? Znali się chyba z Russellem, nie?
Zastanowiłem się chwilę, rozważając za i przeciw, aż w końcu pokiwałem głową.
- Dobry pomysł. Poproś go ode mnie, jak się z nim zobaczysz, żeby go zaprosił, bo ze mną nie gada, okej?
Fotograf odchrząknął, nagle jakiś spłoszony.
- Dlaczego sam tego nie zrobisz?
- Widujesz się z nim ostatnio częściej niż ja - odparłem, powoli się oddalając. - Poza tym zasypałby mnie pytaniami, na które nie umiałbym mu odpowiedzieć.
Machnąłem mu na pożegnanie, kierując się ku swojemu Range Roverze. Szykowała się bezsenna noc.

PONIEDZIAŁEK, 10/31/2016

jQzyJsA.png

igP7jsl.pngJak u Mii? Wszystko w porządku?
igP7jsl.pngColleen wywróciła oczami na esemesa od ojca, odpisała: "tak, zaczynamy maraton, więc nie będę odpisywać", po czym schowała komórkę głęboko do kieszeni szortów. Nie przygotowała przebrania, więc jedyne, co mogła zrobić, to ubrać się po prostu inaczej, niż zawsze - podarła stare rajstopy i spodenki, założyła koszulkę z czachą, a od Tylera pożyczyła skórzaną kurtkę. Z głębin szuflad wydostała część biżuterii, z której część była podarowana, a część zostawiona i zapomniana. Poczochrała pastelowo różowe włosy, a na koniec spakowała wszystko do torby, gdzie miała znajdować się ciepła pidżama i pudełka filmów - te leżały schowane wewnątrz łóżka.
igP7jsl.pngPod wejściem zatrzymali się wśród palaczy, bo Tyler chciał koniecznie zapalić - więc i Lin się skusiła. Rozpoczęli niezobowiązującą rozmowę, w trakcie której jej chłopak wplatał informacje o swoim towarze. Przykleiła się do jego boku, zmarznięta, a on objął ją ramieniem i przycisnął mocniej do siebie, posyłając krótki uśmiech. W środku impreza trwała w najlepsze, słyszeli to jeszcze zanim przekroczyli próg magazynu. Zdecydowanie wyróżniali się w tłumie przebierańców - Colleen nie spodziewała się, że niemal wszyscy faktycznie pójdą z duchem święta. Liczyła, że Luke nie założył jakiegoś durnego dinozaura, przez którego nie uda jej się go rozpoznać.
igP7jsl.png- Pójdę po drinki - zawołał do niej Tyler tuż nad uchem. - Zaczekasz tutaj?
igP7jsl.pngPokazała mu język, co bez trudu zinterpretował jako "będziesz musiał mnie poszukać". Westchnął, pocałował ją przelotnie i wszedł w tłum. Lin rozejrzała się wokół, starając się rozpoznać kogokolwiek - wątpiła jednak w powodzenie tej czynności. Wynieśli się z miasta, gdy była w drugiej gimnazjum, w tym czasie ludzie się najbardziej zmieniają, nie wspominając o dodatkowych utrudnieniu w postaci halloweenowych przebrań. Wydęła usta, wyciągając szyję jak żyrafa, by przy swoim metrze sześćdziesiąt cokolwiek dostrzec. Bezskutecznie. Rzuciła się na pobliski fotel, gdy tylko trzy dziewczyny z niego zeszły i rozwaliła się na całą jego wielkość, nogi zarzucając na oparcie. Brakowało jej w dłoniach drinka, kubka, słomki, czegoś, by zająć dłonie. Znów czuła się obco. Tak samo jak w chwili, kiedy przeprowadzili się do Seaberg, a potem z powrotem do miasta, gdzie się urodziła. Wiedziała, że szybko się zaaklimatyzuje, niemniej to poczucie ciągłego zaczynania od nowa męczyło ją. Marzyła, by dorwać w końcu kuzyna i stwierdzić, że choć jedna rzecz się nie zmieniła.
igP7jsl.pngWidziała, że Tyler przeciska się do niej z dwoma kubkami, ale w tym samym momencie dostrzegła znajomą blond czuprynę i zerwała się na równe nogi. Rzuciła się przez tłum, bojąc się zgubić go na nowo.
igP7jsl.png- Luke! - wrzasnęła, w tym samym momencie potrącona przez jakąś dziewczynę wywijającą tyłkiem. Poleciała na ziemię, łupiąc mocno kolanami o betonową podłogę. Syknęła.
igP7jsl.png- Nic ci nie jest? - usłyszała nad sobą głos. Jego właściciel wyciągnął do niej rękę, którą ścisnęła z ulgą. Chłopak podniósł ją na nogi akurat w porę, gdy tańcząca laska odwróciła się do nich.
igP7jsl.png- Lucy, uważaj trochę, wywróciłaś dziewczynę...
igP7jsl.pngLucy, brunetka o ślicznych bladych oczach, zrobiła zmartwioną minę.
igP7jsl.png- Och, przepraszam. W ogóle cię nie zauważyłam!
igP7jsl.pngColleen zastanawiała się, czy to nie był przypadkiem przytyk do jej wzrostu i czy powinna już ją znielubić. Ponieważ jednak chłopak, który jej pomógł, zachowywał się wobec niej przyjaźnie, postanowiła na razie dać jej szansę, zwłaszcza że sama najwyższa nie była. Uśmiechnęła się lekko.
igP7jsl.png- Nie ma sprawy.
igP7jsl.pngPrzypomniała sobie, że ścigała Luke'a. Odwróciła się prędko, odszukując go wzrokiem. Gdy tylko go zlokalizowała, rzuciła się znów w pościg, ale ledwo zrobiła dwa kroki, potknęła się o czyjąś nogę. Siedząc na tyłku, ścisnęła mocno pulsujące bólem kolana. Tamta dwójka musiała dostrzec zadrapania i siniaki na jej nogach, bo chłopak stwierdził ze śmiechem:
igP7jsl.png- Chyba często ci się to zdarza?
igP7jsl.png- Niee, skąd. - Zmarszczyła nosek, dusząc w sobie przekleństwa. - Może lepiej będę cię trzymać w pobliżu - zaśmiała się, gdy podał jej znów rękę.
igP7jsl.png- To równie dobrze mogę się przedstawić. Rich.
igP7jsl.png- Colleen. Próbuję złapać mojego kuzyna...
igP7jsl.png- Jak ma na imię? Pomożemy ci. Bałabym się zostawić cię teraz samą. Dużo już wypiłaś? - Lucy patrzyła na nią z miną na pograniczu zmartwienia i konsternacji i obie z tych emocji pogłębiły się, gdy dołączył do nich Tyler i wręczył Lin drinka. - Ooo nie, tej pani już wystarczy.
igP7jsl.pngTyler uniósł brwi, lustrując Lucy od stóp do głów. Był dobry w zastraszaniu ludzi spojrzeniem, ale dziewczyna tylko zadarła na to podbródek.
igP7jsl.png- To twoi znajomi? - zapytał, kiwnąwszy głową w ich stronę.
igP7jsl.png- Rich, Lucy. Tyler - przedstawiła ich wszystkich sobie.
igP7jsl.png- Miło - mruknął, po czym zwrócił się do Lin: - Gdzie ty tak wystrzeliłaś? Nie znikaj mi tak, jak idę z drinami. Wiesz, jaka to była misja przedrzeć się tutaj bez rozlewania?
igP7jsl.png- Jaka? - zapytała go z szerokim uśmiechem.
igP7jsl.png- Otóż spora. Muszę lecieć. Klienci - dodał na koniec bezgłośnie.
igP7jsl.pngKiedy poszedł, Colleen powiedziała im, kto był jej kuzynem.
igP7jsl.png- Luke to twój kuzyn? - zdziwili się oboje, jednocześnie wpatrując się w nią, doszukując się chyba podobieństw.
igP7jsl.png- Zdecydowanie jesteś z tej lepszej części rodziny - stwierdził Rich, wywołując u niej lekkie wypieki, które znikły w świetle czerwonych reflektorów.
igP7jsl.png- Może pomijając wzrost...
igP7jsl.png- Dobra, chodź, znajdziemy go. - Lucy wzięła ją pod ramię. - Gdzieś go widziałam przed chwilą. W ogóle to dziwnie się coś zachowuje, nie uważasz? - zwróciła się do Richa.
igP7jsl.png- Bo ja wiem...? Na pewno jest napity w trzy dupy.
igP7jsl.png- No ba, jak podchodzi do każdego po kolei i pije z nim shota? Łazi tylko w kółko po magazynie i nawet z nikim specjalnie nie gada. Przecież to dusza towarzystwa.
igP7jsl.pngColleen patrzyła, jak Richard wzrusza ramionami, by zbyć Lucy, ponawiając "bo ja wiem", choć na jej oko właśnie on wiedział. Nie chciała go jednak pytać o nic przy dziewczynie, skoro i on nie zamierzał nic zdradzać. Musiała się dowiedzieć od Luke'a osobiście.
igP7jsl.png- O, tam jest. Luke! LUKE!
igP7jsl.pngRich machał do niego ręką, ale chłopak patrzył w zupełnie inną stronę. Zauważył ich dopiero, gdy przed nim stanęli. Z trudem trzymał pion i rozpoznanie twarzy chwilę mu zajęło, ale w końcu zaskoczył. Rzucił się na kuzynkę i porwał ją w objęcia, odrywając od ziemi.
igP7jsl.png- Lin!
igP7jsl.png- Hej, wielkoludzie - zaśmiała się lekko nerwowo, nie czując się zbyt pewnie w powietrzu, niesiona przez pijanego w sztok kuzyna. W końcu ją postawił, ale nie puścił jeszcze. Jego ramiona zaciskały się mocno wokół niej. - Luke?
igP7jsl.png- Ty też wróciłaś? I nic nie mówiłaś... - "Też"...? - Możemy pogadać później? Muszę... Muszę kogoś znaleźć... - Nagle odwrócił się do Richa. - Widziałeś...?
igP7jsl.png- Nie.
igP7jsl.pngLuke spuścił rozbiegany wzrok, myśląc o czymś gorączkowo.
igP7jsl.png- Russ? Gdzie jest Russ?
igP7jsl.png- Luke...
igP7jsl.png- Rich, możesz się zaopiekować moją kuzynką? Bardzo cię proszę. - Jeszcze raz uścisnął Colleen. - Przepraszam, muszę iść, ale obiecuję, że niedługo pogadamy. Świetny fryz! - zawołał na odchodnym.
igP7jsl.pngI już go nie było.


2tlGTsD
"Do not pity the dead, Harry.
Pity the living, and, above all, those who live without love.”

Offline

#34 2017-11-16 21:30:41

Dolores
Kucyponek Jednorogi
MacintoshSafari 602.1

Odp: Whisper

2Xtqnr1.png

PONIEDZIAŁEK, 10/31/2016

Tik-tok.... Tik-tok...
Nerwowo patrzyłam jak leniwie przesuwają się wskazówki zegara ponad głową wykładowcy.
Tik-tok... Tik-tok...
Moja ręka bezwiednie malowała długopisem dziwaczne wzory na rogu kartki.
Tik-tok... Tik-tok....
Wszystko rozmywało się, by zaraz na powrót przybrać ostre kształty.
Tik-tok... Tik-tok....
- To wszystko na dziś, proszę państwa, widzimy się za tydzień.
Z trzaskiem zamknęłam laptopa i szybkim ruchem wysunęłam go do torby. Za nim poleciał zeszyt i długopis, który zamiast wpaść do torby, spadł na podłogę. Schyliłam się, by go podnieść ale zamiast długopisu trafiłam na męską dłoń. Gdy podniosłam twarz zobaczyłam uśmiechniętą, opaloną twarz.
- To chyba twoje? - uniósł rękę i między nami pojawił się długopis, jego końcówka błysnęła w świetle popołudniowego słońca wpadającego do sali przez wielkie okna.
- Tak. Dzięki. - wysunęłam swoją zgubę spomiędzy jego palców i wrzuciłam do torby. - Nigdy cię tu wcześniej nie widziałam.
- Nieczęsto tu bywam.
Było w nim coś niepokojącego. Kiedy tak na mnie patrzył, po plecach przeszedł mnie dreszcz. Wyprostowałam, się momentalnie i przebiegłam wzrokiem pustą salę. Tylko raz ktoś tak na mnie patrzył...
- To do zobaczenia... chyba - rzuciłam na odchodne.
- Tak... do zobaczenia.

* * *

Halloween na uniwersytecie w Seaberg wiązało się z wieloma tradycjami. Jedna z nich została wypracowana przez niewielką, można by powiedzieć elitarną, grupę. Przeze mnie i moje koleżanki. Co roku losowałyśmy jedną z nas, by opracowała motyw przewodni bazując na fenomenach popkultury; filmach, książkach, serialach... Później dostawałyśmy jednakowe pudełka z prezentami mającymi nas nakierować na motyw przewodni. Ta, która się nie wpasowała, stawiała drinki cały wieczór. Kiedyś było nas sześć, po pewnym incydencie została piątka: ja, Anna, Jenny, Olivia i Lilian. Teraz nasza grupka skurczyła się jeszcze bardziej. Po zaginieciu Lily nic już nie było takie samo, to Halloween miało być inne niż wszystkie. Smutniejsze, gorsze. Z westchnieniem położyłam dłoń na klamce od naszego pokoju, kiedy po przeciwnej ich stronie rozległ się przerażający krzyk. Nacisnęłam klamkę i wpadłam do pokoju, twarzą prosto w plecy Ann.
- Kurwa! - wrzasnęła. - Kto to zrobił?!
Odsunęłam się kilka kroków. Na podłodze było pełno ziemi. Wypadła z czarnego pudelka przywiązanego czerowną wstążką. W ziemi leżała sztuczna trupia ręka z plecioną bransoletką. Była fioletowa, z białym imieniem Ann i złotym zapięciem. Na moim łóżku leżało takie samo pudełko. Położyłam dłonie na ramionach Anny i zaśmiałem się.
- Spokojnie, wyglada na to, że nasze prezenty Halloweenowe dotarły.
Anna westchnęła ciężko. Schyliła się po gumową rękę i zaczęła obracać ją w dłoniach, przyglądając się zawieszonej na niej bransoletce. Wyminęłam ją i przeszłam do swojego łóżka. Usiadłam na nim, wzięłam pudełko na kolana i tez otworzyłam. Znajdowała się w nim taka sama gumowa ręka, częściowo zakopana w ziemi, z bransoletką z moim imieniem.
- I know you missed me...
Pomachałam gumową ręką Annie. Wywróciła oczami i wyszła z pokoju.

