Opowiadania grupowe - forum Depesza

Opowiadania grupowe

Nie jesteś zalogowany na forum.

#1 2018-05-16 18:37:20

Angelue
Admin.
Windows 7Chrome 66.0.3359.170

American Boondocks

     Południowa granica Stanów Zjednoczonych od lat była znana z wypluwania szumowin ze swoich trzewi. Zapewne żadna z tych osób, których definicja szumowiny obejmowała, nie zgodziłaby się z zaklasyfikowaniem jej do tej grupy - tak też było z pewną grupą ludzi, którzy mieli własny pomysł na przeżycie na tym pustynnym zadupiu. Nie był to pomysł oryginalny - zrodził się wcześniej w głowach tysięcy innych ludzi - a było nim założenie własnej działalności. Co prawda, w tym kapitalistycznym świecie prowadzenie działalności wiązało się z niesprawiedliwym oddawaniem części zysków państwu - jednakże nie ma rzeczy, której nie dałoby się obejść. Podatki? Płaci się je, jeśli działalność istnieje na papierze. Z kolei, co jest potrzebne do założenia takowej? Własny kapitał, oczywiście. Brak kapitału?
Cóż, zatem pora wypłacić go w banku.

riMw2uf.jpg?2


Dziwne, u mnie działa.

Offline

#2 2018-05-16 19:22:21

Arbalester
Łoś Przewodnik
MacintoshSafari 604.1

Odp: American Boondocks

HbBh7MY.png
vOgQe1z.jpg

boombox_by_pyro_sith-d3t049m.gif

- Nie chcę tu dłużej być.
- Słoneczko, nie mamy dokąd pójść...
Kendra zamknęła powoli powieki. Łzy osiadły na jej rzęsach i nieśpiesznie spłynęły po dziecięcych policzkach, krótkiej szyi, aż wsiąkły w zniszczoną, podartą koszulkę. Była za duża i nosiła ją już wiele dni. Przynajmniej nie cisnęła jak poprzednia.
- Nienawidzę go.
- Wiem, kochanie. To już długo nie potrwa.

Oczywiście trwało dużo dłużej. Jeszcze lata. Jak nie jeden, to drugi. Krzyki, trzaski, uderzenia, szloch. Chowała się pod łóżko, bała się wyjść. W końcu postawiła ją przed wyborem - mogła iść z nią lub zostać z nim. Została. Kendra odeszła.

Śpiewała w spelunach i barach. Ubierała się, malowała, wychodziła przed publikę. Przedstawiała się wszystkim jako Melody. Nie musieli jej wierzyć; wystarczało, że przekonała samą siebie o byciu inną osobą.

Przychodził tam regularnie po miesiącu, odkąd zaczęła pracować. Siadał za każdym razem w tym samym miejscu i nie miała występu, na którym by go nie widziała. Klaskał głośno, z szerokim uśmiechem, inicjował gwizdy. Na początku czuła dyskomfort. Poznała wielu mężczyzn matki i każdy następny z nich był gorszy od poprzedniego. Jednak kiedy Sean wreszcie do niej podszedł, nie dostrzegła w jego oczach tego, co zazwyczaj. Jedynie szczery podziw i wyuczony dystans, którego pojęcia tamci nie znali. Mimo tego długo jeszcze nie pozwoliła mu się nigdzie zaprosić. Perspektywa tego, co mogłoby się wydarzyć, jednocześnie ekscytowała ją i przerażała. Kiedy wreszcie z nim poszła, straciła głowę.

Seana zawsze ciągnęło do czegoś, czego nie powinien robić. Zamieniał uzależnienia na adrenalinę, a przy tym potrafił swoje czyny ubrać w słowa tak, że wychodził na superbohatera walczącego z systemem, nawet jeśli babrał się rozprowadzaniem narkotyków. Melody wierzyła w każde jego słowo. Nic złego nigdy nie spotkało jej z jego ręki. Był wspaniałym kochankiem, dbał o nią i troszczył się bez przerwy i co by się nie działo, stawiał ją na pierwszym miejscu. Tak mówił, a ona tkwiła w tym przekonaniu.

Kendra nigdy nie myślała o swoich marzeniach. Nie zastanawiała się, czego pragnie. Żyła z dnia na dzień, kierując się chwilowymi zachciankami, nie myśląc o jutrze, ani wczoraj. Była praktyczna i rozsądna, a dbała tylko o dwie sprawy – siebie, i Seana. Tak mijały lata i nic nie ulegało zmianie, oprócz ich otoczenia.


2tlGTsD
"Do not pity the dead, Harry.
Pity the living, and, above all, those who live without love.”

Offline

#3 2018-05-16 19:45:20

Raika
Użytkownik
WindowsChrome 66.0.3359.139

Odp: American Boondocks

maya.png

553f52a8a1072ef2836e8fd859095566.jpg

      Maya zawsze prowadziła ryzykowne życie. Jej uzależnieniem jest narażanie samej siebie na niebezpieczeństwo, gra z życiem. Jeśli ma na coś ochotę robi to, często narażając tym swoje życie czy stan zdrowia. Nie myśli o konsekwencjach, o czym bardzo często się przekonuje. Nie umniejsza to jej zabawy, wręcz tylko ją nakręca. Niekiedy może się przy tym wydawać niezrównoważona psychicznie, jednak potrafi bardzo trzeźwo myśleć. Tylko wcale nie chce tego robić. Po co sobie psuć zabawę? Życie ma się jedno.
      Wiadomo jednak, że człowiek się zmienia. Maya nie była taka w dzieciństwie. Dopiero wchodząc w wiek dojrzewania, jako nastolatka, zaczęłam kierować wzrok w nieodpowiednią stronę. Nakręcała się wizjami, snami i myślami. Nakręcała się codziennym widokiem tej jednej, nieodpowiedniej rzeczy, aż w końcu po nią sięgnęła. Be wahania wzięła to na co miała ochotę i dostała to, chociaż nie na długo. To był jednak moment, w którym jej życie nabrało zupełnie innego kierunku. Zaczęła wchodzić tam, gdzie nie potrzeba. Zaczęła uczestniczyć w imprezach, próbować wszystkiego i bawić się, a jej brat, który do tej pory powodował, że dziewczyna panowała nad sobą, zaczął indywidualne dorosłe życie. Miała szesnaście lat, kiedy jej starszy dwudziestoczteroletni brat odszedł bez słowa. Nie utrzymywali kontaktu, a Maya pozwoliła sobie na „zdjęcie” ograniczeń, które miała nałożone.
      Mając dwadzieścia lat zrobiła dokładnie to samo, co jej brat, cztery lata wcześniej. Odeszła, chcąc doświadczyć wszystkiego, co mogło zaoferować życie. Pod wpływem dziewczyny, którą poznała zainteresowała się złodziejstwem. Nauczyła się od niej wszystkiego, a nawet i więcej, co kobiecie się nie spodobało. Po trzech latach współpracy, zrezygnowała z niej i zniknęła. W tamtym czasie obrały sobie za cel bankiet, jednak coś poszło nie tak. Niewiele brakowało, a zostałyby złapane. Roxy, jej partnerka, zostawiła za sobą ślad, a Maya nie miała zamiaru przez to wylądować z nią za kratkami. Mocno się pokłóciły i rozeszły, jednak przezorna dziewczyna nie chciała ryzykować. Nigdy nie ubrudziła sobie bezpośrednio rąk czyjąś krwią, ale jakoś musiała zapewnić sobie nietykalność. Wiedziała, gdzie szukać takiego idioty. Wystarczyło pokręcić dupą przed twarzą mężczyzny, którego każdy się w okolicy bał. Chcąc przypodobać się kobiecie, mężczyzna odnalazł Roxy i pobawił ją życia, a ciała się pozbył. Nie była to tez jedyna osoba, którą zabił dla swojej kochanki. Maya była bezpieczna, ustawiona i miała "czyste ręce". Trzy kolejne lata spędziła u boku czterdziestoletniego mężczyzny, owijając go sobie wokół palca i poznając wszystkie jego sekrety. Dowiedziała się, gdzie trzymał oszczędności, dopracowała swoje umiejętności złodziejskie i go okradła. Nikt się tego nie spodziewał, jednak szybko orientowali się, kto był winowajcą. Zaczęli ją ścigać, a ona już od dawna, planując ten skok, dowiedziała się, gdzie mogła znaleźć brata. Logan, którego zwykła nazywać Wolverine, chociaż był wściekły na siostrę, że przyszła do niego tylko się ukryć, udzielił jej pomocy, jednak zapewne tego żałuje. Zainicjował wszystko tak, że dołączyła do mafii, a że jest świetnym złodziejem, odnalazła tam swoje miejsce. Minęły dwa lata, podczas których Maya nabrała przekonana, że jej były jej nie odnajdzie, ale myliła się. Niewiele po tym ją odnalazł. Ją, jej brata i mafię, do której należała. Miało wtedy miejsce ostre starcie bojowe, podczas którego Logan został postrzelony. W wyniku tego uszkodzenia, został przykuty do wózka, a winna temu jest jego siostra…

Ostatnio edytowany przez Raika (2018-05-28 20:36:12)

Offline

#4 2018-05-16 21:31:19

Dolores
Kucyponek Jednorogi
MacintoshSafari 604.1

Odp: American Boondocks

gigolo.png

W malinowym chruśniaku, przed ciekawych wzrokiem
Zapodziani po głowy, przez długie godziny
Zrywaliśmy przybyłe tej nocy maliny.
Palce miałaś na oślep skrwawione ich sokiem.

Zawsze byliśmy tylko my dwoje. Od pierwszej chwili. Mieliśmy własny świat, niedostępny dla nikogo innego. Ani dla rodziców, ani dla innych dzieciaków, ani dla licznych psychologów w późniejszych latach. Nasz ojciec odszedł gdy mieliśmy pięć lat. Pewnego dnia wyszedł z domu i nigdy więcej do niego nie wrócił. Spotkałem go później, po wielu latach. Dostał ode mnie na powitanie kulkę w łeb... Mama zmarła dwa lata po jego odejściu. Podobno z rozpaczy, rozchorowała się i nie dała sobie rady z chorobą, nawet nie walczyła z nią. Poddała się. W tym momencie zostaliśmy całkowicie sami. Jen i ja. Ja i Jen. Nasz mały, hermetyczny świat stawał się jeszcze bardziej niedostępny dla innych. Przygarnęła nas ciotka Mary, przez co musieliśmy się przenieść z cudownie szarej, rodzinnej Warszawy, do jakiejś dziury w stanie Ohio. Na nieszczęście wylądowaliśmy w najgorętszej jego części zwanej Bluegrass. Nie pasowaliśmy tam, nie mówiliśmy jak oni, nie wyglądaliśmy jak oni. Mogli zmienić nasze nazwiska i ubrać nas inaczej, ale dalej ostawaliśmy od reszty mieszkańców. Pierwsze lata spędzaliśmy wyłącznie w swoim towarzystwie. Z czasem wrośliśmy w małą miejscową społeczność, mieszkańcy miasteczka zaakceptowali nas, jak koty ciotki Mary w końcu zaakceptowały kilka nowych mebli, które pojawiły się w domu wraz z naszym przybyciem. Jeden z nich, nazywany przez nas Louie, gruby czarny kocur z białą końcówką ogona, szczególnie upodobał sobie leżenie na fotelu koloru butelkowej zieleni w moim pokoiku na poddaszu (obok, również na poddaszu, znajdował się pokoik Jen, o dokładnie takim samym rozkładzie, ale zupełnie innym urządzeniu). Kot tak uwielbiał ten fotel, że to w nim wiele lat później dokonał żywota. To była druga i ostatnia śmierć jaka kiedykolwiek mnie zasmuciła. Pochowaliśmy go między krzakami malin. To było nasze ulubione miejsce i chcieliśmy by nasz ulubiony Louie dzielił je z nami już zawsze. Latem potrafiliśmy spędzać tam długie godziny. Ja z tomikiem wierszy w ręce i kotem na kolanach, Jen wystawiająca długie nogi spod materiału zwiewnej sukienki, by złapać trochę słońca. Zrywaliśmy owoce. Nasze palce skrwawione ich sokiem. Ciotka Mary krzycząca na nas, że znów obrywamy krzaki. Nasze pierwsze małe zbrodnie. Wtedy jeszcze nie spodziewaliśmy się, że kiedyś nasze drobne grzeszki urosną do gigantycznych rozmiarów i na dłoniach będziemy mieć nie tylko malinową krew. Ale póki co żyliśmy spokojnie przechadzając się po miasteczku. Gdy skończyliśmy czternaście lat, chłopcy z miasteczka jakoś bardziej zaczęli zwracać uwagę na Jen. Początkowo nie stanowiło to dla nas problemu, ci chłopcy nie istnieli dla nas tak samo jak reszta społeczeństwa. Ale po pewnym incydencie zdaliśmy sobie boleśnie sprawę z tego, że otaczają nas inni ludzie i chcąc nie chcąc będziemy z nimi wchodzić w interakcje. Nic nie powiedzieliśmy, gdy pewnego wieczora wróciliśmy do domu: ja z krwawiącą wargą, podbitym okiem i posiniaczony ciałem, Jen z zapłakaną twarzą, zadrapaniami na ramionach i sińcami na udach. Ciotka Mary krzyczała w niebogłosy, chciała wzywać policję albo wieźć nas do szpitala, ale Jen uspokoiła ją gestem dłoni. Później zeszliśmy do piwnicy, gdzie stała wielka zamrażarka. Drżącymi rękami Jen wrzucała kostki lodu do trzymanych przeze mnie ściereczek. Miała grobową minę, ale w jej oczach szkliły się łzy. Tamten wieczór, kiedy leżeliśmy na jej łóżku z zimnymi okładami... To był bodziec. Następnego dnia poszedłem do hangaru, gdzie kilku starszych chłopaków, mężczyzn już właściwie, trenowało boks. Chciałem do nich dołączyć. Początkowo mnie wyśmiali, miałem niecałe szesnaście lat i chuderlawe ciało ale kiedy zobaczyli upór w moich oczach, w końcu się zgodzili. Niedługo po tym Jen zaczęła uczyć się strzelać z łuku. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy jak bardzo przydadzą nam się te umiejętności w przyszłym życiu. W tamtym momencie mieliśmy zupełnie odmienną wizję naszej przyszłości. Jen chciała być tancerką, lata później jej marzenie po części się spełniło, ale nie tak jak tego chciała będąc nastolatką. Ja myślałem o zostaniu matematykiem. Od zawsze miałem umysł bardziej ścisły i analityczny. Lubiłem liczyć. W pewnym momencie zacząłem odmierzać gramy białego proszku rozbijanego z białych bloczków i przeliczać dziesiątki dolarów. Z czasem dziesiątki zamieniły się w setki, których stosiki rosły na stole. Pod koniec liceum stałem się jednym z bardziej obrotnych dilerów, nie tylko w naszym miasteczku, ale także w okolicznych, tych mniejszych i tych większych. Jen zawsze wyłapywała klientów, miała dar do ludzi. Potrafiła szybko wyłapać kto jest w kokainowe potrzebie i zaciągnąć go w ciemny zaułek, gdzie stałem ja, cały na biało. Z dilerki były dobre pieniądze, duże pieniądze. Ale apetyt rośnie w miarę jedzenia. Legalny sposób zarobków byl dla nas zbyt nudny i zbyt pracochłonny. Po skończeniu szkoły kręciliśmy się jeszcze trochę w Ohio, aż do śmierci ciotki Mary i ostatniego z jej kotów, kiedy mieliśmy po dziewiętnaście lat. Wtedy już nic nas tam nie trzymało. Spakowaliśmy najważniejsze rzeczy osobiste i pliki banknotów, wsiedliśmy do starego Mercedesa i odjechaliśmy w stronę zachodzącego słońca. Przez pewien czas trwała dla nas wieczna noc. Dyskoteki w klubach, kolorowe drinki i białe ścieżki uciechy. Słońce wzeszło dopiero gdy dotarliśmy do Kalifornii. Tam miało zacząć się nasze prawdziwe