* * *

- Nie szykujesz się?
Uniosłam jeden plasterek ogórka z powieki i zerknęłam na Ann, siedziała przy stoliku, który przerobiłyśmy na toaletkę. Malowała oczy ciemną kredką.
- Szykuję - odłożyłam ogórka na powiekę i wróciłam do leżenia.
Nigdy nie byłam typem, który spędzał godziny na makijażu i robieniu włosów. Wolałam raczej dać odpocząć mojej skórze i ciału przed intensywną nocą. Zwłaszcza, że przez ostatnie dni nie rozpieszczałam swojego ciała. Jadłam byle co, wolne chwile spędzałam na pisaniu maili, równocześnie wybierając numery przedstawicieli kolejnych firm, które mogłyby zasponsorowała nasze małe wydarzenie, które okazało się wcale nie być takie małe - trzy-czwarte kampusu miało się tam zjawić! Nie wspominając licealistów, którzy z pewnością znajdą sposób, by dostać się na studdencką imprezę. A dopilnowanie porządku spoczywało miedzy innymi na moich barkach. Musiałam przed tym odpocząć. Już zamówiłam sałatkę z kurczakiem i zdrowy koktajl w Uber Eats, czekałam tylko aż kurier zapuka do moich drzwi. W międzyczasie podjadałam kawałki owoców z miseczki przy łóżku. Czułam na sobie spojrzenie Ann.
- Na pewno nie chcesz żeby Ci już udostępnić toaletkę? Do imprezy zostały tylko jakieś trzy godziny...
- Jestem pewna - wzięłam do ust kosteczkę arbuza. - W ogóle nie miałaś wychodzić po sukienkę jeszcze?
Usłyszałam szuranie krzesła i pospieszne wsypywanie kosmetyków do torebki.
- Cholera! Miałam.
Zaśmiałam się. Anna wybiegła z pokoju, rzucając tylko, żebym nie czekała na nią z obiadem. I tak nie zamierzałam. Ledwo drzwi się zamknęły a ja ściągnęłam plastry ogórków z oczu i podeszłam do szafy. Otworzyłam ją przegryzając ogórka i wyciągnęłam z niej ciemny pokrowiec, który rzuciłam na łóżko. Już miałam go rozpinać, kiedy usłyszałam pukanie. Wreszcie przyjechało moje jedzenie, mimo, że co jakiś czas zadałam kawałek owoca, byłam juz niezłe głodna. Jakie było moje zaskoczenie, gdy za drzwiami zastałam nie tego dostawcę, którego się spodziewałam.
- Jezu Chryste! Co się stało z twoją twarzą?! - Richard cofnął się kilka kroków.
Wywróciła oczami.
- Bardzo śmieszne.
Chwyciłam go za koszulkę i wciągnęłam do środka. Rozejrzałam się po korytarzu zanim zamknęłam drzwi i stanęłam twarzą w twarz z Richardem. Moją zieloną od maseczki z jego naturalną.
- Masz to, o co prosiłam?
Kiwnął głową i wyciągnął niewielkie zawiniątko, które wcisnął mi w rękę. Wrzuciłam je do kieszeni szlafroka, który miałam na sobie. Rich uniósł jedną brew.
- Nie zabezpieczysz tego lepiej?
- Zabezpieczę - zapewniłam. - Później.
Z drugiej kieszeni wyciągnęłam plik banknotów i podałam chłopakowi.
- Widzimy się potem?
- Tak.

* * *

- Na następnym w prawo.
- Jesteś pewna?
Spojrzałam na Luke'a spode łba.
- Ja znalazłam to miejsce. Tak, jestem pewna.
Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem ale w końcu Luke odpuścił i włączył kierunkowskaz. Jedno małe zwycięstwo zaliczone. Sięgnęłam do torebki po telefon, żeby zrobić przedimprezowego snapa i napisać do Jen. Nowa wiadomość od: Liv Hamilton. Odblokowalam telefon i przeczytałam SMS'.
- O cholera...
- Coś się stało? - spytał Ricky z tylnego siedzenia.
Ledwo zdążył to wypowiedzieć a zza rogu wyłonił się radiowóz. Jeden z policjantów machał abyśmy zjechali na pobocze.
- Właśnie to - westchnęłam cierpiętniczo. - Kontrola narkotykowa. Jacyś debile próbowali przemycać kokę na studencką imprezę i ktoś zadzwonił po gliny.
Ricky pobladł. Luke głośno przełknął ślinę. Ja zacisnęłam palce mocniej na swoim telefonie.
- Kurwa, przecież mam tu trzydzieści gramów. To nie jest ilość do spożycia przez jedną osobę i jeśli mają psy...
- Spokojnie, poradzimy sobie z tym.
Chłopcy spojrzeli po sobie nieco niepewnie, ale w końcu pokiwali głowami. Luke zjechał w wyznaczone przez policjanta miejsce i uchylił szybę. Wszystkim nam nieźle skoczyło ciśnienie ale nikt nie dal tego po sobie poznać. Zachowywaliśmy się jakbyśmy nie mieli nic do ukrycia, byliśmy wyluzowani, naturalni. Zbyt naturalni...?
- Dobry wieczór, panie władzo - powiedział Luke z uśmiechem do policjanta, który do nas podszedł. - Coś sie stało? Dałbym sobie głowę uciąć, że jechałem z dozwoloną prędkością.
Wszyscy zaśmialismy się krótko.
- To tylko rutynowa kontrola - policjant uniósł jeden kącik ust.
Zza jego pleców wyszedł drugi gliniarz z dużym owczarkiem niemieckim na smyczy. Ukradkiem sięgnęłam pod swoje siedzenie i wymacałam pod nim to czego szukałam. Drugi policjant był niebezpiecznie blisko. Pies wąchał zaciekle. Wszyscy wystrzymalismy oddechy. Na chwilę wszystko się zatrzymało. A potem pies zaczął ujadać.
- O Jezu! - krzyknęłam, policjanci wykonali gwałtowne ruchy, jakby chcieli sięgnąć po broń ale w ostatniej chwili się zawahali. - Luuuke... - jęknęłam najbardziej żałośnie jak potrafiłam. - Znów zapomniałeś zostawić w domu jedzenie dla Fapika! Przebiłam je obcasem! - szybko sięgnęłam po chusteczkę i zanim ktokolwiek zdążył ogarnąć ci się właściwie stało, sięgnęłam pod siedzenie i wyciągnęłam spod niego przebitą saszetkę jedzenia dla psów. - Może panowie chcą nakarmić pieska? Nasz już raczej tego nie zje...
Wyciągnęłam cieknące opakowanie psiego jedzenia w stronę policjantów. Cofnęli się niechętnie, owczarek zaszczekał zadowolony. W końcu jeden z policjantów odebrał ode mnie ostrożnie zwitek chusteczek, nylonu i zmielonej wołowiny w sosie. Nikt już nie miał ochoty na dalsze rutynowe kontrole. Pomachalismy policjantom na dowidzenia i odjechaliśmy.
- Jaki, kurwa, Fapik? - spytał Luke po zamknięciu szyby,
- I skąd miałaś to żarcie dla psa? - dodał Ricky.
- Nasz pies, Luke - zaśmiałam się. - Sorki, działałam pod presją. A jedzenie miałam dać Jen, to ulubiony przysmak jej psa. Zatrzymamy się na stacji? Muszę umyć po tym ręce...

* * *

Po wejściu do magazynu Lucy ściągnęła swój długi, czerwony płaszcz i podała go dziewczynie w stroju wampirzycy, która obsługiwała prowizoryczną szatnię. Pod płaszczem miała małą czarną z dość dużym dekoltem i koronką. Sukienka była w paru miejscach przerwana, podobnie jak jasne rajstopy. W dodatku Lu była brudna jakby przed chwilą zakopała jakieś zwłoki. Miała nawet kilka małych otarć. Doczepila sztuczne pasma włosów, które podkręciła i lekko zmierzwiła. Przejrzała się w dużym lustrze wiszącym naprzeciw szatni i uśmiechnęła się. Wyglądała idealnie. Z podniesioną głową ruszyła na halę, gdzie odbywała się główna część imprezy. Jen, Liv i Anna już czekały przy barze. Wszystkie miały na sobie ciemne sukienki i bransoletki, które dostały rano. Kiedy do nich podeszła, jak na zawołanie wszystkie cztery dostały sms'y.

DOBREJ ZABAWY!
             CAŁUSKI, L


Ja pierdolę, ale ameby.

Offline

#35 2017-12-29 16:07:32

Arbalester
Łoś Przewodnik
Windows 7Chrome 63.0.3239.84

Odp: Whisper

tumblr_m7vzw2cqLS1r6o8v2.gif
jQzyJsA.png
qVmCVSA.gif

You know I've seen a lot of what the world can do
And it's breaking my heart in two
Because I never wanna see you sad, girl
Don't be a bad girl

Pierwsza klasa podstawówki

- Luke, to jest Colleen, twoja kuzynka. Zaopiekujesz się nią? - Mama Colleen, Sophie, kucnęła obok córki, by zniżyć się do poziomu chłopca. Zacisnęła mocniej rękę na ramieniu dziewczynki i uśmiechnęła się.
- Jasne. - Luke wyszczerzył zęby do niej, a potem do Michaela, dumny z tego, że powierzono mu tak odpowiedzialne zadanie.
- Michael - rozległ się surowy głos Geralda, ojca Michaela. - Nie wychodzicie z domu, jasne?
- Tak, tato. - Michael wywrócił oczami, zastanawiając się, czemu nie ma z nimi Casey i Oscara, bo chciał z nimi się pobawić.
- Pod żadnym pozorem. I żadnych głupich zabaw w chowanego.
- Ale maaamooo!- zaprotestowała  Colleen jękliwie. Nigdy nie pozwalali jej na najlepsze zabawy, zawsze musiała znajdować się w zasięgu ich wzroku.
- Skarbie, wiesz, że tatuś się martwi... - próbowała ją przekonać Sophie, ale dziewczynka już wydęła policzki i pociągnęła za sobą chłopców.
- Dlaczego rodzice nie pozwalają ci wychodzić z domu? - zapytał ją Luke.
- Bo kiedyś jej brat uciekł z domu i znaleźli go dopiero chyba po trzech dniach - wytłumaczył mu Michael. - Dlatego  wujek Stanley ożenił się drugi raz. Colleen ma inną mamę, niż Oscar i Casey.
- Och... A gdzie był przez te trzy dni?
- Mówi, że nie pamięta, ale tak naprawdę chciał im zrobić na złość i przesiedział u jakichś staruszków - odezwała się Colleen, wyręczając Michaela. Pobiegła na górę, zatrzymała się w korytarzu i oparła dłonie na biodrach. - To kto kryje pierwszy?

Druga gimnazjum

- Lin, gdzie idziesz?
- Do Mii - odpowiedziała wesoło, zarzucając plecak na jedno ramię.
- Zawiozę cię - oznajmił bez sugestii ojciec. - Załóż plecak na oba ramiona, bo będziesz miała krzywy kręgosłup. Tyle razy ci mówiłem.
- Będziesz jak Kwazimodo! - zawołał ze schodów Oscar, robiąc do niej głupią minę, mającą być parodią Colleen. W odpowiedzi pokazała mu język.
Zatrzymali się pod domem Mii. Colleen wyskoczyła z auta. Potknęła się o krawężnik i uderzyła mocno kolanem o chodnik. Stanley zaraz do niej doskoczył, by pochuchać na ranę. Chciał ją zabrać z powrotem do domu, ale dziewczynce udało się odwieść go od tego pomysłu. Poczekał, aż wejdzie do domu, aż usłyszy głosy domowników witających jego córkę, dopiero wtedy powoli odjechał, zerkając wciąż we wsteczne lusterko.
- Na pewno nie chcesz z nami iść? - zapytała Colleen Mię, gdy koleżanka naklejała jej różowy plaster w truskawki na kolano.
- Niee, muszę zrobić lekcje, zanim rodzice wrócą. Następnym razem.
- Jak chcesz. - Colleen wzruszyła ramionami, poprawiła plecak, a potem wyskoczyła przez okno w salonie, przecięła biegiem ogródek, wspięła się na płot, przeskoczyła na drugą stronę, lądując u O'Brienów. Luke już na nią czekał, wylegując się na gałęzi drzewa.
- Co tak długo? - jęknął, zeskakując na ziemię.
- Domyśl się.
Dziewczyna wywróciła oczami. Wsiedli w autobus jadący na lotnisko.