życie. Mieliśmy przy sobie trochę towaru i resztki niemalże zupełnie stopniałego zapasu gotówki. Chcieliśmy coś opchnąć w okolicy, która wydała nam się odpowiednia do tego typu transakcji. Już miałem chować plik dziesięciodolarówek, jaki dostałem za swoj towar, gdy ktoś przytknął zimną lufę pistoletu do tyłu mojej głowy. Jeden był za mną, dwóch nadchodziło z mojej prawej i z lewej. Poprawiłem okulary, które zsunęły mi się na koniec nosa. Nie mogłem wtedy zginąć. Wiedziałem to. Jen też to wiedziała, gdy wyłoniła się z mroku z cegłówką w ręce, którą rozbiła głowę facetowi za mną. To był początek naszej Kalifornijskiej drogi na szczyt. Początek nie był przyjemny. Przetrzymywali nas przez kilka dni, zanim zorientowali się, że możemy być dla nich przydatni. Ale później było już tylko lepiej. Dwa lata rozprowadzalismy dla nich narkotyki po Los Angeles. W tym czasie zdążyliśmy zgromadzić ładną sumkę. Byliśmy praktycznie ustawieni, kiedy w LA zaczęła się cicha wojna gangów. Kiedy nasz boss dostał kulkę w łeb, wsiedliśmy do pierwszego samolotu jaki udało nam się złapać i wylądowaliśmy w Carson City, a stamtąd prowadziła już tylko prosta droga do Las Vegas. Kilka miesięcy bawiliśmy się w kasynach, oszukiwaliśmy przy grze w pokera, albo okradaliśmy bogatych biznesmenów w ich pokojowych hotelach. Mieliśmy kilka popisowych numerów. Najczęściej działał ten z zazdrosnym „chłopakiem”, gdzie Jen zaciągała ich do łóżka i kiedy już miało do czegoś dojść, wchodziłem ja ze spluwą skierowaną w stronę glowy naszej ofiary. Może trudno w to uwierzyć, ale do dwudziestego drugiego roku życia nikogo nie zabiłem. Pierwszy raz miał miejsce w grudniu, w San Francisco. Dokładnie pamiętam ten dzień, na cztery dni przed świętami Bożego Narodzenia. Ostatnia zmiana w banku. W rabowanie banków wkręciliśmy się po powrocie do Kalifornii, po tym jak jeden z numerów w Las Vegas nam nie wyszedł i musieliśmy się stamtąd jak najszybciej wydostać. Mieliśmy już trochę wprawy, znalezienie odpowiednich ludzi nie stanowiło problemu. Właściwie, jesli obraca się w takim towarzystwie, ludzie sami się znajdują. Tak było tym razem. Szybkiego Jima poznaliśmy w przydrożnym barze dosłownie kilkanaście kilometrów od San Francisco. On zapoznał nas z Kanadyjczykiem Wade’m i Abdulem arabskiego pochodzenia. Napady na banki były prostą sprawą, pracownicy najczęściej sami wkładali nam forsę do walizek. Ale tamtego wieczoru było inaczej. Kobieta darła się w niebogłosy. Jej krzyk rozsadzał mi czaszkę, nie mówiąc o tym, że zwracała uwagę. Jim nie mógł znaleźć taśmy klejącej. Jen rzucała mi już błagającej spojrzenia, próbując złamać szyfr w sejfie (okazało się, że była w tym naprawdę dobra). W końcu nie wytrzymałem. Huk wystrzału uciszył jej wrzaski. Kula przebiła jej czoło idealnie pośrodku. Wszyscy zamarli, a we mnie coś pękło i już nigdy nie byłem taki sam. Zawsze byłem raczej zamknięty w sobie. Kiedy jeszcze mieszkaliśmy u ciotki Mary, prowadzała mnie po licznych psychologach i psychoterapeutach, bo przez pierwsze miesiące właściwie się nie odzywałem, a jeśli już coś mówiłem to tylko do Jen na ucho. Ona zawsze była odważniejsza, bardziej wygadana i silniejsza psychicznie. A jednak to ja jako pierwszy zabiłem człowieka. Zawsze byłem maskotką naszej drużyny, ale teraz wstąpiło we mnie coś demonicznego. Jen to widziała. Wkrótce miało to być powodem nadszarpnięcia, a potem i zerwania naszej siostrzano-braterskiej więzi. Ale póki co cieszyliśmy się z łatwego zysku. Zamówiliśmy najdroższą whisky, w jednym z najlepszych barów. Tej nocy zrobiłem też pierwszy tatuaż - płonącą czaszkę na ramieniu. Na początku Jen śmiała się z mojego wyboru. Kilka miesięcy później nabrał nowego znaczenia. Była przerażona. W San Francisco szybko zrobiło się dla nas za ciasno. Zaczęliśmy podróżować. Robiliśmy napady na zlecenie, ale głównie dla siebie. Nie mieliśmy stałej bazy, byliśmy cały czas w ruchu. Dużo kradliśmy i dużo wydawaliśmy. Po około roku wszystko zaczęło się jebać. To był październik, może listopad... Szybka akcja, wchodzimy, zbieramy hajs, wychodzimy. Ale coś poszło nie tak jak powinno. W pobliżu przejeżdżały gliny, zainteresowali się co się dzieje. To nie miało tak wyglądać. Wszystko działo się szybko. Wpadli, oddali kilka strzałów, chyba miały być ostrzegawcze ale jeden z nich trafił prosto w szybkiego Jima. Jego krew obryzgała moją twarz, krople poleciały na śnieżnobiałą koszulę. Wstąpiła we mnie dzika furia. Strzelałem właściwie we wszystko co się ruszało, mógłbym ich zamordować gołymi rękami. To nie był pierwszy taki raz, ale ten był szczególnie tragiczny. Jeden z zakładników nagle zerwał się do ucieczki. Strzeliłem... i pierwszy raz chybiłem. Pocisk uderzył w szybę, która rozbiła się na kawałki. A jedno ze szkieł trafiło prosto w szeroko otwarte oko Jen. Jej krzyk słychać było chyba na całej ulicy. Przedarl się przez odgłosy strzelaniny, płaczliwe błagania ludzi, rozpaczliwe szlochania. Wszystko nagle znalazło się jakby za mleczną szybą. Tylko trzymająca się za połówkę twarzy Jen była aż do bólu wyostrzona. Czułem jak zaczyna mnie piec ta sama część twarzy. Tylko ja i Jen wyszliśmy z tamtej strzelanki żywi. Znów zostaliśmy we dwoje, ale tym razem nie na długo. Dwa tygodnie później Jen zapakowała swój niezbyt pokaźny dobytek do czerwonego Chevroleta Camaro i odjechała. Od tamtego czasu już nigdy jej nie widziałem.


It's so nice
to wake up in the morning
all alone
and not have to tell somebody
you love them
when you don't love them
any more.


W moim życiu rozpoczął się nowy rozdział. Tym razem mój, nie „nasz”. Moje życie od tej pory należało całkowicie do mnie. Wszystko zależało ode mnie, wszelkie decyzje przyszło mi podejmować samemu. Byłem przerażony. A poza tym cholernie smutny. Dlatego pierwszą decyzją jaką wtedy podjąłem było udanie się do salonu tatuażu. Wydziarałem sobie sztylet po wewnętrznej stronie prawego przedramienia. Wkrótce tatuaże stały się dla mnie swego rodzaju rytuałem. Ale póki co zajmowały zaledwie niewielką powierzchnię mojej skory i nawet nie podejrzewałem jaką rolę odegrają kiedyś w moim życiu. Fizyczny ból pozwolił mi uporać się z tym emocjonalnym, odwrócił uwagę od wewnętrznego cierpienia. Rozdział zamknięty, szykowałem się na nowe. Kilka dni przesiedziałem w ciemnym hotelowym pokoju. Nie wychodziłem, nie odsłaniałam nawet okien. Nie miałem kontaktu ze światem. Później skontaktował się ze mną stary znajomy. Oferował szybki i duży zysk, wymagający niewiarygodnie mało wysiłku. Niewielki bank w niewielkim miasteczku w Teksasie. Wejść, zebrać hajs, wyjść. Szybka akcja, kupa forsy. Ale w trakcie coś poszło nie tak. Coś przeskoczyło, jakiś ukryty zapalnik. Może to szloch jednej z zakładniczek. Może to mgliste wspomnienie tego dnia, gdy skrzywdziłem jedyną osobę, na której mi kiedykolwiek zależało... Wpadłem w furię. Wybiłem ich wszystkich, rozszarpałem gołymi rękami. Krew, kawałki mózgów i czaszek - były wszędzie. Jeszcze tydzień późńiej wyciągałem ze spod paznokci. Podobno dawno nikt nie widział tak krwawej jatki. Nie mogliśmy zostać w Stanach, dlatego jeszcze tego samego dnia zwinęliśmy się do Meksyku. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że Sam (mój ówczesny, krótkotrwały wspólnik) ma powiązania z tamtejszym kartelem narkotykowym. W tamtym momencie cieszyliśmy się jedynie z uniknięcia odpowiedzialności i czarnych walizek wypchanych forsą w bagażniku. Zatrzymaliśmy się w przydrożnym barze, żeby świętować. Alkohol lał się strumieniami, dziewczyny nie odstępowały nas na krok. Sielanka trwała trzy dni, przez które wcale nie trzeźwieliśmy. Po trzech dniach wyciągnęli nas z baru za fraki i oblali lodowato zimną wodą, żebyśmy wytrzeźwieli. To był początek mojej meksykańskiej przygody. Wkrótce zostałem ich ulubionym chłopcem od brudnej roboty. Torturowałem, zbierałem haracz, wyciągałem informacje, znęcałem się i mordowałem. Mówili, że w tym co robiłem była swego rodzaju finezja. Niektórzy patrzyli na mnie dziwnie, inni z podziwem, ale jednego nie można mi było odmówić - byłem skuteczny. W Las Cruces zagrzałem ciepłą posadkę, zapuściłem korzenie. Finalnie spędziłem tam pięć lat. Zdążyłem dorobić się mieszkania i dziewczyny - Babydoll, która swego czasu była tancerką erotyczną, teraz doglądała innych dziewczyn w kartelu i zarządzanym przezeń burdelu. Było mi względnie dobrze. Rano do śniadania ktoś mi robił loda. Wieczorami wpuszczałem komuś wpierdol w podziemiach klubu nocnego. Czułem jakbym znalazł swoje miejsce na ziemi.
A potem wszystko chuj strzelił.
Mieliśmy Kreta. Dowiedzieliśmy się o tym pewnego wieczora. Nikt nie miał pojęcia kto to może być. Mieliśmy kilka typów ale szybko okazywały się błędne. Kwiestią tygodni, góra miesięcy było nim DEA dobierze nam się do dup. Mogli nas wszystkich zapuszkować albo od razu powystrzelać. Szykowaliśmy się na najgorsze. Ja również. Ale nic nie było w stanie przygotować mnie na to co stało się później. Jednak wtedy czułem się przygotowany. Kilka miesięcy wcześniej nawiązałem kontakt z Randallem - czasem szmuglował kogoś dla nas przez granicę. Wszystko miałem obmyślone. Chciałem uciec wraz z moją Babydoll z powrotem do Stanów. Mieliśmy dość gotówki, by zaszyć się na jakimś odludziu i doczekać końca naszych dni pijąc sangrię i patrząc na zachody słońca. W tamtym momencie właśnie tego chciałem najbardziej na świecie... A potem nadeszła godzina zero. Znaleźli naszą kryjówkę, zaczęła się rzeź. A w jej epicentrum, pomiędzy specjalnymi agentami, ona. Maria Hernandez. Moja Babydoll. To ona była wtyką. Planowała to od miesięcy, za moimi plecami, przeciw nam wszystkim. Zdradziła nas. Zdradziła mnie! Z zimną krwią wpakowałem jej kulkę prosto między jej duże, zielone oczy.
Babom nie można było ufać.
Wróciłem do Stanów. Dla innych oznaczałoby to samobójstwo. Dla mnie to była szansa na pozornie nowy start. Odciąłem się od tego, co działo się w Meksyku. Kartel się rozpadł, niektórych zamknęli, większość wybili, a nielicznym udało się umknąć. Nie chciałem do tego wracać. Zaszyłem się w małym przygranicznym miasteczku, tym samym w którym mieszkał Randall, i zatraciłem się w pracy. Chwytałem się przypadkowych robót, czasem legalnych, czasem nie. Zdecydowanie częściej jednak tych drugich. Zapomniałem o kobietach, związkach, relacjach. Teraz liczyła się tylko forsa i robota. A teraz szykowało się coś grubego...




ddbb8735590c413984336b7c1ca5fb6c-d9jexp6.jpg


Ja pierdolę, ale ameby.

Offline

#5 2018-05-16 21:51:52

Angelue
Admin.
Windows 7Chrome 66.0.3359.181

Odp: American Boondocks

uEPwQGV.png
tumblr_m7vz7a0tnZ1r6o8v2.gif
What's the color of the next car?
Yeah, RED, ya bastard!

        W *mieście* panowało przekonanie, że Randall Winston ma niesamowitego pecha w życiu. Mężczyzna mając 45 lat po zaginięciu narzeczonej pozostał samotny, los nie oszczędził też jego rodzinnej farmy, która spłonęła w pożarze. Mieszkańcy byli więc w stanie do pewnego stopnia przymknąć oko na wszelkie zgrzyty, jakie występowały w jego kontaktach ze społeczeństwem. A zgrzytów tych było naprawdę wiele. Można było odnieść wrażenie, że Randall, jeśli sobie coś postanowił, parł przed siebie z uporem lodołamacza nie zważając na niuanse towarzyskie, czy prawne. To też sprawiało, że nawet sąsiedzi ograniczali z nim kontakty do minimum - najczęściej do podstawienia auta do warsztatu mechanicznego, który Winston sobie sprawił z pieniędzy otrzymanych z ubezpieczenia spalonej farmy.
Póki na niej mieszkał, w miasteczku krążyły przeróżne plotki o bogactwach odziedziczonych przez niego po matce - tylko to mogłoby tłumaczyć fakt, że mężczyzna w tym wieku nadal nie zatrudnił się w żadnej pracy. Ciężko było jednak dać wiarę plotkom, patrząc na tę zapuszczoną ruderę znajdującą się praktycznie poza miasteczkiem, nie wspominając już o niewyszukanych ubraniach Randalla, czy zardzewiałym terenowym pick upie, którym się woził po okolicy. Po jej spłonięciu dla miasteczka stało się jednak jasne, że Winston jest mężczyzną bardzo zaradnym. W szybkim tempie sprawił sobie warsztat mechaniczny i wygryzł konkurencję dumpingując ceny. Z kolei, gdy tylko się przekonał, że pozostał w okolicy jedynym mechanikiem, natychmiast zaczął żądać bezlitosnych stawek za swoją pracę. Z niewiadomych przyczyn, nikt się nie kwapił zakładać konkurencyjnego warsztatu, tak więc warsztat mechaniczny Winston przynosił jego właścicielowi naprawdę dobre zyski.
        Sam Winston o swoim życiu miał zupełnie odmienne zdanie niż jego sąsiedzi. Faktycznie miał w swoim życiu epizody, które mu się nie udały - wydalenie z wojska z powodu niepokojącego portretu psychologicznego, czy kilkumiesięczna odsiadka w więzieniu za napad na stację paliw, jednakże nie uważał, by miał czego żałować. Randall po prostu nie odczuwał żalu, winy, czy wstydu. Przyjmował świat zero-jedynkowo jako zlepek przeróżnych okazji, które mogą mu się przydać, lub zaszkodzić. Kontakty z ludźmi dzielił na te przydatne i nieprzydatne - w przypadku tych pierwszych, traktował je jak grę, w której należało ukazywać odpowiednie emocje, z kolei tymi drugimi praktycznie nie zawracał sobie głowy.
Wyjątkiem od tej reguły były tylko dwie relacje - z narzeczoną oraz z wieloletnim przyjacielem Seanem Toddem. Gdyby się głębiej zastanowić, Randall podejrzewał, że ich przyjaźń opierała się na zasadzie wzajemności - kiedyś jedno z nich sprawiło drugiemu przysługę i odtąd zapadła między nimi niewypowiedziana umowa o wzajemnym wspieraniu się we wspólnych celach. Inaczej rzecz się miała z jego byłą narzeczoną - Paige Sanchez. Początkowo Winston oddawał się całym sobą idei grania dobrego przyszłego męża - oczywiście nie miało to nic wspólnego z tym, że Sean przygruchał sobie nową pannicę - jednak po paru miesiącach rola mu się znudziła i wrócił do odwiedzania okolicznych klubów striptizerskich, czy burdeli, a gdy dno portfela stało się widoczne, wrócił również do urządzania co jakiś czas wypadów w teren. Było to bardzo nie w smak przyszłej pani Winston, więc Randall - ku nawet własnemu zaskoczeniu - zgodził się zaprzestać ryzykowania swojego życia, statusu i co za tym idzie, przyszłości ich związku. Paige była kobietą o twardej ręce, która umiała subtelnie kierować swoim narzeczonym. Próbowała nakłonić go do życia po stronie prawa, naturalna była więc jej wściekłość na wieść, że Winston znalazł sobie nowy sposób na zarobek bez bezpośredniego narażania życia - szmuglowanie imigrantów przez granicę z Meksykiem. Nigdy wcześniej nie mieli tak ostrej kłótni, w trakcie której padło zbyt wiele słów, jakie nie powinny nigdy paść.
        Zaginięcie narzeczonej Randall zgłosił z samego rana - jak zeznał, ostro się pokłócili o to, że nie znalazł sobie jeszcze pracy, po czym Paige wyjechała do siostry każąc mu się ogarnąć. Siostra potwierdziła, że otrzymała smsa o rychłym przybyciu siostry, jednak nie mogła się do niej dodzwonić. Poszukiwania panny Sanchez zajęły miasteczko wraz z Winstonem na czele na dobre parę tygodni. W końcu, za sprawą jednego z turystów, policji udało się znaleźć w sąsiednim stanie sedana dziewczyny, który najwyraźniej zjechał z drogi i spadł z klifu do rzeki. Ciała dotąd nie znaleziono.
        Gdy minął stosowny czas okazywania żałoby - w przypadku Randalla ujawniała się ona ilością wszczynanych burd w barze, ten mógł spokojnie wrócić do wcześniejszego życia i wykonywanego zawodu. Przemyt imigrantów trwał w najlepsze parę lat do czasu, gdy w wyniku pewnego incydentu mężczyzna postanowił, że chce zacząć interes od nowa. Zbyt dobrze siebie znał, by nie mieć przygotowanej tylnej furtki na taką okoliczność. Ubezpieczenie farmy od pożaru opiewało na dobre kilkadziesiąt tysięcy...