Trzecia liceum

- Ale już postanowiłam, złożyłam wszystkie papiery!
- Jak mogłaś nam o niczym nie powiedzieć?! Tak nas okłamywać! - Sophie unosiła łamiący się głos.
- Nie możecie mnie wiecznie trzymać pod kloszem!
- Nie pozwolę, żebyś skończyła jak Oscar lub Casey.
Colleen prychnęła, chcąc powiedzieć im, że Casey wylądowała na odwyku właśnie przez nich, przez tą chorą rodzinę, ale za bardzo bała się ich reakcji, więc milczała.
- Nie dostaniesz żadnych pieniędzy, jeśli zamieszkasz w akademiku - oświadczył ojciec. Widząc, jak otwierała usta, dodał: - I nie myśl, że Luke ci pomoże. Już ja o to zadbam.
Opadła jej szczęka. Po raz pierwszy w życiu postawiła im się w ten sposób, zadała sobie tyle trudu, i wszystko na nic? Nic do nich nie docierało. Jak mogli być tak ślepi?! Czuła już wzbierające się w oczach łzy, zacisnęła usta.
- Będziesz mogła tam studiować pod jednym warunkiem.
Colleen spojrzała na niego ostrożnie.
- Jakim?
- Zamieszkasz razem z nami w starym domu. To miejsce i tak jest przeklęte.
To nie miejsce jest przeklęte, pomyślała, ale zgodziła się. Miała inny wybór? Nie zamierzała jednak na tym poprzestać. Małymi kroczkami osiągnie swoje, a jeśli nie w ten, to w inny sposób. Miała powyżej uszu wiecznego zaglądania jej przez ramię, obserwacji. Czas odciąć pępowinę, której tak długo i desperacko się trzymali jej rodzice. Okłamywała ich całe życie, by móc robić chociaż część tego, na co miała ochotę, bez ciągłego krytycyzmu. Chciała nareszcie żyć otwarcie, bez kłamstw. Nawet jeśli musiała wcześniej wywołać burzę.

tumblr_ny9x7cw4XS1qasmjro1_1280.png


2tlGTsD
"Do not pity the dead, Harry.
Pity the living, and, above all, those who live without love.”

Offline

#36 2018-01-08 19:28:20

Angelue
Admin.
Windows 7Chrome 63.0.3239.132

Odp: Whisper

Richard F. Oliver

Poniedziałek, 31-10-2016

igP7jsl.png- Pierwsza działka nie jest za darmo?
igP7jsl.png- Piąta. Podbijam pieczątką kupon za każdy zakup - odparował Rich z ledwo zauważalną w głosie ironią przerywając wyjmowanie działki z torby - to masz pieniądze?
Klient pomachał gotówką znacząco, no co Richard bez ociągania podał mu towar, w tym samym momencie przejmując zapłatę.
igP7jsl.png- Będę w okolicy, gdybyś mnie jeszcze dziś szukał - zapowiedział klepiąc go po koleżeńsku w ramię.
igP7jsl.png- Dzięki stary. Zaraz, a pieczątka?
Obaj wymienili uśmiechy, po czym się rozstali. Rich rozważył, czy by rzeczywiście nie poczęstować go jedną działką po imprezie. Takie inwestycje zazwyczaj się zwracały z nawiązką. Przeciskanie się wśród tłumu było nie lada wyzwaniem z torbą na ramieniu, której należało pilnować oraz z aparatem w rękach, więc planował posiedzieć sobie przy całkiem nieźle zaimprowizowanym barze. Jeśli nie przeszkadzały ręce coraz to kolejnych osób sięgających nad ramieniem po drinki lub do barmana, to było to całkiem wygodne miejsce - a Richie należał akurat do tych, którzy się nie oburzali na takie naruszanie jego przestrzeni osobistej. Chwilę sączył zamówionego drinka dopiero próbując wejść w nastrój imprezy do czasu, aż nie zaczepił go kolejny klient, po nim następny, a w pewnym momencie porwała go znienacka Lucy i wciągnęła w sam środek tłumu zachęcając do tańca.
igP7jsl.png- Co to za strój niby? - oburzyła się dziewczyna mierząc go wzrokiem od stóp do głów.
igP7jsl.png- Widziałaś mnie przecież wcześniej w aucie - odpowiedział jej chłopak próbując przekrzyczeć muzykę.
igP7jsl.png- Myślałam, że się przebierzesz! - odkrzyknęła Lucy. Trzeba było jej przyznać, że tańczyła naprawdę dobrze. Richie wyglądał przy niej jak paralityk.
igP7jsl.png- Nie jest tak źle - odparł, naciągając czapkę na twarz. Okazało się, że w czapce wycięte były otwory na oczy - poza tym jego strój nie różnił się zbytnio od tego, co nosił na co dzień.
igP7jsl.png- I co to ma niby być? - zaperzyła się Lucy.
igP7jsl.png- Seryjny morderca.
Dziewczyna uniosła brwi sceptycznie. Dopiero, gdy Richard wyjął z torby głowę lalki ze złocistymi lokami, parsknęła śmiechem.
igP7jsl.png- Beznadzieja.
igP7jsl.png- Nie oceniaj jej tak szybko. Może ma bogate wnętrze.
Istotnie takie miała, gdyż to właśnie w tej głowie schował towar.
Lucy wesoło zarzuciła mu na ramiona ręce wciąż tańcząc. Nie na długo; w końcu tak się zatraciła w tańcu, że przestała zwracać uwagę na otoczenie. Ricky w końcu odpuścił sobie lekkie podrygiwanie mające być atrapą tańca i po prostu tylko się jej przyglądał uśmiechając lekko i bawiąc aparatem. Niektórzy byli mistrzami w uzewnętrznianiu emocji. Inni po prostu je uchwycali.
Z kolei jeszcze inni nie byli zbyt dobrzy w lawirowaniu w tłumie.
igP7jsl.pngLucy wykonała jakiś szczególnie popisowy układ, niechcący popychając przy tym dziewczynę o różowych włosach. Richard oczywiście podszedł do niej, by jej pomóc wstać. Była niziutka i przypominała trochę przedszkolaka z tymi odrapanymi kolanami. Wymienili parę uprzejmych zdań i chłopak nie zwróciłby na nią większej uwagi - może oprócz tego, że mogłaby być z nią ciekawa sesja fotograficzna - gdyby nie kolejna wywrotka po dosłownie paru krokach. Ewidentnie nie była dobra w lawirowaniu w tłumie. Albo po prostu miała talent do wypadków. Sposób w jaki zwinęła się na podłodze wzbudził w nim mimowolnie jakiś opiekuńczy instynkt. A może to była kwestia siniaków, które zdarzały się często mu, choć zgoła z innych powodów. Nie analizował tego za bardzo, znów do niej podchodząc. Mógłby przyznać, że w zasadzie też niewiele myślał, gdy tak się jej przyglądał. Nie chciał wyjść na dziwaka, dlatego przyjaźnie znów zagadnął i się tym razem przedstawił, podnosząc ją z ziemi. W trakcie rozmowy mógł bezkarnie się jej przypatrywać, a musiał przyznać, że - jak na jego gust - było czemu. Nigdy nie był zbyt bezpośredni. Może brało się to z dozy nieśmiałości, a może z wychowania w domu, gdzie musiał ważyć każde słowo, gdyż nigdy nie było wiadomo, co tym razem rozwścieczy ojca. Colleen - gdyż tak się przedstawiła - wydała mu się osobą, wobec której mógłby zagrać w otwarte karty.
Zapały ostudziło pojawienie się jakiegoś chłopaka z drinkiem dla niej. Sam siebie upomniał, że zachowałby się jak typowy chłopaczek z imprezy, który próbuje poderwać dupę na jeden z oklepanych tekstów.
Jego obecność wydała mu się cierniem w boku, ale gdy w końcu sobie poszedł z oświadczeniem, że klienci czekają, wcale nie poczuł się lepiej. Wręcz przeciwnie; był niemile zaskoczony pojawieniem się konkurencji, której jak dotąd nie znał. Z tego też powodu był zadowolony z zadania odszukania Luke'a - pozwoliło mu to odwrócić uwagę od tamtego pacana. Sam się zdziwił, czemu myśli o nim tak nieprzychylnie.
igP7jsl.pngBył pierwszym, który znalazł w tłumie O'Briena. Jego stan bardzo mu się nie spodobał. Po wcześniejszych rozmowach z nim przeczuwał, że znał powód jego zachowania, ale jak to miał w zwyczaju, udawał że nic nie wie, gdy dziewczyny dziwiły się na głos co w niego wstąpiło. Zaczął machać w jego stronę licząc, że nie zniknie mu z oczu w tłumie. Nic z tego - Luke najwyraźniej był w swoim świecie i spektrum jego postrzegania rzeczywistości rozciągało się chyba na niecałe pół metra wokół niego. Oliver złapał Lucy za łokieć, by poholować ją za sobą. Wciąż trzymała pod ramię dziewczynę z różowymi włosami.
Poważnie odczuł, że wciąż nie powinien się ruszać z łóżka mimo  ponad tygodniowej rekonwalescencji. Nieco się zaniepokoił, czy ojciec mu jednak nie złamał jakiegoś żebra, gdyż nadal miał trudności ze swobodnym oddychaniem, a teraz - po otrzymaniu paru kuksańców od tańczących ludzi - żebra go bolały prawie tak mocno, co nazajutrz od feralnego dnia.
Gwałtownie się zatrzymał, gdy przed twarzą śmignęła mu ręka Luke'a. Był dość... ekspresywny w swoich próbach tańca.
igP7jsl.png- Luke - odezwał się, co było na nic, gdyż muzyka go zagłuszyła. O'Brien odwrócił się w ich stronę dopiero, gdy Richard zacisnął na jego ramieniu dłoń. Gdy tylko zobaczył swoją kuzynkę, rzucił się w jej stronę. Oliver miał poważne obawy, czy na pewno powinien to robić - zwłaszcza biorąc pod uwagę wcześniejsze wywrotki Colleen. Lucy chyba miała podobne obawy, gdyż rzuciła mu zaniepokojone spojrzenie. Bez słów porozumieli się, że pora ukrócić to wylewne przywitanie, ale na szczęście Luke odstawił kuzynkę na podłogę. Richard postanowił go odciągnąć na bok, by podjąć się próby przygadania mu do rozumu, ale w tego nagle wstąpił duch poszukiwacza - spytał go z nowym zapałem o Petera, Russela (tu poczuł nieprzyjemne ściśnięcie w żołądku), po czym z równym zapałem przydzielił mu zadanie opieki nad Colleen - i tyle go widzieli.
igP7jsl.png- Noż, ja pierdolę - wymsknęło mu się, zanim zdołał się powstrzymać. Poczuł się naprawdę głupio, gdyż Colleen mogła to usłyszeć i pomyśleć, że jej towarzystwo jest mu ciężarem.
igP7jsl.png- Będą kłopoty - skwitowała Lucy krzywiąc usteczka - wygląda na to, że jesteś pod naszą opieką - zwróciła się do ich nowej towarzyszki.
Ta wyglądała na przybitą.
igP7jsl.png- Chodź, zatańczymy - zaproponowała Lucy podrygując do rytmu.
Richard słysząc to, postanowił znaleźć najbliższe miejsce do siedzenia, by mieć je obie na oku. Był zbyt obolały na gwałtowniejsze ruchy.
igP7jsl.png- Chyba nie mam ochoty, wybacz - odparła Colleen z przepraszającym uśmiechem - chyba sobie na razie usiądę.
igP7jsl.png- Tak się składa, że też idę - wtrącił Richard.
igP7jsl.png- Nie będziesz się bawił? - chłopak uśmiechnął się kącikiem ust na tę zadziorną odpowiedź. Pomachał Lucy, która już odchodziła tanecznym krokiem do koleżanek.
igP7jsl.png- Mam się zabawić w twojego ochroniarza? - zażartował rozglądając się znacząco po skaczących wokoło osobach.
igP7jsl.png- Dobry ochroniarz trzyma się metr za gwiazdą - skwitowała dziewczyna z żartobliwą nonszalancją, po czym ruszyła przed siebie.
Richarda ta odpowiedź zbiła z tropu na tyle, że przez chwilę nie był pewny, czy za nią iść. Dopiero, gdy Lin obejrzała się przez ramię na niego, oprzytomniał i ruszył za nią. Wydawało mu się, że tymi żarcikami próbowała ukryć przygnębienie.
igP7jsl.pngUsiedli obok siebie w milczeniu. Richard odetchnął z ulgą, gdy mógł się jako tako oprzeć na krześle. Stanowczo zbyt dużo wrażeń na jeden dzień. Teoretycznie mógłby opchnąć towar i wrócić do akademika, ale coś go tu jednak trzymało.
igP7jsl.png- Dobrze się znacie z Lukiem? - zagadnął dziewczynę, bawiąc się nieco nerwowo palcami.
igP7jsl.png- Dogadujemy się, tak po rodzinnemu... Kiedyś dobrze się znaliśmy. Teraz ciężko mi powiedzieć - potwierdziła Lin dość cicho. - A wy? - spytała spoglądając na niego.
Miała ładne oczy.
igP7jsl.png- Chyba tak - odparł krótko. Po chwili wyczuł, że powinien powiedzieć coś więcej - nie wiem. Wiemy o sobie nawzajem to i owo - miał wrażenie, że brzmiało to jeszcze gorzej niż to krótkie "chyba tak".
Światła dyskotekowe oświetlały jej twarz z jednej strony sprawiając, że jedna podświetlona tęczówka miała inny kolor jak ta druga. Pamiętał ze zdjęć, że jego matka miała heterochromię - jakoś Colleen w tej chwili mu się z nią skojarzyła.
igP7jsl.png- Nawet nie mamy wspólnych zainteresowań. Po prostu się znamy i tyle - dodał w desperackiej próbie powiedzenia czegoś sensowniejszego. W zasadzie jego znajomość z Lukiem była swoistym fenomenem. Luke był popularny. Chłopak z drużyny. Ich ścieżki właściwie mogłyby się nigdy nie zetknąć.
Lin przyjęła to do wiadomości. Może się krępowała przy praktycznie obcej osobie jego pokroju. Raczej nie sprawiał wrażenia otwartej i wesołej duszy towarzystwa. Dziwne było, że przejmuje się samopoczuciem prawie obcej sobie osoby, ale tłumaczył sobie, że to dlatego, że Luke zostawił ją pod jego opieką.
By dodać sobie pewności siebie, wyjął aparat z postanowieniem obfotografowania paru ludzi. Dziwne przebieranki nie były motywem, który miałby ochotę uwieczniać, więc w zasadzie ograniczył się tylko do spoglądania przez wizjer w poszukiwaniu czegoś ciekawego. Zdawało się, że Lin chce coś powiedzieć, ale przerwał jej jakiś facet z zębami wampira, który zaczepił Richa znaczącym stuknięciem w ramię. Ten opuścił aparat odwzajemniając spojrzenie. Potrzebował chwili, by ogarnąć o co mu chodzi.
igP7jsl.png- Potrzymasz? - zwrócił się do Lin wręczając jej ostrożnie ciężki aparat i podnosząc się z siedzenia.
Wymienili się z wampirem kilkoma uwagami, a paczuszka i pieniądze zgrabnie przeszły z rąk do rąk. Już miał odejść, gdy najwyraźniej coś sobie przypomniał.
igP7jsl.png- Wiesz, że kręci się tu jakiś nowy?
Rich zerknął na Lin, która im się ukradkiem przyglądała, trzymając wciąż jego aparat.
igP7jsl.png- Tak - potwierdził tylko, nie chcąc przy dziewczynie wyrażać na głos, co o tym myśli. Przy kliencie zresztą też; było to zwyczajnie nieprofesjonalne.
Wampir zerknął na Lin i na aparat Richa, który trzymała na kolanach, po czym mrugnął do chłopaka znacząco dopowiadając sobie najwyraźniej całą historię i odszedł klepiąc go w ramię w ramach męskiej solidarności. Oliver postanowił udać, że nic się nie stało.
igP7jsl.png- Dzięki - zwrócił się do Colleen z lekkim uśmiechem, odbierając od niej aparat.
igP7jsl.png- To była wielka odpowiedzialność - skomentowała dziewczyna z przejęciem. Na twarz jej wyszły rumieńce. Chyba jej ulżyło, gdy już zabrał aparat. Richardowi ciężko było stwierdzić, czy powiedziała to na poważnie, czy bardziej żartem.
igP7jsl.png- A więc jesteś...?
igP7jsl.png- Taa, dorabiam sobie.
igP7jsl.png- Tyler też jest.
igP7jsl.png- Zauważyłem - Ricky bardzo się pilnował, by w tym momencie jego głos nie zabrzmiał oschle. Postanowił szybko zmienić temat.
igP7jsl.png- Nie jesteś tutejsza, zgadza się?
igP7jsl.png- Mieszkałam tu parę lat. Trochę znam okolicę.
By słyszeć siebie nawzajem, musieli się do siebie nachylić.
igP7jsl.png- Nie kojarzę cię z okolic - stwierdził Richard, na co Colleen się uśmiechnęła.
igP7jsl.png- Taak. Ponieważ chodziliśmy po okolicach, ale nie w mieście. Wiesz, stodoła...
igP7jsl.png- Też chodziłem po tego typu miejscach - odparł Richard z lekkim uśmiechem - bawiłem się w survival - wszystko było lepsze od siedzenia w domu.
igP7jsl.png- Musiałeś być w tym dobry, bo nigdy cię jakoś nie widziałam - zaśmiała się Lin.
Richard miał się zaśmiać również, lecz śmiech uwiązł mu w gardle, gdy na kanapę padł między nich Tyler.
igP7jsl.png- Znowu znikłaś mi z oczu! - odezwał się z żartobliwym wyrzutem.
igP7jsl.png- Ty znikłeś mi pierwszy - odparowała Lin.
Richard splótł dłonie na kolanach przysłuchując się ich wymianie zdań. Tyler w pierwszej chwili zachowywał się, jakby go tu nie było, ale po chwili zwrócił się do niego, obejmując Lin ramieniem.
igP7jsl.png- Richard, zgadza się? Gdzie podziałeś tamtą azjatkę, z którą byłeś wcześniej?
Oliver odchrząknął zanim odpowiedział.
igP7jsl.png- Zapewne tańczy gdzieś w tłumie - wskazał kciukiem jakiś nieokreślony punkt wśród tańczących ludzi. Tyler i Lin podążyli wzrokiem za kierunkiem, który wskazał. Po chwili oboje wpatrywali się najwyraźniej w coś zbliżającego się w ich stronę. Ledwo Richard się obrócił, gdy usiadła mu na kolanach Lucy z niezapalonym skrętem między palcami. Na kanapie nie było już miejsca.
igP7jsl.png- Powiedz, że masz zapalniczkę.
igP7jsl.png- Nie wzięłaś zapalniczki?
igP7jsl.png- Rich. - Lucy naciągnęła mu czapkę na twarz.
igP7jsl.png- Dobrze, dobrze - chłopak podciągnął czapkę z powrotem na czoło, po czym wyjął zapalniczkę z kieszeni. Podał ją Lucy, ale ta nawet nie wyciągnęła po nią dłoni. Przyłożyła skręta do ust z wielkomiejską manierą. Richard grzecznie jej go odpalił, po czym schował zapalniczkę z powrotem do kieszeni. Dziewczyna zaciągnęła się przymykając teatralnie oczy. Po chwili zmierzyła ich wszystkich spojrzeniem zakładając nogę na nogę. Ricky'ego zaskakiwało, jak w jednej chwili potrafiła sprawiać wrażenie miłej, by zaraz potem wyglądać niemalże sukowato. Lucy się jednak uśmiechnęła wracając znów do wyglądu milutkiej osóbki.
igP7jsl.png- Tańce nie w waszym stylu? - zagadnęła kołysząc lekko stopą. Richard czuł jak kość z jej pośladka odcina mu dopływ krwi do nogi mimo, że była lekka.
igP7jsl.png- Dopiero się przysiadłem - odparł obronnie Tyler. Lucy odpowiedziała mu uśmiechem znów się zaciągając. Nagle się ożywiła, zwracając się do Richa.
igP7jsl.png- Chodźmy się napić.
igP7jsl.png- Teraz?
Lucy wstała, a Rich poczuł w nodze ponownie krążenie. Miał dziwne wrażenie, że wie, czemu Lucy nagle miała ochotę na drinka. Kochana, dobra Lucy.
igP7jsl.png- Dzięki - mruknął jej do ucha, gdy się oddalili od kanapy.
igP7jsl.png- Ty stawiasz.