Dziwne, u mnie działa.

Offline

#6 2018-05-20 21:20:36

Evaine
Użytkownik
Windows 8.1Firefox 60.0

Odp: American Boondocks

juliencha_qephpwn.png

lachlanpn_qepphsq.png

Thank you Jack Daniel's Old Number Seven
Tennessee Whiskey got me drinking in heaven

cassette___music___free_icon_by_ros_s.gif

Tell me what is it that I should do
When I'm swimming in the liquor only half way through

          W ciągu swojego ponad czterdziestoletniego życia, Julien był oszukiwany, okłamywany i zdradzany, jednak sam również zdradzał, okłamywał i oszukiwał. Ludzie obdarzali go dozgonną nienawiścią, miłością oraz współczuciem, a on nigdy nie bywał im dłużny. Niekiedy podziwiano go, jednak najczęściej faszerowano trudną do przełknięcia krytyką. Ilekroć lądował na bruku i musiał spędzić noc pod gołym niebem, wspominał wszystkie minione chwile z sentymentem, zastanawiając się, o jak wiele niżej jest jeszcze w stanie upaść i ile razy życie postanowi nauczyć go pokory, każąc zaczynać wszystko od początku.
          Kiedy siedział na głównym placu miasta z pędzlem w dłoni i dziesięcioma dolarami w kieszeni, malując portret nieszczególnie pięknej spacerowiczki odzianej w staromodną sukienkę, uważał się za naprawdę szczęśliwego człowieka. Na złość losowi, usilnie starał się doceniać piękno trwającej chwili i konteplować sztukę, nigdy nie wypowiadając ani jednego słowa skargi.
          Pomimo ukończenia studiów na jednej z najlepszych akademii sztuk pięknych w stanie, wszystkie kolejne obrazy Juliena spotykały się z miażdżącą krytyką środowiska artystycznego, zbierając skrajnie negatywne opinie. Nikt nie chciał kupować jego płócien. Mężczyzna stał się tylko kolejnym samozwańczym artystą z ulicy, który zarabia na chleb, sprzedając portrety lub kopie znanych dzieł w okazyjnych cenach. Jednakże zdecydowanie bardziej od braku sławy i poklasku, martwiło Chatfielda bycie niezrozumianym. Uważał on, że jego obrazy przekazują pewną treść, zwracają uwagę na rzeczy ważne, unoszą ze sobą uczucia i żywo oddają emocje. Niemniej mijały lata, a życie artysty pozostawało niezmienne, zmuszając go do rezydowania w starej ruderze, życia za psi grosz i nieposiadania żadnych perspektyw na przyszłość. Rozmyślał wtedy czasem o swoim rodzinnym domu i zastanawiał się, czy jego bliskim wciąż dane jest stąpać po tym świecie. Duma nie pozwalała mu jednak napisać do nich listu, a tym bardziej powrócić do matecznika i przyznać, że podjął błędną decyzję i poniósł porażkę.
          Pewnego mroźnego wieczoru, gdy Julien siedział w swoim stałym miejscu obok straganu z pamiątkami, trzęsąc się z zimna na drewnianym taborecie i usiłując otulić się szczelniej połami zbyt cienkiego płaszcza, pod kościół świętej Elżbiety podjechał lśniący, czarny mustang. Julien zamrugał, jakby w przekonaniu, że wzrok płata mu figle. Z diabolicznie pięknego samochodu wysiadł nikt inny jak Jeremy Fowles, stary druh Chatfielda z czasów studiów. Nie zmienił się wiele, wciąż nosił eleganckie ubrania i uśmiechał się głupkowato, jedynie jego oczy nabrały surowszego wyrazu, zdając się czujnie sondować otoczenie i wyceniać wartość każdej rzeczy, która znalazła się w zasięgu jego wzroku.
          Ku zaskoczeniu przemarzniętego artysty, pan Fowles podszedł do jego sztalugi, rzucił okiem na kilka ustawionych na wystawie obrazów, zamyślił się, cicho gwizdnął i spoglądnął na starego przyjaciela.
          - Widzę tu dwie całkiem przyzwoite kopie, koleżko - mruknął, dotykając opuszkami palców wybrzuszeń na powierzchni płótna, powstałych w wyniku zamaszystych pociągnięć pędzlem. - Trzeba poprawić parę detali, ale masz do tego rękę.
          Julien otworzył oczy ze zdziwienia, wyraźnie nie dowierzając, że Jeremy Fowles stoi właśnie nad jego obrazami, prawiąc mu komplementy.
          - Pamiętasz Deana? - zapytał, obdarzając Chatfielda przelotnym spojrzeniem bacznych oczu. Już wtedy Julienowi przeszło przez myśl, że nie wyglądają one jak oczy artysty, który żyje sztuką i dla sztuki.
          - Najwidoczniej nie pamiętasz. Był tutaj kilka razy i patrzył, jak malujesz. O, tu zrobiłeś paskudny błąd! Faux pas. - Skrzywił się i z wyraźnym niesmakiem odłożył trzymane w dłoniach płótno. - Człowieku, jak ty się zestarzałeś! Siedem nieszczęść! - nawijał Fowles, przeczesując nażelowane włosy i ponownie rozciągając usta w uśmiechu. Julien siedział otumaniony, z każdą chwilą rozumiejąc coraz mniej z jego czczej paplaniny.
          - W każdym razie, koniec twojego nędznego życia, dzisiaj staniesz się nowym człowiekiem. Wstawaj!
          - Podobają ci się moje obrazy? - wykrztusił półgłosem Chatfield, wciąż wpatrując się w przystojną twarz swojego rzeczonego wybawcy.
          Jeremy spoważniał, odchrząknął i ujął ulicznego artystę pod ramię, stawiając go do pionu. Pomógł mu spakować manatki, po czym razem wsiedli do mustanga, którego widok po raz drugi zaparł dech w piersi Juliena. Zastanawiał się, ile portretów musiałby opchnąć, żeby było go stać na tak diabolicznie wyglądający wóz. Fowles tymczasem przekręcił kluczyk w stacyjce, pozwolił silnikowi zaryczeć groźnie, po czym spojrzał na pasażera z błyskiem w oku i uśmiechnął się butnie. Gdyby płacili mu za uśmiechanie się, niewątpliwie byłby już milionerem.
          -  Twoje obrazy zawisną w salonach największych snobów w Ameryce i nikt nie odważy się powiedzieć o nich złego słowa, gwarantuję.
          Jeremy dotrzymał złożonej tamtego dnia obietnicy, która wydawała się Julienowi najbardziej abstrakcyjnym postulatem, jaki kiedykolwiek miał sposobność usłyszeć. Chociaż artysta zupełnie inaczej wyobrażał sobie swoją karierę i niekiedy wyklinał Fowlesa za wyciągnięcie go z rynsztoka i wyszkolenie w fałszerskim fachu, oszust stał się jednym z jego niewielu zaufanych sprzymierzeńców. Wprawdzie Julien nigdy nie rozsławił własnego nazwiska, nie mógł podpisywać kopiowanych obrazów ani publicznie się do nich przyznawać, jednak czuł satysfakcję, iż poszedł o krok dalej, ruszył z miejsca, zaczął oczekiwać czegoś od życia. Pierwszy raz zastanawiał się, jakby to było, nie spadać na dno, pozostać na szczycie i cieszyć się pięknym widokiem, który się z owego wierzchołka roztacza. Raz na czas spoglądać w dół, mamrotać pod nosem "tam kiedyś byłem, brrr, paskudne miejsce", po czym wracać do nieprawego życia spędzanego z garstką niegodziwych przyjaciół, i jedząc chleb kupiony za nieuczciwie zarobione pieniądze, delektować się smakiem wszechogarniającego szczęścia.
          Niestety, i tym razem życie nie miało zamiaru odejść od reguły wzlotów i upadków, postanawiając brutalnie wybudzić Juliena z jego trwającego osiem lat, słodkiego snu. Dean, który od wieków zajmował się zarządzaniem nielegalnym biznesem, znajdowaniem kolejnych zleceń i papierkową robotą, postanowił połasić się na większą zdobycz. Kiedy transakcja przebiegła pomyślnie, a na konto fałszerzy wpłynęła wyjątkowo apetyczna sumka, mężczyzna wybrał kolejne znane płótno, najwyraźniej zapominając o ustalonej wcześniej zasadzie, zakładającej zachowanie wszelakiej ostrożności i wybieranie obrazów, których pojawienie się na rynku nie wzbudzi podejrzeń i nie zwróci niechcianej uwagi.
          Kilka tygodni później, rozhisteryzowany Jeremy wpadł do mieszkania Chatfielda i z przerażeniem oznajmił, że policja zaczęła węszyć wokół ich najnowszego obrazu, a kwestią czasu jest, aż specjaliści dopatrzą się podobieństw na innych płótnach, przeprowadzą badania pigmentu, być może znajdą jakieś ślady albo któryś z pośredników puści farbę. Fowles nie musiał powtarzać dwa razy, nakazując przyjacielowi ukrycie się gdzieś na końcu świata. Chatfield spakował się i wsiadł do pierwszego lepszego pociągu, szukając miejsca wystarczająco odludnego i nieprzyjaznego, aby móc przeczekać w nim nadciągającą burzę. Wybrał kryjówkę w mgnieniu oka. Jego rodzinna mieścina z nawiązką spełniała powyższe kryteria.
          Julien nie wiedział jeszcze, że czując na karku oddech ścigających go stróżów prawa, wiedziony obawą o własne życie i chęcią kupienia sobie wolności, postanowi wziąć udział w skoku na bank. Nie zamierzał dać się złapać, postanowił więc szybko i łatwo zarobić, aby móc kupić nową tożsamość oraz dożywotnią emeryturę na jakiejś egzotycznej, odciętej od świata wyspie. Wróżył sobie świetlaną przyszłość, oczyma duszy widząc, jak siedzi na werandzie bungalowu, szkicując piękny, idylliczny krajobraz przed swoimi oczyma i popijając drinka ze słomką. Z uśmiechem zatopił się w marzeniach. Cóż mogło pójść nie tak?