igP7jsl.pngRóżowe włosy czasem migały mu w tłumie - za każdym razem w towarzystwie Tylera, więc Ricky nie palił się do nich podchodzić. Lucy postawiła sobie za punkt honoru wykrzesać z niego więcej tanecznego entuzjazmu, co było dość trudne z uwagi na ból w żebrach. Póki tańczyli razem, było to łatwe, gdyż ona zręcznie prowadziła wymuszając na nim naprawdę zsynchronizowane z nią ruchy, ale gdy tylko następowały taneczne solówki, Lu upajała się uwagą, jaka się na niej skupiała, a Rich wykorzystywał te chwile, by odetchnąć. Mimo to bawił się naprawdę dobrze będąc dla odmiany uczestnikiem wydarzeń, a nie tylko obserwatorem - torbę z aparatem i towarem schował w zamkniętym na klucz pomieszczeniu, gdzie organizatorzy imprezy przechowywali zapasy. Padało już parę głosów o afterku na kampusie, więc spodziewał się jeszcze sprzedać resztę trawki i amfy.
Lucy znów go znalazła w tłumie. Z tym szalonym błyskiem w oku, rumieńcami na twarzy i rozcapierzonym włosem, wyglądała na młodszą o co najmniej 5 lat trzpiotkę.
igP7jsl.png- Tu jesteś! - odezwała się radośnie, wyciągając do niego ręce. Była już dość mocno wypita. Głównie na koszt Richa.
igP7jsl.png- Lucy...
igP7jsl.png- Damie się nie odmawia.
igP7jsl.png- Nie, słuchaj. Coś ci wypadło - zerknął znacząco w stronę jej naprawdę dużego dekoltu.
Dziewczyna zmarszczyła brwi spoglądając w dół.
igP7jsl.png- To tylko stanik - mruknęła, poprawiając dekolt.
igP7jsl.png- Już dość, co?
igP7jsl.png- Ostatniego - oznajmiła unosząc do góry palec, by zobrazować, że naprawdę jeszcze tylko jednego drinka.
igP7jsl.png- Ostatniego i dość.
igP7jsl.png- Rozważę to - oświadczyła dziewczyna, po czym ruszyła lekkim krokiem w stronę baru. Richard ruszył za nią. Zapłacił za zamówionego przez nią drinka.
igP7jsl.png- Siedź tu - poprosił postanawiając szybko skoczyć po swoją torbę. Porządnie ją schował, ale i tak wciąż się o nią martwił i wolał ją mieć przy sobie.
Lucy odgarnęła z czoła zalotnym ruchem włosy. Wyglądało na to, że nie ma zamiaru się stąd ruszyć - póki nie dostanie drinka.

igP7jsl.pngGdy wrócił do baru z torbą, Lucy już tu nie było. Nie był pewien, czy powinien się o nią martwić - była w końcu dużą dziewczynką. Na wszelki wypadek uznał, że powinien jej poszukać. Rozejrzał się po sali. Masa przebierańców, których stroje zaczynały tracić kształt po wpływem napierających zewsząd ciał. Widok zasłonił mu jakiś typ przebrany za... jelenia? Richard skupił wzrok na jego twarzy.
igP7jsl.png- Co to za przebranie? - parsknął zadowolony z siebie Russel.
igP7jsl.png- Minimalizm - odparł krótko Richard. Przebranie Russela było naprawdę udane, ale wywoływało w nim złe skojarzenia z wypadkiem i wszystkim, co działo się potem. Chłopak nie dał się zbić z tropu jego małomównością. Zalśnił zębami w uśmiechu - co wyglądało dość upiornie z tą całą krwią na twarzy i stwierdził:
igP7jsl.png- Możesz mnie uwiecznić.
Richard odpowiedział o wiele słabszym uśmiechem; nieco nerwowym, wynikającym z pewnej dozy nieśmiałości i braku zrozumienia dla motywów rozmówcy. Nie potrafił stwierdzić, jaka relacja ich łączy, ani tym bardziej, jakiej relacji by chciał. Gdy uniesione kąciki zaczęły mu drżeć w tiku, który zawsze się objawiał, gdy za długo utrzymywało się sztuczny uśmiech do zdjęcia, sięgnął po aparat, by ukryć się za jego obiektywem. Fotograf był zawsze w tej wygodnej pozycji w przeciwieństwie do modela i to Richa uspokajało. Nie bez powodu mówi się strzelać fotki.
igP7jsl.png- Nie ruszaj się - nakazał, ustawiając odpowiednio parametry. Niska głębia ostrości sprawiała, że za Russelem widoczna była jedynie plama składająca się z feerii barw. To wszystko wyglądało niesamowicie groteskowo - jeleń wśród neonów; uśmiech pod strużkami krwi. Richard czuł, że mrowiły go policzki aż po szyję oraz koniuszki palców. To alkohol, pomyślał. Muzyka dudniła mu w klatce piersiowej. Russel musiał poczuć to samo, gdyż zaczął podrygiwać w rytm muzyki.
igP7jsl.png- Tańczysz? - spytał rozkręcając się pomału.
Richard pokręcił głową znów z tym nerwowym uśmiechem, za który się przeklinał.
igP7jsl.png- Już tańczyłem.
Miał wrażenie, że przestrzeń między nimi się zmniejszyła. Ściskał w rękach aparat przed sobą, jakby był kołem ratunkowym.
igP7jsl.png- Wyczerpałeś limit na dziś? - roześmiał się chłopak. Był taki wyluzowany. Jeden z rogów mu się nadłamał przy czubku i latał próbując nadążyć za ruchami głowy. Rich zaśmiał się nerwowo chowając aparat. Próbował znaleźć sobie zajęcie. Russel nie dał się łatwo spławić i bezczelnie złapał go za ramiona wciągając w tłum.
Ricky czuł już od jakiegoś czasu, że coś się święci i teraz czuł się po trochu jak królik dopadnięty we własnej norze przez terriera. Jego strefa osobista została już dawno naruszona. Miał straszliwie mieszane uczucia, które potęgował fakt, że znajdowali się w tłumie, w którym każdy mógł go ocenić.
igP7jsl.png- Pedały! - zabuczał za nim jakiś głos, który zadziałał na niego jak smagnięcie bicza. Miał ochotę po prostu zniknąć z tłumu, który może nawet by nie zauważył tego zdarzenia, gdyby nie Russel, który odpowiedział coś szyderczo. Z zalewu emocji przestał odbierać sens wypowiadanych słów - widział tylko, że twarz Zacha, który ich zaczepił, robi się czerwona. Po pierwszym szoku zamachnął się w ich stronę i z niewiadomej przyczyny w szczękę dostał Rich, a nie Russel, który na tamtą odzywkę zareagował. Wywiązała się między ich trójką krótka szarpanina w wyniku której Richard nie pozostał Zachowi dłużny. Rozdzieliła ich jakaś czwarta osoba, która złapała kapitana drużyny za poły kurtki. Tłum zaszemrał; był to nikt inny jak Luke. Nikt raczej się nie spodziewał, że postawi się własnemu kapitanowi; chociaż padały tu i ówdzie głosy, że powinien to zrobić. W chwili obecnej było to o tyle zaskakujące, że Luke nic nie miał do całej sytuacji. Richard zdumiony zerknął na Russela - ten z nieprzeniknioną miną obserwował całe zdarzenie, trzymając się teraz jakoś na dystans. Ktoś w tłumie zaczął krzyczeć i dopingować Luke'a zagłuszając krótką wymianę zdań szarpiących się chłopaków. Nagle Zach dostał sierpowego. Tłum wydał ogólny ryk dopingujący obu "zawodników". Parę osób wyjęło telefony mimo beznadziejnej widoczności. Każdy kolejny cios był obwieszczany krzykami tłumu, który zacieśnił się wokół miejsca zdarzenia; Rich nie stał już w pierwszym rzędzie zepchnięty przez żądnych emocji gapiów. Russel gdzieś zniknął, z kolei w tłumie mignęła mu czupryna Lin, której z nikim innym by nie pomylił. Poczuł falę wyrzutów sumienia, gdy sobie uświadomił, że miał się nią przecież zajmować, a teraz ona sama musiała oglądać jakąś bitkę najwyraźniej zapoczątkowaną z jego powodu.
igP7jsl.png- Z drogi! - podniósł głos rozpychając się w tłumie łokciami.


Dziwne, u mnie działa.

Online

#37 2018-01-15 22:50:14

Dolores
Kucyponek Jednorogi
MacintoshSafari 602.1

Odp: Whisper

2Xtqnr1.png
Can you remember, remember my name?

Tego wieczora Lucy była gwiazdą. Uświadomiła to sobie siedząc przy barze, patrząc w swoje odbicie w umieszczonym za nim lustrem. Była dzika, wolna i pozbawiona hamulców. Ostatnio dużo imprezowała. Wiedziała, że powinna się pilnować, ale tej nocy jej się należało. Tak, zdecydowanie należało jej się. Po tym wszystko co się działo w ciągu ostatnich dni, musiała jakoś odreagować. I zamierzała zrobić to teraz. Wzięła drinka, którego kupił jej Ricky i wypiła jednym haustem. Szklanka z brzękiem uderzyła o blat. Lucy posłała barmanowi najlepszy uśmiech na jaki było ją teraz stać i ruszyła w tłum.
Tego wieczora Lucy była tygrysicą. Przeczesywała wzrokiem las sylwetek w poszukiwaniu najnowszej ofiary. Już namierzyła łakomy kąsek, prawdopodobnie jakieś świeże mięsko, bo nigdy wcześniej go nie widziała, gdy czyjaś zimna dłoń zacisnęła się na jej ramieniu. Wzdrygnęła się. Odruchowo szarpnęła ręką, ale ktoś trzymał ją wyjątkowo mocno. Pod wpływem gwałtownego ruchu i alkoholu, zatoczyła się lekko, ale w ostatniej chwili opanowała sytuację, by stanąć twarzą w twarz z Jen.
- Idziemy przypudrować nosek. Teraz - zarządziła blondynka.
Lucy przytaknęła. Z władczym tonem Marshallów się nie dyskutowało, prawdopodobnie z tego wlasnie powodu jej rodzina była tak dobrymi prawnikami. Ręka Jenny przesunęła się na dłoń Lu, a ich palce splotły się ze sobą. Chang została stanowczo pociągnięta przez przyjaciółkę w poprzek hali, do korytarza, na końcu którego znajdowały się toalety. Ale wcale do nich nie weszły. Jen zaprowadziła ją na piętro, gdzie było zdecydowanie ciszej i kameralnej niż na dole. Przeszły przez niewielką szatnię do prysznicy i stanęły przy jednej z dwóch umywalek, nad którymi wisiało przybrudzone lustro. Blondynka wyciągnęła ze swojej niewielkiej torebeczki paczkę papierosów z zapalniczką, puder i czerwoną szminkę, którą podała Lu. Azjatka za to wzięła z paczki dwa papierosy, jednego wsunęła miedzy swoje wargi, drugiego między przyjaciółki. Później Jen podpaliła im obu.
- Jason chce się pieprzyć - mówiła między zaciągnięciami, jednocześnie delikatnie przypudrowując świecące się czoło.
- Teraz?
- Tak! Wyobrażasz to sobie? Ja nie. Wiem, że jesteśmy razem już dwa miesiące ale zawsze wyobrażałam sobie, że nasz pierwszy seks będzie...
Lucy nie słuchała już dalej. Zamarła przed lustrem z papierosem w ustach i szminką w ręce. Patrzyła na czerwień szminki odbijającą się w lustrze. Patrzyła na swoje odbicie, ciemny makijaż, ślady brudu na twarzy i pod paznokciami, na dym unoszący się ponad jej głową. Jak przez mgłę przypomniały jej się zdarzenia sprzed wielu lat. Też stała przed zakurzonym lustrem, z brudem pod paznokciami, z czerwienią...
- Ziemia do Lu! Słuchasz mnie?
Wzdrygnęła się słysząc głos przyjaciółki.
- Tak.
- I co ja teraz powinnam zrobić? On pewnie tam czeka i...
- A co chcesz zrobić? - Lucy odwróciła się w stronę przyjaciółki.
- Chcę zedrzeć z niego ubrania i pieprzyć się jak dzikie kuny w agreście.
- To bierz go, tygrysico...
Obie zaśmiały się. Lucy zgasiła w umywalce niedopałek papierosa i nałożyła na ustawa czerwoną pomadkę. Bierz go, tygrysico... - uśmiechnęła się do własnego odbicia. Było w tym coś demonicznego. Coś co sprawiło, że na moment nie poznała samej siebie. Jakiś szalony błysk w oku. Trwało to zaledwie ułamek sekundy, mogło jej się przewidzieć. Z kliknięciem zamknęła opakowanie szminki i wsadziła ją w dłoń przyjaciółki. Z uśmiechami ruszyły ponownie do zabawy.
- Życz mi powodzenia - powiedziała Jen do ucha Lucy, gdy weszły w tłum imprezowiczów.
- Ty mi też - odpowiedziała Azjatka, znacząco kiwając głową w stronę ciemnej postaci stojącej tyłem.
Marshall puściła jej oczko i z uśmiechem ruszyła do swojego chłopaka przebranego za Rzymianina. Lucy śmiejąc się podkręciła głową. Para już się do siebie przyssała, więc Chang spokojnie mogła udać się w stronę tajemniczego jegomościa w czarnej pelerynie Drakuli. Był wysoki, miał szczupłą sylwetkę i zaczesane do tylu włosy. Brązowe? Ciemny blond? W wątłym, kolorowym świetle nie mogła tego dostrzec, ale do złudzenia jej kogoś przypominał. Chłopak się poruszył. Uniósł rękę, mankiet jego koszuli podwinął się ukazując fragment tatuażu - zawiłego asteckiego wzoru. Wzoru, który potrafiła narysować z pamięci. Lucy zamarła w pół kroku. Stała jak sparaliżowana czekając na rozwój wydarzeń. Żołądek podszedł jej do gardła. Było za późno na ucieczkę. Tajemniczy Drakula odwrócił się.
- O cholera...

Lk647RB.png

Tom stał przed otwartą szafą w swoim nowojorskim apartamencie i energicznie wyrzucać z niej ubrania. W lustrze pokrywającym przesuwane drzwi szafy odbijała się postać opalonej blondynki o atletycznej budowie. Stała z założonymi rękami, ubrana w biały męski T-shirt.
- Nie możesz tak sobie wyjechać! - pisnęła w końcu.
- Mogę. - Thomas zamknął drzwi szafy i zabrał się do wkładania ubrań do walizki. - W kuchni jest śniadanie.  Klucz zostaw u portiera.
Po tych słowach wyszedł z sypialni zostawiajac tam zdezorientowaną blondynkę. Po jego wyjściu dziewczyna zaczęła krzyczeć. Jej wrzaski ucichły, gdy tylko znalazł się na korytarzu, poza swoim apartamentem. Wraz z dźwiękiem jej głosu z głowy Thomasa zniknęła również cała jej osoba. Spotykali się ze sobą z przerwami od jakichś dwóch, może trzech miesięcy. Ona chciała czegoś więcej, on chciał jedynie niezobowiązującego seksu. Nic dla niego nie znaczyła. Gdy wsiadał do windy w jego głowie była tylko Lucy.
Nie widzieli się od prawie pięciu lat. Nie obserwowali się na instagramach, nie mieli się w znajomych na Facebooku. Nie wiedział jak teraz wygląda. Pamiętał ją jeszcze z czasów liceum, kiedy miała długie, proste włosy, poza murami szkoły, gdzie mieli obowiązek ubierać mundurki, nosiła ciemne golfy, obcisłe jeansy i beret. Pamiętał jej czerwone usta i naturalnie niebieskie oczy, które zupełnie nie pasowały do jej azjatyckiej urody. Zmieniła się przez ten czas. Nie widział jej, ale wiedział to. Czuł to w jej głosie. Już nie była starą Lucy, ekscentryczną cheerleaderką. Była kobietą.

Lot z Nowego Jorku do Portland w stanie Maine zajął półtorej godziny. Droga Uberem z lotniska do Seaberg ponad drugie tyle. Na kampusie uniwersytetu Thomas dowiedział się, że w porcie organizowana jest studencka impreza halloweenowa. Jakaś studentka zaoferowała się ucharakteryzować go w zamian za drinka, gdy dotrą na miejsce. Nigdy nie dotrzymał tej obietnicy... Po drodze zabrał jakiemuś pijanemu chłopakowi czarną pelerynę. Prawdopodobnie już i tak by jej nie potrzebował... Podłączył się do jakiejś grupki facetów wyglądających na sportowców. Wskoczył do ich suva i rozsiadł się na tylnym siedzeniu.
- Gościu, co ty tu w ogóle robisz? - spytał jakiś blond osiłek przebrany za zombie.
Thomas wzruszył ramionami.
- Jadę na imprezę.
Osiłek popatrzył na niego dziwnie, po czym roześmiał się. Dwójka jego kolegów również się roześmiała.
- Nasz gość! - krzyknął jeden.
Reszta też zaczęła krzyczeć. Thomas westchnął, wbił wzrok w szybę. To miała być długa podróż...

We bend until we break, stand by and watch us all go up in flames. Love is gone...

Thomas snuł się wśród tłumu imprezujących, przypominając raczej ducha, nie Draculę. Nigdzie nie mógł wypatrzyć Lucy. Co jakiś czas zagadywały go dziewczyny, które zbywał machnięciem ręki czy niezrozumiałymi mruknięciami. Gdzieś mignęła mu burza ciemnych włosów, uderzyła znajoma won przebijająca się przez odór spoconych ciał, opary alkoholu, zapach farby i taniego alkoholu, ale kiedy się odwrócił, nigdzie jej nie było. Może mu się tylko zdawało? Umysł robił sobie z niego jaja, a Lucy nawet tutaj nie było. Zmarszczył brwi, prychnął. Wyraźnie zdenerwowany skierował kroki do baru. Zamówił whisky z lodem, rzucił banknot pięćdziesięciodolarowy na blat i odwrócił się w stronę tłumu. Wyraźnie śledził wzrokiem przechodzących studentów. Powoli wszedł w tłum. Przed oczami mijały mu twarze, z których żadna nie była mu znana. Może jej nie poznał? Potrząsnął głową. Niewielki kosmyk włosów opadł mu na czoło. To niemożliwe! Znał dokładnie każdy milimetr jej twarzy... Dopił resztkę swojej whisky i dołożył szklankę z połowicznie roztopionym lodem na okrągłą tackę niesioną przez całkiem seksowną czarownicę. Z westchnieniem przesunął ręką po włosach - częściowo po to, by przyklepać niesforny kosmyk - po czym obrócił się. I stało się. Stała przed nim. Jej jasne oczy były szeroko otwarte, jakby zobaczyła ducha. Zmieniła się przez ostatnie lata. Widział to nawet przez jej halloweenową charateryzację.
- Lulu... - szepnął.
Podszedł kilka kroków. Ona też podeszła. Rozstawił ręce w przyjacielskim geście, gotowy na uścisk. Jej twarz w ułamku sekundy drastycznie się zmieniła. Zacisnęła usta. Zmarszczyła brwi.
- Lu...
Poczuł jedynie jej zimną dłoń i metalowe pierścionki na swoim policzku. Wciąż miała świetnego prawego sierpowego. Przyłożył rękę do policzka i zaczął go rozmasowywać. Uniósł wzrok z powrotem na Lucy i parsknął śmiechem. Stała tuż obok niego. Na tyle blisko, że woń jej perfum przebijała się przez wszystkie inne. Czuł jej oddech na udsłoniętej skórze swojej szyi. Po chwili poczuł też materiał jej sukienki pod swoimi palcami. Jej wargi na swoich. Przysunął ją bliżej. Nie opierała się, oddała pocałunek. Przez chwilę znów miał siedemnaście lat i całował ją po raz pierwszy. Chwyciła jego rękę. Razem przedarli się przez tłum. Gdy znaleźli się na niewielkiej klatce schodowej znów do siebie przywarli.
- Nie tutaj... - szepnęła Lucy i ugryzła go w ucho.
Wydał z siebie cichy jęk. Z zalotnym uśmiechem poprowadziła go na górę. Zaszyli się w jednej ze starych kabin prysznicowych. Ich usta ponownie się złączyły. Przeniósł się na jej szyję, zaczął schodzić ustami w dół, na dekolt. Jego ręka wsunęła się pod sukienkę.
- Spotykam się z kimś... - wydusiła Lu.
- Okej. - Tom na chwilę oderwał usta od jej piersi. - Mam dziewczynę w NY.
- Pieprzyć...
Thomasowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Majtki Lucy zsunęły się z jej nóg. Thomas ukląkł. Podwinął jej sukienkę. Wplotła palce w jego włosy, odchyliła głowę, z jej ust wydobył się cichy jęk.