Ostatnio edytowany przez Evaine (2018-05-21 17:33:19)

Offline

#7 2018-05-20 21:48:21

Lavender
Użytkownik
WindowsChrome 66.0.3359.181

Odp: American Boondocks

3dedbd1c55e19df89d3f348408a50903.jpg

Nienawidziła płakać. W końcu łzy nie pasowały do tej silnej i twardej kobiety, za którą próbowała uchodzić. Zdarzały się jednak chwile, w których nawet ona pękała. Właśnie kończyła dwadzieścia osiem lat, siedziała na dywanie w swojej kawalerce i patrząc na odbicie w lustrze pociągała whiskey prosto z butelki.
- Kurwa… - mruknęła pod nosem. Kompletnie nie tak wyobrażała sobie swoje życie. Nigdy nie spodziewała się, że jako kobieta przed trzydziestką, będzie samotnie się upijać i rozpaczać nad swoim losem. Cóż… życie nigdy jej nie oszczędzało. Była zdecydowanie zbyt młoda, gdy rodzice zginęli w wypadku samochodowym, a ona trafiła pod opiekę swojego chrzestnego, człowieka odpowiedzialnego za te wszystkie blizny, które zdobiły jej duszę.
- Nigdy nie dam się zniszczyć… - szepnęła kuląc się w mroku. Pomyśleć, że te słowa tak często pozwalały jej stanąć na nogi.

       Lia była prześliczną dziewczyną. Od najmłodszych lat przyciągała uwagę. Dumni rodzice uważali, że ich księżniczka sprawdziłaby się w roli modelki. Nie było im jednak dane przekonać się czy ich córka faktycznie ma szansę na karierę. Miała piętnaście lat gdy zniknęli, a wraz z nimi jej słodkie dzieciństwo i poukładany świat, który tak bardzo kochała. Jedynym krewnym jaki był w stanie zapewnić jej dach nad głową, był brat ojca, który pełnił także rolę jej chrzestnego. Nikt nie podejrzewał, że wujek, stanie się oprawcą młodej dziewczyny. Gdy w końcu znudził się gwałceniem nastolatki, wpadł na pomysł, który miał przynieść mu wielkie zyski. Zniszczył radosną dziewczynę z planami na przyszłość. Miała siedemnaście lat, gdy została zmuszona do prostytucji. Wtedy zabrakło jej sił by walczyć. Potrzebowała kilku lat, by zrozumieć, że zasługiwała na coś lepszego.


  Carlosa poznała, gdy miała dwadzieścia dwa lata. Nie przypuszczała, że będzie człowiekiem, który wyciągnie ją z gówna, w którym tonęła. Niczym się nie wyróżniał. Kolejny klient, mężczyzna jak każdy inny. Zdziwiła się jednak, gdy po seksie zaczął z nią rozmawiać, zadawać pytania. Nie chciała by wychodził z jej pokoju, a gdy zjawił się w następnym tygodniu czuła coś, co niemalże przypominało szczęście. Dużo rozmawiali. Jego życie również było totalnym chaosem, może właśnie to ich połączyło. Napadał na banki, okradał ludzi, handlował narkotykami. Był zwykłą szują, jednak to właśnie ta szuja wyciągnęła ją z burdelu i sprawiła, że jej życie stało się lepsze. Tak przynajmniej myślała, chociaż w istocie trafiła z jednego gówna w drugie.  Gdy został postrzelony podczas jednej z akcji, jej popieprzone życie znów kompletnie się posypało.

Ostatnio edytowany przez Lavender (2018-05-29 21:07:45)

Offline

#8 2018-05-27 20:18:33

Angelue
Admin.
Windows 7Chrome 66.0.3359.181

Odp: American Boondocks

uEPwQGV.png

igP7jsl.png- No więc powtarzam po raz ostatni. To ma być czysta akcja.
igP7jsl.png- Stary, już o tym mówiłeś - westchnął Sean.
Maya, która trzymała w rękach telefon na głośnomówiącym, rzuciła czarnoskóremu zirytowane spojrzenie.
igP7jsl.png- Przestań. Bo nigdy nie skończy gadać - mruknął Randall ważąc w rękach broń. Johnnie, siedzący obok niego po raz kolejny sprawdzał magazynek.
igP7jsl.png- W końcu usłyszałem coś świadczącego o sensownym podejściu do sprawy - skwitował ironicznie głos w słuchawce - tak jak mówiłem, macie używać broni w ostateczności. Oddanie strzału zaalarmuje całą okolicę, a zależy nam na cichym opróżnieniu skarbca i równie cichym wybyciu z miasta. Pamiętajcie rzecz jasna o kominiarkach i rękawiczkach, żebyście nie pozostawiali po sobie odcisków.
Julien przytaknął poprawiając odruchowo na dłoniach rękawiczki.
igP7jsl.png- Wchodzicie, Winston, Holtz i Todd zajmują widownię, Chatfield, Foster i *nazwisko Lii* otwierają skarbiec, zbierają pieniądze, wychodzicie tyłem, wracacie do furgonetki, ściągacie kombinezony...
igP7jsl.png- Warto je spalić - wtrącił Randall.
igP7jsl.png- Możecie je spalić - przytaknął głos w słuchawce - potem zmieniacie auto i jeśli wszystko pójdzie dobrze, wracacie w ustalone przez nas miejsce.
igP7jsl.png- Brzmi prosto - podsumowała Lia.
igP7jsl.png- Zawsze tak brzmi - mruknął Johnnie.
igP7jsl.png- Jeśli nie pójdzie dobrze, rozdzielacie się, bo pewnie będą szukać całej waszej grupy i przyjeżdżacie po upewnieniu się, że nie macie ogona.
Kendra, która dotąd milczała siedząc za kierownicą furgonetki, odwróciła się w ich stronę.
igP7jsl.png- Możecie wszystkich w miarę możliwości gdzieś zamknąć, to nam da więcej czasu, by wyjechać z miasta - rzuciła sucho. Randall zauważył, że nawet na niego nie spojrzała. Doskonale wiedział, że była na niego zła o to, że wciągnął Seana w ten interes.
igP7jsl.png- Tak... - Logan najwyraźniej szukał w głowie, czym by tu jeszcze im pozawracać głowy - nie muszę chyba mówić, żebyście broń Boże nie używali tej gotówki na mijanych stacjach, ani w ogóle nigdzie. To tak, jakbyście stanęli nago w centrum Waszyngtonu i chwalili się, że właśnie udało się wam dokonać zamachu na prezydenta.
igP7jsl.png- Ay ay, Hawking - mruknął Randall wstając z miejsca. Furgonetka zachwiała się, gdy reszta poszła w jego ślady.
igP7jsl.png- Wyłączam telefon, zadzwonimy po wszystkim - rzuciła Maya na koniec do słuchawki, po czym wyłączyła urządzenie i położyła je na przednim siedzeniu obok Kendry. Wszyscy naciągnęli na głowy kominiarki w zupełnym milczeniu. Nikt tego nie przyznawał, ale czuć było napiętą atmosferę. Winston poklepał Seana po ramieniu niczym byka przed wypuszczeniem go z boksu na rodeo. Siedział najbliżej drzwi furgonetki, więc otworzył je i wyszedł jako pierwszy. Randall szarmanckim ruchem dłoni przepuścił panie przed sobą.
Znajdowali się na tyłach banku, do którego prowadziły drzwi dla personelu. W alejce walały się pojedyncze śmieci i - nie licząc ich - było tutaj pusto. Wiedzieli, że te drzwi były na pewno zamknięte, poza tym wyważenie ich mogło uruchomić alarm, więc przeszli cicho na przód budynku. Właśnie była pora, gdy wszyscy znajdowali się w pracy, więc ulica była prawie pusta. Randall poczuł, jak napięcie, które czuł w żołądku mija wraz z uwolnioną do krwi przyjemną adrenaliną w momencie przekroczenia progu budynku.
igP7jsl.png- Wszyscy grzecznie na ziemię, łapy na widoku - nawet nie musiał krzyczeć, by jego głos poniósł się wyraźnie po budynku.
W środku zapanował mały chaos. Jakaś kobieta zaczęła histerycznie szlochać. Dwóch ochroniarzy zamarło doskonale zdając sobie sprawę, że gdyby któryś z nich sięgnął do kabury, natychmiast byłyby ofiary w ludziach. Banki w Stanach Zjednoczonych miały jasne zasady - życie ludzi było zacznie ważniejsze od przechowywanych w nich pieniędzy - to też sprawiało, że tego rodzaju skoki były czymś częstym.
igP7jsl.png-  Broń na ziemię... Kopnij ją w moją stronę... Teraz na kolana - instruował Sean jednego z ochroniarzy celując w niego z broni.
igP7jsl.png- Ciebie też się to tyczy, mój drogi - Randall wyszczerzył zęby w uśmiechu do drugiego z ochroniarzy. W tym samym czasie Johnie przechadzał się między leżącymi ludźmi, a Julien nakazał jednej z kasjerek otworzyć im sejf. Dziewczyny ruszyły za nimi. Sean w tym czasie stanął w pobliżu drzwi, by kontrolować sytuację na ulicy. Johnie w milczeniu pilnował ochroniarzy i leżących ludzi, podczas gdy Randall zaszedł za kasę, by kontrolować drugą kasjerkę i mieć również dobry widok na wszystkich pozostałych. Ciszę przerywały jedynie ich kroki, szloch histeryczki i dźwięk otwieranych zabezpieczeń sejfu. Kasjerka, która pozostała tutaj może nie zwróciłaby aż takiej uwagi Randalla, gdyby nie była ruda - lubił rude dziewczyny. Możliwe też, że gdyby nie to, nie zauważyłby, że ręka dziewczyny podejrzanie wędruje pod blat stołu. Natychmiast puścił zawieszoną na ramieniu strzelbę, by złapać ją jedną dłonią za kark, a drugą zatkać usta. Dziewczyna się wzdrygnęła podnosząc ręce do twarzy w obronnym geście. Randall pamiętał, by nie strzelać, więc jednym ruchem wyuczonym w wojsku skręcił jej kark. Parę osób krzyknęło w przestrachu na ten dźwięk, jeden z ochroniarzy spróbował się odwrócić, na co został ogłuszony kolbą przez Holtza.
igP7jsl.png- Spokojnie! - krzyknął Sean próbując opanować sytuację - nikomu więcej nie stanie się krzywda, jeśli nie będzie próbował nic głupiego.
Zdawało się to być zaadresowane zarówno do Randalla i Johnniego, jak i do pozostałych ludzi. Winston posadził delikatnie ciało dziewczyny na fotelu. Nawet było mu troszkę szkoda właścicielki tak pięknych, rudych pukli. Histeryczka zaczęła buczeć przerażona; jakiś mężczyzna złapał ją za dłoń próbując uspokoić. Randallowi działała straszliwie na nerwy, ale głównie ze względu na Seana, starał się nad sobą panować.
igP7jsl.png- Ekipa, jak fanty?


Dziwne, u mnie działa.

Offline

#9 2018-05-28 14:33:09

Dolores
Kucyponek Jednorogi
MacintoshSafari 604.1

Odp: American Boondocks

gigolo.png

- Spokojnie! - krzyknął Sean, jednocześnie posyłając Johnniemu karcące spojrzenie.
- Ruszył się - odpowiedział ten niewinnie.
Sean mówił coś dalej, ale Holtz już go nie słuchał. Zamiast tego, jak gdyby nigdy nic, zaczął znów przechadzać się między leżącymi na podłodze ludźmi. Przyglądał się im, ich przerażonym twarzom, ich oczom lśniącym od łez. Co jakiś czas wymachiwał w ich stronę bronią. Napawał się tym widokiem, chłonął atmosferę. Dawno nie napadał na banki. W Meksyku przestał się w to bawić, miał dużo lepsze zajęcie. Teraz znów poczuł się jak przed laty. Ręce go mrowiły, gdy zaciskał palce na rękojeści pistoletu, co jakiś czas delikatnie pukając opuszkiem w spust.
Było cicho, a w powietrzu unosiło się napięcie. Atmosfera była tak gęsta, że można ją było kroić nożem. Uwielbiał to. Ten moment, gdy ludzie naprawdę byli świadomi kruchości życia, kiedy wiedzieli, że to naprawdę mogą być ich ostatnie chwile, a wszystko zależało tylko od niego. Mógł się poczuć niemalże Bogiem.
A później wśród wielu par oczu zobaczył te jedne, brązowe, o kształcie migdałów. Otoczone wachlarzem długich, czarnych rzęs, przyozdobione perłowym cieniem. Takie same oczy miała Maria. Przez ostatnie lata patrzył w nie wiele razy, tak, że nadal dokładnie pamiętał jak wyglądały. Ukląkł przy kobiecie, na co został obrzucony przez Seana dziwnym spojrzeniem, mieszanianą dezaprobaty i zdziwienia. Ale nic nie powiedział. Kobieta patrzyła na niego z przestrachem, jakby się bała, że zaraz i jej kark zostanie przetrącony. Johnnie dotknął kolbą pistoletu jej policzka. W oczach kobiety mocniej zalśniły łzy, nieznacznie zagryzła zęby, aby się nie rozpłakać. Prawdopodobnie przegryzła kawałek wargi od wewnątrz. Johnnie się uśmiechnął. Kobieta spojrzała gdzieś poza niego, a coś w jej spojrzeniu na moment zmieniło się. Po jej twarzy przebiegł jakiś dziwny cień. Później wszystko potoczyło się bardzo szybko. Ktoś się zbliżał. Sean przyjął pozycję. Kiedy drzwi zaczęły się uchylać, jeden ze strażników rzucił się na Seana. Do pomieszczenia wpadł policjant. Kobieta o oczach Marii pisnęła. Kiedy gliniarz sięgał po broń, Johnnie wycelował w niego swoją. Oddał kilka strzałów. Podziurawiony jak ser policjant opadł na posadzkę. Kobieta zawyła. Holtz sprawnym ruchem chwycił ją za włosy i uderzył jej głową o ziemię. W tym samym momencie głowa ochroniarza uderzyła o jeden z kilku filarów. Sean wychylił się i zaczął strzelać w coś znajdującego się przed budynkiem, poza zasięgiem wzroku Johnniego. Rozległ się odgłos tłuczonego szkła, zawył alarm samochodowy.
- Zawijamy się!
Padło jeszcze kilka ostrzegawczych strzałów w przestrzeń. Trójka mężczyzn zaczęła się wycofywać, nadal mając na celowniku wszystkich tymczasowych zakładników. Kiedy Johnnie wyłamywał zamek w drzwiach na tyły banku, Forrest uderzył kilkukrotnie otwartą dłonią w wejście do skarbca, dając wszystkim znak, że czas się ewakuować. Nie czekając na nich, przeszli na zaplecze, z którego można było wyjść na tyły budynku.
- Czy was popierdoliło? - syknął Randall, kiedy jeszcze byli w środku.
Sean już otwierał usta, by coś odburknąć, ale Holtz wszedł mu w słowo.
- Tak.
Przeładował pistolet i kopniakiem otworzył drzwi. Popołudniowe słońce raziło w oczy. Johnnie zmrużył powieki. Po chwili dołączyły do nich dziewczyny, ale Julien zniknął gdzieś po drodze, by pojawić się tuż przed tym, jak wskoczyli do ciężarówki. Melody wytrzeczyła na nich oczy.
- Jedź, jedź! - krzyczał Forrest.
Murzynka ruszyła z piskiem opon. Dopiero w tym momencie Johnnie ściągnął kominiarkę, a za jego przykładem poszli inni. Przeczesał palcami włosy, po czym zaczął ściągać z siebie czarny kombinezon. Wygładził nieskazitelnie białą koszulę, poprawił krawat i zarzucił marynarkę, która wcześniej leżała starannie ułożona na walizce z bronią, z której wyciągnął (tu będzie jakiś pistolet, kiedy ogarnę jaki). Kątem oka spojrzał na zgrabne, wytatuowane ciało Mayi, która właśnie wkładała na siebie dolną część odzienia. Kącik jego ust nieznacznie drgnął, zdecydowanym ruchem załadował magazynek do pistoletu.