Na dół wrócili jakby nigdy nic się nie stało. Szli ramię w ramię. Nie mieli zmierzwionych włosów ani pogniecionych ubrań. Thomas schował majtki Lu w wewnętrznej kieszeni swojej marynarki. Ona ukradkiem obciągnęła sukienkę trochę bardziej. Już mieli się rozstać, gdy na horyzoncie dostrzegli niemałe zbiorowisko. Lu od razu zaczęła przedzierać się między gapiami, Tom podążył za nią. W środku okręgu dwójka gości okładała się pięściami. Argon zauważył, że na twarzy Azjatki mieszały się różne emocje. Chwilę później po przeciwnej stronie kręgu, spośród ludzi wyłonił się chłopak z aparatem, który nawiązał kontakt wzrokowy z Lucy.
Chłopak...?
Czy tylko znajomy?


Ja pierdolę, ale ameby.

Offline

#38 2018-01-18 21:46:52

Dolores
Kucyponek Jednorogi
MacintoshSafari 602.1

Odp: Whisper

Lk647RB.png
It's never too late to be who you wanna be

CQfiUuA.png

Tajemniczy gość z telefonu, który odegra znaczącą rolę w życiu Lu


Ja pierdolę, ale ameby.

Offline

#39 2018-01-18 22:48:09

Arbalester
Łoś Przewodnik
Windows 7Chrome 63.0.3239.132

Odp: Whisper

TaNFXNm.png
Boom boom

igP7jsl.pngWszystko zlewało się ze sobą. Czas, miejsce, ludzie, drinki. Jedna wielka kakofonia dźwięków i barw, jak z psychodelicznego teledysku. W całym tym chaosie nie czuł się bezpiecznie, nic nie było stałe, wymykało mu się z rąk, spod nóg, spod kontroli. Wśród basów muzyki nie wyczuwał serca, ale wiedział, że biło jak szalone, tak samo jak wiedział, iż nie utrzymywał pionu na dłużej, niż dwa kroki, bo wciąż się o coś obijał - choć i to ledwo do niego docierało. Rejestrował, nie do końca przetwarzał. Kamera na żywo, której materiał znika wraz z mijającymi sekundami, zastępowany nowym, przerywany klatkami na mrugnięcia, a może dłuższe zaciśnięcie oczu. Kto by to mierzył?
igP7jsl.pngParę razy w ciągu trwania w tym kiepskim stanie przypominał sobie o Colleen i wyrzucał sobie z dozą desperacji człowieka pijanego, jakie to nieodpowiedzialne i jak beznadziejny z niego kuzyn. Możliwe, że skarżył się ludziom naokoło, ale nie miał pewności. Szybko jednak te przykre myśli rozpływały się w alkoholowym amoku, feerii doznań i jednym głównym celu - znaleźć Petera. Mógł zapomnieć swojego imienia, ale nadał byłby w stanie wytłumaczyć, że szuka Huntera. Błądził, zagubiony w tłumie i myślach, wśród znajomych, których twarzy nie rozpoznawał, na swej własnej misji specjalnej, astronauta lecący na podbój kosmosu, odkrywca ziemi nieznanych.
igP7jsl.pngBoom, boom.
igP7jsl.pngW czasie tego krążenia ktoś go zaczepił. uderzył w ramię, prawie wprawiając go w niebezpieczny efekt domina.
igP7jsl.pngBoom, boom.
igP7jsl.pngOdwrócił się, stanął stabilniej. Czyjeś ciało pod ręką, ciepły oddech przy uchu i krzyk, zlepek niejasnych, zagłuszanych muzyką liter.
igP7jsl.pngBoom, boom.
igP7jsl.pngUsłyszał, jak ktoś wołał "pedały", a potem został popchnięty w jedną stronę, stamtąd w drugą. Dostał przypadkiem z łokcia, co go otrzeźwiło na tyle, by zauważył, że Zach szarpie się z Russellem. Chwilę stał w głośnym, rozwrzeszczanym tłumie, aż nagle coś w nim trzasnęło. Było to nietypowa uczucie, jakby przez bardzo długi czas wznosił przed czymś tamę, a ta niespodziewanie pękła i runęła, uwalniając rwącą rzekę nieznanych mu emocji. Zapłonęły w nim żywo, zagłuszając rozsądek i pozostałe bodźce. Nie rozumiał swoich intencji, ale nawet się nad nimi nie zastanawiał. Te nowe doznania pchnęły go do tego, by zaszarżował na Zacha, powalił go na ziemię i zaczął okładać pięściami. Tłum wokół krzyczał, śmiał się. Zach próbował wywinąć się spod Luke'a, wybronić się zgrabnym chwytem, ale był zbyt pijany, ledwo wiedział, co się działo, poza tym był za mocno przygwożdżony całym ciężarem O'Briena. Ten uderzał na oślep, pięścią raz za razem; jedyne, co widział, to mknące przed nim pięści i krew, coraz więcej krwi. Ktoś go szarpnął, Zach się wysunął, Luke się uwolnił, otrzymał parę ciosów, zaczęli się przepychać, szarpać, Luke się potknął, upadł na podłogę i tym razem sam oberwał, ale szybko wrócili do pierwotnej sytuacji i już nie miał pojęcia, ile miał na sobie własnej, a ile cudzej krwi. Uszy wypełniał mu jeden wielki szum, głosy, muzyka, dźwięki zlały się w jeden jazgot, uderzenia były bezgłośne, tak jakby walił w poduszkę; nawet nie czuł nacisku, po prostu robił to dalej, nie zatrzymując się.
igP7jsl.pngKtoś go chwycił pod ramiona i unieruchomił, ściągnął z prawie nieprzytomnego Zacha i choć przestał się już szarpać, nie puszczał go. Widział tylko ciemne ramiona, nie rozpoznawał głosu.
igP7jsl.pngAdrenalina powoli przestawała go odurzać, alkohol też jakby się częściowo ulotnił. Rozejrzał się wokół i dostrzegł gamę różnych emocji, a żadna z nich mu się nie podobała. Z tłumu wybiła się Maritza, a także Colleen, obie wykrzywione w przerażeniu.
igP7jsl.png- Powinniśmy zadzwonić na karetkę? - dobiegło go gdzieś z boku. Dopiero wtedy spojrzał znów na leżącego na podłodze Zacha. Wyglądał okropnie. Cały zakrwawiony, opuchnięty... Luke'owi przeszło przez myśl, że miał nadzieję, iż wyglądał choć trochę podobnie teraz. Zaczęło do niego docierać, co zrobił, i zakręciło mu się od tego w głowie, rozbolał go brzuch. Chciał wymiotować, ale najpierw zniknąć z pola widzenia tych wszystkich osądzających go w tym momencie ludzi, rzucających mu pełne dezaprobaty i obrzydzenia spojrzenia.
igP7jsl.png- Uspokoiłeś się już? - zapytał go ten, który go trzymał w żelaznym uścisku.
igP7jsl.pngSkinął głową. Spodziewał się, że padnie na ziemię w momencie, jak tylko zostanie puszczony, ale trzymał się na nogach zadziwiająco pewnie, przez co poczuł się tylko jeszcze gorzej. Był marionetką, gotową wykonać każdy rozkaz.
igP7jsl.png- My się nim zajmiemy, Luke. - Stanął przed nim Russell, zacisnął mu rękę na ramieniu, ale twarz miał jakąś bladą, minę niewyraźną. - Ty idź się przewietrzyć, dobra? Dziewczyny?
igP7jsl.pngOdwrócił się, wołając Marię i Lin. Do jego boku przykleił się nagle Rich, by odeskortować go na zewnątrz, tak jakby to on był ofiarą zajścia. Gdy przepychali się do wyjścia, dołączyła do nich Lucy. Nikt nic nie mówił.
igP7jsl.pngNa zewnątrz uderzyła ich fala mroźnego powietrza, ich oddechy unosiły się parą ku gwiaździstemu niebu. Byłaby to piękna noc, gdyby nie wydarzenia. Rich posadził go na ławce pod ścianą, usiadł obok. Dziewczyny stały, każda bardziej skonsternowana od drugiej. Nikt nic nie mówił. Luke patrzył na swoje dłonie, na kostki, wszechobecną krew. Czekał, aż podejdzie mu do gardła żółć, ale uparcie wszystko tkwiło wciąż w żołądku i w krwiobiegu. Czuł się obrzydliwy, nie czuł się sobą, czuł wstręt, nie czuł jeszcze bólu. Chciał zedrzeć z siebie skórę, choćby i paznokciami, chciał się wyszorować tak mocno i dokładnie, aż zedrze się do mięsa.
igP7jsl.pngMaritza uklękła przed nim, delikatnie wzięła jego dłonie w swoje, ledwo ich dotykając. Gdy spojrzał w jej oczy, zobaczył, że są wypełnione łzami. Ścisnęło mu się gardło na ten widok i znów napłynęła fala samonienawiści.
igP7jsl.png- Luke, co się dzieje? - spytała bardzo cicho. Na jej gołe ramiona wystąpiła gęsia skórka. Zarzuciłby na nią swoją bluzę, ale nie miał jej na sobie. - Co się stało? Dlaczego...?
igP7jsl.pngRich rzucił mu szybkie spojrzenie, a potem odwrócił głowę w bok. Lucy to wychwyciła. Zacisnęła usta, a w jej oczach błysnęła złość, która coraz bardziej miękła, im dłużej Luke na nią patrzył. Zimny pot występował mu na karku, w głowie szumiało, żołądek się burzył jak morze podczas sztormu i z każdą mijającą sekundą jego samopoczucie się pogarszało, zarówno fizyczne jak i psychiczne. Był na skraju załamania, rozsypu - a przynajmniej w tej chwili wydawało mu się, że to jego granica.
igP7jsl.png- Luke ewidentnie nie ma ochoty na pogaduszki, Maria - odezwała się Lucy chłodnym tonem. - Ledwo kontaktuje. Chłopaki się nim zajmą.
igP7jsl.png- Ale...
igP7jsl.pngMaritza nie wyglądała na przekonaną, ale przepełniało ją tyleż współczucia i zmartwienia, co żalu i irytacji, może nawet złości. Nie dziwił jej się. Nie dziwił się nikomu.
igP7jsl.png- Chodź, zapijemy to. - Lucy uparcie ciągnęła Moncadę z powrotem do środka.
igP7jsl.png- Nie wiem, czy chcę tam wracać...
igP7jsl.png- To najwyżej zbierzesz swoją ekipę. No, chodź. Lin?
igP7jsl.pngColleen usiadła nieśmiało obok kuzyna, po czym ostrożnie oparła głowę o jego ramię. Dziewczyny weszły do magazynu, nie czekając na nią dłużej. Luke czuł się z tym dziwnie. Rozmawiał czasem z Lin, nie było to jednak to samo, co kiedyś, dystans wprowadził także pewne uproszczenie ich relacji. Teraz, kiedy tak siedziała przyklejona do jego boku, opierając się ostrożnie, żałował, że nie zadbał o to bardziej, nie starał się tego podtrzymać.
igP7jsl.png- Mogę w czymś pomóc? - zapytała smutno, krojąc mu tym samym serce na kawałki. Ukrył twarz w dłoniach.
igP7jsl.png- Proszę cię, Lin, idź. - Nie chciał patrzeć na nich, na ich rozczarowanie, pożałowanie. - Trzymaj się Richa albo Lucy.
igP7jsl.png- Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł... - zaczął protestować Richard lekko ostrym tonem.
igP7jsl.png- Nie ruszę się stąd. Potrzebuję chwili.... Chwili wytchnienia. Proszę. Idźcie.
igP7jsl.pngUsłyszał westchnienie, a potem kroki. Został sam na dworze. Wyprostował się nagle, biorąc gwałtowny oddech, wielki haust powietrza, aż go pierś zakuła. Czy Zach trafi do szpitala? Nie powinien tam wrócić? Co się z nim teraz stanie? Trafi do aresztu? Co na to powie jego ojciec? A matka? Co o nim myślą teraz jego znajomi?
igP7jsl.pngCo to w ogóle było?
igP7jsl.pngPowinien sobie odpowiedzieć na to pytanie, ale poszukiwanie odpowiedzi go teraz za bardzo przerażało. Nie chciał teraz podążać tą mętną rzeką, na tyle rwącą, że gotową go porwać. Musiał czymś zająć myśli, uspokoić szaleńczo bijące serce. Wstał, przechadzał się w tą i z powrotem pod ścianą, próbując myśleć tylko o asfalcie pod nogami, o kamykach, zimnym powietrzu, aż nagle usłyszał znajomy głos. Ten głos, którego właściciela szukał całą imprezę, tłącego mu się w umyśle jak światełko na końcu tunelu. Luke zajrzał za róg hali i tam go zobaczył.

Hands, they keep trembling
I've been so weak
When you make an entrance
And when you leave
Oh, I can't hardly breathe

igP7jsl.pngStał, oparty plecami o ścianę. Palcami przeciągał po brodzie i ustach, po których wytworzone przez pobliską latarnię cienie tańczyły smętnie. Wzrok piwnych oczu wbijał w ekran komórki, dającej sygnał rozładowanej baterii. Przygryzł wargę; gest tak charakterystyczny dla niego, gdy się martwił lub mocno nad czymś zastanawiał, że stał się dla Luke'a nieodłącznym elementem jego osoby. Zmarszczył brwi, a swoje smutne oczy przymknął, pozwalając nogom ugiąć się pod jego ciężarem. Musiał marznąć, bo dłonie miał sztywne, blade i lekko drżące, a ramiona skulone. Luke pomyślał, że chciałby natychmiast usiąść obok niego, choćby i na tym zimnym betonie i tak zwyczajnie go objąć. Poczuć lekki oddech na szyi, zwalniające bicie serca. Przez chwilę wszystko byłoby w porządku, bo nic poza tym uściskiem nie miałoby znaczenia.
igP7jsl.pngLedwo zrobił krok, Peter go usłyszał i natychmiast wstał. Luke lekko się zataczając, podszedł do niego, a twarz wykrzywiła mu tyleż złość, co ból, choć starał się zdusić to drugie. Wystarczyło jednak tylko żeby powiedział "dlaczego", patrząc w jego wielkie, brązowe oczy, na tak doskonale znaną sobie twarz, że mógł określić ilość piegów na niej z dokładnością do jednego, na tę drobną bliznę na czole po upadku na placu zabaw - to wystarczyło, by głos mu się złamał, a ponieważ nie chciał stracić dziś resztek godności, zamilknął. Bili się na spojrzenia i Luke'owi wydawało się, że w atmosferze coraz mniej powietrza, ciężko mu było oddychać, jakby wielki ciężar naciskał na jego pierś. Nie pozwolił sobie na odwrócenie wzroku; dążył do tego, by wygrać, a wygraną miał być uścisk, rozwiązujący wszelkie problemy. Ręce go aż świerzbiły do wyciągnięcia w stronę chłopaka, ale uparcie trzymał je przy sobie.
igP7jsl.pngPete pierwszy odwrócił głowę, a Luke jakby na to czekając, uniósł się:
igP7jsl.png- Dlaczego mnie unikasz?
igP7jsl.png- Nie chcę o tym rozmawiać - usłyszał po chwili, co go tak rozsierdziło, że chwycił Huntera za ramię i przygwoździł go do ściany, nie zważając na jego syk bólu.
igP7jsl.png- To mamy problem, bo ja chcę o tym porozmawiać. Przyjechałeś tutaj-
igP7jsl.png- Masz rację, to był błąd. Dlatego-
igP7jsl.png- Nie, Peter! - warknął Luke, zacieśniając uścisk. - Nie zadowolę się znowu tą gadką...
igP7jsl.png- Fuck, Luke! - Teraz to Peter uniósł głos. - Moje ramię!
igP7jsl.pngO'Brien natychmiast cofnął się o krok, wystraszony samego siebie po raz kolejny tego wieczora. Pokręcił głową, usiadł na ziemi, wyklinając siebie, Zacha, trenera, ojca, Petera. Ścisnął głowę rękoma, marząc o tym, by mogła się zgnieść jak mandarynka. Byłoby po problemie. Zamknął oczy, ale słyszał, jak Pete kuca przed nim, oddychając ciężko.
igP7jsl.png- Jak powiesz "to nie ty, to ja", to przysięgam...
igP7jsl.png- Masz rację-
igP7jsl.png- Jeszcze raz przyznasz mi rację...
igP7jsl.png- Tu nie chodzi o ciebie.
igP7jsl.png- Przecież wiem. - Luke wykrzywił brwi w rozpaczliwym wyrazie. Zielone oczy wyrażały bezbrzeżny smutek. - Dlatego nie mogę zrozumieć, Pete... Zdradziłem kiedykolwiek twoje zaufanie?
igP7jsl.pngHunter potarł czoło w bezradnym geście.
igP7jsl.png- Luke, spójrz na nas - powiedział cicho, a w jego oczach Luke dostrzegł złamanie i udrękę. Nie miał pojęcia, skąd się brały i właśnie to doprowadzało go do szału. - Ostatnio ja tak skończyłem, teraz ty...
igP7jsl.png- Do czego zmierzasz? - przerwał mu, nie uciekając wzrokiem, choć jego przyjaciel usilnie tego próbował.
igP7jsl.png- Mamy zły wpływ na siebie.
igP7jsl.pngO'Brien parsknął śmiechem i zanosił się nim, dopóki nie zorientował się, że Peter mówił poważnie.
igP7jsl.png- Nie chcę tego. Nie chcę tego psuć.
igP7jsl.png- Psujesz to, odsuwając mnie od siebie bez słowa wyjaśnienia.
igP7jsl.png- Wiem, że to słaby ruch...
igP7jsl.png- Chujowy - przyznał.
igP7jsl.pngPete spojrzał na niego błagająco.
igP7jsl.png- Po prostu nie wiedziałem, jak ci to powiedzieć.
igP7jsl.pngLuke widział, że go tracił, więc pochylił się naprzód, wyciągnął ręce, zacisnął je na ramionach Huntera. Czuł pod palcami jego lekko drżące z zimna, a może emocji, ciało. Omal go do siebie nie przytulił, ale z trudem wyznaczył sobie granicę.
igP7jsl.png- Pete, Peter... - szepnął, próbując utrzymać na sobie jego wzrok. - Wiesz, że to głupota. Przecież było idealnie.
igP7jsl.png- Było, Luke. To ten problem. - Oczy mu się zaszkliły. - Było, ale już nie będzie.
igP7jsl.pngLuke zmarszczył brwi.
igP7jsl.png- Nie rozumiem. Czy to dlatego, że boisz się, że będziemy się ukrywać znowu? Parę osób już o mnie wie. Ja...
igP7jsl.png- Tu nie chodzi o ciebie, Luke! - uniósł się nagle Peter, odtrącając go. - Ja tu jestem problemem!
igP7jsl.pngOtwierał usta, by dalej mówić, kiedy zza rogu hali wyszła do nich Maritza. Lekko kołysała się na nogach, ale poza tym sprawiała wrażenie boleśnie trzeźwej. Podeszła parę kroków w ich stronę, ale utrzymywała spory dystans. Swojemu chłopaki poświęciła zaledwie przelotne spojrzenie, ale nie w pogardliwy sposób, bardziej strachliwy, jakby nie chciała prowokować drapieżnika.
igP7jsl.png- Jadę z dziewczynami do Tanyi na noc. Myślę, że po ostatnim jesteś nam coś winien, więc zostawiam ci go pod opieką - oznajmiła Peterowi stanowczym tonem. Przetarła nos w nerwowym geście, jaki z nich dwóch tylko Luke potrafił odczytać. - Miłej zabawy.
igP7jsl.pngI już jej nie było. Po dłuższej ciszy odezwał się Peter:
igP7jsl.png- Jest naprawdę miła.
igP7jsl.png- Tak.
igP7jsl.png- Nie zasługuje na to.
igP7jsl.png- Nie rób tego - ostrzegł go ostro Luke.
igP7jsl.png- Wiesz, że mam rację.
igP7jsl.png- Wiem, że cię kocham. - Patrzył, jak Pete zaciska usta, a jego ramiona podnoszą się wysoko i opadają nisko przy głębokich oddechach. Nigdy wcześniej nie wypowiedział tego na głos. To nie był najlepszy moment na to, ale niewiele miał już do stracenia. Czuł, że wyślizgiwał się z jego życia, a wizja tego przerażała go bardziej, niż kiedyś jego wyjazd do Nowego Jorku. To wydawało się bardziej ostateczne. - Bardziej, niż Marię. Bardziej, niż kogokolwiek. Zrobiłbym dla ciebie wszystko.
igP7jsl.png- Jesteś pijany... - wydukał Hunter, kryjąc twarz w dłoniach.
igP7jsl.png- Tak. I mówię prawdę.
igP7jsl.png- To nie jest normalne, Luke...
igP7jsl.png- Nie obchodzi mnie to. Nie wiem, co się z tobą dzieje, ale widzę, że coś jest bardzo nie tak, a nie móc ci pomóc, kiedy ty wspierałeś mnie tyle razy i zawsze...
igP7jsl.pngLuke urwał, zaciskając mocno usta. Gorąco oblewało jego kark i plecy, żołądek wywracał się na drugą stronę i już wiedział, co zaraz się stanie. Oddychał ciężko, myśląc, że może zaraz mu przejdzie, ale nic z tego. Zerwał się na równe nogi, odbiegł nieporadnie kawałek i oparty o ścianę hali zwymiotował. Miał wrażenie, że razem ze wszystkim, co wypił, wypluwa z siebie też wydarzenia ostatnich dni, wymazuje je z istnienia. Dzięki tej wizji rzygało mu się lepiej, ale gdy w końcu jego ciało stwierdziło, iż nacierpiał się dość, wszelkie emocje i wspomnienia wróciły. Nie zmienił czasu, nie zmienił niczego.
igP7jsl.pngWycierając usta chusteczką znalezioną w kieszeni spodni, otarł też oczy.


2tlGTsD
"Do not pity the dead, Harry.
Pity the living, and, above all, those who live without love.”

Offline

#40 2018-03-17 12:57:25

Faworek
Faworek wrocławski ziemniakiem natarty
WindowsChrome 64.0.3282.186

Odp: Whisper

M A Y A    R H O D E S

Stephen King dostałby orgazmu jeszcze przed progiem, widząc jak te żeńskie koncepcje klauna z "It" prezentują swe kobiece kształty, niezbyt gorliwie ukrywane za falbankami i bufiastymi rękawami seksownych sukienek. Jego zachowanie nikogo by nie dziwiło, bo większość wchodzących tu panów, oglądając się za co odważniejszą kreacją, próbowała skręcić sobie kark niczym młode warchlaki,  które usilnie starają się sięgnąć wzrokiem nieba. Wątpiła, czy znajdował się na dzisiejszej imprezie chociaż jeden indywidualista, którego zajęło przed wejściem  choć jedno niezaczepiające o seksizm pytanie. Na przykład May gorączkowo zastanawiała się, czy trafiła na imprezę z  okazji Halloween, czy może pomyliła adres i wylądowała na zjeździe miłośników Avengers, albo grupowej randce wszystkich istniejących Harley Quinn i ich Jokerów.  Można było się porzygać od tych bohaterowych strojów. Dołujący to widok, kiedy przed oczami rozprzestrzenia się jeden ze znaków prania mózgów, które uskuteczniają media. Jeszcze pół wieku temu Halloween było świętem strachów. Kiedy przerodziło się to w dzień ulubionych postaci filmowych?
Czasami z morza przebierańców wynurzała się głowa pierwowzoru Cullenów - tego, który jeszcze nie wpadł na pomysł, żeby błyszczeć. Za właścicielem głowy pojawiał się blada twarz zombie, u którego widać było te ogromne ambicje w skręceniu doskonałego skręta. Miał nim popisać się przed dziewczyną ucharakteryzowaną na sugar skull. W innym miejscu w oczy rzucały się dwie czerwone spiralki namalowane od niechcenia na policzkach. Jednak były to odstające od reguły wyjątki, które na tle całości wyglądały wręcz na błąd w systemie, niemodne wspomnienie z lat naszych rodziców.
A obok skupionej w tym miejscu masy imprezowiczów stała jeszcze May. Nie tańczyła, nie rozmawiała z innymi, nie chciała tu być. Wyglądała na znudzoną i obojętną antyspołeczną pesymistkę. Nie miała ochoty stwarzać pozorów, że jest inaczej. Szczerze powiedziawszy, wolałaby zostać w domu, słuchając muzyki, którą lubi zamiast tego ogłaszającego dudnienia basów, śmiejąc się x żartów, które bawiły ją i jej przyjaciół, którzy ceniliby wspólną zabawę i wzajemne towarzystwo.  W tym budynku prócz Joan nie było nikogo, kogo obchodziło jej samopoczucie, kto potrzebował jej obecności, aby doskonale się bawić. Stała więc oparta o ścianę w rogu pokoju, kryjąc się pod chmurą z marihuany przed chłopakiem, którego towarzystwo opuściła przed chwilą bez słowa wyjaśnienia: przez panujący dookoła hałas nie docierały do niej żadne jego słowa, choć wykrzykiwał je prosto do jej ucha. I jeśli komuś miało być przykro z powodu jej manier, z pewnością owym kimś nie była May.
Nagle cudza dłoń chwyciła ją delikatnie za łokieć. Obróciła się przez ramię, a jej serce zatrzymało akcję na setną sekundy, kiedy spojrzała w płonące złotem oczy i zapluty krwią, szeroki uśmiech kota z Cheshire namalowany na twarzy Joan. Widziała jak jej makijaż powstawał - Samantha zadziwiała ją kunsztem w charakteryzacji podczas szykowania całej trójki na wyjście - a mimo to wciąż nie była wstanie przywyknąć do Joan w roli tego wytatuowanego, kościstego stwora z Alice Madness Returns.
- Wystraszyłaś się? - Spytała koleżanka May. Ukazała przy tym swoje prawdziwe zęby, czego nie dało się ujrzeć na pierwszy rzut oka. Ciągnący się wzdłuż jej twarzy pysk mrocznej postaci z gry zlewał się z jej wargami niezauważalnie.
- Zamyśliłam.
- Za dużo myślisz. Chodź z nami zatańczyć - Joan nienachalnie szarpnęła jej ręką w stronę wyginającej biodra Samanthy.
- Na to wypiłam jeszcze za mało.
- W takim razie przyniosę ci drinka. Hmm? Co ty na to, Jacku Skellington?