[kawałek się jeszcze dopisze]


Ja pierdolę, ale ameby.

Offline

#10 2018-06-07 17:21:40

Raika
Użytkownik
WindowsChrome 66.0.3359.181

Odp: American Boondocks

maya.png

      Maya była szczególnie skupiona. To była pierwsza akcja, w której uczestniczyła, licząc od tamtego dnia. Minęły miesiące, a ona nadal nie potrafiła wybaczyć sobie tego, co się wtedy wydarzyło, chociaż z pozoru mogło się wydawać, że się tym nie przejmowała. Wciąż przyłapywała się na unikaniu kontaktu z bronią palną, co było śmieszne, biorąc pod uwagę jej doświadczenia.
      - Pamiętajcie, żeby pozakrywać wszystkie tatuaże i blizny, które pomogłyby was zidentyfikować – zwróciła się do reszty, wracając myślami do akcji, w której aktualnie uczestniczyła. Musiała oczyścić swój umysł, żeby skutecznie wykonać zadanie. Sprawdziła więc, czy strój roboczy zasłaniał wszystkie znaki, jakie miała na ciele. Nie chciała zostać zdemaskowana przez własną nieostrożność. Jej nieostrożność już doprowadziła do jednej tragedii i nie miała zamiaru tego powtarzać.
      Siedziała z tyłu w furgonetce, bliżej kierowcy, trzymając jedną nogę opartą o przeciwne siedzenie. Odzyskując koncentrację czyściła czarne kozaki na płaskim obcasie. Szpilek było jej szkoda, ale jednocześnie specjalnie wybrała długie, żeby nie odsłoniły jednego z tatuaży, który miała obok prawej kostki w kształcie otwartego kielicha kwiatu z ozdobnymi pędami dookoła płatków o różnych kształtach. Sięgnęła po broń i przeładowała magazynek, upewniając się, że był pełen. Wokół bioder zawiesiła kaburę z dodatkowymi magazynkami w razie, gdyby zostali zmuszeni do walki. Tym razem wolała mieć zapas, żeby nie zostać tak zaskoczoną jak ostatnio. Mając pewność, że wszystko było w jak należytym porządku, wyciągnęła telefon i wybrała numer do brata, który tylko czekał na połączenie. Po krótkiej rozmowie, w której został im przypomniany plan rozłączyła się i rzuciła urządzenie na siedzenie obok kierowcy, przykrywając go jakimś materiałem, aby nikt go nie dostrzegł. Następnie spięła włosy w kucyka, który schowała pod kaptur za dużej bluzy, założyła kominiarkę i zarzuciła kaptur. Poprawiła również rękawiczki na dłoniach i wzięła broń. Mając świadomość zbliżającej się akcji, poczuła znajomy zastrzyk adrenaliny, a na jej twarzy pojawił się niewidoczny przez materiał uśmiech.
      - Zabawę czas zacząć – skomentowała, wyskakując z bagażnika samochodu. Przekręciła pistolet na palcu i ruszyła za pozostałymi członkami grupy, skupiając całą swoją uwagę na zadaniu. Serce waliło jej w piersi jak oszalałe, pompując krew. Czuła całe swoje ciało bardziej niż zwykle przez przebieg w żyłach. Jej uszy wyłapywały każdy dźwięk, który wydawali towarzysze. Jednocześnie nie rozpraszała się niczym, co nie należało do jej zadań. Pewnym krokiem weszła za mężczyznami i podążyła do sejfu za jednym z pracowników banku. Biedaczka się trzęsła jak osika, ciężko jej było trafić kluczem do zamka.
      - Hej, hej, spokojnie… - odezwała się kojącym głosem i położyła jej dłoń na ramieniu. – Weź głęboki oddech, bardzo głęboki… - kobieta, chociaż była trzymana przez nią na muszce, posłuchała i to pomogło. W czasie, w którym ona przekręcała klucz, Maya wyciągnęła zza pazuchy swoją torbę. Wiedziała, że pozostali również je mieli, ale w razie czego zaopatrzyła się w zapas. Poza tym dzięki temu mogła zabrać więcej. – No i widzisz? Dobra robota – puściła jej oczko i ogłuszyła rękojeścią pistoletu. Nie zastanawiając się długo weszła do środka i błyskawicznie zaczęła napełniać torby banknotami. Zapach bogactwa roznosił się po całym pomieszczeniu. Kobieta czuła się jak w raju i zwinnie zgarniała kolejne kupki do materiału. Była w swoim żywiole, ale wtedy usłyszała strzał… Jej pewność siebie nagle gdzieś zniknęła. Przypomniała sobie tamtą noc i przez myśl jej przeszło, żeby wybiec ze skarbca, dobiec do reszty i wystrzelać wrogów, albo każdego kto wydawał jej się ich przeciwnikiem, aby uniknąć kolejnej tragedii. Przerwała i nie mogła się ruszyć, jakby coś ją sparaliżowało. Jedyne, co robiła to dłonią dotknęła miejsca, w którym miała bliznę po tamtej nocy, a która w tej chwili ją zabolała, chociaż już jakiś czas temu się zagoiła. Była jak posąg.
      - Zawijamy się! - W pierwszej chwili w ogóle na to nie zareagowała. Słyszała uwagę, ale jej sens nie dotarł do niej, dopóki jakaś druga osoba jej nie szturchnęła w ramię.
      - Ruszaj dupę! - Ryknęła na nią dziewczyna, co podziałało jak kubeł zimnej wody. Mieli kłopoty. Maya szybko zgarnęła to, na co jeszcze miała czas i opuściła pospiesznie skarbiec. Tylne drzwi były już otwarte, więc miała łatwą drogę do furgonetki, do której zanim wsiadła, wrzuciła torby z banknotami. Ruszyli z głośnym piskiem opon. Przy zakręcie tak zarzuciło autem, że poleciała do tyłu prosto na którąś z osób, od której wykorzystując swój ciężar odbiła się, aby z impetem zatrzasnąć drzwi od bagażnika, które na samym początku jazdy bujały się na prawo i lewo. Pospiesznie zrzuciła z siebie przepocone, niemodne, czarne ubranie, odrzucając je gdzieś na bok i pozostając w skompletowanej koronkowej bieliźnie. Założyła obcisłe, skórzane spodnie, gorset i rękawice bez palców z tego samego materiału, by na koniec nasunąć czarne, pół-długie buty z ćwiekami, bo chociaż wolała szpilki to nie nadawały się do takich akcji. Chyba, że do rzucania we wrogów, na co było jej szkoda takich cudów obuwniczych. Pistolet odłożyła na bok i usiadła, plącząc włosy w koński ogon, który przeciągnęła przez zapięcie od czapki z daszkiem. Dopiero wtedy sprawdziła, czy nie połamała żadnego paznokcia, ale na szczęście udało jej się uniknąć tej katastrofy.

Ostatnio edytowany przez Raika (2018-06-10 21:24:53)

Offline

Użytkowników czytających ten temat: 0, gości: 1
[Bot] CCBot

Stopka

Forum oparte na FluxBB

Darmowe Forum
gekon - the - twstalker - futurecitystories - psotki-rpg