***

Był podręcznikowym przykładem człowieka, któremu głowa służyła wyłącznie jako przedłużenie szyi. Natura pozwoliła mu jej urosnąć, aby mieć dogodne miejsce na ulokowanie twarzy. Wykreowanie ust na klatce piersiowej z pewnością nie byłoby praktyczne, chociaż nie stwarzałoby pozorów, że wypowiadane przez niego słowa mają dostęp do żyjącej myśli. Nazywał się Glenn. Glenn Page. Jego nazwisko było dla niej do tej pory równie nieistotne jak łzy dzieci w chińskich fabrykach dla wszystkich miłośników butów Nike do czasu, w którym nadmiar wypłakanej wody zaczyna rozpuszczać klej do podeszwy. O jego zbytecznym istnieniu dowiedziała się przed momentem, usłyszawszy wpierw jego punkt widzenia na sprawę zaginięcia Lilian i śmierć tej studentki: Allison, tak miała chyba na imię.
Przyniósł ze sobą pilarkę łańcuchową ojca, bez łańcucha na szczęście. Wymachiwał nią przed dziewczynami, wrzeszcząc, że tego wieczoru będzie ich największym horrorem, że je dopadnie i powinny uważać na siebie podczas powrotu, bo mogą skończyć jak Allison znaleziona w lesie albo Lilian. Wyśmiewał każdy akt oburzenia, powtarzając że laski nie znają się na żartach. Wyskakiwał zza rogów, strasząc niespodziewających się go ludzi, po czym uciekał, przepychając się przez największą grupę imprezowiczów, jaką po drodze dostrzegał. Joan twierdziła, że ktoś sprzedał mu za dużą dawkę prochów, bo nie była w stanie uwierzyć, że ktokolwiek mógł postępować jak Glenn w sposób naturalny i przetrwać przy tym ponad dwadzieścia lat. May zastanawiała się, kto pozwolił ludziom o ilorazie inteligencji niższym od rozdeptanego ślimaka dołączyć do dzisiejszej zabawy, ale nie szukała konkluzji. Gdzie sens wyznaczania winnych ucieczki koczkodana z klatki, kiedy zwierzę wciąż biega po ulicy, rzucając kamieniami w szyby witryn i samochodów? May postanowiła wpierw dopaść zbyt głośnego Page'a i zamknąć mu usta, z których padały żarty o śmierci Lilian - żarty twarde i zimne, godzące w jej serce jakby było tłukliwą, niezabezpieczoną przed kamieniami szybą witryn.
Żeby ujarzmić nieokiełznane zwierzę, trzeba było trochę sprytu i cierpliwości. A May miała tego w nadmiarze.
- Joan - ciała dziewczyn zwarły się w ciasnym uścisku ramion May. Jej usta znalazły się blisko ucha przyjaciółki - Twój mentor smaków ma dla ciebie coś specjalnego. Prawdziwa uczta przyjemności.
Joan wysłuchała planu May bez słów sprzeciwu. Za każdym razem przyjmowała zadanie wyznaczone jej przez May posłusznie i pokornie jak powtarzaną mantrę. Robiła to bez oznaki zwątpienia, wierna jak nurt swej rzece. Chwyciła więc Samanthę  za dłoń przekazując jej słowa May, a kiedy one ruszyły po schodach na piętro, Rhodes zaczęła poszukiwać w tłumie Richarda Olivera. Znalazła go w towarzystwie dwóch dziewczyn, z których jedną była Lucy. Kiedy mijała go tamtego wieczoru przed drzwiami klubu, widząc wtedy jego obitą twarz, nigdy nie powiedziałaby, że mogą znaleźć się aż dwie dziewczyny, które chciałyby rozmawiać z nim dłużej niż pięć minut.
- Cześć, jak się macie? - Zagadnęła do nich.
- Wow, świetny makijaż! - Krzyknęła Lucy, snując spojrzeniem po twarzy May, namalowanych na niej konturach zwęglonych, spiłowanych na szpilkę zębów, cieniach popękanej czaszki i pędzlem pociągniętych zacienieniach tworzących obraz zmarszczonych brwi pod grzywką peruki - Czy ty masz czarne soczewki?
- Tak. Mój znajomy zajmuje się zawodowo charakteryzacją. Robię za jego żywą reklamę.
- Super.  Musisz mi dać namiary na niego. - Dziewczyna wyciągnęła do May otwartą dłoń, przygotowaną na uścisk - Jestem Lucy.
May zawiesiła wzrok na jej dłoni, jakby ujrzała leżący na niej kalafior. Czemu się przedstawiła? Znały się. May wiedziała o niej więcej niż potrzebowała jeszcze zanim ujrzała jej twarz po raz pierwszy. Świętowały razem urodziny Luke'a. Nie poznawała jej? Jeśli tak, oznaczało to, że Samantha odwaliła świetną robotę, przygotowując ją do imprezy.  Występowanie incognito mogło bardzo pomóc.
- Susan - May odwzajemniła uścisk dłoni.
- Uczęszczasz na naszą uczelnię? - Zapytał Rich.
- Nie. Jestem z New Hampshire.
- Mam wrażenie, że już cię gdzieś spotkałem - chłopak nie wydawał się przekonany. Był bardziej spostrzegawczy.
- To twój sposób na podryw? - Zaśmiała się bezgłośnie, próbując zawstydzić Richa. Lucy wyczuła jej intencje szybciej niż zdołały się ziścić i zmieniła temat, broniąc kolegę  przed zażenowaniem w towarzystwie:
- To co robisz w miasteczku?
- Przyjechałam do rodziny w odwiedziny. - Kłamstwa z ust May wypływały subtelnie, naturalnie, bez zawahania. Miała tę sztukę wypracowaną, zapłaciwszy za naukę porażkami: szlabanami i straconymi przyjaźniami - Ale moja przyjaciółka tu studiuje i powiedziała, że mógłbyś mi sprzedać coś fajnego.
Splotła ze sobą palce za plecami, puszczając Oliver'owi sugestywne spojrzenie.
- Ile chcesz?
- Dwie działki - odparła, czekając aż chłopak wyciągnie towar, a kiedy nastąpiła pośpieszna wymiana, May dodała kilka słów na pożegnanie:
- Dzięki. Jesteś zbawieniem. Ach! I radziłabym wam przenieść się z dalszą imprezą gdzie indziej. Słyszałam, że ktoś wezwał policję.
Cała trójka spojrzała na nią zdębiała, ale May zniknęła już między ludźmi, chowając w staniku zdobycz od Richa. Wtargnęła do starego, pustego składzika na tyłach magazynu , wyciągnęła telefon i wystukała na ekranie 911. Streściła historię bójki Luke'a i opowiedziała o ćpunie, biegającym z piłą wśród dzieci po starym magazynie na przedmieściach. Nie było jej wstyd. To nie był głupawy, gówniarski żart. Cel uświęcał środki.
Policja przyjęła zgłoszenie. Teraz May musiała się śpieszyć. Miała za zadanie znaleźć Glenna i namówić go, aby poszedł razem z nią. Czuła się trochę jak pedofil - skusi tępe, niedojrzałe stworzenie, machając mu lizakiem przed nosem. To nie mogło być jednak trudne.
Glenn jak na zawołanie wyskoczył przed nią zza rogu, wyciągając ku niej swoją zabawkę. May była bardziej zaskoczona bezproblemowym, szybkim końcem szukania chłopaka niż jego mało teatralnym przedstawieniem. Miała wrażenie, że sam instynktownie prosił się o to, co dla niego szykowała - los wysłał go wprost w jej ręce z premedytacją, bo natura nie lubi pustostanów.
- Opuść to, chłopcze. Mam dla ciebie ciekawsze zajęcie - zagadnęła, palcem nakazując, aby odsunął od niej pilarkę.
- Niby jakie?
Dziewczyna podeszła do niego, stawiając kroki nieśpiesznie, lecz pewnie. Spojrzała na niego zalotnie, choć z pewnością nie zauważył tego, opuszczając wzrok na dekolt May, który znalazł się tuż pod jego brodą.
- Na górze czekają na mnie koleżanki. Szczerze mówiąc, brakuje nam kogoś do zabawy - mówiła coraz ciszej. Glenn z każdym słowem opuszczał ucho coraz niżej, aby móc ją słyszeć. W końcu May wyszeptywała mu ciepłym oddechem wizję wspólnych uciech - Mamy puste miejsca, które trzeba wypełnić. Może chciałbyś się dołączyć do nas trzech?
- Was trzech? - Powtórzył jak zahipnotyzowany.
- Zostaw swą zabawkę i chodź ze mną.
Widziała, że nie musi stosować wysokiego poziomu perswazji, aby poszedł za nią jak na smyczy niczym zwykły, krzykliwy jamnik za zapachem pełnej miski. Stąpał w ślady May po schodach, aby stanąć przed widokiem, którego jak dotąd prawdopodobnie nikt wcześniej nie widział:  druga matka Koraliny ściskała Kota z Cheshire za wystający spod podwiniętej sukienki dziewczęcy pośladek, kiedy on zsuwał powoli z jej ramion sukienkę w kropki. W tym obrazku było coś równie strasznego, co podniecającego, przynajmniej według May.
Dziewczyny były zbyt zafascynowane swym aktualnym zajęciem, aby zauważyć wchodzącej do pomieszczenia dwójki. Oderwały się od siebie dopiero na dźwięk słów May:
- Przyprowadziłam towarzystwo.
Sam zmierzyła Glenna wzrokiem.
- Tylko jednego?
- To bez znaczenia  - wtrąciła Joan - Słyszałam, że ktoś wezwał policję. Musimy zmienić lokal.
- Jedźmy do mnie. Mój współlokator poleciał na tydzień do Grecji. Mam puste mieszkanie.
May spojrzała na chłopaka.
- Co ty na to? Pojedziesz z nami?
Nie wiedziała, po co go w ogóle pytała. Jego twarz wyraźnie dawała sygnał, że jego mózg od kilku chwil nie mówi nic innego niż: "Tak! Tak! Ściągaj spodnie, stary! Na co ty czekasz?", więc kwadrans później pędzili już główną drogą bez pytania pożyczonym od kogoś samochodem. (Nie zostawia się odpiętych torebek bez opieki.) May wyciągnęła woreczki zdobyte od Richa i wciąż podsuwała jego zawartość Glennowi. Nie odmawiał już niczego, co mu zaproponowała. Z daleka słyszeli syreny policyjnych wozów kierujących się w przeciwną stronę. Auto porzucili potem niedaleko uczelni, żeby właściciel mógł je jutro łatwo znaleźć. Zrobili sobie wycieczkę pieszą. Joan szła uwieszona ramienia Samanthy, co jakiś czas zatrzymując ją na drobne pieszczoty. May zza pleców dochodziły wtedy przerywane, zdławione chichoty. Prosiła w duchu, aby jej koleżanki nie poczuły się zbyt swobodnie i nie powiedziały niczego, co mogłoby je nazajutrz zdemaskować. Jednocześnie zabawiała Glenna, ale on nie rejestrował już zbyt wiele, a temu, czemu udawało się przedostać do jego mózgu, przychodziło to z wielkim wysiłkiem.
Kiedy doszli do mostu, dziewczyny powiedziały, że muszą udać się na bok i zaraz wrócą. Dla May był to znak, że jej plan jak do tej pory działa.
- Fajne macie te swoje stroje - Zagaił do niej Glenn, gdy zostali sami.
- Podoba ci się? Mogę ci go dać - odparła - Jeśli ty dasz mi swój.
- Nie, ja... Nie... - Zająknął się, ale May zsunęła już ramiączka z ramion, a wraz z nimi całą sukienkę. Podniosła ją z ziemi i wcisnęła mu w ręce.
- Twoja kolej.
Posłuchał. To były zbyt łatwe. Gdyby każda osoba, którą May próbuje w coś wrobić, była tak prosta w obsłudze jak on, wykorzystywanie ludzi przestałoby ją bawić.
Kiedy walczył z paskiem, wróciły niezauważenie Sam z Joan i zaczęły oklejać zabraną z magazynu taśmą słup najbliższej latarni.
- Daj - wymruczała May, odciągając jego ręce - Pomogę ci.
Chwyciła jego spodnie i naparła na niego, popychając go w stronę słupa. Z chwilą, gdy uderzył barkami o metal, dziewczyny w jednym doskoku zaczęły oplatać go wraz ze słupem nawarstwiającymi się pasmami taśmy.  Patrzył na nie z otępiałym wyrazem twarzy, kiedy zaciskały pętle coraz ciaśniej. May w tym czasie zdążyła spuścić z jego bioder ostatnie z zakrywających go ubrań.
- Heh, co robicie?  - Zapytał, rzucając im przyćmione spojrzenia.
May w odpowiedzi zaczęła syczeć do jego ucha, mogąc w końcu uwolnić duszoną w sobie cały wieczór wściekłość:
- Powiedziałabym ci, że to nauczka za twoją głupotę i pierdolenie bzdur dookoła. Powiedziałabym ci tyle rzeczy, ale każde z moich słów trafiłoby nigdzie, więc to nie jest żadna kara. To twoja studencka przygoda - poklepała go po torsie - Tylko jedno musisz zapamiętać: Lilian Rhodes żyje i nikomu nie wolno jej uśmiercać.
Odsunęła się od niego. Wyciągnęła telefon, zrobiła nim zdjęcie, wzięła Sam i Joan pod rękę i odeszła z nimi, zostawiając go tam na łaskę opustoszałego przez noc miasteczka.

Ostatnio edytowany przez Faworek (2018-03-28 13:32:15)


Próżno ich sypkie zatrzymują śniegi
i lodem wzdęte odpychają brzegi.
Przeszli zawady, bo miłość szła wprzódy,
zmiatała śniegi i topiła lody

Offline

Użytkowników czytających ten temat: 0, gości: 1
[Bot] CCBot

Stopka

Forum oparte na FluxBB

Darmowe Forum
kosciolfilipski - legion-god-eaters - futurecitystories - the - gtadrop